
Pożar w kompleksie Ras Laffan Industrial City – kluczowym dla katarskiego eksportu LNG – nie jest przypadkowy. To raczej ostrzeżenie – uważa Piotr Syryczyński, analityk rynków ropy, gazu i energii. Jego zdaniem mówienie jednak o początku pełnoskalowej wojny energetycznej jest przedwczesne.
- Teza: Iran przypuścił ataki na katarskie Ras Laffan Industrial City, gdzie produkuje się LNG. Zdaniem eksperta to sygnał ostrzegawczy, ale jeszcze nie pełnoskalowa wojna energetyczna.
- Dowód: Uderzenia na razie są ograniczone i wyglądają bardziej jak pokaz możliwości Teheranu. Ponadto Iran nadal eksportuje ropę.
- Efekt: Ceny ropy pozostają względnie stabilne. Jednak LNG drożeje. Co gorsza, to Europa zapłaci najwięcej za konflikt z Iranem.
Ataki na instalacje gazowe i ryzyko dla eksportu LNG. Spis treści
Pożar w kompleksie Ras Laffan Industrial City – największym na świecie hubie produkcji skroplonego gazu ziemnego – nie jest jedynie wojennym incydentem. Instalacja, będąca sercem katarskiego eksportu LNG, znalazła się w centrum geopolitycznej gry, w której komunikaty są równie istotne jak realne zniszczenia. W odpowiedzi na atak Katar, zachowując dyplomatyczny ton – jasno zaznaczył, że „zastrzega sobie prawo do odpowiedzi”. W języku polityki to formuła, która nie zamyka żadnego scenariusza.
– To zdarzenie na razie jest tylko irańskim sygnałem ostrzegawczym. W tej chwili interpretowanie tych wydarzeń jako początku pełnoskalowej wojny energetycznej jest na razie przedwczesne. Pewne jest jednak to, że rynek gazu wchodzi w fazę napięcia, które może zdefiniować globalną energetykę na lata – mówi Piotr Syryczyński.
Kontrolowana eskalacja Iranu zamiast destrukcji
Na pierwszy rzut oka ataki na infrastrukturę energetyczną w Zatoce Perskiej mogą sugerować scenariusz znany z klasycznych konfliktów o energetyczne surowce. Jednak bliższa analiza pokazuje coś zupełnie innego: precyzyjnie dozowaną eskalację.
Piotr Syryczyński przywołuje tu analogię do ataku z początku marca na saudyjskie instalacje w Abqaiq – wydarzenie, które wstrząsnęło rynkiem ropy, ale nie doprowadziło do trwałego paraliżu produkcji. Gigant naftowy Saudi Aramco zdecydował wówczas o zamknięciu kompleksu rafineryjnego Ras Tanura po ataku irańskiego drona.
– Uderzenie na Abqaiq, a teraz na katarski LNG, miały charakter punktowy. Zniszczenia były ograniczone, choć technicznie w obu sytuacjach Iran mógł spowodować znacznie poważniejsze uszkodzenie infrastruktury. Był to raczej pokaz demonstracji siły, bez uruchamiania pełnego potencjału destrukcji – podkreśla Piotr Syryczynski.
Ten sam schemat jego zdaniem jest widoczny w obecnych działaniach Iranu.
Teheran – atakiem na kompleks Ras Laffan Industrial City – wysyła jasny komunikat: uważajcie – możemy zaatakować mocniej. Jednocześnie świadomie powstrzymuje się przed przekroczeniem progu, który uruchomiłby niekontrolowaną spiralę odwetu – zarówno militarnego, jak i gospodarczego.
Piotr Syryczyński, analityk rynków ropy, gazu i energii, w rozmowie z Biznes Enter
Konflikt, który trwa „poniżej progu wojny”
W szerszej perspektywie obecne wydarzenia są tylko kolejną odsłoną trwającego od dłuższego czasu konfliktu. – Napięcia między Iranem a Izraelem miały dotąd charakter permanentny, choć rzadko przybierały formę otwartej konfrontacji. Jednak wszystko się zmieniło w momencie, gdy Stany Zjednoczone przyłączyły się do konfliktu – zauważa nasz rozmówca.
