
W psychologii pojęciem traumy określa się wydarzenia z przeszłości, którego niszczycielskie skutki w sposób trwały odcisnęły się na pamięci i psychice człowieka. Cierpieć z powodu nawrotu bolesnych wspomnień mogą jednak nie tylko pojedynczy ludzie, ale i całe społeczeństwa. Zwłaszcza jeśli zamieszkują tak stary i posiniaczony przeszłością kontynent jak Europa, o czym boleśnie przypomniała nam współczesność. Konflikt w Iranie i wywołana przez niego panika na rynkach surowców znów przywołały obawy o powrót demonów z przeszłości.
- Teza. Aktualna sytuacja na rynku ropy i gazu wzbudza skojarzenia z wielkimi kryzysami energetycznymi, które dewastowały w przeszłości Europę.
- Dowód. Eksperci uspokajają, że na ten moment, patrząc zarówno na ceny gazu, jak i ropy, nie ma powodów, by sugerować powtórki jednego ze scenariuszy kryzysowych z przeszłości.
- Efekt. Mimo braku zagrożenia poważnym kryzysem energetycznym, wciąż Europa, w tym Polska, będzie dotknięta wyższymi cenami surowców energetycznych, co odbije się na jej gospodarce.
Kurs na kryzys energetyczny. Spis treści
Energia dla współczesnej gospodarki jest wszystkim. To ona napędza każdy z jej trybików i pcha ją do dalszego rozwoju.
Z tego powodu tak bardzo Europejczycy boją się powtórzenia scenariusza, który miał miejsce w 2022 r. po agresji Rosji na Ukrainę. Hasło powrotu wielkiego kryzysu energetycznego traumatyzuje dziś cały kontynent. Czy słusznie?
Europie nie grozi powtórka scenariusza z 2022 r.
W wyniku ataku na Iran cena gazu ziemnego wzrosła niemal dwukrotnie. Przed sobotą LNG kosztowało na rynku ok. 30 euro za megawatogodzinę (MWh), na początku kolejnego tygodnia osiągało już cenę nawet 63 euro za MWh. Jednym z głównych powodów tak szybkiego wzrostu cen LNG była decyzja Kataru o wstrzymaniu eksportu tego surowca. Wycofanie się z rynku eksportera, który odpowiadał za pokrycie nawet jedną piątą światowego popytu na surowiec, natychmiast wzbudziło wiele emocji w europejskich społeczeństwach.
Na katastrofalne wizji i paniczne głosy eksperci odpowiadają jednak jednym głosem – Europie nie grozi ponowny kryzys energetyczny. Mimo widocznego wzrostu cen surowców, dzisiejsza sytuacja jest nieporównywalna z tym, co miało miejsce w 2022 r., kiedy to Rosja odcięła dostawy i zupełnie zaskoczyła nasz kontynent.

Wtedy to w marcu 2022 r., na platformie transakcyjnej ICE, kontrakty terminowe na dostawy tego surowca były wyceniane nawet do 250 euro za MWh. Jak widać na zaprezentowanym przez Ośrodek Studiów Wschodnich wykresie, aktualne wzrosty na rynkach nie są porównywalne do tego, co miało miejsce 4 lata temu.
Z diagnozą OSW zgadza się Tymoteusz Pruchnik, ekspert Instytutu Polityki Energetycznej im. Ignacego Łukasiewicza (IPE). Jak tłumaczy w komentarzu dla Biznes Enter, rynek gazu, mimo chwilowej paniki, dochodzi powoli do siebie.
W ostatnich godzinach widoczna była częściowa korekta cenowa, która skutkowała spadkiem cen gazu na rynku do poziomu ok. 45 euro za MWh. Wynikało to przede wszystkim z zapowiedzi Iranu sugerujących możliwość deeskalacji konfliktu.
