
Program pisany przez około tysiąc specjalistów z setek różnych organizacji, dotykający każdego punktu funkcjonowania społeczeństwa. Węgierska opozycyjna partia TISZA, kierowana przez Pétera Magyara, nie próżnowała. Po 16 latach rządów Fideszu stworzyła nie tylko polityczną instrukcję demontażu systemu Viktora Orbána, ale przede wszystkim fenomenalnie precyzyjną, gospodarczą mapę drogową na miarę XXI wieku. Polska może sporo z tego wziąć dla siebie.
- Teza. Skuteczna modernizacja państwa w Europie Środkowej wymaga odejścia od modelu taniej siły roboczej na rzecz radykalnej obniżki opodatkowania pracy i inwestycji w innowacyjność wspieraną przez rządy prawa.
- Dowód. Na Węgrzech oszczędności wynikające z obniżenia kosztów obsługi długu dzięki przywróceniu praworządności oraz odblokowanie funduszy unijnych na efektywność energetyczną pozwalają na sfinansowanie szerokich ulg podatkowych dla najmniej zarabiających przy jednoczesnym zachowaniu dyscypliny budżetowej.
- Efekt. Przyjęcie węgierskiej strategii „jednorożców zamiast zebr” oznaczałoby dla polskich firm przejście z konkurowania niską ceną na rywalizację wysoką marżą, wspieraną przez głęboką deregulację i niższe koszty administracyjne.
Węgrzy zdecydują w kwietniu, czy będą kontynuować 16 lat upadku jak za rządów Viktora Orbana, czy też ruszą ku Europie i rozwojowi, dołączając do Polaków, Słoweńców, Czechów i państw bałtyckich – powiedział w opublikowanym w czwartek wywiadzie z Reutersem lider węgierskiej opozycji Peter Magyar. Jego partia TISZA, jak wskazuje Ośrodek Studiów Wschodnich, po raz pierwszy od lat ma przewagę nad obozem rządzącym Victora Orbana. Wybory odbędą się 12 kwietnia.

W związku z tym zwrotem w polityce nad Balatonem Biznes Enter postanowił dokładnie przyjrzeć się programowi wyborczemu opozycji. Był on pisany, jak zaznacza Magyar przez tysiące specjalistów i setki organizacji pozarządkowych. Rzeczywiście, dokument, zatytułowany wymownie „Podstawy funkcjonujących i ludzkich Węgier” czyta się jak najlepsze eseje Josepha Stiglitza o moralności kapitalizmu, skrzyżowane z analityczną kalkulacją ekspertów z London School of Economics. To świetny podręcznik również dla polskiej klasy politycznej, jak należy patrzeć na nowoczesne państwo i finanse.
Węgierski podręcznik do ekonomii
Zacznijmy od tego, że TISZA diagnozuje węgierską chorobę jako „wyuczoną bezradność”, wtłaczaną w społeczeństwo od dekad, i proponuje swoisty postpopulistyczny detoks.
Zamiast widzieć w kraju niekierowalnego potwora, widzą w nim „nowoczesny żaglowiec”, który potrzebuje jedynie kompetentnej załogi i sprawnego sternika. Program ten wychodzi z fundamentalnego założenia – państwo ma służyć obywatelom, a nie nad nimi panować.
To zdanie brzmi jak liberalny banał, dopóki nie przełożymy go na twarde liczby, cięcia budżetowe i politykę makroekonomiczną. Czego zatem my, nad Wisłą, wciąż zmagający się z pułapką średniego dochodu, demograficzną zapaścią, strukturalnymi nierównościami i fatalną jakością usług publicznych, możemy – a wręcz powinniśmy – uczyć się od naszych bratanków?
Koniec z folwarkiem montowni. Renesans lokalnego kapitału
Przez ostatnie trzy dekady cała Europa Środkowo-Wschodnia, od Warszawy po Budapeszt, ścigała się w dyscyplinie: „kto taniej sprzeda pracę swoich obywateli zagranicznym korporacjom”.
