
Czy Polska powinna wyjść z systemu handlu emisjami EU ETS? Taki krok proponuje prezydent Karol Nawrocki tuż przed kluczowym szczytem UE. Przedstawiciele przemysłu oceniają, że w obecnym kształcie ETS de facto „działa jak podatek”. Zaraz studzą jednak emocje – ich zdaniem znacznie realniejsza jest korekta unijnego systemu niż jego demontaż.
- Teza. Radykalne zmiany w systemie EU ETS, takie jak zawieszenie lub wyjście z niego Polski, są dziś nierealne. Możliwym scenariuszem jest natomiast stopniowa reforma.
- Dowód. Wyjście z EU ETS wymagałoby renegocjacji traktatu akcesyjnego i zgody wszystkich państw członkowskich. To proces niemożliwy do przeprowadzenia w krótkim czasie.
- Efekt. Najrealniejszym i możliwym do wprowadzenia działaniem jest utrzymanie darmowych uprawnień dla sektorów energochłonnych.
Polska nie może łatwo wyjść z systemu EU ETS. Spis treści
Rosnące ceny energii i malejąca konkurencyjność unijnego przemysłu sprawiają, że unijny system handlu emisjami UE ETS ponownie znalazł się w centrum unijnej debaty. Pierwszy impuls dały Włochy – w lutym rząd Giorgii Meloni zaproponował czasowe zawieszenie systemu ETS. Pojawiły się wówczas głosy, że taki mechanizm wymagałby jednak zgody Komisji Europejskiej i w obecnej formule wydaje jest mało realny.
Teraz do tej dyskusji włączył się także prezydent Karol Nawrocki, który w liście do premiera Donalda Tuska napisał, że Europa powinna rozważyć odejście od systemu ETS.
Argumentuje to m.in. tym, że w 2005 r. UE odpowiadała za ok. 25 proc. światowej wartości dodanej przemysłu, podczas gdy Chiny miały 9 proc. Dziś UE spadła poniżej 17 proc., a Chiny wzrosły do ok. 28 proc. W tym samym czasie Europa ograniczyła emisje dwutlenku węgla o ok. 35 proc., podczas gdy w Chinach wzrosły one o ponad 110 proc.
Wniosek prezydenta jest jednoznaczny: Europa ponosi koszty transformacji, ale globalny problem emisji nie znika i przenosi się poza Unię.
Prezydent proponuje także głęboką korektę ETS. Sprowadza się ona do:
- obniżenia cen uprawnień do emisji do 10 euro za tonę CO₂;
- wykluczenia instytucji finansowych z rynku ETS (umożliwiają one inwestowanie w uprawnienia do emisji CO2);
- utrzymania systemu darmowych uprawnień dla przemysłu;
- zawieszenia benchmarków produktowych w latach 2026-2030.
W praktyce oznaczałoby to gruntowną przebudowę ETS.
Biznes: ETS działa jak podatek
Czy taki scenariusz jest realny? Przedsiębiorcy, których Biznes Enter poprosił o komentarz, mają co do tego wątpliwości.
– W tym przypadku diabeł tkwi w szczegółach. Trudno sobie wyobrazić zgodę wszystkich państw UE na tak daleko idące zmiany. W praktyce jest to bowiem źródło znaczących dochodów dla budżetów państw. Co więcej, są to środki o dużej elastyczności wydatkowania. Z tego względu, mimo krytyki ze strony polityków, realna rezygnacja z tego systemu wydaje się mało prawdopodobna. Bardziej realistyczny jest scenariusz stopniowych zmian niż rewolucji – mówi Paweł Kisiel, prezes Grupy Atlas.
Jednocześnie jego diagnoza jest jednoznaczna.
EU ETS w praktyce działa jak podatek – i to podatek antyrozwojowy, który obniża konkurencyjność europejskiej gospodarki.
Paweł Kisiel, prezes Grupy Atlas, dla Biznes Enter
Zaznacza, że najbardziej odczuwają to branże energochłonne. – W naszym przypadku produkcja chemii budowlanej czy cementu ma charakter lokalny ze względu na koszty logistyczne, więc nie grozi jej przeniesienie na inne kontynenty. Jednak już w takich sektorach jak produkcja płytek ceramicznych, gdzie udział energii w koszcie wytworzenia jest bardzo duży, konkurencja z krajów takich jak Indie staje się niezwykle trudna. W praktyce oznacza to stopniową utratę konkurencyjności europejskiego przemysłu – wskazuje Paweł Kisiel.
