Na zdjęciu twarze Władimira Putina i Donalda Trumpa. Na ich oczach jest pasek w kolorze flagi ukraińskiej, końcówki tych pasków pchają ku sobie małe, czarne ludziki przypominające zabawkowe żołnierzyki.

Pokój w Ukrainie oznacza wyścig o kontrakty. Dla polskiego biznesu to będzie rewolucja

Pokój w Ukrainie się zbliża, choć wciąż koniec wojny nie jest pewny – taki wniosek można wysnuć z wydarzeń z ostatnich tygodni wokół naszego wschodniego sąsiada. Ewentualne porozumienie ukraińsko-rosyjskie oznaczałoby rewolucję dla Polski. Zmianę sytuacji odczułaby nie tylko gospodarka, ale też krajowi importerzy, eksporterzy czy pracodawcy zatrudniający dziś Ukraińców. Dla niektórych oznacza to większe ryzyko działalności, dla większości – nowe szanse i okazje na zarobek.

  • Teza. Ewentualny pokój ukraińsko-rosyjski zmieni całkowicie architekturę geopolityczną regionu Europy Centralno-Wschodniej. To dla Polski spore wyzwanie, ale również niespotykana szansa na zwiększenie swojego znaczenia gospodarczego. Dla polskich firm otworzy się przestrzeń na ekspansję i zdobycie kontraktów związanych z odbudową Ukrainą.
  • Dowód. Ukraina będzie wymagać odbudowy infrastruktury, budynków i przemysłu. Koszty wyceniane są już dziś na setki miliardów euro, a przecież wojna trwa nadal. To oznacza, że będą tylko rosnąć.
  • Efekt. Polskie firmy mają szansę realnie wzrosnąć dzięki kontraktom na odbudowę. Najpierw jednak muszą przygotować odpowiednią strategię i zmierzyć się z lokalnymi turbulencjami związanymi z transferami ludności oraz zmianą struktury importu i eksportu Ukrainy.

Do porozumienia pokojowego między Ukrainą a Rosją może być bliżej niż kiedykolwiek. Do takiej tezy skłania postawa Stanów Zjednoczonych, które dążą do wygaszenia konfliktu w Europie. I choć Rosjanie robią wszystko, żeby do tego nie doszło, w tym ostrzeliwują Kijów tajemniczą rakietą Oriesznik, Putin może być na rękę przerwanie ataku. Donaldowi Trumpowi marzy się bowiem, aby przyszłość zapamiętała go jako tego, który kończył wojny (a w bliższej perspektywie pokojowa nagroda Nobla, o czym mówi głośno), to pokój może tak naprawdę być wstępem do zagrywki geopolitycznej – nazywanej przez specjalistów żartobliwie „odwróconym Kissingerem”.

W uproszczeniu chodzi o to, by zacieśnić więzy Rosji z Zachodem, co odsunęłoby ją kursu prochińskiego. To Państwo Środka jest uznawane za największego rywala przez USA, co zresztą wprost jest zawarte w opublikowanej przed niespełna miesiącem Strategii Bezpieczeństwa Narodowego. Obecna administracja wręcz zakłada, że wynik rywalizacji Waszyngton-Pekin rozstrzygnie o globalnym układzie sił na kolejne dziesięciolecia.

Tym tłumaczyć można spotkanie Trumpa z Putinem w Anchorage i dążenie do zawarcia pokoju rosyjsko-ukraińskiego, a w przyszłości zniesienie sankcji i włączenie Moskwy z powrotem do świata Zachodu. Na razie jednak – jak wskazuje Ośrodek Studiów Wschodnich – Rosja zaostrza swoje stanowisko negocjacyjne i wyklucza trójstronne negocjacje pokojowe. Do paktu więc jeszcze daleka droga.

Wojna w Ukrainie zmierza ku końcowi? Pytanie, jaki pokój przyniesie

Odkładamy jednak na bok dywagacje geopolityczne; posłużyły nam one wyłącznie do tego, by nakreślić dominujący nastrój na świecie. A ten ewidentnie zmierza do zawarcia jakiejś formy porozumienia między Ukrainą a Rosją – obojętnie, jakie ono będzie. Nie pozostanie to bez wpływu na Polskę. – Wiele zależy od tego, jaki będzie ostateczny kształt traktatu pokojowego i jego wydźwięk – mówi Biznes Enter Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej.