Węgrzy doszli w tym modelu do ściany, stając się krajem o najniższym poziomie konsumpcji w Unii Europejskiej. TISZA stawia diagnozę – pompowanie miliardów z państwowej kasy w zagraniczne gigafabryki, zwłaszcza z branży bateryjnej (Węgry są zagłębiem tego sektora), to droga w przepaść. Te zakłady niszczą środowisko, drenują zasoby wodne (zużywając nawet 30-40 tysięcy metrów sześciennych wody dziennie w rejonach dotkniętych suszą ), a na dodatek opierają się na imporcie taniej siły roboczej z Azji. Taki model nie buduje narodowego bogactwa, on je bezlitośnie wysysa, pozostawiając po sobie zgliszcza.
Co proponuje opozycja? Radykalną zmianę wektora. Zagraniczny kapitał tak, ale pod warunkiem bezwzględnej integracji z lokalnym rynkiem. Zagraniczni inwestorzy będą zmuszeni do zatrudniania krajowej siły roboczej i szerokiego włączania węgierskich podwykonawców do łańcuchów dostaw. Zamiast dotować azjatyckie montownie, państwo ma rzucić koło ratunkowe rodzimym małym i średnim przedsiębiorstwom (MŚP). Aby chronić rodzimy rynek pracy, TISZA zapowiada wręcz radykalny krok – od 1 czerwca 2026 r. zawieszenie wydawania pozwoleń na pracę dla masowo sprowadzanych pracowników spoza Unii Europejskiej.
Węgrzy chcą wreszcie przeciąć biurokratyczne pęta, które duszą inicjatywę. Obiecują zmniejszenie czasu poświęcanego przez firmy na administrację podatkową o połowę, z absurdalnych niemal 300 godzin do maksymalnie 150 godzin rocznie, równając do unijnej średniej.
To twarda lekcja dla Warszawy. Zamiast fetyszyzować kolejne specjalne strefy ekonomiczne dla zachodnich i wschodnich gigantów technologicznych, zwalniając ich z podatków, musimy zająć się głęboką deregulacją dla polskiego piekarza, programisty czy producenta mebli.
TISZA rzuca pobudzające wyobraźnię hasło: „Jednorożce zamiast zebr”. Chcą pompować środki w innowacje, podnosząc wydatki na badania i rozwój (B+R) z obecnych 1,3 proc. do 2 proc. PKB do 2030 r., a docelowo gonić unijną średnią wynoszącą 3 proc. Tylko innowacyjność, powiązana z uniwersytetami i transferem technologii, a nie tania praca na taśmie montażowej, pozwala przeskoczyć do pierwszej ligi globalnej gospodarki.
Moralność podatków, czyli powrót do elementarnej sprawiedliwości
Jeśli system podatkowy jest lustrem duszy narodu, to w naszej części Europy ta dusza jest mocno poraniona. I my, i Węgrzy mamy systemy głęboko skomplikowane, a ekonomiści od lat postulują jego uporszczenie i urealnienie. TISZA ma intelektualną i polityczną odwagę rzucić temu problemowi wyzwanie. Zauważają, że obecny rząd Orbána od 2010 r. wprowadził lub podniósł aż 60 różnych podatków , bezlitośnie opodatkowując pracę i wyśrubowując podatek VAT do rekordowego w Europie poziomu 27 proc.
Ich program „Adócsökkentés+” (Obniżka Podatków+) to majstersztyk polityki społeczno-gospodarczej. Proponują cięcie podatku dochodowego (PIT) dla osób na płacy minimalnej z 15 do 9 proc. Obejmie to systemem ulg aż 2,2 miliona pracowników zarabiających poniżej mediany (czyli do 625 tysięcy forintów, ok. 6875 zł miesięcznie). To posunięcie proste i skuteczne – zostawi w kieszeniach najsłabiej zarabiających Węgrów dziesiątki tysięcy forintów (setki złotych) rocznie, które natychmiast, co do grosza, wrócą do gospodarki w postaci konsumpcji, napędzając lokalny popyt.
Ale to, co TISZA proponuje w kwestii podatku VAT (ÁFA), to prawdziwa rewolucja semantyczna i ekonomiczna, z której powinniśmy pilnie czerpać w Polsce. Podatek VAT to w swojej istocie podatek nałożony na życie – uderza najmocniej w tych, którzy całe swoje dochody muszą przeznaczyć na przetrwanie. Węgierska opozycja dostrzega, że obecny, 27-procentowy VAT stał się głównym generatorem niszczącej inflacji i ubożenia społeczeństwa. TISZA mówi wprost – system podatkowy nie może być narzędziem ślepego łupienia obywateli, musi stać się narzędziem polityki społecznej i zdrowotnej.
