Partnerzy merytoryczni
Pracownik w pomarańczowej kamizelce i kasku o tym samym kolorze w fabryce wskazujący na rurę

Europa wprowadza nowe prawo, które może dotknąć tysięcy firm i przynieść zupełnie odwrotny skutek

Bruksela chce ratować konkurencyjność kontynentu poprzez program „Made in Europe”. Szumne zapowiedzi i zwiększony protekcjonizm mogą jednak odnieść odwrotny skutek. Największe firmy europejskie dziś bowiem działają globalnie, a ich struktura na Starym Kontynencie stanowi ledwie część ich działalności. Przy dokręceniu śruby mogą po prostu „uciec” poza Europę. Jednak alternatywa może być jeszcze trudniejsza do wprowadzenia. Byłaby ona bowiem nie w smak politykom dochodzącym do głosu w poszczególnych państwach unijnych.

  • Teza. Idustrial Accelerator Act promowany hasłem „Made in Europe” może nie spełnić pokładanych w nim nadziei. Program ten wręcz może przynieść odwrotny skutek od zamierzonego.
  • Dowód. Wszystko przez fakt, że europejskie podmioty, których w głównej mierze będzie dotyczyć IAA, są już po dekadach ekspansji na inne kontynenty, budowania tam swojej pozycji i umacniania produkcji. Wymuszenie na nich powrotu na rynek unijny, silnie rozdrobniony, może spowodować, że zdecydują się całkowicie przenieść działalność za granicę.
  • Efekt. A zatem próba budowy pozycji przez protekcjonizm może się skończyć jej osłabieniem. Zdaniem europejskiego naukowca lepszym rozwiązaniem byłoby ujednolicenie i uspójnienie rynku wewnętrznego tak, by w 27 państwach członkowskich działał na tych samych zasadach. Taka recepta jest jednak nie w smak dochodzącej do głosu prawicy, która opowiada się za koncepcją „wspólnoty suwerennych państw”.

W ostatnim czasie Komisja Europejska przedstawiła założenia Industrial Accelerator Act (IAA), które szeroko opisywaliśmy w Biznes Enter. Zakłada on zwiększenie udziału przemysłu w PKB Unii Europejskiej do co najmniej 20 proc. do 2035 r. W ten sposób Bruksela chce budować produkcję „Made in Europe” poprzez wzmocnienie bazy przemysłowej i poszerzanie autonomii gospodarki europejskiej.

Wydaje się jednak, że unijnym decydentom umknął jeden istotny aspekt, jakim jest globalny rozwój europejskich gigantów. I w skrajnie negatywnym scenariuszu IAA może wypchnąć ich poza granice Unii – przestrzega w artykule na The Conversation Regis Coeurderoy, profesor zarządzania strategicznego i innowacji na ESCP Business School.

Największe podmioty unijne rozwijają się poza wspólnotą

Zauważa on, że europejskie korporacje międzynarodowe, które działają m.in. w sektorze badań i rozwoju, rozwijają się przede wszystkim na rynkach zagranicznych. Dlatego właśnie każdy kryzys nadszarpujący globalne łańcuchy dostaw – taki jak np. konflikt w Iranie – mocniej uderza w czempionów ze Starego Kontynentu niż w ich rywali z innych regionów.

Na dowód tej tezy naukowiec przywołuje koncern Mercedes-Benz. Ten niemiecki producent samochodów 41 proc. swoich wyrobów sprzedaje w Azji. Gdyby miał obsługiwać tylko rynek wewnątrzunijny, nie byłby w stanie urosnąć do swoich obecnych rozmiarów.

Europejscy gracze potrzebują do rozwoju coraz większych rynków zbytu, przez co rozwijają się za granicą znacznie szybciej niż ich amerykańscy czy azjatyccy konkurenci, którzy – ze względu na wielkość rynków wewnętrznych – przez dłuższy czas mają zapewnioną inkubację w krajach macierzystych. Ten europejski z kolei jest silnie rozdrobniony. Pomimo wieloletniej integracji unijnej wciąż trudno mówić o jednolitym rynku wewnętrznym; jest on bardziej mozaiką złożoną z 27 elementów, których niektóre krawędzie przylegają do siebie idealnie, lecz innych nijak nie da się wzajemnie dopasować.

Tym samym w dobie narastającej atmosfery protekcjonizmu poszczególnych rynków lub nawet pojedynczych państw, model biznesowy przynoszący przez lata zyski, może dziś pozostawić Europejczyków na spalonym.

Badanie pokazuje odpływ innowacji europejskich firm z Europy

Autor artykułu na The Conversation przeprowadził analizę porównawczą, dotyczącą największych na świecie korporacji inwestujących w badania i rozwój. Jak przekonuje, jej wyniki pozwalają zrozumieć aktualną sytuację Europy.

W wyścigu innowacji dominują Ameryki oraz Azja. Ok. 37 proc. firm badawczo-rozwojowych ma swoją siedzibę w regionie Azji i Pacyfiku; a ok. 36 proc. – w obu Amerykach. Dla regionu EMEA (Europa, Bliski Wschód i Afryka) odsetek ten wynosi ok. 27 proc.

Różnica jest jeszcze większa, gdy porówna się wydatki na innowacje. Firmy z południowej lub północnej Ameryki odpowiadają za ok. 45 proc. takich inwestycji. Dla regionu Azji i Pacyfiku wskaźnik ten wynosi ok. 29 proc., zaś dla Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki – 26 proc.

