
Nad Bliskim Wschodem unoszą się dymy po zmasowanych amerykańskich uderzeniach. Śmierć ajatollaha Alego Chameneiego i dekapitacja irańskiego dowództwa wojskowego pogrążyły region w chaosie, a odwetowe salwy Teheranu zmuszają rynki do nerwowych ruchów. Ale podczas gdy Waszyngton liczy polityczne i finansowe koszty kolejnej militarnej interwencji, w oddalonym o sześć tysięcy kilometrów Pekinie komuniści już przeliczają zyski z tej wojny.
- Teza. Chiny wykorzystują militarną destabilizację Iranu do przejęcia całkowitej kontroli nad jego zasobami energetycznymi oraz zdominowania regionalnego rynku zbrojeniowego kosztem Rosji.
- Dowód. Udział Chin w irańskim eksporcie ropy sięgał 90 proc. jeszcze przed wojną, a rabaty cenowe wymuszane przez Pekin w obliczu sankcji i zniszczeń wojennych czynią z Iranu de facto surowcowego wasala Chin.
- Efekt. Przedłużająca się zależność energetyczna Azji od taniej, irańskiej ropy może obniżać koszty produkcji w Chinach, co zwiększy presję konkurencyjną na polskich producentów w sektorach energochłonnych.
Wojna w Iranie sprzyja Chinom. Spis treści
Dla Chin bowiem ten konflikt to nie kryzys. To historyczna okazja, by bez wysłania choćby jednego żołnierza zrealizować dwa strategiczne cele naraz. Państwo Środka właśnie piecze dwie pieczenie na jednym ogniu, a dym z tego ogniska może zasłaniać długoterminowe konsekwencje tej wojny. I to też Pekinowi chodzi.
Cel pierwszy. Ostateczne przejęcie „zbójeckiego” rynku zbrojeniowego
Globalny handel bronią nie znosi próżni. Przez dziesięciolecia niepisaną zasadą było to, że państwa odcięte od zachodnich technologii – czy to przez sankcje, czy ideologiczną wrogość – pukały do drzwi Moskwy. Rosja była domyślnym zbrojmistrzem autokracji. Ta epoka właśnie dobiega końca.
Uwikłana w wykrwawiającą wojnę w Ukrainie Rosja straciła swoje moce przerobowe. Co gorsza, mit rosyjskiej myśli technicznej został brutalnie zweryfikowany na polach bitew. Reputacja Putina runęła. Moskwa z eksportera stała się importerem, błagając o drony właśnie z Iranu i amunicję z Korei Północnej.
Teraz pozbawiony swoich ofensywnych kłów, rozbity amerykańskimi rakietami Iran będzie desperacko potrzebował szybkiej i kompleksowej odbudowy swojego potencjału militarnego. Rosja mu nie pomoże – jej fabryki na Uralu ledwo nadążają z łataniem własnych strat. I w tym momencie na scenę wkracza Pekin.
Chiny oferują sprzęt nowej generacji. Dla przykładu bezzałogowce uderzeniowe, takie jak tanie, masowo produkowane maszyny z rodziny Wing Loong, stanowią doskonałą alternatywę dla zniszczonych irańskich fabryk Shahedów. Na podorędziu mają również systemy antydostępowe (A2/AD). Są to nowoczesne radary i obrona przeciwlotnicza, których Iran będzie dramatycznie potrzebował, by zapobiec powtórce z wojny.
I co najważniejsze. W przeciwieństwie do Zachodu Pekin nie pyta o prawa człowieka ani o to, kto rządzi w Teheranie po śmierci Chameneiego. Pyta tylko o formę płatności.
Dla Chin więc deale zbrojeniowe w regionie to gigantyczny kontrakt, który nie tylko przyniesie miliardy juanów dla państwowych konglomeratów takich jak NORINCO czy AVIC, ale ostatecznie wypchnie osłabioną Rosję z rynków Globalnego Południa.
Cel drugi. Skrajna wasalizacja naftowa
Aby zrozumieć prawdziwą głębię chińskiej gry, musimy spojrzeć na ropę. Relacje na linii Pekin-Teheran to nie jest sojusz równych sobie partnerów – to brutalny, asymetryczny układ oparty na węglowodorach.
Chiny są największym na świecie importerem ropy naftowej, a Iran (przed wybuchem obecnej wojny) był jednym z jej najtańszych dostawców. Import ropy z Irany dla Pekinu stanowił ok. 15 proc. całości kupowanego „czarnego złota”, dla Teheranu to było aż 80-90 proc. eksportu. Ze względu na międzynarodowe sankcje Teheran nie mógł sprzedawać swojej ropy na otwartym rynku. Stworzył więc potężną „flotę cieni” – stare tankowce z wyłączonymi transponderami, które potajemnie transportowały surowiec głównie do chińskich, niezależnych rafinerii w prowincji Szantung, zwanych teapots (czajniczkami).
Jak wojna zmienia tę dynamikę? Zrujnowany po amerykańskim ataku Iran, pozbawiony dowództwa i zmagający się z chaosem wewnętrznym, znajdzie się na krawędzi bankructwa. Aby sfinansować odbudowę (i zakup wspomnianej chińskiej broni), będzie musiał pompować i sprzedawać każdą dostępną baryłkę ropy.