VAT do ścięcia
Dlatego proponują radykalne i precyzyjne cięcia. Po pierwsze, zerowa stawka VAT (0 proc.) na leki wydawane na receptę. Choroba nie jest luksusem, a państwo nie powinno zarabiać na tym, że obywatel ratuje swoje życie.
Po drugie, obniżenie VAT do 5 proc. na zdrową żywność. To mechanizm, który z jednej strony ułatwia Węgrom dostęp do pełnowartościowych, nieprzetworzonych produktów, z drugiej – daje potężny impuls konkurencyjny krajowym rolnikom, a z trzeciej – jest inwestycją w profilaktykę zdrowotną, która na dłuższą metę odciąży budżet państwa.
Po trzecie, VAT w wysokości 5 proc. na drewno opałowe. To odpowiedź na brutalną rzeczywistość, w której milion Węgrów zmaga się z ubóstwem energetycznym i problemem ogrzania domów zimą. Co więcej, TISZA chce użyć podatku VAT jako dźwigni dla rynku nieruchomości, proponując preferencyjną stawkę na usługi przedsiębiorców budujących mieszkania na wynajem, by zwalczyć gigantyczny kryzys podażowy i spekulację.
Ale natychmiast pojawia się klasyczne, konserwatywne pytanie, z którym powinniśmy zmagać się codziennie w polskim Sejmie: „Skąd wziąć na to wszystko pieniądze?”. Tutaj TISZA sięga po narzędzie podatku majątkowego (wealth tax). Zapowiadają 1-procentowy podatek dla miliarderów, naliczany wyłącznie od nadwyżki majątku powyżej 1 miliarda forintów (ok. 11 mln zł). Ale to nie wszystko.
Magia makroekonomii. Premia za wiarygodność
Węgierski program z chłodną precyzją chirurga rozprawia się z mitem, że lewicowe czy centrowe reformy społeczne muszą oznaczać bezmyślne zadłużanie kraju. Odpowiedź TISZY na pytanie o źródła finansowania obietnic powinna być czytana na głos wszystkim populistom, którzy myślą, że mogą w danym kraju wojować bezmyślnie z wyimaginowanymi wrogami w imię podnoszonej przy każdej możliwej okazji suwerenności, łamamiąc zasady konstytucyjne.
Węgrzy wyliczają, że potrzebują zwiększyć pole manewru w budżecie o 3400–4300 miliardów forintów (ok. 37,4–47,3 mld zł) rocznie, co stanowi równowartość 3,5–4,5 proc. PKB. Gdzie szukają tych gigantycznych kwot? Nie chcą na pewno w kieszeniach klasy średniej.
Po pierwsze, w dywidendzie praworządności. Węgry płacą gigantyczne, absurdalne odsetki od długu publicznego, które urosły już do kwoty 4200 miliardów forintów (ok. 46,2 mld zł) rocznie (ok. 5 proc. PKB). TISZA słusznie i logicznie zakłada, że powrót do rządów prawa, walka z korupcją i przewidywalność regulacyjna radykalnie obniżą tzw. premię za ryzyko kraju w oczach rynków finansowych.
Ich zdaniem spadek rentowności obligacji przyniesie natychmiast oszczędności rzędu 150-200 miliardów forintów (ok. 1,65–2,2 mld zł) rocznie na samej obsłudze długu, a w dłuższej perspektywie – ponad 1000 miliardów forintów (ok. 11 mld zł) rocznie. według opozycji węgierskiej stabilność instytucji to nie jest abstrakcyjny wymysł prawników i aktywistów z NGOsów. To najtwardsza waluta.
Po drugie, cięcie „bizancjum” i rozliczenie „państwowej mafii”. Likwidacja reżimowej propagandy (która na różne sposoby pochłania nawet do 650 miliardów forintów, czyli ok. 7,15 mld zł rocznie), zatrzymanie korupcji przy zamówieniach publicznych i rezygnacja z przeskalowanych, pustych inwestycji prestiżowych.