To jednak nie do końca oznacza, że europejski biznes leżakuje i czeka, aż jego konkurenci coś usprawnią, by móc to przekopiować. Realnie w wynikach z innych kontynentów ukryły się też te podmioty, które moglibyśmy kojarzyć z Europą. Tylko bowiem 26 proc. podmiotów z regionu EMEA generuje większość swoich przychodów w regionie macierzystym. Zaś niemal jedna trzecia z nich działa globalnie, co jest wynikiem mniej więcej dwa razy większym niż w przypadku firm amerykańskich i azjatyckich.

„Protekcjonizm nie uratuje Europy”

A zatem polityka rośnięcia na eksporcie, która przez dekady zapewniała Europie stały wzrost zamożności, przestaje przystawać do współczesnej sytuacji, cechującej się silnymi napięciami geopolitycznymi i rywalizacją handlową dwóch potężnych ośrodków centralizujących dwa światowe bloki gospodarcze – Chin i Stanów Zjednoczonych. Nieprzypadkowo już w zeszłym roku prezeska Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde ostrzegała, że model wzrostu gospodarczego Europy został stworzony z myślą o innym świecie.

Aby zilustrować pułapkę, w jakiej znalazła się Europa, Coeurderoy tym razem przywołuje przypadek innego niemieckiego producenta samochodów – BMW. Kilka tygodni temu ten gigant ostrzegł, że cła nakładane wzajemnie na siebie przez Unię, USA i Chiny mogą skurczyć jego zyski w tym roku nawet o 1 mld euro. To pokazuje, jak niesprzyjająca dla podmiotów z naszego kontynentu jest obecna atmosfera geopolityczna.

Jeśli Europa chce zmniejszyć tę podatność, powinna wyjść poza protekcjonizm. W przypadku firm, które już działają globalnie, surowsze przepisy krajowe mogłyby zmusić je do przeniesienia aktywów za granicę. Osłabiłoby to europejską bazę przemysłową w momencie, gdy decydenci starają się ją wzmocnić.

Regis Coeurderoy w artykule na The Conversation

Alternatywa jest jedna, ale nie jest ona w smak politykom dochodzącym do głosu

Jaka jest zatem alternatywa? Nakreślił ją już w 2024 r. Mario Draghi w swoim słynnym raporcie. Były prezes EBC punktował, że Europa wzmocni swoją konkurencyjność wobec dwóch bloków handlowych poprzez głębszą integrację jednolitego rynku, reformę regulacyjną i inwestycje. Badacz z ESCP Business School dodaje, że Stary Kontynent musi ponadto wzmocnić własne zasoby badawcze, innowacyjne i przemysłowe, do czego także – jego zdaniem – się przyczyni budowa jednolitego rynku.

Dzięki temu uda się osiągnąć efekt harmonii przepisów, gdyż we wszystkich państwach członkowskich obowiązywać będą te same regulacje, co uprości działalność koncernom kontynentalnym. Do tego inwestycje, łańcuchy dostaw i innowacje będą mogły silniej zakorzenić się w Europie a co za tym idzie, w mniejszym stopniu odczuwać niekorzystne wydarzenia geopolityczne.

„Lekcja jest jasna: problemem Europy nie jest globalizacja, ale zbyt słaba integracja regionalna” – podsumowuje Regis Coeurderoy. Problem w tym, że przedstawiona przez niego recepta może być niestrawna dla konserwatywnych partii, które dochodzą do głosu w kolejnych państwach członkowskich. Coraz głośniej bowiem słychać z ich strony krytykę dalszej integracji europejskiej. Przedstawiciele europejskiej altprawicy opowiadają się raczej koncepcją „wspólnoty suwerennych państw”, które same będą stanowić o własnym prawie i funkcjonowaniu lokalnego rynku.

W Polsce narracja ujawniła się dwukrotnie w krótkim czasie. Po raz pierwszy przy debacie o unijnym programie SAFE. Prezydent Karol Nawrocki, gdy uzasadniał zawetowanie ustawy przygotowującej finansowanie zbrojeń z tego mechanizmu, wskazywał m.in. na uwspólnotowienie długu, który będą musiały spłacać kolejne pokolenia Polaków. Drugi raz natomiast przy okazji krytyki unijnego systemu handlu emisjami ETS, kiedy to pojawiły się wręcz głosy o konieczności wyjścia Polski z niego, mimo że jest to prawnie niemożliwe, przynajmniej dopóki jesteśmy w UE.

Czym jest Industrial Accelerator Act promujący „Made in Europe”?

Jak już wcześniej wspomnieliśmy, Industrial Accelerator Act ma sprawić, że przemysł do 2035 r. zwiększy swój udział w PKB Unii do jednej piątej. IAA ma promować produkty „Made in Europe” przy zamówieniach publicznych, jak również przy projektach finansowanych ze środków publicznych. To oznacza, że państwa członkowskie będą musiały kłaść większy nacisk na to, skąd pochodzą zamawiane przez nie komponenty np. w programach modernizacji przemysłu czy energetyki.

Projekty publiczne będą też wymagały stosowania niskoemisyjnych materiałów budowlanych, w szczególności stali, aluminium czy cementu. Same procedury inwestycyjne z nimi związane mają zostać z kolei uproszczone. Jak? Każde państwo członkowskie ma stworzyć jeden punkt obsługi inwestora (single access point). To on będzie koordynował wszystkie procedury administracyjne oraz wydawał wiążącą decyzję dla całego projektu.

Natomiast kraje członkowskie będą mogły tworzyć Industrial Manufacturing Accelaration Areas. Będą to specjalne strefy przeznaczone na inwestycje przemysłowe. Więcej o zmianach, jakie niesie ze sobą akt IAA, przeczytacie poniżej.

Krystian Rosiński, dziennikarz i wydawca Biznes Enter

Zdjęcie główne: Kateryna Babaieva / Pexels

Motyw