Pekin, wiedząc, że jest jedynym rynkiem zbytu dla sankcjonowanej i zdesperowanej gospodarki, zażąda absolutnie drakońskich zniżek. Jeśli przed lutym 2026 r. Chiny kupowały irańską ropę z rabatem rzędu 10-15 dol. na baryłce względem ropy Brent, teraz ten rabat może sięgnąć poziomów niespotykanych w historii.
Pekin może wymusić także pełne przejście na rozliczenia w swojej walucie (RMB) lub wręcz narzuci handel barterowy (ropa za chińskie technologie i broń), co dodatkowo uderzy w globalną dominację petrodolara.
Proamerykański rząd w Teheranie? To miraż
Teraz sobie pewnie myślicie, że to wszystko to fantasmagorie, ponieważ wiadomo, że po wojnie nowy rząd irański na pewno będzie proamerykański i Chiny nie będą miały nic do powiedzenia.
Jednak wyobrażenie, że amerykańskie bomby „oczyszczą przedpole”, a na gruzach reżimu ajatollahów jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyrośnie prozachodni, demokratyczny rząd, to geopolityczny miraż. Historia Bliskiego Wschodu uczy nas, że upadek dyktatury rzadko kończy się liberalną demokracją. Najczęściej kończy się chaosem.
Nawet jeśli przyjmiemy niezwykle optymistyczny scenariusz, w którym władzę w Teheranie ostatecznie przejmują siły prodemokratyczne i proamerykańskie, całkowite odcięcie się od Chin byłoby dla nich ekonomicznym samobójstwem. Dlaczego?
Iran jak Irak i inne kraje Bliskiego Wschodu
Po pierwsze, amerykańskie uderzenie zabiło ajatollaha Chameneiego i dowództwo, ale nie wymazało z mapy setek tysięcy członków Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) ani powiązanych z nimi bojówek. Próżnia władzy w tak ogromnym i zróżnicowanym etnicznie kraju częściej prowadzi do krwawej wojny domowej i podziału terytorium (jak w Libii po obaleniu Kaddafiego czy w Iraku po Husajnie) niż do powstania stabilnego rządu. Zanim jakikolwiek prozachodni gabinet zdążyłby podpisać nowe umowy z USA, musiałby najpierw fizycznie zapanować nad krajem, co może zająć lata.
Po drugie, załóżmy, że powstaje nowy, przyjazny Zachodowi rząd. Zastaje kraj w ruinie ekonomicznej, z potężną inflacją, zniszczoną infrastrukturą wojskową i przemysłową. Potrzebuje natychmiastowego, gigantycznego zastrzyku gotówki. Skąd ma ją wziąć?
Jedynym realnym towarem eksportowym Iranu jest ropa naftowa. I tu zderzamy się ze ścianą rynkowej rzeczywistości. Stany Zjednoczone dzięki rewolucji łupkowej same są potęgą naftową i nie potrzebują irańskiej ropy. Europa jest skupiona na transformacji energetycznej i odchodzeniu od paliw kopalnych. Ewentualne zachodnie inwestycje zagraniczne (FDI) ruszyłyby powoli, obwarowane miesiącami, jak nie latami audytów i procedur.
Chiny za to mają gotówkę tu i teraz, niekończący się apetyt na surowce i gotową flotę tankowców. Nowy proamerykański premier w Teheranie, niezależnie od swoich osobistych sympatii do Waszyngtonu, spojrzy w arkusze kalkulacyjne budżetu państwa i zrozumie, że nie może odciąć się od największego nabywcy swojego jedynego produktu. Zerwanie relacji z Chinami oznaczałoby natychmiastowe bankructwo państwa.
Nacjonalizm w Iranie
Po trzecie, musimy też pamiętać o nastrojach społecznych. Wielu Irańczyków, choć nienawidziło reżimu religijnego, jest przedstawicielami dumnego narodu o głębokich tradycjach nacjonalistycznych i ogromnej nieufności do obcych interwencji (wciąż żywa jest pamięć o zamachu stanu z 1953 r. zorganizowanym przez CIA).
Zmasowane uderzenie rakietowe, które zabiło rodaków, nie zbuduje z dnia na dzień proamerykańskiego społeczeństwa. Nowy rząd, chcąc utrzymać legitymację w oczach obywateli, będzie zmuszony prowadzić politykę asertywną i wielowektorową – współpracując z USA, ale jednocześnie utrzymując pragmatyczne, biznesowe więzi z Azją.
Słowem, Chiny doskonale wiedzą, że polityka to emocje, a gospodarka to matematyka. Nawet jeśli na budynkach rządowych w Teheranie zawisną amerykańskie flagi, to ropociągi pod ziemią i tak będą płynąć w stronę Szanghaju.
Geopolityczny mistrzowski ruch
Podsumowując, podczas gdy Waszyngton po raz kolejny musi zarządzać zbrojnym konfliktem na Bliskim Wschodzie, angażując grupy lotniskowców i ryzykując życiem swoich żołnierzy, Xi Jinping może zadowolić się wydawaniem dyplomatycznych oświadczeń wzywających do „deeskalacji”.
W rzeczywistości Chiny właśnie zyskują zrujnowanego klienta, który odda im swoje surowce za bezcen i kupi ich broń, by przetrwać. To klasyczna realizacja starożytnej chińskiej strategii „siedzieć na górze i patrzeć, jak tygrysy walczą ze sobą”. Kiedy dym nad Bliskim Wschodem w końcu opadnie, może się okazać, że prawdziwym zwycięzcą tej wojny jest ten, kto nie brał w niej w ogóle udziału.
Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter
Zdjęcie główne: G20 Brasil / Flickr