Partnerzy merytoryczni
Paweł Svinarski

Popularny youtuber mówi, że „zielone szaleństwo” nie sprawdziło się w żadnym kraju. Oto, jaka jest prawda

Współczesna debata na temat transformacji energetycznej grzęźnie w skrajnościach. Pojawiają się głosy, które negują sens kolejnych inwestycji w Odnawialne Źródła Energii (OZE). Popularny youtuber głosi, że „zielone szaleństwo” się nie sprawdziło w żadnym kraju. Dlatego też coraz więcej osób pyta, czy w globalnym wyścigu o prąd Europa postawiła na właściwego konia. Biznes Enter sprawdza, gdzie leży prawda.

  • Teza. Inwestycje państw w OZE są nieopłacalne i nie sprawdzają się – tak głosi jeden z najpopularniejszych youtuberów w Polsce. Sprawdzamy, czy mówi prawdę.
  • Dowód. Państwa skandynawskie, które posiadają jedne z największych procentowych udziałów OZE w swoich miksach energetycznych mają jedną z najtańszych energii na rynku w Europie.
  • Dowód. Z powodu kosztów bilansowania systemów energetycznych z dużą mocą OZE w miksie dochodzi do paradoksu. Mimo, że energia z OZE jest tania, to jej odbiorcy nie widzą tego w swoich rachunkach za prąd.
  • Efekt. Droga ku OZE jest więc w dużej mierze nieunikniona. Będzie to jednak wymagająca wędrówka, której koszt może być wyższy, niż by to wynikało z politycznych deklaracji.

W popularnym kanale biznesowym Dla pieniędzy pojawił się materiał pt. Dalszy rozwój (przy.red Polski) z Niemcami, czy USA? Główną tezą prowadzącego Pawła Svinarskiego było, że partnerstwo z Niemcami jest dla Polski współpracą znacznie odleglglejszą niż z USA. Jednak nie to stwierdzenie zwróciło moją uwagę.

W 24. min programu youtuber wygłosił opinię, że współpraca z zachodnim sąsiadem pcha nasz kraj w: „zielone szaleństwo (OZE) i migracje, które, jak wiadomo, nie sprawdziły się w żadnym kraju”. Czy naprawdę tak jest? Czy najpopularniejszy influencer biznesowy może się myli? Sprawdzamy.

Co oznacza, że OZE się sprawdza?

Już na samym początku trzeba zauważyć, że kategoria „sprawdzania się” danego systemu jest niezwykle niejasna. Dla każdego określenie te może oznaczać coś zupełnie innego i wiąże się z innymi wymaganiami stawianymi OZE. Od tych najprostszych po te już bardziej złożone. Taka sytuacja niezwykle utrudnia dyskusję nad tezą postawioną w materiale Dla pieniędzy.

Z tego powodu całą debatę można by zamknąć stwierdzeniem, że OZE się sprawdza w każdym kraju, w którym zostało zaimplementowane ponieważ, woda i wiatr obracają łopaty turbin, a panele przyjmuję energie ze słońca. W tym momencie można by dumnie zakończyć analizę tego problemu.

Odłóżmy jednak na bok proste odpowiedzi i skupmy się na tym, co wydaje mi się, jest głównym zastrzeżeniem Svinarskiego w stosunku do OZE. Słowa youtubera można zrozumieć tak, że w jego opinii nie ma państw, w których szeroko wdrożono OZE i obyło się to z korzyścią dla ich systemów energetycznych i ich obywateli. W takim wypadku stwierdzenie, że „zielone szaleństwo” nie sprawdziło się żadnym kraju, jest fałszywe. Bo się sprawdziło i mamy na to twarde dowody. Choć wszędzie jeden system energetyczny zamieniony na inny to bilans zysków i strat. W wymienionych przez nas państwach ten sukces potwierdza sama Międzynarodowa Agencja Energetyczna.

