Dwie dziewczynki na tle elektrowni atomowej

Niemcy w energetyce popsuły wszystko, co się dało. Polsce nie wolno popełnić tych samych grzechów

Najcięższym grzechem zawsze jest pycha. I to ona przyszła pierwsza. Potem pojawiło się marnotrawstwo, brak umiaru i zaniedbanie. Na końcu górę wziął gniew i chaos. Historia niemieckiej transformacji energetycznej to opowieść o grzechach popełnianych w imię postępu. Mówimy o systemie, który zamiast stabilności przyniósł niepewność, wysokie koszty i utratę kontroli. Jakie lekcje z tego katechizmu powinna przyswoić Polska?

  • Teza. Niemiecka transformacja energetyczna była przygotowywana w sposób krótkowzroczny i zbyt optymistyczny.
  • Dowód. Decyzja o wyłączeniu elektrowni atomowych w Niemczech kosztowała utratę konkurencyjności całej gospodarki.
  • Dowód. Niemcy niecałe dwie dekady temu byli jednym z największych eksporterów energii w Europie. Dziś są jej importerem.
  • Efekt. Polska transformacja energetyczna wymaga zbudowania stabilnych mocy jądrowych oraz inwestycji w infrastrukturę przesyłową i magazynującą. Jest to ważniejsze niż sama budowa mocy z OZE.

Niemcy niecałe dwie dekady temu byli jednymi z największych eksporterów energii w Europie. Dziś są jej importerem. Tylko w latach 2023–2025 za ściągnięty z zagranicy prąd Niemcy zapłaciły 10 mld euro. Niemiecka gospodarka stała się zaś ofiarą narastającego kryzysu energetycznego.

Dziejąca się za naszą zachodnią granicą transformacja energetyczna stanowi dziś jedno z najbardziej kosztownych studiów przypadku w historii europejskiej gospodarki. Projekt, który w założeniu miał być globalnym wzorcem dekarbonizacji, stał się przestrogą dla innych państw, a zwłaszcza Polski.

Niemiecka eneregetyka. Na początku była pycha

Każda wielka transformacja zaczyna się od wiary. Od przekonania, że istniejącą rzeczywistość można przebudować zgodnie z własnym projektem oraz że skala tej przebudowy nie przekroczy zdolności planistycznych państwa. W niemieckiej polityce energetycznej wiara ta przybrała postać głębokiego zaufania do własnych kompetencji technicznych, instytucjonalnych i regulacyjnych. Zaufania graniczącego z pychą.

Na poziomie koncepcyjnym niemiecki plan transformacji energetycznej sprawiał wrażenie logicznego i wewnętrznie spójnego. Z powodów klimatycznych oraz w związku z uruchomieniem systemu handlu emisjami ETS zakładano stopniowe odchodzenie od wydobycia i spalania węgla. Produkcja energii z paliw kopalnych stawała się coraz droższa, a europejskie zasoby tych surowców nie były w stanie pokryć długofalowego zapotrzebowania na energię.

Pojawiła się potrzeba alternatywy. Europa jako kontynent pozostaje strukturalnie uboga w zasoby energetyczne w relacji do własnego popytu. Większość państw musiała wybierać między trwałym uzależnieniem od importu a rozwojem technologii niewymagających paliw. Rozwój Odnawialnych Źródeł Energii (OZE) wydawał się najlepszym wyjściem. Tego typu instalacje nie dość, że są bezemisyjne, to pozwalały również produkować energię lokalnie, bez konieczności importu i ryzyka związanego z zależnością surowcową.

Niemcy zdecydowały się pójść właśnie w ten model. To, co miało być ich kartą atutową w przyszłej transformacji, były krajowe kompetencje, na których mogli budować niezależną energetykę. Ich przemysł miał techniczne zdolności do wielkoseryjnej produkcji nowej technologii. Warto tu wspomnieć o Simensie i produkowanych przez niego turbinach wiatrowych, czy koncernie energetycznym RWE.

Strategiczne ramy tej wizji zostały sformalizowane we wrześniu 2010 r., kiedy rząd niemiecki opublikował dokument polityczny opisujący założenia transformacji, nazwanej Energiewende, czyli przełomem energetycznym. Szybko jednak popełniono błąd, który zaważył na wszystkim.