Efekty – jego zdaniem – odczuwają także firmy rozwijające nowe technologie, w tym sztuczną inteligencję. – Tego typu firmy inwestują dziś we własne źródła energii, ponieważ dostęp do taniej energii staje się kluczowym czynnikiem konkurencyjności – wskazuje.
Zaznacza, że dotyka to także konsumentów. Z tego powodu drożeją materiały budowlane i rosną koszty inwestycji. W efekcie coraz mniej osób stać na własne mieszkanie.
– To pokazuje, że skutki ETS wykraczają daleko poza sam przemysł. Dyskusja o reformie ETS jest więc konieczna. Widać to również na poziomie największych gospodarek europejskich – nawet kraje o korzystniejszym miksie energetycznym dostrzegają, że system ten wpływa negatywnie na konkurencyjność całych sektorów, takich jak przemysł chemiczny, maszynowy czy motoryzacyjny – podkreśla.
System, którego nie da się łatwo wyłączyć
Henryk Kaliś, prezes Izby Energetyki Przemysłowej i Odbiorców Energii (IEPiOE), ma podobne przemyślenia. – Nie ulega wątpliwości, że system EU ETS istotnie wpływa na ceny energii. Gdyby z niego zrezygnować, cena energii w Polsce rzeczywiście spadłaby – w przybliżeniu o koszt uprawnień do emisji, czyli dziś o ok. 350 zł na megawatogodzinę (MWh). Jednak dyskusja nie może zatrzymywać się na tym jednym elemencie. Trzeba patrzeć na konsekwencje dla całej gospodarki oraz na fakt, że przez ostatnie 20 lat funkcjonowania systemu wiele procesów gospodarczych zostało do niego dostosowanych – mówi Henryk Kaliś.
Jego zdaniem propozycja radykalnego, bezwarunkowego odejścia Polski od systemu EU ETS jest nieprzemyślana. – Oczywiście każdy dziś szuka odpowiedzi na kryzys konkurencyjności europejskiej gospodarki i wysokie koszty energii, ale tak radykalne postulaty nie rozwiązują realnych problemów ani polskiej, ani europejskiej gospodarki – ocenia.
Dlatego zamiast rewolucji, proponuje rozwiązanie, które jest realistyczniejsze. – Chodzi o czasowe zwolnienie z obowiązku zakupu uprawnień do emisji tych instalacji przemysłowych, które nie mają realnej zeroemisyjnej alternatywy technologicznej. Dotyczy to m.in. produkcji metali, cementu, wapna, szkła czy gazów technicznych – wskazuje Henryk Kaliś.
Obecnie w tych sektorach przemysłu jedyną rozważaną ścieżką redukcji emisji jest technologia wychwytywania i składowania emisji (CCS). Problem polega na tym, że jej wdrożenie wymaga stworzenia ogromnej infrastruktury – instalacji wychwytu, sieci transportu emisji, magazynów geologicznych i stacji zatłaczania. Tego typu technologia wymaga jednak ogromnych pieniędzy.
Dlatego postulujemy racjonalną korektę EU ETS, czyli zwolnienie z obowiązku zakupu uprawnień do emisji instalacji, które technologicznie nie mają zeroemisyjnej alternatywy. Pozwoliłoby to przemysłowi odzyskać konkurencyjność, zgromadzić kapitał i stworzyć warunki do inwestowania w przyszłe technologie.
Henryk Kaliś, prezes IEPiOE, w rozmowie z Biznes Enter
Jego zdaniem jest to rozwiązanie znacznie realistyczniejsze niż radykalne ingerowanie w system ETS. – Poza tym w energetyce interesy państw członkowskich są bardzo różne – każdy kraj ma inny miks energetyczny i inne koszty. To sprawia, że osiągnięcie europejskiego konsensusu w takich sprawach jest niezwykle trudne – wskazuje nasz rozmówca.