Urugwaj – od naftowego zakładnika do zielonego eksportera

W ciągu niespełna dwóch dekad Urugwaj dokonał wolty, o której marzą zachodnie gospodarki – z kraju niemal całkowicie uzależnionego od kaprysów argentyńskiego gazu i wenezuelskiej ropy, stał się zielonym tygrysem Ameryki Południowej. Dzięki ponadpartyjnemu konsensusowi zainwestowano miliardy dolarów w turbiny wiatrowe, farmy słoneczne i biomasę, co w połączeniu z potężnymi zasobami hydroenergetycznymi pozwoliło osiągnąć miks energetyczny oparty w przeważającej mierze na OZE.

To nie jest wyłącznie ekologiczny eksperyment, lecz chłodno skalkulowana strategia makroekonomiczna, która zdywersyfikowała ryzyko i uczyniła z państwa stabilnego eksportera prądu zasilającego przemysł w sąsiedniej Brazylii i Argentynie.

Sukces tego modelu opiera się na radykalnym odcięciu krajowej gospodarki od szoków cenowych na globalnych rynkach paliw kopalnych. Urugwaj udowodnił, że system oparty na odnawialnych źródłach może być trwałym fundamentem państwa, eliminując z budżetu państwa potężne wyrwy w postaci dotacji do importowanej ropy. Dla inwestorów był to rynkowy raj – państwowy operator zaoferował im wieloletnie kontrakty na odkup zielonej energii po stałych cenach (tzw. PPA), co uruchomiło lawinę zagranicznego kapitału i pozwoliło na błyskawiczną rozbudowę infrastruktury bez nadmiernego zadłużania bezpośrednio budżetu centralnego.

Jednak ten cud energetyczny ma swoją twardą, rynkową cenę, którą na własnych portfelach odczuwają dziś urugwajscy konsumenci. Wspomniane długoterminowe kontrakty chroniące inwestorów oznaczają, że obywatele wciąż płacą jedne z najwyższych stawek detalicznych w regionie, finansując historyczne koszty transformacji pomimo marginalnych kosztów produkcji samej energii.

Co więcej, krytyczna zależność od hydroenergetyki okazała się piętą achillesową systemu – w 2023 r. historyczna susza zmusiła kraj do drastycznych cięć, awaryjnego importu i rozruchu starych, emisyjnych elektrowni cieplnych, boleśnie przypominając, że stuprocentowe bezpieczeństwo w świecie zależnym od zmiennej pogody wciąż pozostaje inżynieryjnym wyzwaniem.

Hiszpania i Portugalia, czli słoneczna tarcza i pułapka nadpodaży

Półwysep Iberyjski to obecnie najciekawsze laboratorium energetyczne Europy, pokazujące, jak tania produkcja prądu ze słońca i wiatru może działać jako potężna tarcza makroekonomiczna. Kiedy w 2022 r. kryzys gazowy dławił niemiecki czy brytyjski przemysł, Madryt i Lizbona – dysponujące gigantycznymi mocami w OZE – wynegocjowały w Brukseli tzw. „wyjątek iberyjski”, skutecznie odcinając swoje rynki od europejskiej paniki cenowej.

Z perspektywy biznesowej kraje te udowodniły, że obfitość energii odnawialnej daje natychmiastową przewagę konkurencyjną. Zerowe, a wręcz ujemne hurtowe ceny prądu w słoneczne dni stały się potężnym magnesem dla energochłonnego przemysłu i gigantów technologicznych, którzy właśnie tam lokują swoje nowe centra danych.
Zjawisko to radykalnie zmieniło strukturę kosztów iberyjskiej gospodarki.

Sukces polega tu na skali zjawiska – nadmiar taniej energii w godzinach szczytowych pozwala na cięcie kosztów operacyjnych fabryk, a systemy taryf dynamicznych po raz pierwszy realnie opłacają konsumentom przenoszenie zużycia prądu (np. ładowania aut elektrycznych) na środek dnia. Zamiast transferować miliardy euro do zewnętrznych dostawców gazu, Hiszpania i Portugalia zaczęły zatrzymywać kapitał wewnątrz własnego krwiobiegu gospodarczego, opierając się na zasobach, które mają na miejscu. Warto do tego dodać fakt, że Hiszpania osiągnęła już w większości limit dla nowych instalacji i podobnie jak Niemcy muszą płacić wysokie ceny za import energii z Francji by bilansować jego pracę.

