
Inwestorzy uwielbiają rynki takie jak Polska – głodne, rosnące z solidną stopą zwrotu. Mają jednak jedną złotą zasadę – kapitał wybacza wiele, dopóki politycy nie zaczną mylić budżetu państwa z bankomatem bez limitu. Kiedy patrzy się na Polskę – na ten rozgrzany gospodarczy silnik, który przez ponad trzy dekady budził podziw od Waszyngtonu po Berlin – można pomyśleć, że ten cud będzie trwał wiecznie. To jednak kłamstwo. Słuchając niektórych polityków i kolejnych obietnic wyborczych, możemy dojść do wniosku, że zachowują się jak maszynista, który z szerokim uśmiechem wyrzuca przez okno instrukcję hamowania. Panie i Panowie, zapnijcie pasy. Rynek właśnie wystawia Polsce rachunek za to, jak prowadzimy finanse publiczne. Ciosy już otrzymuje polski złoty oraz obligacje Skarbu Państwa. A może być jeszcze gorzej. Czas się obudzić.
Finanse Polski i rachunek rynku Spis treści
Zacznijmy od iluzji stabilności, w którą wciąż bezkrytycznie zdaje się wierzyć mnóstwo polityków od lewa do prawa. Wbrew obiegowym opiniom powtarzanym z politycznych mównic, złoty w tym roku to krwawiący pacjent. Od początku roku polska waluta straciła na wartości około 9 proc. wobec dolara, 7,1 proc. wobec funta oraz po 3,9 proc. wobec euro i franka szwajcarskiego.
Oczywiście, możemy za to winić rekordowo mocnego „zielonego”, który znajduje się dziś najwyżej od półtora roku, a pozycje spekulacyjne grające na jego umocnienie sięgają niemal 34 mld dol. Skoro nie są to jeszcze absolutne rekordy (te wynosiły niemal 49 mld dol.), kapitał z całego świata ma jeszcze przestrzeń do ucieczki z rynków wschodzących.
Złoty i obligacje już odczuwają napięcia w finansach publicznych Polski
Ale nie oszukujmy się – globalny kapitał to tylko część prawdy. Polska waluta ugina się pod czymś znacznie groźniejszym – potężną, fiskalną bombą z opóźnionym zapłonem budowaną przez ostatnie 10 lat przez byłą i obecną ekipę władzy. Dopóki NBP trzyma stopy procentowe na poziomie 3,75 proc., realna stopa i szeroki dysparytet służą złotemu za kruchą tarczę. Ale ten mur usypany jest z bardzo delikatnego piasku i zaraz może runąć z hukiem.
Prawdziwy problem kryje się w liczbach, a te nie znają pojęcia „kampanii wyborczej”. Rządowy projekt budżetu na 2027 r. zakłada deficyt na oszałamiającym poziomie 281,2 mld zł. To będzie czwarty rok z rzędu z ponad dwustu miliardową dziurą, podczas gdy przez całą poprzednią dekadę deficyt oscylował średnio wokół 39 mld zł. To nie jest jednorazowy incydent, zrzucany na karb kryzysu. To patologiczna zmiana reżimu fiskalnego, która trwa już zbyt długo.
Globalne rynki obligacji nie są ślepe i już każą sobie płacić za tę niefrasobliwość. Rentowności dziesięcioletnich polskich obligacji wróciły do mrocznych czasów z lat 2009-2011. Jak wylicza Mateusz Czyżkowski, analityk XTB, spread, czyli różnica w rentownościach w stosunku do bezpiecznego długu niemieckiego, wystrzelił do 280 punktów bazowych.
Dla porównania borykająca się z paraliżem parlamentarnym, zamieszkami na ulicach i naprawdę poważnymi strukturalnymi problemami Francja musi płacić spread na poziomie zaledwie 140 pb. Inwestorzy żądają od Polski podwójnej premii za ryzyko nie tylko z powodu wojny za wschodnią granicą (tę już rynki wyceniają od dawna), ale także dlatego, bo po prostu przestają wierzyć, że politycy nad Wisłą panują nad sytuacją.
Koszt? W przyszłym roku sama obsługa tego długu w Polsce pochłonie ponad 107 mld zł, rosnąc o 19 proc. rok do roku. Wydamy na same odsetki jedynie 5 mld zł mniej niż, niż kosztuje nas sztandarowy program Rodzina 800 plus (ok. 61 mld zł), waloryzacja emerytur i rent, a także 13. i 14. emerytury razem wzięte (51 mld zł)!
Zamki na piasku
W tym momencie na scenę wkracza resort finansów ze swoją najnowszą „Strategią zarządzania długiem na lata 2027-2030” i uruchamia spektakl nieposkromionego optymizmu. Rząd uspokaja, że ustawowy próg ostrożnościowy długu (55 proc. PKB) zostanie przebity dopiero w 2028 r. (do poziomu 57,4 proc.). Na 2027 r. władza wpisała do tabelki wynik 54,7 proc. Zostawiono więc dla bezpieczeństwa całego państwa aptekarski margines błędu 0,3 punktu procentowego, czyli zaledwie ok. 11,5 mld zł. W zarządzaniu budżetem to czysta jazda po bandzie z zasłoniętymi oczami.
