Na zdjęciu widzimy zasępionego Donalda Tuska

Nadciąga potężne uderzenie w polską gospodarkę. Spełnia się czarny scenariusz

Polska gospodarka od trzech dekad biegnie w sprinterskim tempie, nadrabiając zaległości wobec Zachodu. Jednak matematyka jest nieubłagana. Paliwo, które napędzało ten bieg – kapitał ludzki – właśnie się kończy. Stoimy nad krawędzią demograficznego urwiska. Krok w przód zmieni Polskę w kraj starców, drastycznie obniży nasze PKB i zrewiduje marzenia o bogactwie. Co gorsza, analiza ośrodka badawczego GRAPE dla Biznes Enter dowodzi, że wiara w zbawienną moc technologii czy migracji na ten moment jest ekonomiczną naiwnością. Dlaczego?

  • Teza. Nadchodząca zapaść demograficzna w Polsce, prowadząca do drastycznego spadku liczby ludności i starzenia się społeczeństwa, nieuchronnie wywoła strukturalne spowolnienie gospodarcze, którego nie zdołają powstrzymać ani postęp technologiczny, ani masowa imigracja.
  • Dowód 1. Prognozowany ubytek 40 proc. populacji do 2080 roku oraz gwałtowny wzrost mediany wieku spowodują fizyczny brak rąk do pracy, co bezpośrednio przełoży się na niższe PKB i marginalizację polskiej gospodarki na arenie międzynarodowej.
  • Dowód 2. Analizy dowodzą, że wymagany do skompensowania ubytków demograficznych wzrost produktywności jest nierealistyczny do osiągnięcia, a imigracja na konieczną skalę niemożliwa do realizacji, co w połączeniu z rosnącymi kosztami emerytur i ochrony zdrowia zdestabilizuje finanse publiczne.
  • Efekt. Przedsiębiorcy muszą przygotować się na trwale kurczący się rynek konsumencki i dramatyczne niedobory pracowników, co wymusi redefinicję modeli biznesowych oraz zwiększy ryzyko wzrostu obciążeń podatkowych niezbędnych do utrzymania systemu emerytalnego.

Przez lata Polska była „zieloną wyspą” i europejskim liderem wzrostu. Jednak pod powierzchnią sukcesu gospodarczego już od dłuższego czasu tykała bomba z opóźnionym zapłonem. W 2017 r. jeszcze wtedy na łamach Business Insider Polska pisałem, że malejąca liczba osób w wieku produkcyjnym to jedno z największych wyzwań naszego kraju na najbliższe dziesięciolecia. W tamtym czasie słyszeliśmy coraz głośniejsze tykanie tej bomby, a demograficzna zapaść nie była tematem szerokich debat ekonomistów. Dziś niecałą dekadę po tych słowach, możemy już oszacować, z jakim hukiem w nas uderzy. I nie są to dobre wiadomości.

W eksluzywnej analizie przygotowanej dla Biznes Enter przez ośrodek badawczy GRAPE, wyłania się bowiem obraz gospodarki, która wchodzi w fazę strukturalnego zwijania się. To nie jest kwestia jednego gorszego cyklu koniunkturalnego. To fundamentalna zmiana paradygmatu, w którym przyszłe pokolenia Polaków mogą być dotknięte problemami, z którymi nikt z nas nie chciałby się mierzyć.

Polska roku 2080 będzie domem starców Europy

Zacznijmy od twardych danych. Jeśli komukolwiek wydaje się, że obecne problemy z rynkiem pracy są dotkliwe, perspektywa roku 2080 brzmi jak scenariusz postapokaliptyczny.

– Demografia Polski ulegnie głębokim i nieodwracalnym przemianom. Do 2080 r. liczba ludności spadnie o 40 proc. – wskazuje w rozmowie z Biznes Enter Adam Suraj, analityk GRAPE.

Co to dokładnie oznacza? W 2023 r. Polskę zamieszkiwało ok. 37,6 mln osób. Według centralnej prognozy ONZ, na którą powołuje się analityk GRAPE, w 2040 r. będzie nas już tylko 35,3 mln. To jednak dopiero początek równi pochyłej. W 2060 r. populacja skurczy się do 30,3 mln, by w 2080 r. osiągnąć poziom 24,2 mln.

