Partnerzy merytoryczni
Zdjęcie przedstawia skutki nalotu lotniczego na cele w Iranie

Wojna w Iranie wymyka się z rąk. Świat kreśli czarny scenariusz

Od wybuchu konfliktu w Iranie minęło już 16 dni. W tym czasie świat z ust Donalda Trumpa usłyszał już wszelkie możliwe słowa i zapewnienia. Prezydent USA mówił zarówno o zbliżającym się rozejmie, jak i ostrzegał o możliwym przedłużeniu się konfliktu. Ogłaszał swój triumf, jak i rozważał interwencję lądową. Na kolejnych konferencjach prasowych cynicznie dostosowywał swoje wypowiedzi do aktualnych potrzeb. Ich cel był jeden – zwycięstwo. Ale czy jest on osiągalny?

  • Teza. Donald Trump wielokrotnie ogłaszał już własne zwycięstwo. Jednak porażka Iranu wcale nie oznacza amerykańskiej wiktorii. Iran wciąż może bowiem pociągnąć za sobą świat.
  • Dowód. Iran za pomocą kontroli Cieśniny Ormuz może paraliżować dostawy surowców z innych państw Zatoki, co doprowadziło do olbrzymich wzrostów cen na rynkach ropy. W ten sposób reżim może przenieść koszty amerykańskiej interwencji na cały świat.
  • Efekt. Z każdym mijającym tygodniem wojny jesteśmy coraz bliżej scenariusza, że to co miało być krótkotrwałą operacją sił Izraela i USA przerodzi się w długotrwały konflikt na wyczerpanie. Ten zaś doprowadzi do pogłębienia się kryzysu surowcowego.

You have no cards” – mówił kręcąc karcąco głową Donald Trump do Wołodymyria Zełenskiego, kiedy prezydent Ukrainy próbował negocjować z nim nowy układ o dostarczaniu amerykańskiej broni dla swojego pogrążonego w wojnie państwa. Zełenski ugiął się i podporządkował.

Później przyszły sukcesy w postaci wynegocjowania umów handlowych z sojusznikami w Europie oraz Indiami. Następnie akcja w Wenezueli i błyskawiczne obalenie Maduro. Trump triumfował jako nieugięty negocjator i „odnowiciel” amerykańskiej dominacji nad globem. Wiele wskazuje na to, że jego dobra passa w polityce zagranicznej w końcu się jednak wyczerpała.

Wojna w Iranie to nie Wenezuela

Powołujący się na swoje źródła w Białym Domu Bloomberg twierdzi, że akceptując plan ataku na Iran Donald Trump był przekonany, że przyszła operacja będzie równie krótka, co interwencja w Wenezueli. Reżim miał po likwidacji elity władzy z Ali Chamenei na czele ugiąć się pod amerykańskim naciskiem w przeciągu godzin.

Szybko jednak okazało się, że korzenie autorytarnego systemu sięgają znacznie głębiej, a budowany od początku lat 80. system nie zapadnie się nawet po śmierci swojego przywódcy. Ajatollahowie otrzymali władzę. Świat zaś szybko przekonał się, ze Iran w przeciwieństwie do Zełenskiego „posiada karty”.

Płomień rewolucji islamskiej w Iranie, podobnie jak gospodarkę Wenezueli, podtrzymuje jedno – ropa. Teheran jest trzecim, co do wielkości producentem „czarnego złota” w OPEC. Jak podaje PAP jeszcze w lutym, tuż przed wojną, na polach naftowych Iranu wydobywano dziennie ok. 4,3 mln baryłek, z czego 3,3 mln baryłek przeznaczano na eksport.

Takie wydobycie plasowało Iran w czołówce producentów ropy na świcie. Nie przełożyło się jednak na rozwój samego państwa.

Gorzka rzeczywistość Iranu

Na zdjęciach pokazujących Teheran niezwykle trudno odgadnąć rok, w którym zostały one zrobione. Na każdym z nich po ulicach jeżdżą stare samochody, a społeczeństwo wygląda często jak wyjęte z innej epoki. Widoczne na nich zapóźnienie technologiczne wynika z tego, że Iran od 50. lat stoi w miejscu.