Koszty społeczne i ekonomiczne samej korupcji szacowane są nad Dunajem na 4-8 proc. PKB. TISZA planuje powołać Narodowy Urząd Odzyskiwania i Ochrony Majątku, dołączyć do Prokuratury Europejskiej i prześwietlić o 20 lat wstecz majątki polityków oraz ich rodzin. Koniec z ukrywaniem kapitału w mętnych funduszach private equity. Państwo ma działać jak bezwzględny komornik wobec tych, którzy je okradli.
Po trzecie, inteligentne, lewarowane użycie środków z Unii Europejskiej. Odblokowanie 8 tys. miliardów forintów (ok. 88 mld zł), zamrożonych przez korupcję rządu Orbána, ma posłużyć inwestycjom o najwyższej stopie zwrotu. Dobrym przykładem jest przeznaczenie 1 tys. miliardów forintów (ok. 11 mld zł) na efektywność energetyczną domów i firm.
Twórcy programu rozumieją współczesną fizykę i ekonomię – najczystszą i najtańszą energią jest ta, której po prostu nie musimy zużyć. Zamiast wiecznie dotować rosnące rachunki za prąd i gaz, państwo zainwestuje w ocieplenie budynków, fotowoltaikę i pompy ciepła dla 100 tysięcy mieszkań rocznie, co trwale zdejmie z obywateli widmo ubóstwa energetycznego.
Wreszcie – mądry, organiczny rozwój gospodarczy. Węgrzy przypominają elementarz ekonomii, o którym politycy często zapominają – każdy 1 punkt procentowy wzrostu PKB to dodatkowe 400-450 miliardów forintów (ok. 4,4–4,95 mld zł) w budżecie państwa. Gospodarka musi po prostu rosnąć (szacują ten optymalny wzrost na 3-4 proc.), by z wygenerowanej nadwyżki 1200-1800 miliardów forintów (ok. 13,2–19,8 mld zł) finansować lepsze państwo. Bez wzrostu dzielimy tylko biedę.
Infrastruktura społeczna i fizyczna. Państwo jako sprawny usługodawca
Niezwykle pouczające dla polskiego czytelnika są fragmenty poświęcone infrastrukturze i wielkim projektom. TISZA otwarcie krytykuje zawieranie 35-letnich, tajnych umów koncesyjnych na autostrady, które gwarantują prywatnym spółkom zyski, a obywateli obciążają jednymi z najwyższych opłat za przejazd w regionie.
Chcą te umowy renegocjować, narzucić limity zysku („profitplafon”) i obniżyć koszty dla rodzimych firm transportowych. Zamiast ładować pieniądze w kolejne gigantyczne stadiony, chcą postawić na sport masowy, infrastrukturę szkolną i odnowę setek kilometrów zrujnowanych, lokalnych dróg. W kolei stawiają twardy wskaźnik użyteczności dla obywatela: osiągnięcie średniej prędkości 100 km/h od stacji do stacji oraz obniżenie wieku wysłużonego, 40-letniego taboru o połowę w ciągu dekady.
Jeszcze ciekawsze jest podejście do ekologii, odarte z ideologicznego uniesienia, a oparte na twardym pragmatyzmie. Węgry, podobnie jak Polska, wysychają. Wody w obu krajach dramatycznie brakuje. TISZA chce zerwać z XIX-wiecznym paradygmatem „szybkiego odprowadzania wody” rowami melioracyjnymi. Zamiast tego postulują „nowe nawodnienie” kraju („újrahidratálás”).
Wprowadzają obowiązkową w urbanistyce i inwestycjach koncepcję „miasta-gąbki” (szivacsváros), pełnego zielonych dachów, ogrodów deszczowych i rowów infiltracyjnych. To nie jest fanaberia ekologów – to twardy warunek przetrwania rolnictwa i uniknięcia miliardowych strat z tytułu suszy, która już teraz kosztuje rolników tysiące miliardów.
Kapitał ludzki i demografia. Państwo, które nie zostawia w tyle
Prawdziwa siła programu leży jednak w tym, że TISZA widzi wyraźnie to, co w polskiej debacie publicznej często umyka w gąszczu statystyk inwestycyjnych – kapitał ludzki. Naród to nie tylko PKB, to przede wszystkim zdrowi, wykształceni ludzie.