Ewolucja zamiast rewolucji, bo to jedyna szansa na zmiany w ETS
Podobne wnioski formułują eksperci z rynku energii. Maciej Burny, ekspert ds. energetyki, przypomina, że EU ETS jest dziś nie tylko instrumentem polityki klimatycznej, ale także ważnym elementem systemu finansów publicznych w państwach członkowskich.
– Dochody z aukcji uprawnień do emisji trafiają do budżetów krajowych i finansują m.in. transformację energetyczną. Z tego powodu wiele państw UE, zwłaszcza tych z nadwyżkami netto uprawnień i bardziej zdekarbonizowaną gospodarką, nie będzie zainteresowanych radykalnym ograniczaniem systemu czy znaczącym obniżeniem cen uprawnień – podkreśla.
Według niego jednostronne wyjście Polski z EU ETS byłoby dziś także nierealne – zarówno prawnie, jak i politycznie.
W praktyce byłoby to możliwe do przeprowadzenia jedynie poprzez wyjście z UE i ewentualną renegocjację Traktatu Akcesyjnego.
Maciej Burny, ekspert ds. energetyki, w rozmowie z Biznes Enter
Ekspert sceptycznie odnosi się także do postulatu prezydenta związanego z podmiotami finansowymi. – W ostatnich latach na rynku ETS pojawiło się wiele instytucji finansowych. Z jednej strony zwiększa to płynność tego sektora, z drugiej budzi obawy dotyczące spekulacji i dużych wahań cen. Jednak cofnięcie tych zmian wymagałoby rewizji unijnych regulacji finansowych, co w praktyce byłoby bardzo trudne – wyjaśnia.
Dlatego też najprawdopodobniejsza jest dziś stopniowa reforma systemu ETS (a nie jego likwidacja), w tym m.in utrzymanie darmowych uprawnień do emisji dla sektorów energochłonnych. – Sytuacja europejskiej gospodarki jest dziś zbyt poważna, aby proponować rozwiązania, które nie mają realnych szans na wdrożenie – podsumowuje.
Koszty energii i konkurencyjność. Czego chce przemysł cementowy
Zmian w systemie ETS od wielu lat domaga się także przemysł cementowy. Producenci cementu znajdują się także na liście przedsiębiorstw, które w związku z sytuacją rynkową mogą ubiegać się o tzw. rekompensaty kosztów pośrednich cen energii. Jest to program pomocy publicznej skierowany do przedsiębiorstw z sektorów energochłonnych, które ponoszą wysokie koszty energii z powodu funkcjonowania ETS.
Branża zabiega o rewizję zasad przydziału bezpłatnych uprawnień do emisji.
W ramach reformy ETS widzimy także zasadność wyłączenia tego systemu z produkcji przeznaczonej na obronność. Takie rozwiązanie zostało już zaproponowane przez Polskę na forum Komisji Europejskiej, z uwagi na potrzeby budownictwa obronnego – stricte militarnego, a także związanego z ochroną i bezpieczeństwem ludności.
Zbigniew Pilch, dyrektor wykonawczy Stowarzyszenia Producentów Cementu, dla Biznes Enter
Kolejna odsłona debaty
Podczas wtorkowego posiedzenia rządu premier Donald Tusk zapowiedział, że kwestia cen energii będzie jednym z głównych tematów nadchodzącego szczytu UE. Jak podkreślił, Polska będzie domagała się zmian w funkcjonowaniu systemu EU ETS, który – zdaniem rządu – w istotny sposób wpływa na wzrost kosztów energii.
Premier poinformował, że rząd podjął już działania mające na celu – jak to określił – „rozbrojenie ETS1” oraz wpłynięcie na dyskusję dotyczącą przyszłego systemu ETS2. Jednocześnie zaznaczył, że postulaty całkowitego wyjścia z systemu są politycznym hasłem bez realnych podstaw prawnych w ramach obowiązujących regulacji unijnych.
EU ETS obowiązuje od 2005 r. jako główne narzędzie Unii służące do ograniczania emisji gazów cieplarnianych. Obejmuje dziś głównie energetykę i przemysł, ale od 2028 r. ma zostać rozszerzony na transport i budownictwo w ramach tzw. systemu ETS2.
Agnieszka Zielińska, dziennikarka Biznes Enter
Zdjęcie główne: Pixabay