Ten słoneczny raj skrywa jednak fundamentalny problem strukturalny, znany na rynkach jako „kanibalizacja cen” oraz zjawisko „krzywej kaczki” . Skoro wszystkie panele fotowoltaiczne w kraju produkują najwięcej prądu dokładnie w tym samym czasie, jego rynkowa wartość drastycznie spada, co wydłuża czas zwrotu i odstrasza kapitał od budowy kolejnych farm.

Ponadto, ze względu na słabe połączenia przesyłowe z resztą Europy (przez Pireneje), Półwysep jest swoistą wyspą energetyczną – gdy wieczorem słońce zachodzi, a popyt w domach skokowo rośnie, operatorzy muszą gwałtownie uruchamiać drogie elektrownie gazowe. To powoduje ostre, wieczorne skoki cen i obnaża dotkliwy brak wielkoskalowych magazynów energii.

Islandia i Norwegia znają ciemne strony bycia baterią Europy

Z perspektywy rynków finansowych Islandia i Norwegia to bezdyskusyjni arystokraci, którzy dawno temu wygrali bilet na loterię geograficzną, opierając swoje potężne gospodarki na niemal darmowej, i stuprocentowo czystej energii. W przeciwieństwie do kapryśnego wiatru czy słońca, norweska potęga hydroenergetyczna oraz islandzka geotermia dostarczają prąd w tzw. paśmie (ang. baseload), gwarantując stabilne zasilanie niezależnie od kaprysów natury.

To właśnie ta legendarna przewidywalność uczyniła z obu państw globalne centra dla biznesów wymagających gigantycznych, nieprzerwanych dostaw zasilania, czego koronnym dowodem są zlokalizowane tam potężne huty aluminium uodpornione na europejskie zawirowania rynkowe.

Zjawiskowy sukces makroekonomiczny Północy polega na wybitnej monetyzacji naturalnych przewag państwa. Norwegia poszła o krok dalej, aspirując do roli „zielonej baterii Europy” poprzez budowę potężnych podmorskich interkonektorów . Te inżynieryjne giganty przesyłają strumienie norweskiego prądu z wody bezpośrednio do sieci w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Holandii. Ten transgraniczny handel to potężny zastrzyk gotówki dla operatorów i państwowego budżetu, tworzący opłacalny model, w którym zielony elektron staje się towarem eksportowym równie cennym, co niegdyś ropa z Morza Północnego.

Paradoksalnie jednak, to zintegrowanie z globalnym rynkiem stało się zarzewiem najpoważniejszych napięć społecznych na Północy w tej dekadzie. Połączenie norweskich fiordów kablami z resztą kontynentu sprawiło, że krajowe ceny prądu „zainfekowały się” europejskim kryzysem surowcowym, a obywatele – przyzwyczajeni dekadami do ogrzewania domów za ułamki centów – nagle otrzymali rachunki wyższe o kilkaset procent.

Ten drenaż taniej energii na eksport wywołał potężny gniew społeczny. Równocześnie próby dalszej rozbudowy systemu (zwłaszcza farm wiatrowych w Norwegii i nowych odwiertów na Islandii) napotykają na coraz twardszy opór lokalnych społeczności i obrońców przyrody, dowodząc brutalnej rynkowej prawdy: nawet najczystsza energia ma swój twardy limit społecznej i ekologicznej akceptacji.

Niemniej, pomimo opisanych przez nas plusów i minusów te kraje funkcjonują z działającym systemem OZE, które ratuje ich gospodarki na codzień.

Czy OZE nie sprawdziło się w żadnym kraju?

Dziś w OZE inwestuje cały świat. Bez wysiłku, i to nie tylko w Europie, można znaleźć kilkadziesiąt państw, które posiadają w swoich systemach energetycznych znaczne moce w OZE. Jak informuje Międzynarodowa Agencja Energetyczna, w 2025 r. ponad 34 proc. światowej produkcji energii elektrycznej pochodziło ze źródeł zeroemisyjnych. Dla porównania węgiel w tym samym okresie odpowiadał za wyprodukowanie 31,1 proc. światowej energii. OZE więc oficjalnie wyprzedziły ten surowiec.

Skupmy się jednak na konkretnych przykładach, zwłaszcza na Europie. Wysokie wartości OZE w miksie mają na Starym Kontynencie przede wszystkim państwa skandynawskie, czyli Norwegia, Szwecja oraz Dania, które korzystają na potęgę z energetyki wiatrowej i wodnej. Również Hiszpania może pochwalić się znacznymi mocami zainstalowanymi w krajowej fotowoltaice. Olbrzymich inwestycji w OZE dokonano również w Niemczech.

Popularność OZE wynika z tego, że instalacje wiatrowe, słoneczne i wodne nie wymagają paliwa by pracować. Turbiny napędza wiatr i woda, a panele pracują dzięki promieniowaniu słonecznemu. Brak kosztów surowca oznacza niższe koszty wytwarzania oraz większą odporność na wahania cen na rynkach światowych. Dlatego energia z OZE należy dziś do najtańszych w produkcji.

Jak wynika z danych prezentowanych przez ENTSO-E (Europejska Sieć Operatorów Systemów Przesyłowych Energii Elektrycznej), inwestycje w OZE pomagają obniżyć cenę energii na rynku. Jednak czy niższy koszt energii dla systemu przekłada się na niższe ceny prądu dla odbiorców detalicznych? Tutaj sprawa jest bardziej skomplikowana.

Czy OZE obniża rachunki za prąd?

Niski koszt wytworzenia energii nie oznacza, że jej odbiorca zapłaci za nią równie preferowaną cenę. Na ostateczną wysokość rachunku wpływa wiele czynników takich jak: konstrukcja rynku, opłaty systemowe, wysokość podatków od energii, czy koszt przesyła energii. Koszt samej energii jest tylko jedną ze zmiennych końcowego rachunku. Większe znaczenie od samych kosztów wytwarzania prądu ma polityka energetyczna państwa i organizacja jego systemu energetycznego. Są to jednak elementy, które można optymalizować.

Dodatkowo w Polsce (i nie tylko) inwestycje w OZE czy atom rzadko są w 100 proc. rynkowe. Większość inwestorów korzysta ze wsparcia publicznego. Jest ono udzielane w różnej formie np.: zielonych certyfikatów, różnego rodzaju aukcje, kontraktów różnicowych, czy dotacji. Ten model finansowania zielonej transformacji odbija się na rachunkach, co tłumaczy ekspert.

Specjalna spółka wypłaca inwestorowi wsparcie, ale te pieniądze wracają do nas w taryfie przesyłowej i następnie dystrybucyjnej. Więc nawet jeśli na rynku hurtowym energia elektryczna tanieje (bo wieje wiatr), to na rachunku końcowym suma kosztów jest taka sama albo wyższa, bo spłacamy te wsparcie oraz rzeczywiście poczynione inwestycje. To element, który można i trzeba zoptymalizować, jeśli chcemy być konkurencyjni jako kraj.

Jarosław Wajer, doradca energetyczny z firmy EY, dla Biznes Enter

Jest to jedynie jedna z propozycji mogących pomóc obniżyć ceny energii dla odbiorców, jednak na dziś efekt jest taki, że Europa mimo posiadania znacznych mocy zainstalowanych w OZE cierpi na najwyższe ceny prądu na świecie.

