
Niemcy są chorym człowiekiem Europy – prasa na Starym Kontynencie od miesięcy tak nazywa naszego zachodniego sąsiada. Dlatego też, kiedy kanclerz Friedrich Merz wylądował w Chinach, powietrze w Pekinie nie było gęste jedynie od smogu, ale i od napięcia, jakiego w relacjach obu potęg nie było od dekad. Skończyła się bowiem era naiwnej doktryny Wandel durch Handel (zmiana przez handel), która przez lata usypiała czujność Berlina. Dzisiaj Niemcy, niegdyś niekwestionowany motor napędowy Europy, przyjeżdżają do Państwa Środka z widmem głębokiej dezindustrializacji na karku. „Chiński szok” przestał być tylko akademickim terminem – stał się smutną rzeczywistością dla tysięcy niemieckich robotników i inżynierów. Polska nie może się temu biernie przyglądać.
- Teza. Polska musi porzucić rolę nisko marżowego podwykonawcy Niemiec na rzecz budowy gospodarki opartej na własności intelektualnej i głębokiej analityce technologicznej.
- Dowód. Statystyczna stagnacja niemieckiego przemysłu od 2019 r. oraz utrata rentowności w sektorach tradycyjnych na rzecz chińskiej konkurencji uderza bezpośrednio w polskie firmy zintegrowane z łańcuchem dostaw zza Odry.
- Efekt. Przetrwanie rodzimych przedsiębiorstw w najbliższej dekadzie zależy od skuteczności transformacji z modelu „montowni” w model „centrum innowacji”, co wymaga radykalnej reformy systemu R&D i postawienia na niszowe specjalizacje technologiczne.
Niemcy w Chinach. Polska w potrzasku. Spis treści
Kanclerz Niemiec Friedrich Merz wraz z około 30 prezdstawicielami gospodarki udał się z pierwszą oficjalną podróż do Pekinu. – Mamy bardzo konkretne obawy dotyczące naszej współpracy, którą chcemy poprawić i uczynić sprawiedliwą – oświadczył Merz w środę na początku spotkania w Wielkiej Hali Ludowej. Dla Berlina ta wizyta to test przetrwania dla gospodarki, która od ponad 5 lat znajduje się w bolesnej stagnacji.
Dla Polski z kolei ten obraz to jednak znacznie więcej niż tylko sąsiedzkie kłopoty. To lustro, w którym Warszawa musi się przejrzeć, by zrozumieć, że model gospodarczy, który wyciągnął nas z biedy lat 90., właśnie bezpowrotnie wygasł.
Poker Niemiec i Chin w cieniu Wielkiego Muru. Kto ma lepsze karty?
W zderzeniu z rządem w Pekinie Berlin nie jest już petentem dyktującym warunki z pozycji siły, ale nie jest też całkowicie bezbronny. Rozmowy Merza przypominają partię pokera, w której obie strony znają swoje słabości. Niemieckie media piszą, że Merz ma kilka atutów w talii. Jakich?
Po pierwsze, Niemcy wciąż trzymają w ręku klucze do europejskiego skarbca. Chiny, zmagające się z wewnętrznym kryzysem na rynku nieruchomości i słabnącą konsumpcją, desperacko potrzebują otwartego rynku unijnego dla swoich nadwyżek produkcyjnych – od paneli słonecznych po samochody elektryczne. Merz doskonale wie, że to w Berlinie zapadają ostateczne decyzje o europejskich cłach zaporowych.
Po drugie, kanclerz tuż przed wylotem do Chin zagrał błyskotliwą „kartą indyjską”. Jego głośna styczniowa wizyta w Nowym Delhi była sygnałem dla Xi Jinpinga: „Niemcy potrafią dywersyfikować, nasz kapitał ma alternatywy”. To klasyczna strategia deriskingu (minimalizacji ryzyka) w działaniu.
Chiny mają jednak czym uderzyć. Niemiecka transformacja energetyczna i przemysł motoryzacyjny są dramatycznie uzależnione od chińskich metali ziem rzadkich i grafitu.
Ponadto Pekin przestał być rynkiem zbytu dla niemieckich maszyn, a stał się krwiożerczym konkurentem. Chińskie koncerny potrafią dziś produkować szybciej, taniej i, co jest najboleśniejsze dla dumnych niemieckich inżynierów, często lepiej pod względem innowacji cyfrowych.
Do tego dochodzi twarda geopolityka. W dobie niepewności co do amerykańskich gwarancji pod rządami Donalda Trumpa i trwającej wojny w Ukrainie, Niemcy potrzebują chińskiego nacisku na Moskwę.
Jak powstrzymać rdzewienie Niemiec?