Jeśli jednak uda się zbudować przynajmniej nadzieję, że porozumienie będzie stabilne w okresie średnioterminowym, to obawy inwestorów względem polskiego rynku nieco zelżeją. Choć trzeba tu podkreślić, że one nigdy nie były zbyt duże i raczej dotyczyły tylko terenów Polski wysuniętych na wschód.

Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej dla Biznes Enter

Co ciekawe, wśród inwestorów większą niepewność wzbudzało województwo podlaskie niż podkarpackie, mimo że to drugie graniczy z Ukrainą. Powodów takiego stanu rzeczy może być kilka. Po pierwsze, zaadaptowanie lotniska w Jasionce jako głównego hubu zaopatrzeniowego dla Ukrainy, co wiązało się z rozmieszczeniem wokół niego wojsk NATO.

Po drugie, Podlasie zmaga się ze skutkami kryzysu migracyjnego sztucznie nakręcanego przez Białoruś. To województwo właśnie było w największym stopniu objęte stanem wyjątkowym w 2021 r. Do tego dochodzi kwestia tzw. przesmyku suwalskiego, czyli terytorium na pograniczu polsko-litewskim rozdzielającym rosyjski obwód królewiecki od Białorusi, który jest uznawany za jeden z punktów zapalnych Sojuszu Północnoatlantyckiego. A zatem ewentualne wystudzenie napięć w regionie mogłoby okazać się szczególnie korzystne dla Podlasia.

Efekt porozumienia pokojowego na polski rynek widzi też Kamil Sobolewski, główny ekonomista Pracodawców RP. – Słychać sygnały z rynku finansowego, że część inwestorów międzynarodowych myśli o Polsce jako takim kraju, którego gospodarka mogłaby skorzystać na zakończeniu wojny i odbudowie Ukrainy. I w tej układance chyba wygrywają polskie banki, jako proxy trade na szeroką gospodarkę bez wskazywania konkretnych sektorów, charakteryzujący się dobrą płynnością, adekwatną do skali zagranicznych inwestorów – mówi Biznes Enter.

Ewentualne trwałe zakończenie konfliktu z oddaleniem ryzyka kolejnej rosyjskiej agresji spowodowałoby prawdopodobnie umocnienie się złotego. A im trwalszy okazałby się pokój, tym lepsza byłaby reakcja naszej waluty. Odwrotny scenariusz jest taki, że jeśli będzie to marne zawieszenie konfliktu z potencjałem do jego dalszej eskalacji przy jednoczesnym wzmocnieniu Rosji i osłabieniu Ukrainy, to przełożyłoby się to negatywnie na rynek walutowy. Rynki bowiem nie patrzą na sprawiedliwość, zaś dla biznesu liczy się przewidywalność.

Kamil Sobolewski, główny ekonomista Pracodawców RP dla Biznes Enter

Pokój odcisnąłby się też na krajowych obligacjach. – Miara ryzyka asset swap spread, czyli ile rząd musi zapłacić więcej za swoje długi względem tego, jakie są oczekiwane stopy procentowe, miałaby potencjał się zawęzić. Zresztą to wydarzenie geopolityczne mogłoby mieć też wpływ na samą ścieżkę stóp – wyjaśnia Sobolewski.

Wszyscy nasi rozmówcy podkreślają, że najistotniejsze jest brzmienie zapisów pokojowych. Jeśli Ukraina dostanie silne gwarancje pokojowe, to będzie stopniowo, ale jednak coraz mocniej integrować się z Zachodem. Jeśli zaś „wydźwięk pokoju” – jak nazywa to zjawisko Piotr Soroczyński – będzie taki, że agresor będzie mieć poczucie, że został nadmiernie nagrodzony za swoje przewinienia, to można się spodziewać utrzymania napięcia w regionie i dalszych prób destabilizacji państw flanki wschodniej przez Rosję, która wciąż będzie się kładła cieniem na słabującym Kijowie.