Węgierska opozycja planuje zatrzymać katastrofę demograficzną i wyludnianie kraju (ponad 740 tysięcy obywateli za granicą ) poprzez kompleksowy program „Vár a hazád” (Twoja ojczyzna czeka). Ich celem jest ściągnięcie do kraju 200 tys. emigrantów w ciągu zaledwie 8 lat. Nie oferują pustych haseł, lecz twarde bodźce – celowe wsparcie mieszkaniowe, stypendia, zwolnienia podatkowe dla nich i firm, które ich zatrudnią , wsparcie w uznawaniu zagranicznych dyplomów oraz radykalną likwidację biurokracji poprzez system „jednego okienka”.
Ponadto wprowadzają rozwiązania prokobiece i prorodzinne, które u nas wciąż traktowane są po macoszemu. Zapowiadają wydłużenie, w pełni płatnego przez państwo, urlopu ojcowskiego do 3 tygodni , aby zdjąć ten ciężar z barków pracodawców i realnie włączyć ojców w opiekę.
Deklarują bezkompromisową walkę z luką płacową (bérszakadék) pod rygorem twardych sankcji , instytucjonalne zwalczanie ubóstwa menstruacyjnego (zapewnienie darmowych środków higienicznych w szkołach i instytucjach) oraz ochronę państwowych dotacji mieszkaniowych w przypadku rozwodu (CSOK), by rozpad rodziny nie oznaczał automatycznie bankructwa. Dla emerytów, z których setki tysięcy żyje poniżej minimum egzystencji, przygotowano gwarancję minimalnego świadczenia (120 tys. forintów, czyli ok. 1320 zł) i specjalną kartę SZÉP na zakupy leków i żywności o wartości do 200 tys. forintów (ok. 2200 zł) rocznie.
Ogromne zmiany czekają też kluczowe systemy – zdrowie i edukację, które mają zostać uwolnione od politycznych oficerów z nadania. TISZA obiecuje coroczne pompowanie dodatkowych 500 miliardów forintów (ok. 5,5 mld zł) w publiczną służbę zdrowia , z twardym celem – karetka w każdym rejonie kraju ma dojechać do pacjenta w maksymalnie 15 minut. W edukacji znoszą państwowy, skostniały monopol na podręczniki szkolne, podnoszą wiek obowiązku szkolnego do 18 lat i radykalnie decentralizują system, likwidując ociężałe Centrum Klebelsberga, oddając dyrektorom szkół realne prawa pracownicze i budżetowe.
Ucieczka z peryferyjnego marazmu
Dokument programowy partii TISZA to nie jest zwykła, przedwyborcza polityczna ulotka, pełna gładkich zdań. To precyzyjny manifest państwa nowoczesnego, empatycznego, ale i brutalnie racjonalnego gospodarczo. Uczy nas, że walka z populizmem nie może polegać na powrocie do dzikiego, neoliberalnego darwinizmu lat 90.
Państwo w Europie Środkowej nie może po prostu abdykować i zostawić obywateli na pastwę globalnych rynków. Ono musi powrócić, ale w zupełnie innej, oczyszczonej roli – jako inteligentny usługodawca, sprawny inwestor i surowy, nieprzekupny sędzia dla monopoli.
Gdy nad Wisłą głowimy się i toczymy jałowe spory o to, skąd wziąć pieniądze na zbrojenia, pękającą w szwach ochronę zdrowia, transformację energetyczną i lepszą szkołę, spójrzmy na południe. Tam odpowiedź już padła na papier.
Fundusze biorą się z odzyskanej wiarygodności międzynarodowej, z cięcia państwowego, propagandowego bizancjum, ze sprawiedliwego opodatkowania nielicznych rentierów, z głębokiej deregulacji życia dla drobnych przedsiębiorców i z mądrych, precyzyjnie celowanych inwestycji. Węgrzy właśnie piszą podręcznik, jak wyrwać się z peryferyjnego marazmu, pokonać autorytaryzm i przywrócić ludziom godność. My, w Polsce, również musimy odrobić tę lekcję i zbudować państwo, które działa, bo teraz inercja w wielu dziedzinach jest przytłaczająca. Głupotą i historycznym grzechem byłoby z tego węgierskiego podręcznika nie skorzystać.
Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter
Zdjęcie główne: Estonian Presidency/Flickr