Partnerzy merytoryczni
Irański żołnierz

Wojna w Iranie przeraża rynki. Portfele Polaków zostaną wystawione na ciężką próbę

Po weekendzie świat budzi się w nowej, niebezpiecznej rzeczywistości. Śmierć Najwyższego Przywódcy, ajatollaha Alego Chameneiego, oraz innych kluczowych decydentów Republiki Islamskiej to nie tylko dekapitacja struktury władzy, która trzęsła Bliskim Wschodem od 1979 r. To moment krytyczny, w którym reżim – zapędzony do narożnika, pozbawiony głowy i walczący o przetrwanie – staje się najbardziej nieprzewidywalny. Jesteśmy w momencie, w którym co się nie wydarzy, Polacy i tak odczują to na własnej skórze.

  • Teza. Geopolityczna dekapitacja Iranu i wynikający z niej paraliż Cieśniny Ormuz wypychają ceny ropy w stronę bariery 100 dolarów, co niszczy dotychczasowe prognozy inflacyjne.
  • Dowód. Model Polskiego Instytutu Ekonomicznego wykazuje, że każde 10 proc. wzrostu ceny ropy przekłada się na 4 proc. podwyżki na stacjach, co przy obecnym wolumenie handlu przez Ormuz (14 mln baryłek dziennie) tworzy nieunikniony szok podażowy.
  • Efekt. Polska staje przed ryzykiem powrotu podwyższonej inflacji i zastopowaniu cyklu obniżek stóp procentowych, co burzy estymacje ekonomistów co do polskiej gospodarki. Wyższe ceny mogą znów zacząć straszyć nad Wisłą, a spadki wysokości rat zostaną wyhamowane.

Pytanie o wojnę w Iranie nie brzmi już, czy nastąpi eskalacja gospodarczych problemów, ale jak bardzo uderzą one w fundamenty światowej ekonomii. W centrum tego geopolitycznego huraganu znajduje się wąski pas wody, od którego zależy stabilność cen na stacjach benzynowych od Nowego Jorku po Suwałki – Cieśnina Ormuz.

Próżnia w Teheranie i widmo wojny totalnej

Aby zrozumieć skalę zagrożenia, trzeba spojrzeć na to, co dzieje się w kuluarach władzy w Iranie. Obecnie nie jest w ogóle jasne, kto de facto rządzi czwartym co do wielkości producentem ropy w kartelu OPEC. Dotychczasowa strategia Teheranu opierała się na starannym balansowaniu – wykorzystywaniu swoich popleczników do nękania wrogów przy jednoczesnym unikaniu otwartej wojny. Ten paradygmat właśnie legł w gruzach.

Ataki, które w lutym 2026 r. zniszczyły centra dowodzenia i wyeliminowały Chameneiego, były jasnym sygnałem, że Waszyngton, pod administracją prezydenta Donalda Trumpa, przeszedł od polityki powstrzymywania do aktywnej zmiany reżimu (tzw. regime change).

Z perspektywy twardogłowych dowódców w Teheranie nie ma już przestrzeni na deeskalację. Jeśli reżim uważa, że jego dni są policzone, a zachodnie mocarstwa dążą do wywołania powstania ludowego lub pałacowego przewrotu, to traci jakikolwiek interes w utrzymywaniu status quo. W irańskim arsenale nie ma miejsca na symboliczną odpowiedź. Na stołach leżą plany uderzeń w najczulsze punkty globalnego krwiobiegu gospodarczego, bo zwierzę zapędzone w róg atakuje najmocniej.

Amarpreet Singh, analityk banku Barclays, w sobotniej nocie do klientów ujął to bez ogródek:

To, jak to się skończy, jest w tym momencie niezwykle niepewne, ale w międzyczasie rynki ropy będą musiały zmierzyć się ze swoimi najgorszymi obawami.

Cisza przed burzą w Cieśninie Ormuz

O ile wojna w Ukrainie wstrząsnęła rynkami gazu i węgla, o tyle Bliski Wschód trzyma w garści absolutny krwiobieg współczesnej cywilizacji – ropę naftową. Pomiędzy wybrzeżami Omanu i Iranu znajduje się cieśnina Ormuz. W najwęższym miejscu ma ona zaledwie 33 kilometry szerokości, a tor wodny dla gigantycznych supertankowców to zaledwie dwie paski o szerokości 3 kilometrów każdy.

Przez to „wąskie gardło” przepływa około 13 milionów baryłek ropy dziennie, co stanowi ponad 30 proc. światowego handlu tym surowcem drogą morską. Przepływa tamtędy ropa z Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Kuwejtu i Iraku, a także niemal 20 proc. globalnych dostaw skroplonego gazu ziemnego (LNG) z Kataru.