Wybór, który przekreślił wszystko

Sześć miesięcy po przyjęciu przez Bundestag strategii wydarzyła się katastrofa jądrowa w Fukushimie. Wydarzenie to mocno odbiło się na niemieckim społeczeństwie. Fala antyjądrowych emocji wpłynęła na politykę energetyczną. W czerwcu 2011 r. rząd wycofał energię jądrową z katalogu technologii pomostowych.

Jak podaje Ośrodek Studiów Wschodnich (OSW), w momencie podpisania strategii kraj dysponował niemal 20 GW mocy jądrowych. Jeszcze w tym samym roku z powodu wydarzeń w Japonii zdecydowano się na wyłączenie bloków jądrowych o łącznej mocy ponad 7 GW i rozpisano plan wygaszania kolejnych źródeł. Dla porównania, w rekordowym momencie zapotrzebowania Polski system energetyczny notował około 29 GW zapotrzebowania. Niemcy do dziś płacą dantejską cenę za tę decyzję.

W miejsce atomu postawiono na gaz ziemny. Uznano, że to te paliwo lepiej zapewni spójność nowo budowanego systemu. Gaz miał być tani, bezpieczny i wcale nie tak emisyjny przy odpowiedniej technologii spalania. Dodatkowym atutem tego paliwa są duże zdolności bilansujące operujących na nich elektrowni. W teorii konstrukcja ta tworzyła spójną całość. OZE miały zapewniać tanią energię. Z kolei gaz stabilność systemu w momentach niedoboru. Jednak kluczowa odpowiedź na pytanie o źródło olbrzymich ilości surowca została uproszczona do jednej myśli: Rosja.

Stoczenie się w zależność

Wybór źródła dostaw gazu w pełni ujawnił pychę i krótkowzroczność planistów. Model funkcjonował i spinał się finansowo jedynie przy warunku tanich, stałych dostaw gazu z Rosji. Aby sprostać tak ogromnemu zapotrzebowaniu, zaplanowano budowę czterech gazociągów pod Bałtykiem, łączących energetycznie Rosję z Niemcami. Transport gazu rurami jest najszybszym i najtańszym rozwiązaniem, ale uzależnia odbiorcę od jednego kierunku. Słynne Nord Streamy miały łącznie dostarczać 110 mld m³ gazu rocznie.

Transport gazu statkami jest znacznie droższy i bardziej podatny na zakłócenia niż transport rurociągowy. Trzeba najpierw go skraplać, później przy odbiorze znowu regazyfikować, a następnie dalej przesyłać. Koszty takiego modelu, przy tym założeniu, gwałtownie by podrożały.

W tym miejscu ujawnia się istota grzechu pychy. Projekt opierał się na przekonaniu, że wszelkie kwestie geopolityczne pozostaną stabilne. Liczono, że biznes gazowy będzie na tyle opłacalny dla obu stron, że nie będzie poddany presji politycznej. Bezpieczeństwo energetyczne potraktowano jak funkcję rynku, nie zaś jako kategorię strategiczną i krytyczną.

Szybko okazało się, że surowcowy szantaż Kremla wobec Niemiec stał się asem w talii rosyjskich nacisków politycznych. Nagle cała wielka transformacja energetyczna zaczęła się chwiać w podstawach. Z kolei po wybuchu wojny w Ukrainie cała ta konstrukcja runęła.

„Habeck, oddaj mi moje elektrownie!”

Pełnoskalowa rosyjska inwazja na Ukrainę zgruchotała Energiewende. Cała koncepcja, na której opierano strategię, zawaliła się jak domek z kart. Nie przyniosło to jednak otrzeźwienia klasy politycznej. Na początku 2022 r. w niemieckim systemie energetycznym wciąż funkcjonowało 4 GW mocy jądrowych, które mogłyby zapewnić stabilizacje w nadchodzących niepewnych czasach.

W debacie publicznej pojawiały się głosy, by mimo planowanego wygaszenia reaktorów pozostawić je w systemie. Raport Federalnego Urzędu Kontroli z marca 2021 r. już wtedy prognozował niedobór 4,5 GW w niemieckim systemie energetycznym. Luka mocowa miała w pełni uwidocznić się w latach 2022–2025, wynikającym z planowanego wygaszenia elektrowni jądrowych.