Ośrodek badawczy GRAPE

To tak, jakby z mapy Polski wymazać całe województwa: mazowieckie, śląskie, wielkopolskie i małopolskie. Zniknie 13 milionów konsumentów, podatników i pracowników. Najświeższe prognozy Ministerstwa Finansów są tylko troszkę bardziej optymistyczne, bo zakładają, że za 60 lat Polaków będzie ok. 27 mln, co oznaczałoby spadek rzędu 10 mln osób (więcej o tym piszemy w kontekście emerytur TUTAJ).

Jednak sam spadek liczby ludności to tylko połowa problemu. Drugą, znacznie groźniejszą dla stabilności makroekonomicznej, jest struktura wieku. – Mediana wieku wzrośnie o ponad jedną trzecią – ostrzega Adam Suraj. W 2023 roku wynosiła ona 41,3 lata. Oznacza to, że połowa Polaków była młodsza, a połowa starsza od tego wieku. Już na początku lat 40. XXI wieku co drugi Polak będzie miał ponad 50 lat. W 2080 roku mediana ta przebije 55 lat. Polska stanie się domem starców Europy.

Ośrodek badawczy GRAPE

Matematyka nie kłamie. Dlaczego wzrost PKB Polski musi wyhamować?

Aby zrozumieć, dlaczego demografia jest wyrokiem dla wzrostu gospodarczego, musimy odwołać się do podstaw ekonomii. Model Roberta Solowa, noblisty, który zdefiniował ramy nowoczesnego wzrostu gospodarczego, jest bezlitosny. Wzrost PKB w długim okresie zależy od dwóch silników – wzrostu produktywności oraz wzrostu liczby rąk do pracy.

Przez lata demografia była naszym sprzymierzeńcem – na rynek wchodziły wyże demograficzne. Teraz ten wektor zmienia zwrot. Adam Suraj w swojej analizie przytacza dane GUS, według których w 2023 r. Polska dysponowała armią 22 milionów osób w wieku produkcyjnym, mogącą pracować na dobrostan kraju. Do 2060 r. ta armia skurczy się o całe 7 mln ludzi do zaledwie 15,1 mln. Będziemy światkami „demobilizacji” na niespotykaną skalę w historii naszego kraju.

– Spadek liczby osób pracujących doprowadzi do wyraźnego obniżenia poziomu PKB i tym samym osłabienia pozycji Polski w gospodarce światowej – argumentuje analityk GRAPE. To prosta arytmetyka, w której mniej pracowników wytwarza mniej dóbr i usług. Nawet jeśli każdy z nich będzie pracował wydajniej, fizyczny ubytek siły roboczej o ponad 30 proc. jest wyrwą, której nie da się łatwo zasypać.

Gospodarka to jednak nie tylko wolumen, ale przede wszystkim zamożność obywateli. I tu prognozy są równie niepokojące. W raporcie „Transition Report 2025-26” wydanym zaledwie kilka tygodni temu analitycy Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (EBOR) sprawdzili, jak silnie spadek odsetka osób w wieku produkcyjnym obniży trajektorie wzrostu PKB na mieszkańca w poszczególnych krajach. W tym celu stworzyli specjalny model mający odwzorowywać zachowanie prawdziwych gospodarek.

Pesymistyczny scenariusz nad Wisłą jest już naszą rzeczywistością

Zgodnie z wyliczeniami ekonomistów, w scenariuszu bazowym zmiany demograficzne obniżą roczne tempo wzrostu PKB na mieszkańca w Polsce w latach 2050–2100 o 0,22 pkt proc. W scenariuszu pesymistycznym zaś spadek wyniesie aż 0,71 pkt. proc.

I w tym miejscu musimy się na chwilę zatrzymać. Bo model pesymistyczny opracowany przez ekspertów bazuje na założeniu, że współczynnik dzietności (tzw. TFR, czyli liczba dzieci urodzonych przez jedną kobietę w okresie rozrodczym) będzie w porównaniu do średniego wariantu ONZ rok w rok niższy o 0,5 dziecka na kobietę.