To właśnie ten czynnik jego zdaniem zmienił dynamikę politycznej gry. Od tego momentu Iran zaczął adresować swoje działania nie tylko do bezpośrednich przeciwników, ale także do amerykańskich sojuszników w regionie.
– W tym kontekście często przywoływana Cieśnina Ormuz staje się symbolem tej eskalacji. Jednak dziś jest to bardziej narzędzie politycznej presji. Dowód? Pomimo konfliktu Iran wciąż eksportuje ropę – około 1 mln baryłek dziennie – głównie do Azji, co pokazuje, że żadna ze stron nie zdecydowała się na pełne wykorzystanie ekonomicznych narzędzi nacisku – wskazuje ekspert.
LNG to rynek bez marginesu błędu
Najistotniejszy wymiar obecnego kryzysu dotyczy przede wszystkim rynku LNG. – W przeciwieństwie do rynku ropy, który dysponuje większą elastycznością zarówno po stronie podaży, jak i logistyki, rynek LNG funkcjonuje w modelu „just-in-time” [na czas – przyp. red.] – bez buforów bezpieczeństwa. Nie istnieją dziś także znaczące, łatwo dostępne moce produkcyjne, które można uruchomić w odpowiedzi na nagłe zakłócenia w produkcji LNG. To oznacza, że nawet częściowe ograniczenie eksportu z Kataru – jednego z filarów globalnej podaży LNG, natychmiast przekłada się na wzrost cen – wyjaśnia Piotr Syryczyński.
Jego zdaniem problemem nie jest sam transport LNG.
Flota metanowców jest dostępna. Katar oferuje do wynajęcia swoje jednostki znajdujące się poza Cieśniną Ormuz. Wąskim gardłem nie jest więc infrastruktura logistyczna, ale produkcja gazu.
Piotr Syryczyński, analityk rynków ropy, gazu i energii, w rozmowie z Biznes Enter
Europa pod presją cen za energię
W tej układance Europa znajduje się w szczególnie trudnym momencie. – Po ograniczeniu dostaw z Rosji, Unia Europejska stała się jednym z największych importerów LNG na świecie, uzależniając się od globalnego rynku i spotowego i kontraktów z Zatoką Perską. Obecnie Europa musi więc rywalizować o dostawy z dynamicznie rosnącymi rynkami azjatyckimi, które w sytuacjach napięć są skłonne płacić premię za bezpieczeństwo energetyczne – podkreśla ekspert.
Efekt ten konkurencji jest według niego łatwy do przewidzenia – ceny LNG będą rosły coraz szybciej. Jaka to może być skala?
– Bez eskalacji konfliktu ceny mogą wzrosnąć o ok. 20 proc. do najbliższej zimy, a następnie powinny się ustabilizować. W wariancie kryzysowym – przy uderzeniach w infrastrukturę Iranu i Kataru – globalna podaż zostałaby trwale ograniczona, a ceny mogłyby utrzymywać się na poziomie wyższym o 30-40 proc. przez lata – ocenia.
Jego zdaniem Europa, która kupuje niższe wolumeny gazu, odczułaby to najmocniej, w przeciwieństwie do krajów azjatyckich, w tym Chin, które polegają na długoterminowych kontraktach i dużych wolumenach, dlatego łatwiej jest im wynegocjować lepsze ceny.
– To asymetria, która w scenariuszu kryzysowym może przełożyć się nie tylko na ceny, ale i na nowy układ sił na globalnym rynku gazu – wskazuje nasz rozmówca.