Reżimu nie interesują bowiem zwykli ludzie tylko cele polityczne. Dlatego nie licząc wąskich gałęzi gospodarki, które są potrzebne państwu do prowadzenia zimnej wojny z Izraelem i wrogimi państwami sunnickimi (rakiety, czy drony) Iran nie produkuje własnych zaawansowanych technologii. Zyski zaś z handlu ropą przeznaczane są głównie na utrzymanie struktury władzy i rozwój militarny.

Z tego powodu cała „nowoczesność” Iranu opiera się na imporcie kluczowych komponentów i produktów z Rosji oraz Chin. Nawet zbudowanie i utrzymanie infrastruktury rafineryjnej w tym państwie nie było by możliwe bez pomocy tych dwóch krajów. Nie przeszkadza to jednak Iranowi być jednym z najważniejszych punktów na surowcowej mapie świata i to nawet w oderwaniu od własnego wydobycia.

Świat w uścisku tonącego

Dzięki swojemu położeniu reżim Ajatollahów kontroluje jedną z kluczowych arterii komunikacyjnych, czyli Cieśninę Ormuz. Jak szacuje Ośrodek Studiów Wschodnich (OSW) przed wojną przepływało przez nią ok. 20 mln baryłek ropy i produktów naftowych dziennie. Prawie 90 proc. całego eksportu surowców z państw Zatoki Arabskiej obywało się tym szlakiem.

Tankowce wybierające szlak przez Ormuz, jak podkreśla OSW, obierały kurs przede wszystkim do Azji i Indii. Zaledwie ok. 10 proc. wszystkich transportów obierało kurs inny niż na wschód. Nie oznacza to jednak, że jest to mało istotny szlak. O jego znaczeniu niech świadczy to, że po przeliczaniu te 20 mln baryłek odpowiadało prawie 25 proc. całej globalnej sprzedaży tych surowców. Od ponad dwóch tygodni nic już jednak tamtędy nie płynie. Ormuz zamarł, co spowodowało panikę na rynkach ropy.

Od początku izraelsko-amerykańskiej interwencji cena za jedną baryłkę ropy Benet wzrosła z ok 70 dol. do ok. 100 dol. Mimo chwilowych spadków od dwóch tygodni ceny tego surowca nieustanie rosną. Jak tłumaczy w przesłanym specjalnie dla Biznes Enter komentarzu Dawid Czopek, ekspert ds. rynku surowców:

Średni niedobór ropy na rynkach, w pierwszym tygodniu wojny, sięgał nawet 17 milionów baryłek. Dla porównania, w najgorszym okresie pandemii, czyli w kwietniu 2020 r., zapotrzebowanie spadło o około 20–25 milionów baryłek. De facto dzisiaj, chcąc zrównoważyć rynek bez uwzględniania zapasów i rezerw, musielibyśmy ograniczyć aktywność gospodarczą do poziomu bliskiego czasom lockdownów. Wiemy, co oznaczałoby to dla światowej gospodarki.

Dawid Czopek, zarządzający Polaris FIZ, ekspert ds. rynku surowców, dla Biznes Enter

Scenariusz utrzymania się długotrwałej blokady Cieśniny jest na granicy spełnienia się. Modżtaba Chamenei, nowy przywódca Iranu, 12 marca w pisemnym oświadczeniu, zadeklarował, że należy utrzymać zamknięcie cieśniny Ormuz jako narzędzie nacisku na wroga. Jest to kolejna z licznych wypowiedzi, których celem jest wywieranie nacisku na rynki ropy, po przez groźby, bądź gwarancję obu stron względem newralgicznej Cieśniny.

Plotki i słowa warte miliardy

Kiedy w zeszłym tygodniu pojawiły się doniesienia medialne o amerykańskich konwojach, które miałyby ochraniać tankowce podczas podróży przez Cieśninę, cena ropy spadła w pewnym momencie nawet o 10 proc. Gdy z kolei kilkanaście godzin później pojawiły się przypuszczenia, że Iran rozpoczął proces minowania Ormuzu cena za baryłkę znowu poszybowała w górę.