Tymoteusz Pruchnik, Instytut Polityki Energetycznej im. Ignacego Łukasiewicza, dla Biznes Enter
Jeśli jednak nie doszło by do szybkiego zawarcia porozumienia i konflikt miałby się przeciągnąć, to wciąż nie dojdzie krachu do porównywalnego z tym sprzed czterech lat. Zdaniem Tymoteusza Pruchnika cena gazu, owszem będzie rosnąć, ale powinna oscylować maksymalnie w okolicach 100 euro za MWh. Ekspert podkreśla jednak, że „obecna sytuacja wciąż jest daleka od kryzysu energetycznego, który obserwowaliśmy w 2022 r. po agresji Rosji na Ukrainę”.
Skoro więc nie scenariusz gazowy, to może kurs ropy złamie europejską gospodarkę?
Czy powtórzy się wielki kryzys naftowy?
Jak zawsze w przypadkach konfliktów na Bliskim Wschodzie, jako pierwszy zareagował kurs ropy. W zaledwie kilka godzin od początku izraelsko-amerykańskiej interwencji cena za jedną baryłkę wzrosła z ok 70 dol. do nawet ok. 83 dol. Dla czarnowidzów rosnące słupki miały jedno skojarzenie – wielki kryzys naftowy z 1973 r.
Jednak mimo pewnych podobieństw (zaangażowanych stron, momentu dziejowego, roli ropy w konflikcie) to oba porównania są zupełnie przestrzelone. Wielki kryzys naftowy spowodowała zbiorcza reakcja państw arabskich zrzeszonych w OPEC, nie zaś zamknięcie jednego z kierunków dostaw. Podjęta ponad 50 lat temu decyzja o wstrzymaniu handlu ropą z państwami popierającymi Izrael w wojnie Jom Kipur miała również zdecydowanie większe konsekwencje.
Wtedy cena ropy na rynku wzrosła o ponad 300 proc. i rzeczywiście zatrzęsła stabilnością zachodnich gospodarek. Dzisiejsza skala podwyżek jest nieporównywalna do tamtych zdarzeń. Pruchnik zaznacza, że nawet w przypadku przedłużenia się konfliktu na Bliskim Wschodzie cena za baryłkę ropy nie powinna przekroczyć 120 dol. za baryłkę. Wzrost wyceny baryłki w tym pesymistycznym scenariuszu nie przekroczy więc 50 proc.
Współczesna Europa jest również zdecydowanie mniej uzależniona od dostaw z Zatoki niż w latach 70. Jak pisaliśmy w Biznes Enter, trwający konflikt z Iranem uderza dziś przede wszystkim nie w Stary Kontynent, a w Azję i Indie.
To one głównie sprowadzały do siebie, przez pozostającą w paraliżu Cieśninę Ormuz, arabskie surowce. Jak podaje OSW, 80 proc. katarskiego LNG eksportowane było do Azji. Same zaś Chiny kupowały nawet do 80 proc. wydobywanej w Iranie ropy. A zatem to nich najmocniej dziś uderza aktualna sytuacja i są zmuszone szukać alternatywnych kierunków dostaw. Nie oznacza to jednak, że Europa, w tym Polska, nie odczuwa cen rosnących na rynkach.
Jakie skutki ma dla Europy konflikt w Iranie?
Odpowiedź na pytanie o wpływ na Europę konfliktu w Iranie determinuje długość jego trwania. Im dłużej będą spadały bomby na Bliskim Wschodzie, tym więcej czasu zajmie rynkom powrót do cen sprzed załamania. Na dziś handlujący surowcami oceniają, że obietnice Donalda Trumpa o zakończeniu konfliktu w przeciągu miesiąca mają szansę się spełnić, co wpływa na częściowe uspokojenie się cen.