Problem w tym, że ta baza wyliczona przez ONZ wynosi dla naszego regionu 1,3-1,6 urodzeń na kobietę, co oznacza, że TFR w skrajnie złym scenariuszu byłby gdzieś w okolicach 0,8-1,1 (o 0,5 pkt mniej niż 1,3-1,6). Nad Wisłą ta demograficzna zapaść jest już naszą rzeczywistością, o czym mówiłw wywiadzie z Biznes Enter m.in. Marek Rozkrut, ekonomista EY.

Jak podaje GUS, po pierwszych trzech miesiącach 2025 r. współczynnik dzietności w Polsce wyniósł 1,03. Jest to poziom najniższy w historii powojennej naszego kraju i jeden z najniższych w całej Europie. Innymi słowy, my już w tym piekielnym przedziale wyliczonym przez ekonomistów się znajdujemy. To nie czarna przyszłość, a teraźniejszość.

Ośrodek badawczy GRAPE

Klątwa procentu składanego

Spadek o 0,22 pkt. proc. przy obecnym wzroście na poziomie 3-4 proc. może wydawać się niewielki, jednak w długim okresie nawet takie pozornie małe zmiany mają istotne znaczenie – wyjaśnia ekspert GRAPE.

Przykładowo, gdyby w ciągu najbliższych 50 lat tempo wzrostu PKB per capita (czyli na głowę mieszkańca) wynosiło 2 proc., PKB za pół wieku byłby 2,7-krotnie wyższy niż obecnie. Jeżeli natomiast tempo wzrostu wynosiłby 2,22 proc. (czyli bez ubytku 0,22 pkt. proc.), za pięć dekad cieszylibyśmy się 3-krotnie wyższym PKB na mieszkańca, a nasze dochody byłyby o ok. 11 proc. wyższe.

Przy PKB per capita mniejszym o 0,7 pkt. w horyzoncie życia jednego pokolenia Polacy mogliby stracić ogromną część potencjalnego dobrobytu – dokładnie połowę. Jeszcze inaczej to obrazując, długoterminowo 2 proc. wzrostu daje prawie dwukrotnie większy efekt niż 1,3 proc., mimo że różnica w tempie rocznym to tylko 0,7 punktu procentowego. Tak działa potencjał, bądź w tym przypadku, klątwa procentu składanego.

Polska gospodarka jest na najlepszej drodze, żeby doświadczyć mrożącego działania matematyki na własnej skórze.

Mit technologicznego zbawienia

W debacie publicznej często pojawia się argument technologicznych optymistów, którzy mówią: „Nie martwmy się brakiem rąk do pracy, zastąpią nas roboty i sztuczna inteligencja”. To kusząca wizja, ale badania naukowe brutalnie ją weryfikują.

Prof. Joanna Tyrowicz, członkini Rady Polityki Pieniężnej i współzałożycielka GRAPE wraz z Krzysztofem Makarskim i Magdą Malec w przełomowej analizie z 2019 roku, oszacowali, jakiego skoku technologicznego potrzebowałaby Polska, aby zrównoważyć ubytki demograficzne.

Wnioski powinny wszystkich nas otrzeźwić. Przyjęto, że dzietność w Polsce ustabilizuje się na poziomie 1,3 (co jest założeniem i tak optymistycznym, biorąc pod uwagę ostatnie dane GUS). Badacze wyliczyli, że aby skompensować wpływ demografii na dochody budżetowe samym tylko wzrostem produktywności (TFP), musielibyśmy być świadkami cudu technologicznego.

Zastąpienie wzrostu dzietności do poziomu 1,9, przy którym populacja Polski nadal by się zmniejszała, choć wolniej, wymagałoby tempa wzrostu produktywności na poziomie aż 2,6 proc. rocznie. Naukowcy uważają, że jest to poziom, jak na nadwiślańskie warunki, po prostu „skrajnie nierealistyczny”. Dlaczego?