Dlaczego to takie ważne? W przeciwieństwie do innych szlaków (jak Kanał Sueski, który można opłynąć wokół Afryki, choć z opóźnieniem), dla większości ropy z Zatoki Perskiej nie ma realnej alternatywy eksportowej. Rurociągi omijające cieśninę mają znikomą przepustowość. Iran nie potrzebuje potężnej floty, aby zamknąć cieśninę. Wystarczy masowe zaminowanie wód, użycie roju szybkich łodzi motorowych wyposażonych w materiały wybuchowe oraz ostrzał z wyrzutni rakiet przeciwokrętowych ukrytych w nadbrzeżnych górach Zagros.

Wczesne raporty mówiące o komunikatach radiowych irańskiej Gwardii Rewolucyjnej, zakazujących przepływu statkom handlowym, to zaledwie przedsmak.

Obecnie cieśnina jest sparaliżowana strachem. Jak podaje Reuters, do tej pory co najmniej trzy tankowce w Zatoce Perskiej zostały uszkodzone, a większość właścicieli tankowców i giganci naftowi całkowicie zawiesili transporty ropy, paliw i skroplonego gazu ziemnego przez Ormuz po tym, jak Teheran wydał ostre ostrzeżenia dla statków. Skoczyły także ubezpieczenia frachtów i to o 25-50 proc.

Tankowce zaczynają gromadzić się przed Cieśniną Ormuz, ale w tej chwili wydaje się, że nic przez nią nie przepływa – właściciele tankowców są przerażeni – relacjonuje Matt Smith, analityk rynku ropy w Kpler.

Matematyka strachu. Ropa w drodze do 100 dolarów

Rynki finansowe nie znoszą próżni. Kiedy regularne notowania futures zamknęły się w piątek, amerykańska ropa WTI kosztowała 67,02 dol. za baryłkę (wzrost o 17 proc. od początku roku w oczekiwaniu na atak), a Brent osiągnęła pułap 73,21 dol. (najwyżej od lipca, ze wzrostem o 20 proc. od początku roku).

Poniedziałek przyniósł nam spodziewany szok. Baryłka ropy Brent poszybowała w górę o blisko 10 proc. do ok. 80 dolarów, WTI z kolei o 9 proc. do 73 dol. Drożeje także gaz. Obecnie kontakty terminowe referencyjny gaz ziemny datowane na kwiecień wzrosły o ponad 22 proc. na TTF w Holandii. Bloomberg zauważa, że gaz drożeje najszybciej od sierpnia 2023 r. Giełdy z kolei pokryły się czerwienią, a umacnia się dolar. Słowem, mamy klasyczny risk-off. Inwestorzy uciekają w popłochu do bezpiecznych przystani.

Analitycy niestety kreślą scenariusze, z których każdy oznacza ból dla globalnego konsumenta. Jorge Leon, ekonomista ds. energii w Rystad, przewiduje, że ceny ropy mogą wzrosnąć o 20 dolarów, dobijając do 92 dol. za baryłkę. Podobnego zdania są eksperci Rabobanku, którzy widzą ceny utrzymujące się powyżej 90 dol. w najbliższym czasie.

To jednak nie koniec złych informacji. – Choć same ataki militarne wspierają wzrost cen ropy, kluczowym czynnikiem jest zamknięcie Cieśniny Ormuz – ostrzega Ajay Parmar, dyrektorka ds. energii i rafinacji w ICIS. Dodaje ona, że:

Spodziewamy się, że ceny ropy zbliżą się do 100 dol. za baryłkę, a być może przekroczą ten poziom, jeśli zobaczymy przedłużające się zamknięcie cieśniny.

Najwięksi pesymiści, jak Andy Lipow, prezes Lipow Oil Associates, zakłada wręcz w najgorszym scenariuszu powrót do kryzysu lat 70. Atak Iranu na saudyjską infrastrukturę naftową w połączeniu z całkowitym zamknięciem Cieśniny Ormuz jego zdaniem mógłby oznaczać baryłkę ropy nawet po 120-130 dolarów. Taki ruch ocenia na 33 proc. szans.

OPEC zabiera głos

Kartel OPEC+ próbował w niedzielę ratować sytuację, zgadzając się na zwiększenie wydobycia o 206 tys. baryłek dziennie od kwietnia. To jednak „kropla w morzu”, reprezentująca zaledwie 0,2 proc. globalnego popytu. Nawet przy wykorzystaniu alternatywnej infrastruktury (rurociąg Wschód-Zachód w Arabii Saudyjskiej oraz rurociągi w Abu Zabi), zamknięcie Cieśniny Ormuz oznaczało stratę netto rzędu 8 do 10 milionów baryłek dziennie – wylicza Rystad. Z takiej luki nie da się po prostu wyjść bez potężnego szoku cenowego.

Światełkiem w tunelu mogą być niedzielne słowa prezydenta Donalda Trumpa dla magazynu The Atlantic: „Oni chcą rozmawiać, a ja zgodziłem się na rozmowy, więc będę z nimi rozmawiał”. W wywiadzie dla CNBC prezydent dodał, że amerykańskie operacje wojskowe w Iranie „wyprzedzają harmonogram”. Czy to wystarczy, by uspokoić algorytmy na Wall Street?