Oto jak pokój wpłynie na sytuację polskich eksporterów i importerów

Skoro pokój wydaje się prawdopodobny, to trzeba zastanowić się, jak wpłynie na sytuację polskich przedsiębiorców. Dziś bowiem polscy i ukraińscy eksporterzy oraz importerzy znacząco zacieśnili relacje. Do tego stopnia, że według danych GUS Ukraina awansowała z 15. miejsca w 2021 r. na 7. w roku 2024 na liście odbiorców polskiego eksportu (jego łączna wartość wyniosła ponad 56 mld zł).

Z kolei nasz kraj stał się w tym czasie najistotniejszym odbiorcą towarów znad Dniepru. 11,7 proc. całego ukraińskiego eksportu w 2024 r. trafiło do nas, a jego wartość – według GUS – wyniosła 20,5 mld zł – wynika z analizy Obserwatora Finansowego, który jednak dodaje, że „nominalna wartość kupowanych przez nas ukraińskich towarów jest zauważalnie niższa niż w 2021 r.”.

Skąd taka eksplozja? – Zawdzięczamy to głównie dwóm pozycjom: paliwom oraz produktom pochodnym (których kiedyś w zasadzie nie było w naszej wymianie) i produkcji specjalnej potrzebnej dla wojska. Wzrost paliw jest związany z tym, że Ukrainie spadał wyrób własny, gdyż niezbędna do tego infrastruktura była stale pod naporem rosyjskim – wymienia Soroczyński.

Zaraz dodaje, że jeśli Ukrainie uda się przywrócić gospodarkę do normy, to prawdopodobnie znów będzie w stanie utrzymywać własną produkcję. Zakłada też, że eksport wyrobów wojskowych prawdopodobnie spadnie. – I to nawet w sytuacji, gdy Ukraińcy będą szykować się na ewentualne niepokoje w przyszłości czy próbowali odstraszać potencjalnego agresora – wskazuje.

Jest jeszcze jedna grupa produktów, pokazywana jako eksportowy sukces – towary FMCG, a ściślej przetwórstwo spożywcze. Jednak tu również zachowałbym ostrożność, bo w tym przypadku kłopot jest ten sam, jak z przetwórstwem ropy – ataki ze strony Rosjan, zniszczenia, ale także niedobory energii. Bądź co bądź Ukraina jest jednak potęgą rolniczą, więc po nastaniu pokoju nie można mieć pewności, czy dalej będą potrzebować tak dużego importu gotowych produktów żywieniowych, których im dziś brakuje.

Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej dla Biznes Enter

Po nastaniu pokoju Polskę i Ukrainę może też połączyć zupełnie nowy typ przedsiębiorcy: pośrednik (najczęściej pochodzący z Ukrainy). Ekspert KIG zauważa, że wielu Ukraińców żyjących nad Wisłą „nauczyło się” naszego rynku, a zarazem wie, jakich towarów brakuje lub w ogóle nie ma w ich kraju. Mogą zatem albo pośredniczyć w ich handlu, albo po prostu kupować je tu i sprzedawać tam.

Osobną kwestią są też sposób otwarcia rynku wspólnego dla Ukrainy, którego jesteśmy częścią. Dla krajów tzw. starej Unii import z Ukrainy może być złotym interesem, gdyż zagwarantują sobie w ten sposób stały napływ towarów tańszych niż te dziś u nich dostępne. Z kolei Kijów dostanie w ten sposób fundusze niezbędne m.in. do odbudowy, dozbrojenia czy spłaty zobowiązań. Będzie się też coraz mocniej „spajał” z Zachodem.

Dla Polski jednak może to oznaczać kłopoty. I to nie tylko dlatego, że będziemy pierwszym miejscem, gdzie dotrze fala dostaw ukraińskich. – Będą musieli z nimi konkurować nie tylko wytwórcy zboża, ale i m.in. owoców czy drobiu. A to będzie trudna konkurencja, bo po pierwsze produkty ukraińskie będą tańsze, a po drugie – nie muszą spełniać norm, do których zobowiązani są polscy producenci – punktuje Soroczyński.

Ukraińskie rolnictwo ma szereg przewag nad naszym rodzimym:

  • ma żyźniejsze ziemie;
  • gospodarstwa są znacznie większe od naszych i prowadzą wręcz produkcję na skalę przemysłową;
  • jego wyroby nie muszą spełniać surowych, unijnych norm;
  • ukraińskie zarobki są znacznie niższe od polskich, przez co koszty produkcji są mniejsze.