Niezależna Rada Fiskalna miesiąc temu obnażyła ten blef. Na 28 analizowanych scenariuszy ryzyka, w 27 z nich Polska przebija próg już w 2027 roku, lądując na pułapie od 55,1 do 56,5 proc. PKB. Samo Ministerstwo Finansów wyjaśnia, że wystarczy, aby złoty osłabił się o 10 proc., a wskaźnik długu poszybuje automatycznie o 1,13 p.p. Spowolnienie wzrostu PKB o 1 punkt? Dodajcie kolejne 0,53 p.p.
Jak więc rząd próbuje na papierze zasypać tę przepaść? Uprawiając finansowy hazard. Wpisuje 36 mld zł „naturalnych oszczędności”, które wcale nie muszą się wydarzyć. Prawie 23 miliardy złotych wpływów dyskrecjonalnych opiera na ustawach, które są jedynie pomysłami, bo nawet nie zostały jeszcze uchwalone. Zakłada sztucznie napompowane gorącym powietrzem wpływy z VAT, bazując na gigantycznej (niewidzianej wcześniej w Polsce) elastyczności podatkowej. Do tego całkowicie zamyka oczy na czarną dziurę w systemie NFZ, w którym – i to już po uwzględnieniu gigantycznej rządowej dotacji – może zabraknąć nawet 16 mld zł.
Zbliża się rachunek
Prawdziwe uderzenie nadejdzie jednak z początkiem 2029 r. Ustawa o finansach publicznych jest bezlitosna – złamanie progu 55 proc. wymusza drastyczne procedury sanacyjne dwa lata po jego przekroczeniu. Według rządu, deficyt pierwotny sektora finansów publicznych w latach 2028-2030 będzie musiał zostać ścięty aż o 3,4 proc. PKB (najboleśniej w 2029 r. – o 1,7 proc.).
Mówiąc prościej, władza w zaledwie trzy lata chce ściąć wydatki, bądź podnieść podatki na łączną sumę 140 mld zł! Czeka nas zamrożenie płac w sektorze publicznym – od szkół, przez urzędy, po szpitale. Minimalna, uderzająca w portfele seniorów waloryzacja emerytur. Gwałtowne ostre hamowanie publicznych inwestycji, po którym przyjdzie załamanie zamówień, stagnacja i uderzenie w sektor prywatny, który nie będzie miał komu sprzedawać swoich usług.
A to wszystko w warunkach równoległego rozrostu „długu pozabudżetowego” (różnicy między krajową a unijną metodologią), który wkrótce wystrzeli do 18,3 proc. PKB, czyli 924 mld zł.
Układanka z NBP
Wiarygodność jest ostateczną walutą we współczesnym świecie finansów. Jeśli inflacja spadnie, otwierając drzwi do cięć stóp procentowych, różnica w oprocentowaniu między złotym a dolarem zniknie.
Tarcza chroniąca naszą walutę pęknie. Jeżeli ten moment nałoży się na uderzenie rynków w rosnące ryzyko polskich finansów – złoty otrzyma podwójny cios.
Najgroźniejszy byłby scenariusz, w którym globalna siła dolara spotka się z nasileniem obaw o polskie finanse publiczne, bo wtedy obie siły, które już osłabiają złotego, zadziałałyby ze zdwojoną mocą. Granicą jest wiarygodność. Dopóki rynek wierzy, że Polska panuje nad trajektorią długu, tegoroczne straty złotego pozostaną umiarkowane. Gdy ta wiara zostanie podważona, premia za ryzyko gwałtownie rośnie, a waluta staje się pierwszym wentylem, przez który napięcie ujdzie – przekonuje Mateusz Czyżkowski z XTB.
Politycy, najwyższy czas na naprawę finansów Polski
Politycy różnej maści mogą nam mydlić oczy na konferencjach prasowych, zwodzić wyborców obietnicami i nie pokazywać finansowania kolejnych pomysłów, które mają nam „zrobić dobrze”. Nadal mogą bredzić, że wyrośniemy z długu dzięki wzrostowi gospodarczemu (nie wyrośniemy), że wystarczy uszczelnić system podatkowy (nie wystarczy; luka VAT to jedynie kilkanaście miliardów złotych – stanowczo za mało), że możemy wydawać, ile chcemy, bo nas na to stać (już nas nie stać). Ale prawda zawsze wyjdzie na jaw.
Czego więc potrzebujemy? Odpowiedź jest na stole. Uzgodnienia ponadpartyjnego dot. finansów publicznych, odpowiedzialnej debaty i rozmowy ze społeczeństwem (Polacy są naprawdę mądrzejsi, niż się politykom wydaje), wieloletniego planu stabilizacji długu, rzetelnego finansowaniu nowych obietnic, przeglądu wydatków i uzgodnienia zasad fiskalnych, którą będzie respektował cały parlament – ten i następny.
Globalny kapitał to machina, w której liczy się tylko jedno – tabelka w Excelu. Pociąg polskich finansów publicznych traci hamulce, a wskaźniki bez litości migają na czerwono. Szykujmy się na wstrząs. Bo ostateczny rachunek za ten polityczny festiwal beztroski – co do grosza – zapłacimy z własnej kieszeni.
Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter
