
Wielka Brytania to dzisiaj największe i najbardziej fascynujące laboratorium transformacji energetycznej na świecie. Jako pierwsza z wielkich globalnych gospodarek zapisała w prawie cel osiągnięcia neutralności klimatycznej. Z raportu Międzynarodowej Agencji Energetycznej (MAE) wyłania się jednak obraz państwa pełnego sprzeczności. Z jednej strony to kraj, który z mistrzowską precyzją i bezwzględną skutecznością pożegnał węgiel. Z drugiej strony to system, który wpadł w potężne pułapki infrastrukturalne i regulacyjne, kosztujące gospodarkę miliardy funtów. Dla Polski, która właśnie wkracza w decydującą, najbardziej kapitałochłonną fazę transformacji i planuje historyczne inwestycje na Bałtyku oraz Pomorzu, lektura brytyjskich doświadczeń to absolutny obowiązek.
- Teza. Polska może uniknąć wielomiliardowych strat i paraliżu transformacji energetycznej, jeśli precyzyjnie skopiuje brytyjskie sukcesy w finansowaniu zielonej energii i jednocześnie wdroży drastyczne reformy sieciowe, omijając pułapki, w które wpadł Londyn.
- Dowód. Jak jednoznacznie dowodzi raport Międzynarodowej Agencji Energetycznej, brytyjski podatek węglowy oraz system kontraktów różnicowych błyskawicznie wyeliminowały węgiel i zbudowały potęgę wiatrową. Jednak brak planowania potężnych sieci przesyłowych na osi północ-południe oraz wadliwa struktura opodatkowania prądu względem gazu generują dziś gigantyczne zatory i blokują elektryfikację gospodarki.
- Efekt. Błyskawiczna rozbudowa „autostrad energetycznych” łączących wietrzny Bałtyk ze zindustrializowanym Śląskiem oraz bezwzględne oczyszczenie kolejek przyłączeniowych dla OZE zagwarantuje polskim firmom stabilny dostęp do radykalnie tańszej energii, budując ich żelazną przewagę konkurencyjną na europejskim rynku.
Energetyka na Wyspach popełniła błędy, których możemy uniknąć. Spis treści
Jeszcze w 2012 r. węgiel był fundamentem brytyjskiego systemu, odpowiadając za blisko 40 proc. krajowej produkcji energii elektrycznej. Dekadę później udział ten runął do zaledwie 2,2 proc. Zgodnie z żelaznym planem Brytyjczycy przygotowali ostateczne wygaszenie generacji węglowej na październik 2024 r. Jak udało się tak potężnej gospodarce dokonać tego w tak zawrotnym tempie?
Zabójstwo węgla w białych rękawiczkach – triumf inżynierii podatkowej
Raport MAE nie pozostawia złudzeń i chwali Londyn za chirurgiczne cięcie w postaci mechanizmu Carbon Price Support. To dodatkowy, ściśle krajowy podatek nałożony na paliwa kopalne używane do produkcji prądu, który od 2016 r. został zamrożony na poziomie 18 funtów za tonę emisji dwutlenku węgla.
Danina ta działała niezależnie od unijnego, a później brytyjskiego systemu handlu emisjami (UK ETS). Spalanie węgla z dnia na dzień stało się ekonomicznym samobójstwem.
Mechanizm ten brutalnie, ale niezwykle skutecznie wymusił na rynkowych inwestorach błyskawiczną alokację kapitału w odnawialne źródła energii, co doprowadziło do sytuacji, w której już w 2022 r. źródła odnawialne stanowiły 42 proc. brytyjskiego miksu energetycznego.
Morski cud wiatrowy i zderzenie z inflacyjną ścianą
Wielka Brytania jest bezdyskusyjnym europejskim liderem morskiej energetyki wiatrowej, posiadając ponad 14 GW zainstalowanej mocy na wodach terytorialnych. Rząd narzucił sobie potężne tempo, planując osiągnąć niewyobrażalne 50 GW z wiatru na morzu do 2030 r.
Ich spektakularny sukces opiera się na stabilnym systemie finansowania poprzez tak zwane kontrakty różnicowe (CfD). Państwo gwarantuje inwestorom stałą, waloryzowaną inflacją cenę za wyprodukowany prąd przez 15 lat. Taki mechanizm zdejmuje ryzyko z instytucji finansujących, pozwalając na budowę gigantycznych projektów znacznie niższym kosztem kapitału.
Polska kopiuje ten model dla rodzimych inwestycji na Bałtyku, jednak raport MAE przynosi potężne ostrzeżenie. W piątej rundzie aukcyjnej (w 2023 r.) brytyjski system poniósł bolesną porażkę – nie zakontraktowano ani jednego megawata z morskiego wiatru. Dlaczego? Rząd nie urealnił ceny referencyjnej, ignorując gigantyczną inflację i kryzys w globalnych łańcuchach dostaw, z którymi zmagał się przemysł. To lekcja dla polskich decydentów – same ramy prawne nie wystarczą, jeśli państwo oderwie się od brutalnych realiów makroekonomicznych i rosnących kosztów stali, turbin oraz logistyki morskiej.
Koszmar infrastrukturalny – gdy zielona energia dusi się w kablach
Tutaj zaczynają się najpoważniejsze ostrzeżenia dla Warszawy. Wielka Brytania zabudowała wietrzną Szkocję i wody terytorialne potężnymi farmami, zapominając, że główny pobór prądu znajduje się na gęsto zaludnionym, uprzemysłowionym południu. Skutki są wręcz absurdalne gospodarczo – ponieważ nie zbudowano na czas wystarczającej liczby linii przesyłowych, brytyjski system regularnie się zatyka.
Operator sieci zmuszony jest płacić farmom wiatrowym ogromne odszkodowania za to, by powstrzymały produkcję prądu ze względu na brak możliwości jego przesyłu, a jednocześnie musi drogo uruchamiać elektrownie gazowe na południu, by zaspokoić popyt.
Skala wyzwania jest paraliżująca. Rząd szacuje, że do 2030 r. kraj potrzebuje cztery razy więcej nowych sieci transmisyjnych, niż zbudowano od 1990 r. Budowa nowej infrastruktury zajmuje tam średnio 14 lat, co zmusza państwo do wdrożenia drastycznych planów awaryjnych, by skrócić ten czas o połowę.
Lekcja dla nas jest oczywista. Polska buduje potężne wiatraki na Bałtyku i pierwszą elektrownię jądrową na Pomorzu, podczas gdy nasz energochłonny, ciężki przemysł dusi się na Śląsku i południu kraju. Bez natychmiastowego cięcia biurokracji i priorytetowej budowy potężnych „autostrad energetycznych” z północy na południe, utopimy polską transformację w gigantycznych kosztach ograniczeń sieciowych.
Plaga projektów zombie i paraliż przyłączeniowy
Z zatorami fizycznymi wiąże się bezpośrednio biurokratyczny koszmar. Jeszcze niedawno w Wielkiej Brytanii deweloperzy OZE i magazynów energii trafiali do wirtualnej kolejki, w której daty przyłączenia do sieci sięgały późnych lat trzydziestych XXI wieku. System opierał się na archaicznej zasadzie „kto pierwszy, ten lepszy”, co sprawiało, że kolejkę blokowały projekty widma – inwestycje bez finansowania i szans na realizację, które blokowały miejsce podmiotom gotowym do wbicia pierwszej łopaty.
Kraj musiał wprowadzić drastyczne reformy i zmienić system na model faworyzujący projekty faktycznie gotowe do budowy – tzw. first-ready, first-connected. Nowy plan zakłada brutalne wyrzucanie martwych projektów z kolejki i skrócenie czasu oczekiwania dla kluczowych inwestycji z pięciu lat do zaledwie sześciu miesięcy. Polska, masowo odrzucająca wnioski o warunki przyłączenia dla nowych farm fotowoltaicznych, biogazowni i magazynów energii, musi jak najszybciej wprowadzić identyczną, bezwzględną weryfikację swojej kolejki przyłączeniowej.
Pułapka cenowa pomp ciepła – dlaczego elektryfikacja ogrzewania hamuje
Międzynarodowa Agencja Energetyczna mocno punktuje Wielką Brytanię za niezwykle powolną dekarbonizację budynków. Brytyjski sektor budowlany jest jednym z najstarszych w Europie i odpowiada za ponad jedną czwartą krajowych emisji. Rząd wyznaczył ambitny cel instalacji 600 tys. pomp ciepła rocznie do 2028 r. Dlaczego jednak obywatele tak niechętnie odchodzą od kotłów na błękitne paliwo, które wciąż ogrzewa aż 74 proc. gospodarstw domowych?
Głównym hamulcem, który obnaża błędy polityki fiskalnej, jest fatalna relacja kosztów prądu do gazu. Brytyjska energia elektryczna jest duszona przez koszty polityki klimatycznej i opłaty środowiskowe zwane „green levies”, podczas gdy gaz ziemny korzysta z taryfy niemal bez obciążeń. W efekcie prąd jest tam wielokrotnie droższy od gazu, co całkowicie zabija rynkowy i racjonalny sens elektryfikacji domowego ogrzewania. MAE wprost wzywa Londyn do zbalansowania kosztów między tymi nośnikami.
Polska tkwi w niemal identycznym, archaicznym położeniu. Po początkowym, spektakularnym boomie na pompy ciepła, rynek w Polsce zamarzł, gdy obywatele zderzyli się z drastycznie rosnącymi rachunkami za prąd na tle mrożonych i dotowanych cen gazu. Bez odważnej zmiany struktury podatków energetycznych, ten proces po prostu się załamie, a cele klimatyczne pozostaną fikcją.
Atomowe odrodzenie i jego porażające rachunki
Wielka Brytania dostarcza również otrzeźwiającej perspektywy w kwestii energetyki jądrowej. Rząd chce zabezpieczyć system oparty na pogodzie, planując budowę 24 GW mocy w atomie do 2050 r., co ma pokryć 25 proc. krajowego zapotrzebowania. Jednak realizacja pierwszego z wielkich projektów — elektrowni Hinkley Point C, to pasmo gigantycznych opóźnień i eksplodujących budżetów, gdzie koszty wzrosły z planowanych 25 miliardów do zatrważających 31-35 miliardów funtów.
Aby uratować kolejne projekty, takie jak Sizewell C, Brytyjczycy wprowadzili innowacyjny model finansowania Regulated Asset Base, który przenosi część kosztów inwestycji na odbiorców jeszcze w fazie budowy, drastycznie obniżając jednak koszty pozyskania kapitału.
Powołano także agencję Great British Nuclear, która ma napędzić rozwój małych reaktorów modułowych (SMR). Dla Polski, która znajduje się na samym początku swojej nuklearnej drogi, precyzyjne strukturyzowanie finansowania, oparte na modelu brytyjskim, może okazać się barierą życia lub śmierci dla całego projektu.
Nowy model zarządzania i transportowa rewolucja
Zarządzanie tak skomplikowanym układem naczyń połączonych wymaga nowoczesnych instytucji. Brytyjczycy uchwalili w 2023 r. ustawę powołującą National Energy System Operator (NESO) – potężnego, niezależnego operatora, który weźmie na siebie planowanie nie tylko dla sieci elektroenergetycznych, ale holistycznie zintegruje prąd, gaz ziemny i wschodzący sektor wodoru. To krok, który musi podjąć każda zaawansowana gospodarka, w której elektrony, molekuły i ciepło zaczynają się przenikać.
Transformacja dociera również do transportu, będącego źródłem ponad jednej trzeciej emisji na Wyspach. Wprowadzono tam bezprecedensowy mandat (ZEV mandate), wymuszający na producentach, aby do 2030 r. aż 80 proc. nowych aut osobowych i 70 proc. aut dostawczych było w pełni bezemisyjnych. Jednocześnie rząd pakuje setki milionów funtów w rozwój zrównoważonego paliwa lotniczego (SAF), starając się uczynić z tego nowy, eksportowy hit przemysłowy.
Wnioski dla Polski są ostre jak brzytwa. Transformacja energetyczna przestała być jedynie wyścigiem technologicznym. Stała się brutalną grą operacyjną opartą na sprawnym prawie, inżynierii finansowej i planowaniu przestrzennym. Podatki celowe na paliwa kopalne, zmuszające rynek do zmian, działają. Instrumenty różnicowe ściągają kapitał. Jednak bez gigantycznych inwestycji w fizyczną miedź i kable, bez bezlitosnego czyszczenia biurokratycznych kolejek i bez zmiany logiki opodatkowania prądu względem gazu, cała zielona maszyna po prostu się zatrze.
Polska nie ma już czasu na własne błędy, ale ma historyczną szansę, by wchłonąć doświadczenia liderów i zbudować system nowoczesny, tani oraz w pełni wydolny.
Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter
Zdjęcie główne: Woody Yan, Alex Simpson / Unsplash, montaż własny