I wreszcie na warunki otwierania się na ukraińskich przedsiębiorców baczenie będą mieć przedstawiciele transportu. W tej branży już doszło do napięcia, gdy przewoźnicy ze wschodu dostali „ulgę”, by mogli własnymi siłami wspierać wysiłek wojenny swojego kraju. – Szybko się okazało, że dzięki temu przejęli dużo frachtów, gdyż byli konkurencją tanią na tyle, że europejskie firmy nie były w stanie sprostać takim warunkom – podsumowuje Soroczyński.

Ukrainiec na ratunek dla polskiego rynku pracy

A skoro już o pracownikach jest mowa, to nie jest tajemnicą, że wojenni uchodźcy podreperowali sytuację krajowego rynku pracy, cierpiącego na niedobory pracownicze w związku z m.in. z sytuacją demograficzną. Mateusz Żydek, rzecznik prasowy agencji Randstad Polska, powołuje się na dane GUS i wskazuje, że w Polsce pracuje już ponad milion cudzoziemców, a dwie trzecie z nich stanowią Ukraińcy.

Co kluczowe, obecność ta przestała mieć charakter tymczasowy. Choć dla ponad połowy, bo aż 53 proc. badanych, pierwotnym impulsem do wyjazdu były kwestie bezpieczeństwa i konieczność ucieczki przed wojną, to z biegiem czasu motywacje te uległy znaczącej transformacji. Obecnie mamy do czynienia z grupą, która zapuściła w Polsce korzenie – aż 59 proc. pracowników z zagranicy, w większości obywatele Ukrainy, deklaruje jasny zamiar pozostania w naszym kraju na stałe i związania z nim swojej przyszłości zawodowej. Jedynie 33 proc. badanych wciąż waha się co do swoich dalszych losów, co pokazuje, że scenariusz masowego, nagłego powrotu nie jest dominującą postawą.

Mateusz Żydek, rzecznik prasowy agencji Randstad Polska dla Biznes Enter

Nasz rozmówca podkreśla, że 94 proc. respondentów jest zadowolonych z warunków pracy nad Wisłą. A to tylko jedna z przyczyn, które mogą wpłynąć na to, że po ewentualnym porozumieniu pokojowym nie nastąpi exodus Ukraińców.

Migracja z Ukrainy się nie skończy. Zmieni swój charakter

Mateusz Żydek podpowiada, by patrzeć też na demografię: 70 proc. przybyłych od wschodniego sąsiada stanowią kobiety, a 44 proc. uczestników badania przyjechało tu z dziećmi lub rodzicami. Jego zdaniem to będzie silna kotwica zachęcająca do tego, by osiedli w Polsce.

Mocnym bodźcem do pozostania będzie też ekonomia. – Ukraińska gospodarka w fazie odbudowy będzie borykać się z gigantycznymi wyzwaniami, w tym prawdopodobnie z wysoką inflacją i niską siłą nabywczą pieniądza, co sprawi, że polskie pensje pozostaną bezkonkurencyjne – ocenia rzecznik Randstad. Dodaje też, że pracownicy ukraińscy szukają w Polsce bezpieczeństwa socjalnego oraz przewidywalności, której ich ojczyźnie może brakować jeszcze przez lata.

– Z perspektywy polskiego pracodawcy największym wyzwaniem – a zarazem szansą – nie jest zatem ryzyko odpływu kadr, ale strata potencjału, który już mamy na miejscu. Aż 44 proc. badanych cudzoziemców posiada wykształcenie wyższe, a w grupie wiekowej 25-34 lata odsetek ten sięga aż 56 proc. Mimo tak wysokich kompetencji, blisko połowa, bo 48 proc. pracowników, wykonuje w Polsce pracę poniżej swoich kwalifikacji – wylicza Mateusz Żydek.

Główną barierą pozostaje język. A zatem polskie firmy już dziś powinny inwestować w integrację oraz rozwój zawodowy cudzoziemców; w ten sposób zwiększą szansę, że ci pozostaną tu po ustaniu wojennej zawieruchy.