Szok dociera nad Wisłę. Polska gospodarka na celowniku

Dla przeciętnego Europejczyka czy Amerykanina, geopolityczne trzęsienie ziemi na Bliskim Wschodzie w ciągu kilkunastu dni zmaterializuje się w jednym konkretnym miejscu – przy dystrybutorze paliwa. Polska gospodarka, będąca w fazie ożywienia po wcześniejszych szokach inflacyjnych, staje właśnie przed ścianą.

Złoty historycznie traci na wartości w momentach skrajnej awersji do ryzyka. Ucieczka inwestorów do „bezpiecznych przystani”, takich jak dolar, oznacza podwójne uderzenie – kupujemy znacznie droższą ropę za znacznie droższego dolara. Jak precyzyjnie taki mechanizm przełoży się na portfele Polaków?

Niezwykle trafnie obrazuje to analiza Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE), który dwa lata temu pisał tak:

Nasz model wskazuje, że wzrost ceny ropy Brent o 10 proc. przekłada się na podwyżkę cen paliw w Polsce o ok. 4 proc. Paliwa do środków transportu stanowią z kolei 6 proc. łącznych wydatków konsumenckich. Przy takich proporcjach trwałe utrzymanie cen baryłki ropy w okolicach 90 dol. podwyższy inflację o ok. 0,3 pp. w perspektywie roku. Wzrost ceny ropy do 100 dol. za baryłkę przełoży się na podniesienie CPI o kolejne 0,2 pkt.

A zatem przebicie bariery 100 dolarów dorzuci do głównego wskaźnika inflacji (CPI) w Polsce co najmniej 0,5 punktu procentowego jako „efekt pierwszej rundy”. Benzyna po 7,5 czy 8 zł na stacjach to jednak dopiero preludium.

Paliwo to krwiobieg całej gospodarki. Droższy transport momentalnie przekłada się na ceny żywności w supermarketach, koszty materiałów budowlanych czy usług kurierskich. Gdy firmy zaczną przerzucać te rosnące koszty na konsumentów (tzw. efekty drugiej rundy), pierwotne 0,5 pp. może łatwo przerodzić się w dodatkowe punkty procentowe trudnej do wyplenienia inflacji bazowej (inflacja liczona bez cen energii i żywności). Przy inflacji rzędu 2,4 proc. w grudniu 2025 r., znów wyszlibyśmy poza granice tolerowane przez Radę Polityki Pieniężnej (cel inflacyjny to 2,5 proc. plus/minus 1 pp.).

NBP w potrzasku. Co ze stopami procentowymi?

Tu docieramy do problemów milionów polskich kredytobiorców. Od miesięcy rynki wyceniały, że stabilizująca się inflacja w Polsce pozwoli Radzie Polityki Pieniężnej (RPP) kontynuować cykl obniżek stóp procentowych. Ekonomiści Banku Pekao przewidują na przykład jeszcze trzy takie obniżki w tym roku, co miałoby ściąć stopy do 3,25 proc.

Konflikt zbrojny wokół Cieśniny Ormuz może łatwo podważyć ten scenariusz. Narodowy Bank Polski, podobnie jak amerykański Fed czy Europejski Bank Centralny, uważa szoki surowcowe za czynniki podażowe – bank centralny nie wyprodukuje ropy i nie zapobiegnie atakom rakietowym. Jednak NBP panicznie boi się wspomnianych efektów drugiej rundy. Jeśli Polacy zobaczą galopujące ceny na pylonach stacji i uznają, że inflacja z lat ubiegłych powraca, zaczną żądać podwyżek pensji, odpalając zabójczą spiralę cenowo-płacową (odkotwiczenie oczekiwań inflacyjnych).

Aby zapobiec temu scenariuszowi, RPP nie będzie miała wyboru. Zamiast obniżać stopy procentowe i dawać ulgę kredytobiorcom, NBP będzie zmuszony wrócić do bardziej jastrzębiej polityki. W skrajnym wariancie galopujących cen ropy i załamania światowych rynków, w gmachu przy Świętokrzyskiej w Warszawie znów może rozpocząć się dyskusja nie o obniżkach, lecz o kolejnych podwyżkach stóp procentowych, aby bronić rodzimej waluty przed załamaniem.

Światowa gospodarka udowadnia właśnie swoją kruchość. Wojna o przetrwanie reżimu oddalona o tysiące kilometrów wyciąga rękę bezpośrednio do kieszeni polskich kierowców, kredytobiorców i przedsiębiorców. Oczy całego świata są teraz zwrócone na wąski, trzydziestokilometrowy pas błękitnej wody u wybrzeży Omanu. A wszystko zależy od decyzji politycznych w Waszyngtonie, Teheranie i Jerozolimie, które zdefiniują ekonomiczną rzeczywistość nas wszystkich w nadchodzących tygodniach.

Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter

Zdjęcie główne: gfsis.org

Motyw