Zgodnie z najnowszymi szacunkami Komisji Europejskiej przedstawionymi w raporcie o starzeniu się społeczeństw roczne tempo wzrostu całkowitej produktywności czynników produkcji osiągnie maksimum na poziomie ok. 1,8 proc. w 2030 r., po czym zacznie stopniowo spadać do ok. 0,8 proc. w 2070 r. Spowolnienie to wynika z faktu, że polska gospodarka będzie z czasem zbliżać się do technologicznej granicy rozwoju, co oznacza coraz mniejsze możliwości dalszego podnoszenia efektywności w oparciu o istniejące rozwiązania. Obecnie Polska pozostaje nadal zapóźniona względem najbardziej rozwiniętych gospodarek Zachodu, co pozwala relatywnie niskim kosztem adaptować zagraniczne technologie i w ten sposób zwiększać produktywność. Wraz z domykaniem się luki technologicznej możliwość ta stopniowo wygaśnie.

Adam Suraj, analityk GRAPE dla Biznes Enter

Wielkie nadzieje w AI

Zbliżamy się więc do technologicznej granicy. Skończyły się czasy prostego importowania technologii z Zachodu. Teraz musimy je tworzyć sami, a to jest znacznie trudniejsze i kosztowniejsze. Technologia nas nie uratuje – ona jedynie (i to w optymistycznym wariancie) nieco zamortyzuje upadek.

EBOR z kolei wskazuje, że w gospodarkach należących do UE (w tym w Polsce), wzrost produktywności wynikający z wdrażania AI może zrównoważyć średnio około połowę spadku wzrostu PKB per capita spowodowanego czynnikami demograficznymi. To naprawdęs sporo. Jest jednak haczyk. Dotyczy to scenariusza „wysokiego wpływu” (high-impact scenario).

W scenariuszach o niższym wpływie rola AI będzie marginalna względem presji demograficznej. Nasz kraj musiałby również ulec gruntownej przemianie technologicznej, a na razie jesteśmy gorsi nawet w porównaniu z Europą Zachodnią (w 2024 r. średnio tylko 9 proc. firm w regionie deklarowało użycie AI w porównaniu do 18 proc. w Niemczech czy Francji), która to jest z kolei w tyle za Stanami Zjednoczonymi.

Złudzenie migracyjne

Skoro nie technologia, to może migracja? Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju i temu zagadnieniu poświęca dużo miejsca, ale wnioski płynące z raportu są zbieżne z analizą GRAPE – migracja to rónież zaledwie plaster na ropiejącą ranę.

Bank wprost stwierdza, że aby utrzymać obecny stosunek osób w wieku produkcyjnym do ogółu populacji, wiele gospodarek regionu musiałoby przyjmować rocznie imigrantów netto w liczbie przekraczającej 1 proc. ich obecnej populacji.

Dla Polski oznaczałoby to konieczność pozyskania ok. 380 tys. imigrantów netto rocznie, rok w rok, przez najbliższe dekady. Mówimy tu o skali migracji, która jest politycznie i społecznie trudna do wyobrażenia, nawet dla krajów o długiej tradycji imigracyjnej.

Co więcej, jak zauważają eksperci, konkurencja o talenty jest globalna. Polska nie rywalizuje o pracowników tylko z sąsiadami, ale z Niemcami, Wielką Brytanią czy Kanadą – krajami, które również się starzeją, ale oferują (póki co) wyższe płace.

Adam Suraj z GRAPE w swojej analizie podkreśla również inny, często pomijany aspekt. Migranci też się starzeją. Aby migracja trwale poprawiła strukturę demograficzną, musi być procesem ciągłym i rosnącym wykładniczo, co w praktyce prowadzi do całkowitej przebudowy struktury etnicznej i społecznej kraju w ciągu dwóch pokoleń. To scenariusz, na który Polska nie jest gotowa ani infrastrukturalnie, ani mentalnie.

I technologie, i migracje mogą jednak nieco złagodzić zapaść pokoleniową nad Wisłą. Biznes Enter będzie opisywał te wątki w kolejnych naszych materiałach.

Demokracja geriatryczna

Ostatnim, być może najbardziej przerażającym elementem tej układanki, jest stan finansów publicznych w starzejącej się demokracji.

Mechanizm jest prosty i zabójczy dla budżetu. Po pierwsze, rosną wydatki emerytalne. System, choć w teorii zbilansowany (ile wpłacisz, tyle wyjmiesz), w praktyce jest zakładnikiem polityki.