Nasi rozmówcy są zgodni – migracja ze Wschodu do Polski nie ustanie. Co najwyżej zmieni swój charakter. Być może część osób, które się nie zaaklimatyzowały, powrócą do Ukrainy. Z kolei ci, którzy w poprzednich latach opuścili Polskę, by bronić ojczyzny, powrócą tu z powrotem. Niektórzy walczący mogą też dołączyć do swoich rodzin, które już osiadły na Zachodzie. – Wynik netto tych transferów ludności będzie dla Polski liczony w dziesiątkach tysięcy, a więc niekrytyczny. Dla porównania w latach 2023-24 z polskiego rynku pracy ubyło odpowiednio 184 i 151 tys. osób – wskazuje Sobolewski.

Wyścig o odbudowę Ukrainy nie na hurra. Polska musi mieć strategię

Po zakończeniu działań wojennych pojawi się potrzeba odbudowy m.in. zniszczonej infrastruktury (zarówno tej centralnej, jak i lokalnej), przemysłu oraz całych miejscowości. Już od dłuższego czasu media zachodnie informują o wyścigu o kontrakty. Polscy przedsiębiorcy jednak powinni przede wszystkim skupić się na tych elementach, w których już dziś są mocni.

Globalnie największe zainteresowanie budzą projekty infrastrukturalne. Jak jednak zauważa Piotr Soroczyński, polscy przedsiębiorcy nie mają w tym zakresie zbyt dużego doświadczenia. A zatem i – choć to już nasz domysł – szanse na pozyskanie kontraktów też są niewielkie.

Podobnie sprawa się ma z przemysłem, gdzie najistotniejsze będzie włożenie własnego kapitału w odbudowę zniszczonego potencjału. Tu furtka dla dostawców znad Wisły uchyla się przede wszystkim w kwestii dostarczenia maszyn i urządzeń.

Ekspert KIG zakłada, że po ustaniu zawieruchy wojennej zacznie się migracja wewnętrzna. Ukraińcy, gdy uświadomią sobie, że nie mają już do czego wracać w swoich przedwojennych miejscach zamieszkania, zaczną szukać miejsca do życia wewnątrz kraju, które zagwarantuje najstabilniejsze warunki egzystencjalne. A gdy już tam osiądzie, to przecież będzie potrzebować własnego lokum.

To oznacza, że pojawi się znacznie zwiększone zapotrzebowanie na nowe mieszkania. Do tego powracający uchodźcy są już przyzwyczajeni do życia w standardzie zachodnim i właśnie w takim stylu będą próbowali odtwarzać warunki mieszkaniowe w Ukrainie. I w tym paśmie upatrywałbym największych szans naszego kraju. Zawsze sporą popularnością tam cieszyły się nasze produkty z zakresu: materiałów budowlanych, artykułów do wyposażenia wnętrz łazienek, kuchni, AGD czy RTV.

Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej dla Biznes Enter

Producenci RTV i AGD, segmentu wartego w 2024 r. 44 mld zł (według raportu PMR Market Experts), są jedną z kluczowych gałęzi polskiego eksportu – szacuje się, że ok. 80-90 proc. ich produkcji wyjeżdża za granicę. Tymczasem od jakiegoś czasu ich biznesy mają czkawkę ze względu na m.in. wzrost cen energii i kosztów pracowniczych przy jednoczesnym spadku popytu. Dlatego też to właśnie ten sektor mógłby stać się beneficjentem porozumienia pokojowego – a wzmożony eksport na Wschód byłby potencjalnym remedium na obecne kłopoty.

O potencjalną współpracę obu państw po zawarciu pokoju pytamy też Dariusza Szymczychę, wiceprezesa Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej, zrzeszającej ponad 600 firm – w tym ok. 150 zarejestrowanych w Ukrainie. Już na wstępie podkreśla, że największym wkładem i fundamentem pod odbudowę i obopólne relacje było to, że polski ambasador nie został wycofany z Kijowa 25 lutego a polskie firmy, które inwestowały w tym kraju przed inwazją pełnoskalową, nie zawiesiły swojej działalności.