Polska ma zabezpieczone dostawy, ale tylko częściowo
Wydawałoby się, że z Polska znajduje się w relatywnie lepszej sytuacji, dzięki gazociągowi Baltic Pipe oraz rozbudowanej i stale modernizowanej infrastrukturze LNG, co teoretycznie ogranicza ryzyko przerw w dostawach gazu. Zdaniem Piotra Syryczyńskiego, to jednak tylko część prawdy.
– Infrastruktura gazociągu Baltic Pipe ma przepustowość ok. 10 mld metrów sześciennych gazu, podczas gdy Polska ma zabezpieczenie tylko połowę, czyli 5 mld metrów sześciennych błękitnego paliwa – w postaci kontroli złóż w Norwegii. Brakujący wolumen musimy więc dokupować na rynku spotowym, konkurując z innymi odbiorcami w tym firmami brytyjskimi i niemieckimi, często przy maksymalnych poziomach cen – podkreśla.
W praktyce to oznacza, że o ile w kwestii dostępności gazu jesteśmy relatywnie bezpieczni, to możemy mocno odczuć skutki wzrostu cen błękitnego paliwa.
Od ostrzeżenia do kryzysu na globalnym rynku energetycznym
Jakie są możliwe scenariusze dalszego rozwoju konfliktu na Bliskim Wschodzie?
Na razie Iran, za pomocą pojedynczych ataków na infrastrukturę gazową i terminale do ropy, wysyła ostrzeżenia wobec: Arabii Saudyjskiej, Kataru, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Bahrajnu, Omanu, Iraku i Kuwejtu. To ukryty apel, aby te kraje wywarły presję na Donalda Trumpa w celu deeskalacji konfliktu. Taki scenariusz jest jeszcze możliwy, ale w zamian za jakąś rekompensatę.
Piotr Syryczyński, analityk rynków ropy, gazu i energii, w rozmowie z Biznes Enter
Rzeczywiście takie żądania ze strony Iranu już się pojawiły. W czwartek 19 marca irańska agencja NourNews ujawniła, że Amir Said Irawani, ambasador Iranu przy ONZ, napisał list do António Guterresa, sekretarza generalnego, w którym domaga się rekompensaty od krajów Zatoki Perskiej. Ściślej chodzi o: Arabię Saudyjską, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Katar, Kuwejt, Bahrajn i Oman. Autor listu oskarża je o udostępnienie armii USA swojego terytorium do prowadzenia amerykańskich ataków na Iran.
LNG w długotrwałej pułapce
Co się stanie, jeśli jednak nie dojdzie deeskalacji konfliktu? – W takim scenariuszu Iran przeszedłby do destrukcyjnych uderzeń w infrastrukturę energetyczną regionu, wykonywanych stopniowo przez wiele miesięcy. Konsekwencje byłyby długotrwałe. Instalacje LNG to projekty o ogromnej skali i złożoności technologicznej – ich odbudowa liczona jest w latach, nie miesiącach – wyjaśnia Piotr Syryczyński.
Trwałe wyłączenie i uszkodzenie głównych instalacji przełożyłby się, jego zdaniem, na niedobór gazu na rynku globalnym przez okres ok. trzech lat, co przyczyniłoby się do wzrostu cen LNG. Następstwem tej sytuacji będą jednak nowe inwestycje – poza Bliskim Wschodem – związane zarówno z wydobyciem gazu, jak i budową infrastruktury.
Takie przedsięwzięcia wymagają jednak czasu. W praktyce podaż gazu mogłaby wzrosnąć dopiero po 2-3 latach od rozpoczęcia takich inwestycji.
– Rynek LNG jest wyjątkowo wrażliwy na globalne zakłócenia – działa dziś w warunkach, które ekonomiści określiliby jako „bliskie punktu krytycznego”. W takim środowisku nawet niewielki impuls może wywołać efekt domina. Obecna sytuacja to więc balansowanie na granicy: między demonstracją siły a jej faktycznym użyciem, między napięciem a kryzysem – podsumowuje Piotr Syryczyński.
Agnieszka Zielińska, dziennikarka Biznes Enter
Zdjęcie główne: Pixabay