Podobne zachowania rynku widoczne są po konferencjach prasowych zaangażowanych w konflikt stron. Każda sugestie walczących odnośnie ich zaangażowania i co za tym idzie długości trwania konfliktu natychmiast odbijają się na kursach. Raz w górę, raz w dół.

Ropa gwałtownie reaguje na takie krótkotrwałe doniesienia, jednak ponieważ nie zawsze znajdują one potwierdzenie w rzeczywistości, rynek ostatecznie powraca do fundamentów. Można to porównać do zażycia tabletki przeciwbólowej: ból na chwilę ustępuje, ale przyczyna problemu nie zostaje wyleczona – tłumaczy to zjawisko Dawid Czopek.

Przyczyną zaś wspomnianego przez eksperta „bólu głowy rynku naftowego” jest powszechna niewiedza odnośnie tego, ile jeszcze amerykańska operacja wojskowa w Iranie ma potrwać i co za tym idzie, jak wycenić trwający aktualnie kryzys na rynkach. Następujące zaś dzień po dniu kolejne „medialne wstrząsy” nie pomagają w jego stabilizacji. Na ten moment na rynkach panuje jednak optymizm.

Rynek finansowy, do tej pory, zachowuje się w miarę stabilnie, gdyż inwestorzy liczą na to, że prezydent Stanów Zjednoczonych ogłosi wkrótce osiągnięcie celów militarnych i wycofanie się z działań. Trudno jednak o pewność w tej kwestii.

Dawid Czopek, zarządzający Polaris FIZ, ekspert ds. rynku surowców, dla Biznes Enter

Z tego powodu, zdaniem ekspert, wszyscy poruszamy się dziś „między przekazem medialnym, a twardymi danymi rynkowymi”.

Pokonać nie oznacza wygrać

Donald Trump jak mantrę powtarza tezę, że USA odniosły zwycięstwo, że Iran został pokonany. Z tych dwóch twierdzeń pewne jest to, że Iran przegrał wypowiedzianą mu wojnę. Przegrał, bo nie miał szans w obliczu agresji supermocarstwa, które precyzyjnie rozpoczęło proces spopielania irańskiej infrastruktury krytycznej. Przedziwne zaś nagrania publikowane na kontach Białego Domu, które mają „komentować” te sukcesy na zawsze przejdą do historii konfliktów na Bliskim Wschodzie.

Pokonać przeciwnika to nie to samo, co zwycięstwo. Wie o tym zarówno Waszyngton, jak i Teheran. Iran bowiem, w obliczu własnej klęski, wciąż może sprawić by świat również jej posmakował. USA nie mogą bowiem ogłosić prawdziwego zwycięstwa póki nie nagną nowych przywódców reżimu do swojej woli. Ci zaś doskonale wiedzą, że każdy dzień konfliktu oznacza coraz większe problemy na rynkach ropy, które długofalowo mocno zabolą znienawidzony przez nich Zachód.

Coraz więcej osób obawia się, że sytuacja na Bliskim Wschodzie zmienia się w pat, którego skutki będą znacznie gorsze niż aktualna sytuacja. Dawid Czopek przyznaje, że Iran „uderzył bardzo celnie, w najbardziej wrażliwe punkty”. Z tego powody zdaniem eksperta jeśli w ciągu najbliższych kilku tygodni konflikt nie wygaśnie, to konieczne będzie wdrożenie konkretnych rozwiązań, które pomogą stabilizować sytuację na rynku paliw w Europie.

Poniedziałkowe słowa Ministra Domańskiego o możliwych tarczach paliwowych pokazują, że Polska coraz poważniej rozważa spełnienie się tego scenariusza.

100 dolarów za baryłkę i straszenie zbombardowaniem kluczowej wyspy

Podsumowując, przekroczenie psychologicznej bariery 100 dolarów za baryłkę ropy to nie tylko rynkowa anomalia, ale też twardy dowód na to, że globalna gospodarka wchodzi w fazę bezprecedensowego szoku podażowego.