– One starają się pracować, wytworzyć zyski czy pomagać rodzinom pracowników powołanych do sił zbrojnych. Ponadto budują PKB Ukrainy i płacą podatki, z których kraj ten jest w stanie realizować zakupy wojskowe czy wypłacać wynagrodzenie żołnierzom. To jest nasz handicap (przewaga – przyp. red.) – mówi Dariusz Szymczycha.

Wiceszef PUIG również zauważa, że Ukraina do odbudowy będzie potrzebowała ogromnych ilości materiałów budowlanych i konstrukcyjnych, których przez długi czas nie będzie w stanie sama wytworzyć ze względu na niedobory energii, zniszczenia i braki siły roboczej. – Wartość wszystkich materiałów budowlanych niezbędnych do odbudowy kraju jest wyceniana na ponad 65 mld euro. W tym może być jakiś kawałek dla polskich producentów – wymienia nasz rozmówca.

Dodaje też inne kwoty. Koszty odbudowy systemu energetycznego poprzez wymianę instalacji, urządzeń, sieci energetycznych szacuje się na 32-35 mld dolarów, z kolei infrastruktury drogowej i mostowej – ponad 20 mld euro.

Po rynku ukraińskim trzeba umieć się poruszać

Potencjalny przyszły eksporter lub inwestor, nawet jeśli miałby już sprawny transport na granicy, najpierw jednak musiałby się „oswoić” z lokalnymi uwarunkowaniami. – Poruszanie się po rynku ukraińskim nie jest proste. Jeśli ktoś ma rozeznanie w tamtejszych uwarunkowaniach prawnych, kulturowych i gospodarczych, to można się spodziewać, że odniesie ogromny sukces. Natomiast nie mam śmiałości twierdzić, że to gwarantowany scenariusz dla wszystkich chętnych. Bez odpowiedniego know-how można szybko utopić pieniądze w inwestycji w Ukrainie – mówi Soroczyński.

A jednak niektórym polskim firmom się udało i już przetarły szlaki dla rodaków. Można tu wymienić prywatne: Fakro, Cersanit czy LPP oraz państwowy PKO BP, który działa pod szyldem Kredobanku. To oznacza, że próby zdobycia rynku ukraińskiego nie są z góry skazane na porażkę.

Co zatem zrobić, by usprawnić wymianę handlową z Ukrainą? W pierwszej kolejności Dariusz Szymczycha radzi decydentom, aby poprawili funkcjonowanie granicy, co usprawni przepływ towarów. – Czyli musimy zainwestować w przejścia graniczne więcej niż do tej pory, zwiększyć ich obsadę i „zelektryfikować” procedury, a także zwiększyć synergię między różnymi służbami, które odpowiadają za ochronę polskiej, a w sumie i unijnej granicy – punktuje.

W drugiej zaś postuluje o rozbudowę sektora transportu, spedycji i logistyki. Bo chociaż w Polsce jest sporo firm i inicjatyw z tego zakresu, to brakuje takich, które rozwijałyby się przy granicy i już w samej Ukrainie. – Być może trzeba iść śladem idei, która pojawiła się w Agencji Rozwoju Przemysłu, że powinniśmy uczestniczyć w budowie europejskiej sieci kolejowej od Polski do Lwowa, dalej do Kijowa, może do Odessy. Być może powinniśmy zastanowić się też nad udziałem w przetargu na koncesję na spory port nad Morzem Czarnym? – wymienia.

Jednak po podpisaniu pokoju uwaga świata i pomoc humanitarna skupi się na innych odcinkach, a Ukraina ze swoimi problemami (korupcyjnymi, demograficznymi i instytucjonalnymi) pozostanie osamotniona. Ponadto część z naszych rozmówców nie jest przekonana, czy Polska odegra aż tak znaczącą rolę przy odbudowie Ukrainy. Może się też okazać, że przy wyborze wykonawcy decydować będzie nie argument ekonomiczny, ale polityczny. Do tego wszystkiego logistyka przez Polskę prawdopodobnie wyhamuje, bo nieprzerwane dostawy wojenne dla kraju walczącego z agresorem to jedno, a dostawy okien czy materiałów budowalnych – coś zupełnie innego.

Rosja powróci do gry handlowej?