Od 2019 r. niemiecki przemysł stracił setki tysięcy miejsc pracy. Widmo „europejskiego Detroit” krąży nad Zagłębiem Ruhry i Bawarią. Najlepsi analitycy nad Renem są jednak zgodni – ten proces można skontrolować, ale wymaga to bolesnego cięcia chirurgicznego, a nie przyklejania plastrów.
Jak pisze niemiecka gazeta biznesowa Handelsblatt, zamiast pompować miliardy w utrzymanie przy życiu energochłonnych hut i starych linii montażowych silników spalinowych, kapitał musi natychmiast popłynąć do sektorów przyszłości – inżynierii precyzyjnej, automatyki przemysłowej i oprogramowania. Należy silnie dotować niemiecką naukę, tak by badania i rozwój sprzyjały wymyślaniu kolejnych patentów i służyły biznesowi.
Niemcom potrzebna jest również, tak jak i Polsce, swoista „gilotyna biurokratyczna”. Koszty raportowania, regulacji środowiskowych i prawa pracy dławią słynny niemiecki Mittelstand (sektor małych i średnich przedsiębiorstw). Państwo musi radykalnie uprościć prowadzenie biznesu.
Jednym z najważniejszych punktów jest również tania energia traktowana jako racja stanu. Przemysł bowiem umiera tam, gdzie prąd jest za drogi. Szybkie wdrożenie innowacji energetycznych i budowa stabilnej bazy (w tym wodoru i atomu) to dla Niemiec kwestia być albo nie być.
Co to oznacza dla Polski?
I tutaj dochodzimy do kluczowej lekcji dla Polski. Podczas gdy Niemcy walczą o utrzymanie swoich pozycji na szczycie łańcucha pokarmowego, my znajdujemy się w zupełnie innym miejscu.
Polska gospodarka przez ostatnie trzy dekady rosła dzięki modelowi imponującej, ale nisko marżowej „montowni Europy”. Konkurowaliśmy tym, że byliśmy tańsi i blisko Niemiec. Dzisiaj demografia, rosnące aspiracje płacowe Polaków i drastyczne koszty energii sprawiają, że to paliwo się wyczerpało. Zbliżamy się do ściany zwanej „pułapką średniego dochodu”.
Jeśli niemiecki przemysł dostaje zadyszki, polscy podwykonawcy pierwsi tracą tlen. Aby przetrwać nadchodzącą dekadę, Polska musi przenieść środek ciężkości swojej gospodarki. Tylko co to tak naprawdę oznacza?
Gdzie naprawdę zarabia się pieniądze?
Na globalnym rynku największe pieniądze zarabia się na dwóch krańcach krzywej wartości przedstawionej na wykresie poniżej.

Infografika została wymyślona w latach 90. przez Stana Shiha (właściwie Shih Chen-jung), założyciela tajwańskiego giganta technologicznego firmy Acer. Shiha namalował ten wykres, wskazując, że najwięcej zysków firmie przynoszą badania, rozwój (R&D) i projektowanie (własność intelektualna) oraz marketing, usługi i budowanie marki. Środek – czyli sama fizyczna produkcja – przynosi najmniejsze marże. Czy to lekcja dla Polski? Zdecydowanie tak.
W tamtym czasie tajwańscy producenci elektroniki, w tym właśnie Acer, działali głównie w modelu OEM (Original Equipment Manufacturer; z ang. producent oryginalnego wyposażenia), czyli po prostu montowali komputery z części na zlecenie zachodnich korporacji. Byli ulokowani na samym dnie tej krzywej (faza Manufacturing). Shih zauważył, że wraz z globalizacją fizyczna produkcja staje się coraz powszechniejsza i tańsza, przez co marże Acera drastycznie spadały i firmie groziła stagnacja.
Aby temu zaradzić, naszkicował „krzywą uśmiechu”, by zszokować swoich menedżerów i wymusić całkowitą zmianę strategii. Wykres posłużył mu do udowodnienia, że Acer musi natychmiast uciekać z „doliny montażu” na boki krzywej – zacząć inwestować potężne pieniądze we własne badania i technologie (R&D na lewym krańcu) oraz w marketing i budowę globalnie rozpoznawalnego logo (branding na prawym krańcu).
Jak doskonale wiemy z historii – jego diagnoza była bezbłędna. Acer przestał być anonimową montownią, a stał się marką (OBM), której laptopy można kupić w każdym sklepie z elektroniką na świecie.
Polska może utknąć w środku tego wykresu jak Tajwan w latach 90. Niemcy dzisiaj ratują się ucieczką w górę, inwestując w zaawansowane R&D. Polska musi zrobić dokładnie to samo, co wymaga całkowitej rewolucji w polskiej nauce.