Minister gospodarki i klimatu Robert Habeck jedynie odroczył decyzję o wygaszeniu atomu. Ostatni blok jądrowy w Niemczech wyłączono 15 kwietnia 2023 r. W obliczu narastającego kryzysu energetycznego Niemcy konsekwentnie dokończyli program antyatomowy, pozbywając się kluczowych gigawatów taniej i stabilnej energii w chwili, gdy system potrzebował ich bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Jak policzył Kamil Lukaszczyk, ekspert Energetiko, jeszcze w 2021 r. Niemcy wyeksportowały 13,9 TWh energii o wartości prawie 820 mln euro, głównie dzięki mocom atomowym.

Jednak, już w 2023 r. z eksportera zamienili się w importera energii. W samym tylko 2023 r. Niemcy musieli sprowadzić ponad 15 TWh energii, za którą gospodarka zapłaciła ponad 2,6 mld euro. W latach 2023–2025 import przekroczył 70 TWh, generując koszty rzędu 10 mld euro.

Paradoksem całej sytuacji było to, że głównym kierunkiem niemieckiego importu stała się Francja, której system energetyczny opiera się w pełni na atomie. Niemcy zlikwidowali własny potencjał jądrowy, a mimo to energia z tego źródła wciąż płynie przez ich sieć. Tym razem jednak na zyski z jej wytwarzania mogą liczyć wyłącznie francuscy sąsiedzi.

Usunięcie taniego atomu z miksu energetycznego oraz utrata dostaw rosyjskiego gazu natychmiast odbiły się na rachunkach niemieckich odbiorców. Wysokie, wcześniej niespotykane ceny energii zaczęły podważać konkurencyjność niemieckiej gospodarki.

Problem energetyczny przerodził się w kryzys ekonomiczny. Parafrazując słynną przypowieść, podobno po Bundestagu wieczorami chodzi kanclerz Mertz niczym cesarz Oktawian po klęsce w lesie Teutoburskim i woła: „Habeck, oddaj mi moje elektrownie!”

Morderstwo na klimacie

Skutki decyzji o odłączeniu elektrowni atomowych z systemu miały również jeszcze jeden skutek. Pozbawienie gospodarki dostępu do 20 GW niskoemisyjnej energii wpłynęło na bilans emisyjny niemieckiej gospodarki. Aby nie zabrakło prądu w systemie, Niemcy ponownie zaczęli zwiększać spalanie węgla w energetyce.

Szybko to uczyniło z naszych zachodnich sąsiadów największych emitentów gazów cieplarnianych w Unii Europejskiej. Dziś, mimo poniesionych nakładów na transformację energetyczna, Niemcy generują pięciokrotnie więcej emisji CO2 na kWh niż Francja, która opiera swoją energetykę na atomie.

Według badań norweskiego badacza Jan Emblemsvåg z 2024 r., utrzymanie energii jądrowej pozwoliłoby Niemcom osiągnąć 73 proc. spadek emisji CO2 zamiast 25 proc. uzyskanego w latach 2002–2022. To pokazuje, że polityka szybkiego odchodzenia od atomu przyniosła realne koszty społeczne, ekonomiczne i środowiskowe, których konsekwencje Niemcy zaczęły odczuwać dopiero w pełni w kolejnych latach.

Marnotrawstwo sprawnych aktywów jądrowych, które spełniały wszystkie normy środowiskowe podważa wiarygodność klimatycznych projektów energetycznych. Doszło do paradoksu, w którym Niemcy lekką ręką oddali GW energii atomowej, o które równolegle zabiega teraz większość państw Europy, z Polską na czele, by realizować cele klimatyczne.

Brak umiaru w rozbudowie OZE

Problem Niemiec nie polega na niedoborze energii. Wręcz przeciwnie – system generuje jej ogromne ilości dzięki zainstalowanym mocom OZE. Trudność polega jednak na zmienności produkcji. Energia pojawia się wtedy, gdy świeci słońce lub wieje wiatr, a jej dostępność nie zawsze pokrywa się z chwilami największego zapotrzebowania. W efekcie niemiecki system energetyczny musi zapewnić stabilność sieci niezależnie od warunków pogodowych. Na razie nie jest w stanie tego zrobić.

Szybka rozbudowa OZE pogłębiła problem. Systemy stabilizujące sieć, w tym magazyny energii, nie nadążały za rosnącymi mocami produkcyjnymi. Jak tłumaczy to zjawisko Kamil Lukaszczyk, ekspert z Energetiko:

W południe niemiecki system mierzy się z nadpodażą generacji fotowoltaicznej, co przy braku magazynów wymusza eksport energii po skrajnie niskich cenach, średnio 27 euro/MWh. Sytuacja odwraca się po zachodzie słońca: gwałtowny zanik produkcji z OZE zmusza do uruchamiania drogich jednostek konwencjonalnych lub importu prądu po stawkach sięgających 130 euro/MWh.