I wreszcie pozostaje ostatnia kwestia: powrót Rosji (i Białorusi) do świata zachodniego. Dariusz Szymczycha, zauważa że otoczenie Trumpa wierzy, że „grzeczność wobec Rosji gwarantuje wielkie biznesy dla Stanów Zjednoczonych”. – To mrzonka. Amerykanie już parokrotnie próbowali inwestować w Rosji i parokrotnie się na tym sparzyli – mówi.

– Nasi koledzy z Zachodu już wprost tupią nóżkami w oczekiwaniu na otwarcie rynków rosyjskiego i białoruskiego – dodaje Soroczyński.

Nie jestem naiwny i wiem, że nie da się umówić w biznesie, bo zawsze znajdzie się ktoś chętny skorzystać z okazji. Chciałbym jednak, żebyśmy nie eksportowali produktów o tzw. podwójnym przeznaczeniu. Czym innym jest sprzedaż batoników czy jabłek, a czym innym – technologii, którą może być wykorzystana w wojsku czy może powiększać zakres wiedzy o osiągnięciach zachodnich w obu państwach. Za takie ograniczenie powinien jednak odpowiadać regulator, np. Unia Europejska, bo samodyscypliny biznesu nie da się wyegzekwować. Osobiście bym też zaproponował, żeby eksport do Rosji był obarczony 10-proc. cłem na obronność.

Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej dla Biznes Enter

Nasuwa się też pytanie, w jaki sposób w jakim tempie sankcje będą „odkręcane”. Scenariusze nasuwają się dwa. Albo Zachód mógłby je znieść natychmiast po ustaniu zmagań wojskowych (za czym – zdaje się – optuje administracja amerykańska), albo będzie to robić powoli wraz z osiąganymi postępami wynegocjowanymi wcześniej z Kremlem. Osobną kwestią takich porozumień jest też ich przestrzeganie przez Rosjan. Jak dobrze wiemy z naszej historii, zazwyczaj wychodzi im to przeciętnie; tzn. przestrzegają tylko tych postanowień, które są dla nich wygodne.

A czy zatem po ustaniu reżimu sankcyjnego produkty z napisem „Made in Russia” powrócą szeroko na półki polskich sklepów? – Import z Rosji jest w tej chwili umiarkowany i dotyczy głównie surowców energetycznych, drewna oraz dóbr rolnych. I na to możemy być otwarci także w przyszłości. Natomiast na inne produkty czy towary przetworzone otwarcia sobie nie wyobrażam, bo nie wiem, co moglibyśmy kupować od nich w dużych ilościach. Pamiętajmy, że degeneracja zasobów wytwórczych Rosji jest głęboka, bo od paru lat nie są w stanie serwisować ani modernizować maszyn – zauważa ekonomista KIG.

– Trudno też oczekiwać, że Rosja może stać się naszym konkurentem na innych rynkach. Węgla nie eksportujemy, bo jest za drogi, drewnem przestaliśmy handlować. Z kolei oni nie są konkurencją przy takich dobrach jak: samochody, AGD, RTV, maszyny i urządzenia, które są naszym głównym towarem. Moglibyśmy ścigać się na specyficzne produkty, jak np. nawozy – i w tym przypadku nowa konkurencja może okazać się problematyczna. Jednak wydaje mi się, że poszczególne branże mogą mieć kłopot, ale nie cały sektor eksportowy – podsumowuje Piotr Soroczyński.

Koniec wojny oznacza więc wielkie zawirowania gospodarcze w regionie. Od nas samych tylko zależy, czy się w nich odnajdziemy i w jakim stopniu z nich skorzystamy. Jednak by realnie mieć na to szansę, musimy przygotowywać i wdrażać na to strategię jeszcze dziś – czyli w czasie, gdy Waszyngton kolanem próbuje wcisnąć w gardło Ukrainy własną (czy na pewno własną?) formę porozumienia pokojowego.

Krystian Rosiński, dziennikarz i wydawca Biznes Enter

Część odnośników to linki afiliacyjne lub linki do ofert naszych partnerów. Po kliknięciu możesz zapoznać się z ceną i dostępnością wybranego przez nas produktu – nie ponosisz żadnych kosztów, a jednocześnie wspierasz niezależność zespołu redakcyjnego.

Zdjęcie główne: Grafikę przygotowała Sandra Zięba. Źródło zdjęcia W. Putina: kremlin.ru

Motyw