Jeśli jednak konflikt zacznie się przedłużać to presja ekonomiczna na gospodarki państw Unii Europejskiej, w tym również na polską, zacznie gwałtownie rosnąć. Wtedy Europa stanie przed wyborem, jaką politykę obrać, by chronić swoich obywateli i gospodarki przed rosnącymi cenami surowców energetycznych. Zapytany o to przez Biznes Enter ekspert wskazuje rozwiązania:
Jednym z możliwych – choć zapewne tymczasowych – rozwiązań mogłoby być częściowe zawieszenie lub modyfikacja niektórych elementów Europejskiego Zielonego Ładu. Tego rodzaju decyzje mogłyby w krótkim okresie ustabilizować sytuację na rynku energetycznym oraz ograniczyć presję kosztową w europejskich gospodarkach.
Tymoteusz Pruchnik, Instytut Polityki Energetycznej im. Ignacego Łukasiewicza, dla Biznes Enter
Pruchnik w swoim komentarzu dodaje również, że nie można wykluczyć interwencji państw UE na poziomie krajowym. Jako przykład takiego działania podaje ponowne zastosowanie mechanizmów mrożenia cen energii dla gospodarstw domowych oraz sektora małych i średnich przedsiębiorstw.
Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej, wyjaśnia wpływ drożejącej ropy na inflację. – Wypada pamiętać, że wzrost cen paliw działa na inflację dwa razy. Pierwszy raz w momencie zakupu paliwa do samochodu. Następnie uderza z opóźnieniem, wraz ze wzrostem kosztów transportu, co odbija się na pozostałych dobrach – wyjaśnia.
– Rosnące ceny paliw mogą jednak również zmniejszać inflację. Wysokie opłaty na stacjach motywują do ograniczenia popytu na innych dobrach. Dzieje się tak, ponieważ za energię płacimy w pierwszej kolejności, ograniczając inną konsumpcję – dodaje.
Ceny benzyny w Polsce rosną
Pierwsze konsekwencje tąpnięcia na rynku ropy widoczne są już na polskich stacjach benzynowych.
Serwis AutoCentrum podaje, że jeszcze 26 lutego jeden litr 95 kosztował w Polsce średnio 5,57 zł, 4 marca zaś za ten sam produkt trzeba było zapłacić już 5,86 zł. Piotr Soroczyński w komentarzu dla Biznes Enter uspokaja jednak, że wzrost cen na stacjach to „głównie efekt bieżącego korzystania z okazji i podgrzania naszych emocji”. Ekonomista tłumaczy, że polskie rafinerie na ten moment wciąż przerabiają ropę, którą dostarczono im po wcześniejszych, znacznie niższych cenach.
Mimo to polski rząd już teraz chce systemowo niwelować skutki przyszłych podwyżek paliw. Premier zapowiedział, że państwowe koncerny energetyczne, w tym Orlen, będą miały za zadanie stabilizować ceny na stacjach benzynowych. Będą to robić po przez schodzenie z własnych marży. W tym miejscu pojawia się oczywiście pytanie o to, jaki procent rosnących cen pokryć ma ten mechanizm. Na ten moment nie da się jednak udzielić odpowiedzi na to pytanie.
Pewne jest natomiast to, że niezależnie od finalnych decyzji koncernów i długości trwania konfliktu należy spodziewać się wzrostu cen paliw. Piotr Soroczyński ocenia, że ceny na stacjach wzrosną o „kilka a może nawet kilkanaście procent w stosunku do tego, co obowiązywało przed wybuchem konfliktu”.
Duży wpływ na finalną wysokość cen będzie miało to, czy zmianom na rynku ropy towarzyszyć będzie trwała i wyraźna przecena złotego. Jeśli do tego dojdzie koszt paliwa będzie większy.
Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej, dla Biznes Enter
Wyższe ceny paliw będą z kolei przekładać się na wzrost kosztów transportu, produkcji oraz cen wielu towarów i usług.
Ignacy Zieliński, dziennikarz Biznes Enter
Zdjęcie główne: Dawn McDonald / unsplash.com