Kamil Lukaszczyk , ekspert z Energetiko, dla Biznes Enter

Każda nowa instalacja OZE bez magazynów energii pogłębia problem. System pozbawiony możliwości przechowywania taniej energii nie może się zbilansować. Znacząco pomógłby w tym atom i produkowana przez niego tania energia, ale Niemcy sami pozbawili się tej możliwości.

Nasi sąsiedzi wpadli więc w niebezpieczny paradoks. Mają zbyt dużo energii w niewłaściwych momentach i zbyt mało wtedy, gdy naprawdę jej potrzebują. Brak umiaru w rozbudowie odnawialnych mocy, bez dbania o możliwości bilansacyjne, zamienił potencjał energetyczny w poważne wyzwanie dla całego systemu.

Zaniedbanie sieci jako bariera rozwoju

Sieć energetyczna zawsze stanowi wąskie gardło transformacji. W Niemczech problem ten stał się szczególnie dotkliwy. Rozbudowa mocy wytwórczych, zwłaszcza OZE, nie była skoordynowana z modernizacją linii przesyłowych najwyższych napięć. Jak wynika z wyliczeń Instytut Ekonomiki Energetycznej (EWI), aktualny pozom rozbudowy sieci elektroenergetycznej w Niemczech jest opóźniony o 7 lat względem założeń z Energiewende. Brakuje około 6 tys. km kabli, co odbija się na możliwościach dostarczania energii z OZE.

Energia wyprodukowana na wietrznej północy kraju nie może efektywnie dotrzeć do przemysłowych regionów południa, takich jak Bawaria. Fachowo określa się to jako ograniczenia przesyłowe, czyli grid congestion.

Od początku planowania Energiewende Niemcy zmagały się z tym problemem i do dziś sobie z nim nie poradziły. Problemy infrastrukturalne i rosnące ceny za energie mają także wymierne konsekwencje gospodarcze. Konkurencyjność niemieckiego przemysłu zaczyna być podważana.

Słowo wytrych, czyli konkurencyjność

Z powodu rosnących cen prądu wiele niemieckich firm ograniczało produkcję, zawieszało działalność lub przenosiło ją do krajów o niższych kosztach energii, między innymi do Stanów Zjednoczonych. Problem ten jest szczególnie odczuwalny w sektorach hutniczym, metalurgicznym, motoryzacyjnym oraz chemicznym, w tym wśród producentów nawozów. Skutkiem był znaczący spadek konkurencyjności niemieckiego przemysłu.

Wysokie taryfy przyspieszyły zjawisko ucieczki emisji, czyli carbon leakage. Produkcja przenosi się do Azji, gdzie te same dobra wytwarzane są przy wyższych emisjach, co podważa globalny sens Energiewende. By ratować sytuację Bundestag przyjął pakiet pomocowy o nazwie Strompreispaket, który obniżył podatek od energii elektrycznej dla przemysłu do 0,50 euro/MWh. To 30-krotna redukcja obciążeń fiskalnych. Co więcej, Berlin przeznacza na ten cel ok. 12 miliardów euro rocznie.

Gniew i chaos regulacyjny

Energiewende, zamiast dawać Niemcom poczucie kontroli nad własnym systemem energetycznym, w ostatnich latach stało się źródłem permanentnej niestabilności i ciągłych korekt. Decydenci ratowali system na bieżąco, zamiast realizować długofalową strategię. W praktyce oznaczało to przesuwanie terminów wygaszania bloków węglowych, reorganizację mechanizmów wspierających OZE oraz poszukiwanie nowych zeroemisyjnych źródeł bilansujących system.

Pojawiły się również programy przebudowy elektrowni gazowych tak, by mogły spalać zielony wodór, jednak działania te nie rozwiązują podstawowego problemu. Zbudowany do tej pory przez Niemcy system energetyczny jest na dziś zawodny zarówno wobec odbiorców, jak i inwestorów.