Kiedy do tej układanki dołożymy jeszcze groźbę bezpośredniego uderzenia administracji Donalda Trumpa w infrastrukturę naftową irańskiej wyspy Chark – odpowiadającej za 90 proc. eksportu Teheranu – robi się już naprawdę nieciekawie. Mamy więc do czynienia z klasycznym scenariuszem efektu domina, w którym eskalacja militarna w jednym z kluczowych „wąskich gardeł” globalnego handlu dławi krwiobieg światowej ekonomii, windując ceny surowca o ponad 40 proc. w zaledwie trzy tygodnie.

Bezprecedensowe uwolnienie rezerw

Znamienny jest również fakt, że rynki pozostają w dużej mierze głuche na interwencję o historycznej skali. Decyzja ponad 30 państw, koordynowana przez Międzynarodową Agencję Energetyczną (IEA), o uwolnieniu 400 milionów baryłek z rezerw strategicznych – w tym potężnej transzy 172 milionów ze strony USA – nie zdołała trwale schłodzić nastrojów. Dla inwestorów instytucjonalnych ten ruch jest jedynie drogim plastrem na ropiejącą ranę.

Rezerwy mogą zamortyzować chwilowe niedobory, ale nie zastąpią ciągłości dostaw w horyzoncie długoterminowym, zwłaszcza gdy mowa o trwałym odcięciu kluczowych szlaków transportowych w Zatoce Perskiej. Jak brutalnie, lecz szczerze przyznał amerykański sekretarz ds. energii Chris Wright, „w czasie wojny nie ma żadnych gwarancji” spadku cen. To jasny sygnał, że bufor bezpieczeństwa energetycznego został wyczerpany, a era taniego, przewidywalnego surowca dobiegła końca.

Największe niebezpieczeństwo leży jednak w odwecie Teheranu, przed którym ostrzegają analitycy JPMorgan. Ewentualne zniszczenie terminala eksportowego na wyspie Chark z dużym prawdopodobieństwem wywołałoby reakcję łańcuchową, narażając na ataki infrastrukturę naftową innych graczy w regionie.

Dla globalnej gospodarki oznacza to widmo powrotu inflacji, która uderzyłaby w portfele również nad Wisłą. Trwałe utrzymanie się cen ropy na trzycyfrowych poziomach lawinowo wpłynie bowiem na koszty transportu, produkcji i logistyki, stawiając banki centralne na całym świecie w dramatycznym położeniu – między koniecznością ratowania słabnącego wzrostu gospodarczego a walką z odradzającą się presją cenową.

Raport z oblężonego państwa

Znajdujemy się więc w punkcie zwrotnym, w którym geopolityka w pełni i brutalnie podporządkowała sobie fundamenty makroekonomiczne. Sytuacja w Iranie jest nieprzewidywalna. Należy jednak pamiętać, że dla władz w Teheranie toczona przez nich wojna jest w znacznej mierze ideologiczna, a działania podejmowane przez reżim Ajatollahów nie mają na celu minimalizować strat wśród ludności.

Iran mimo ponoszonych strat nie odpuszcza mając światowe rynki ropy za zakładnika. Ich strategiczne zwycięstwo prowadzi jednak przez śmierć i cierpienie niewinnych ludzi, których karać za nieugiętość przywódców będą izraelsko- amerykańskie ataki lotnicze. Ich poświęcenie wliczone jest jednak w cenę wyższych idei.

Jak zapowiedział w swoim pierwszym publicznym wystąpieniu Modżtaba Chamenei „Iran pomści krew męczenników”. Nowy przywódca reżimu podkreślił również, że:

To, co już zrobiliśmy, jest ograniczoną częścią zemsty za zbrodnie wroga, ale dopóki zemsta nie zostanie w pełni dokonana, będziemy bardziej wrażliwi na krew naszych dzieci i młodzieży.

Iran idzie więc ścieżką eskalacji i męczeństwa. Jej sens najlepiej oddał w słynnym wierszu „Raport z oblężonego Miasta” Herbert. Poeta w martyrologicznej puencie pisał:

cmentarze rosną maleje liczba obrońców
ale obrona trwa i będzie trwała do końca
i jeśli Miasto padnie a ocaleje jeden
on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania
on będzie Miasto

Ignacy Zieliński, dziennikarz Biznes Enter

Zdjęcie główne: Raja Abdulrahim / Wikimedia Commons

Motyw