R&D na nowo. Jak zreformować polskie zaplecze badawcze?
Błędem byłoby jednak ślepe pompowanie miliardów z budżetu państwa w obecny system polskiego szkolnictwa wyższego.
Jak wskazują raporty Najwyższej Izby Kontroli i analizy m.in. Klubu Jagiellońskiego, choć jest już o wiele lepiej niż jeszcze kilka lat temu, wciąż zbyt wiele polskich uniwersytetów i politechnik cierpi na chorobę „punktozy” – produkowania publikacji naukowych do wewnętrznych rankingów, z których nie wynika żaden patent użyteczny dla biznesu. W Polsce istnieje przepaść między laboratorium a fabryką.
W raporcie z 2023 r. krakowskiej Fundacji Gospodarki i Administracji Publicznej Współpraca uczelni z biznesem. Polska na tle wybranych krajów UE, pod redakcją Tomasza Geodeckiego i Jerzego Hausnera, czytamy, że:
Świat uczelni i świat biznesu słabo do siebie przystają, słabo się komunikują, słabo się znają i rozumieją. Marginalizowana jest rola polskich uczelni przez świat biznesu. Występuje syndrom „wynajmiemy laboratorium” i wybranych badaczy. Przedsiębiorstwa działające w Polsce polegają na innowacyjności naśladowczej (poprzez zakup i instalację urządzeń i procesów).
Recepty dla Polski
Aby wyrwać się z gospodarczej strefy zgniotu, Warszawa – zdaniem NIK oraz ekspertów – musi wdrożyć radykalne kroki w integracji nauki z przemysłem.
Przede wszystkim należy zasypać tzw. Dolinę Śmierci. Polskie uczelnie muszą przestać być rozliczane z samego procesu badawczego, a zacząć być oceniane za wdrożenia. System grantowy (np. z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju) musi być bezwzględnie warunkowany udziałem prywatnego kapitału.
Jeśli firma nie chce wyłożyć własnych środków na współfinansowanie badań uczelni, oznacza to, że te badania nie mają rynkowego sensu. Polski Fundusz Rozwoju od lat postuluje, że potrzebujemy sprawnego ekosystemu Venture Capital i zachęt podatkowych, które sprawią, że naukowcom będzie się opłacało zakładać startupy technologiczne typu deep-tech.
Co więcej, powinniśmy traktować własność intelektualną (IP) jako świętość. Mamy jednych z najlepszych programistów i inżynierów na świecie, ale w większości sprzedają oni swoje roboczogodziny zachodnim korporacjom w tzw. software house’ach. Czas na budowanie polskich produktów. Państwo i uczelnie muszą wspierać naukowców w patentowaniu globalnych rozwiązań, z których dywidendy będą spływać nad Wisłę.
Dodatkowo, rząd i eksperci są zaskakująco zgodni, że w Polsce brakuje wciąż określenia jasnych przewag konkurencyjnych w wyselekcjonowanych branżach. Rozpraszanie skromnych funduszy na każdy wydział w kraju to droga donikąd.
Polska nie dogoni USA w produkcji mikroprocesorów ani Niemiec w budowie maszyn przemysłowych. Musimy skanalizować miliardy złotych w wiodące krajowe instytuty w konkretnych, wąskich niszach. To tam trzeba kupować najlepszy sprzęt i opłacać najlepszych badaczy. Naszymi asami eksportowymi powinny stać się: technologie dronowe i obronne, cyberbezpieczeństwo, zielona energia (w tym innowacje dla SMR), sztuczna inteligencja zasilająca FinTech czy rewolucyjne metody syntezy chemicznej i biotechnologii.
Ekonomiści zwracają uwagę także na „miękkie” czynniki, takie jak krzewienie kultury zysku na uczelniach. Profesor zarządzający laboratorium w Polsce musi mieć takie samo prawo i możliwość stania się milionerem dzięki swoim odkryciom, jak jego odpowiednik na MIT w Massachusetts. Pieniądze to nie brudne słowo. To dowód na to, że innowacja rozwiązuje realny problem.
Jeśli Niemcy stracą swoją pozycję w Chinach, wstrząs wtórny poczujemy w Wielkopolsce, na Śląsku czy Dolnym Śląsku. Ale to od nas zależy, czy kryzys na Zachodzie potraktujemy jako wyrok, czy jako wezwanie do ewolucji. Czas montowni się skończył. Nadszedł czas laboratoriów i własności intelektualnej, co z pewnością będziemy w Biznes Enter gorąco wspierać i opowiadać o tych przemianach w kolejnych naszych materiałach.
Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter
Zdjęcie główne: Kancelaria Premiera / Gov.pl