Koszty tej niestabilności są namacalne. Społeczna akceptacja dla transformacji topnieje. Rachunki dla odbiorców energii elektrycznej rosną, jednak przewidywalność dostaw spada. Projekt wielkiej transformacji, który miał być wzorem planowania technologicznego, dziś coraz bardziej przypomina niekończącą się serię interwencji kryzysowych.

A mogło być tak pięknie

Analiza naukowa opublikowana w 2024 r. przez Jana Emblemsvåga, profesor z Norweskiego Uniwersytetu Naukowo-Technicznego (NTNU) zestawia faktyczne wydatki na Energiewende z alternatywnym scenariuszem, w którym Niemcy po 2002 r. zdecydowałyby się utrzymać działające elektrownie jądrowe i inwestować w nowe moce atomowe.

Autor podaje, że całkowite nominalne nakłady na transformację do 2022 r. wyniosły Niemcy 387 mld euro. Dodatkowo kolejne pakiety subsydiów stabilizujących rynek energii autor wycenia na około 310 mld euro. Łącznie to daje prawie 696 mld euro wydanych publicznych środków.

Emblemsvåg stawia tezę, że nie musiało tak być. Według nakreślonego przez niego scenariusza alternatywnego, przy utrzymaniu i rozbudowie energii jądrowej, Niemcy mogłyby zredukować koszty całej transformacji o połowę.

Porównanie obu scenariuszy pokazuje, że polityka oparta na utrzymaniu i rozwoju energetyki jądrowej mogłaby znacząco ograniczyć koszty, ryzyko niestabilności systemu oraz społeczną frustrację, której dziś doświadcza niemiecki rynek energii. Autor wprost stawia tezę, że Niemcy powinny były przyjąć politykę energetyczną opartą na utrzymaniu i rozbudowie energii jądrowej, nie zaś na jej likwidacji.

Lekcja dla Polski

Historia niemieckiej transformacji energetycznej to sekwencja błędnych założeń, które z czasem ułożyły się w systemowy kryzys. Pycha otworzyła drogę kolejnym decyzjom. Marnotrawstwo odebrało stabilność. Brak umiaru pogłębił nierównowagę. Zaniedbania rozlały problem na sieć. Na koniec za wszystkie te błędy zapłaciła gospodarka swoją konkurencyjnością. To katalog błędów, z którego Polska powinna wyciągnąć bardzo konkretne wnioski.

Najważniejszą lekcją płynnącą zza zachodniej granicy jest potrzeba ścisłej synchronizacji rozwoju OZE z rozbudową sieci przesyłowych oraz z inwestycjami w magazynowanie energii. Przykład płynący z Niemiec pokazuje, jak niebezpieczna staje się dysproporcja pomiędzy tempem przyrostu mocy OZE, a zdolnością systemu do zagospodarowania powstających nadwyżek.

Co istotne, podobne zjawiska są już widoczne w Polsce. Krajowy system elektroenergetyczny coraz częściej doświadcza okresów nadprodukcji energii z OZE, których nie da się ani efektywnie wykorzystać, ani bezpiecznie przesłać. Skutkiem są ograniczenia generacji oraz straty po stronie wytwórców.

Dlatego kluczowe znaczenie ma zachowanie stabilności systemu mimo rosnącego udziału źródeł zmiennych. Niezbędne pozostają dyspozycyjne moce wytwórcze, w tym elektrownie gazowe, które mogą pełnić funkcję zabezpieczenia pracy sieci. Równie ważny jest wymiar ekonomiczny transformacji. Musi ona być opłacalna zarówno dla państwa, jak i dla odbiorców końcowych, ponieważ bez akceptowalnych cen energii społeczna zgoda na zmiany szybko się wyczerpuje.

Polska wciąż ma przestrzeń, by uniknąć scenariusza, który zmaterializował się u naszego zachodniego sąsiada. Stabilność systemu i bezpieczeństwo dostaw powinny wyprzedzać ambicje polityczne. Rozbudowa sieci, rozwój magazynów energii oraz energetyka jądrowa jako stabilne źródło podstawowe muszą stać się fundamentem dalszych działań.

Ignacy Zieliński, dziennikarz Biznes Enter

Część odnośników to linki afiliacyjne lub linki do ofert naszych partnerów. Po kliknięciu możesz zapoznać się z ceną i dostępnością wybranego przez nas produktu – nie ponosisz żadnych kosztów, a jednocześnie wspierasz niezależność zespołu redakcyjnego.

Zdjęcie główne: Sandra Zięba

Motyw