Z tego powodu Mirosław Panek z Instytutu Sobieskiego uważa, że stwierdzenie, iż OZE nie sprawdziło się w żadnym kraju jest prawdziwe, jeżeli za kryterium „sprawdzenia się” przyjąć wysokość rachunków za energię elektryczną dla odbiorców. Swoją opinię tłumaczy w następujący sposób:

Obniżenie tych rachunków było, obok dekarbonizacji, jako metody walki z ociepleniem klimatu, szeroko zachwalanym efektem wprowadzenia więcej OZE do miksu energetycznego. Niestety, w krajach Europy nie da się zaobserwować korelacji dużego udziału OZE i niższych cen energii dla odbiorców detalicznych. 

Mirosław Panek, Instytutu Sobieskiego, dla Biznes Enter

W efekcie dziś w Europie dochodzi do paradoksu. Mimo, że wiele państw może pochwalić się znaczną produkcją taniej energii z OZE, to ich obywatele nie widzą tego w swoich rachunkach za prąd. Dodatkowo sytuacji nie ułatwia stan systemów energetycznych poszczególnych państw, w tym Polski.

Budowa źródeł OZE to dopiero pierwszy krok

Podstawowa trudność, w posiadaniu dużych mocy w fotowoltaice, czy wietrze w systemie energetyczny, polega na pogodozależnosci takich instalacji. Energia pojawia się wtedy, gdy świeci słońce lub wieje wiatr. Oznacza to, że dostępność mocy nie zawsze pokrywa się z chwilami największego zapotrzebowania na prąd. Z tego powodu te instalacje nie mogą gwarantować pewność nieprzerwanych dostaw prądu. Aby mogły ono poprawnie funkcjonować w systemie potrzebuje wsparcia.

Z powodu pogodozależności tych instalacji operatorzy decydują się na utrzymywanie w gotowości elektrowni konwencjonalnych, które są gotowe by bilansować produkcję z OZE jest kosztowne. Rachunek za to bezpieczeństwo przerzucany jest z kolei na klienta. Dlatego, mimo że prąd z OZE jest tani w produkcji, to „zarządzanie nim” jest drogie. Jest to jednak element procesu. Jak zaważa Jarosław Wajer z firmy EY:

W Europie do tej pory w sprawie OZE zrobiliśmy dopiero to, co najprostsze i najtańsze. Zbudowanie zielonych mocy wytwórczych oznacza, że jesteśmy dopiero przed połową całego procesu transformacji energetycznej. Teraz zaczynają się schody i rosnące koszty systemowe, które trzeba wziąć pod uwagę.

Jarosław Wajer, doradca energetyczny z firmy EY, dla Biznes Enter

W którym punkcie tego procesu znajduje się Polska?

Jak OZE funkcjonuje w Polsce

Jak wskazuje Forum Energii, Polska należy do krajów z najdroższą energią dla przemysłu w Unii Europejskiej. Sytuacja ceny KWh dla gospodarstw domowych jest zdecydowanie lepsza, jednak wciąż dla większości obywateli rachunki są zbyt wysokie. Zdaniem ekspertów z think tanku odpowiedzialne za ten stan rzeczy jest kilka czynników:

  • przestarzałą technologię,
  • brak długofalowego planowania,
  • wysoki udział węgla w miksie energetycznym,
  • koszty emisji CO₂,
  • niską elastyczność systemu
  • zmonopolizowany rynek energii elektrycznej.

Między podpunktami ukryte są zarzuty zarówno do OZE, jak i energetyki konwencjonalnej. Niewątpliwe zwiększające się moce zainstalowane w fotowoltaice i wiatrakach pomagają obniżać ceny energii na rynku. Ich obecność sprawia również, że Polska płaci niższe kary w ramach systemu ETS i innych polityk klimatycznych UE.