W warunkach demokracji rosnący udział osób starszych w elektoracie zwiększa presję na utrzymywanie realnej wartości świadczeń lub ich podwyższanie, nawet kosztem naruszenia równowagi finansów publicznych – pisze Suraj.

Politycy potrafią liczyć głosy. Gdy mediana wieku wyborcy przekroczy 50 lat, żadna partia nie odważy się na reformy racjonalizujące wydatki socjalne. Będziemy świadkami narodzin „geriatrycznej demokracji”, w której interesy osób pracujących i innowacyjnych będą systemowo przegłosowywane przez beneficjentów świadczeń.

Po drugie, eksplodują koszty ochrony zdrowia i opieki długoterminowej. 80-latek kosztuje system zdrowotny wielokrotnie więcej niż 30-latek. Kto za to zapłaci? Kurcząca się grupa aktywnych zawodowo. To prosta droga do drastycznego wzrostu opodatkowania pracy, co z kolei może wypychać młodych, mobilnych Polaków na emigrację, domykając błędne koło pokoleniowego krachu.

Marginalizacja Polski

Co ten skrajnie zły, ale niestety prawodpodobny, scenariusz oznacza dla nas wszystkich? Zdaniem GRAPE doprowadzi to do marginalizacji Polski na arenie międzynarodowej. Jak zauważa Adam Suraj, o zamożności obywateli danego kraju decyduje przede wszystkim poziom produkcji w przeliczeniu na jednego mieszkańca.

Podaje on tutaj przykład Danii, której gospodarka według danych Banku Światowego jest ponad dwukrotnie mniejsza niż gospodarka Polski. Jednakże Dania liczy ponad sześć razy mniej mieszkańców. W rezultacie poziom życia przeciętnego Duńczyka jest wyraźnie wyższy niż przeciętnego Polaka.

Z perspektywy globalnej gospodarki kluczowe znaczenie ma zaś całkowita wielkość produkcji, a nie jej poziom w przeliczeniu na mieszkańca. Przykładowo Chińczycy są średnio znacznie biedniejsi niż Duńczycy. Jednak ze względu na ogromną skalę tamtejszej gospodarki, która według danych Banku Światowego jest ponad 44 razy większa od duńskiej, kraj ten odgrywa znacznie większą rolę na arenie międzynarodowej.

Adam Suraj, analityk GRAPE

Koniec ery łatwego wzrostu

Analiza, wsparta danymi EBOR oraz badaniami prof. Joanny Tyrowicz, nie pozostawia złudzeń. Polska gospodarka, pomimo „złotego wieku” i świetnych danych z ostatnich lat, nieuchronnie wchodzi w najtrudniejszy okres w swojej nowożytnej historii.

Scenariusz „jakoś to będzie”, bo albo wymyślimy lepsze komputery albo sprowadzimy pracowników z Azji, jest myśleniem życzeniowym. Liczby są bezlitosne:

  1. ubytek 40 proc. populacji kraju do 2080 r.;
  2. konieczność nierealistycznego wzrostu produktywności (2,6 proc. rocznie), by utrzymać status quo;
  3. imigracja na poziomie setek tysięcy osób rocznie, by jedynie spowolnić starzenie się społeczeństwa.

Polska stoi przed wyzwaniem, które wymaga redefinicji umowy społecznej, systemu podatkowego i modelu gospodarczego. Jeśli nie podejmiemy tych tematów teraz, gdy mamy jeszcze relatywnie silny wzrost gospodarczy, za dwie dekady obudzimy się w kraju, który jest nie tylko stary, ale i sfrustrowany utraconymi marzeniami o dobrobycie. Demograficzna bomba tyka głośniej niż kiedykolwiek, a postęp technologiczny – wbrew nadziejom entuzjastów – nie ma na ten moment odpowiedniej mocy, by ją rozbroić.

Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter

Część odnośników to linki afiliacyjne lub linki do ofert naszych partnerów. Po kliknięciu możesz zapoznać się z ceną i dostępnością wybranego przez nas produktu – nie ponosisz żadnych kosztów, a jednocześnie wspierasz niezależność zespołu redakcyjnego.

Zdjęcie główne: Kancelaria Premiera / Flickr

Motyw