Niebezpieczna jednak staje się rosnąca dysproporcja pomiędzy tempem przyrostu mocy OZE, a zdolnością systemu. Polska sieć energetyczna była budowana pod zupełnie inne założenia i dziś przestaje nadążać za potrzebami, które wiążą się z funkcjonowaniem nowej energetyki rozproszonej. System energetyczny jest niewydolny. Zamiast korzystać z taniej energii, marnujemy ją, bo kable nie są w stanie jej przyjąć

Dodatkowo krajowy system elektroenergetyczny coraz częściej doświadcza okresów nadprodukcji energii z OZE. Powstałych w godzinach największego nasłonecznienia nadwyżki trudno w tej chwili efektywnie wykorzystać. Brakuje również wielkoskalowych magazynów energii zdolnych do magazynowaniu tej mocy. Skutkiem takiego stanu rzeczy są ograniczenia generacji, które przekładają się na straty po stronie wytwórców i rentowność inwestycji w OZE.

Aby zapewnić równowagę w sieci i nie dopuścić do zachwiania pracy systemu energetycznego potrzebne są wielomiliardowe inwestycji, za które zapłacić będą musieli odbiorcy energii. Z racji na wiek i stan naszego systemu energetycznego inwestycje te potrzebne byłyby niezależnie od rozwoju OZE, jednak instalacje fotowoltaiczne i wiatrowe sprawiają, że potrzeby modernizacyjne są większe.

To wszystko sprawia, że w najbliższych latach rachunki za energie pozostaną wysokie. Nie jest to dobra informacja dla transformacji energetycznej. Brak akceptowalnych cen energii podkopuje społeczną zgodę na odwrót od paliw kopalnych. Argumenty o „zielonym szaleństwie”, padają na żyzną glebę. Społeczeństwo coraz szybciej traci cierpliwość, ale czy na dobrą sprawę istnieje inna droga niż ta, którą Europa podąża teraz?

Osąd nad „zielonym szaleństwem”

Jeżeli Europa chce konsekwentnie rozwijać OZE i realizować cele wyznaczone przez Porozumienie paryskie, które zakłada osiągnięcie neutralności klimatycznej do połowy XXI wieku, to musi przygotować się na ponoszenie określonych kosztów. Transformacja systemu energetycznego jest procesem złożonym i długotrwałym, jak również kosztownym.

W momencie, w którym dziś znajduje się europejska energetyka nie ma już drogi odwrotu od przyjętej strategii budowy energetyki w oparciu o OZE. Zbyt wiele pieniędzy zostało już przeznaczonych na ten cel, a zmiany w systemach energetycznych wielu państw są zbyt głębokie. Istnieje jednak ryzyko, że ciężar tej zmiany w dużej mierze spadnie na europejskie społeczeństwa i przemysł w postaci rosnących opłat za energie. Tym samym cała idea transformacji zostanie pogrzebana pod ciężarem społecznych wyrzutów sumienia.

Nie oznacza to jednak, że inwestycje w OZE należy sprowadzać do publicystycznego hasła zielonego szaleństwa. Równie nieuprawnione byłoby twierdzenie, że wiatr i słońce stanowią uniwersalne rozwiązanie wszystkich problemów europejskiej energetyki. Jednak w obliczu kurczących się zasobów paliw kopalnych wybór alternatywy wydaje się ograniczony. Jak zauważa Jarosław Wajer z firmy EY:

Pamiętajmy, że Europa nie startowała z pozycji USA czy Rosji. Nie mamy własnych zasobów. Gdyby nie OZE, bylibyśmy całkowicie zależni od importu i jeszcze drożsi. Pewien urzędnik URE żartował kiedyś: „Jarek, węgiel też jest odnawialny, tylko w dłuższej perspektywie”. Ale my nie mamy milionów lat. Kierunek był słuszny, tylko wykonanie (regulacje, przemysł) kuleje i tu trzeba poprawy.

Jarosław Wajer, doradca energetyczny z firmy EY, dla Biznes Enter

Droga ku OZE jest więc w dużej mierze nieunikniona. Będzie to jednak wymagająca wędrówka, której koszt może być wyższy, niż by to wynikało z politycznych deklaracji.

Ignacy Zieliński, dziennikarz Biznes Enter

Zdjęcie główne: Paweł Svinarski/ YouTube.com

Motyw