Partnerzy merytoryczni
Zdjęcie podzielone na pół. Po lewej stronie ujęcie z góry na protestujących w Iranie przeciwko polityce Donalda Trumpa - w centrum mężczyzna trzymający plakat z wizerunkiem prezydenta i odciśniętą na nim czerwoną dłonią. Po prawej stronie protestujący w USA przeciwko Trumpowi, niosący krytyczne hasła wobec prezydenta wymalowane na białych prześcieradłach.

W tym obszarze Iran boksuje lepiej od USA. Słabnące poparcie dla wojny coraz większym problemem Trumpa

– Cofnę ich do ery kamienia – w orędziu do Amerykanów tymi słowami Donald Trump uplastycznił swoją wizję „mocnego uderzenia” w Iran. Najbliższe dwa-trzy tygodnie mają ostatecznie złamać ducha reżimu Ajatollahów. Ten jednak nie ustępuje, mając świadomość z przewagi, jaką daje mu kontrola Cieśniny Ormuz. Czas gra na korzyść Iranu. „Sami zdecydujemy, kiedy wojna się zakończy” – tak brzmi oficjalne stanowisko Teheranu w sprawie rozejmu. Czy piaski Bliskiego Wschodu po raz kolejny udowodnią, że słabszy może rzucić na kolana mocarstwo?

  • Teza. W wojnie słabszego państwa z silniejszym – jak w biblijnej przypowieści o Goliacie – determinacja i odporność stanowią kluczowe atuty, które pozwalają na zakończenie konfliktu po myśli Dawida.
  • Dowód. Iran, dzięki blokadzie Cieśniny Ormuz i własnej odporności na kolejne bombardowania, sprawia, że koszt prowadzenia wojny przeciwko niemu przez USA staje się nieakceptowalny dla amerykańskiego społeczeństwa.
  • Efekt. Aktualnie trwająca wojna w Iranie ma najniższe poparcie ze wszystkich konfliktów, które prowadziły USA po 1945 r. 60 proc. Amerykanów pragnie rozejmu.

Wojna Zimowa, konflikt w Wietnamie, czy radziecka interwencja w Afganistanie. Historia daje nam przykłady wojen, w których mocarstwa – mimo absolutnej przewagi militarnej – nie potrafiły złamać oporu słabszego przeciwnika. Wykrwawiały się w śniegu, błocie, czy piaskach pustyni.

Zarówno te konflikty, jak i aktualnie trwającą wojnę w Zatoce, łączy jedna rzecz. Dla państw broniących się przed agresją mocarstw były to konflikty egzystencjonalne. Porażka w nich oznaczała koniec dotychczasowej struktury władzy i całkowite przetasowanie polityczne.

Czy zatem konflikt irańsko-amerykański stanie się kolejną odsłoną znanej nam wszystkim biblijnej analogii Dawida i Goliata?

Iran nie może przegrać

Iran ma w pełni świadomość sytuacji, w jakiej się znalazł. Mantry Donalda Trumpa o całkowitym zniszczeniu, izraelskie bomby i amerykańskie pociski dają mu to odczuć każdego dnia. Reżim wie, że od wyniku toczącej się właśnie wojny zależy jego dalsze przetrwanie. Z tego powodu Teheran „zrobi wszystko, żeby zadać jak najwięcej bólu Stanom Zjednoczonym i zaszkodzić ich interesom” – tłumaczy prof. politologii Karol Walldorf w The Conversation.

Strategia Iranu jest powieleniem klasycznej postawy państwa, które bierze udział w wojnie asymetrycznej – czyli takiej, w której jego zdolności militarne są wielokrotnie mniejsze od przeciwnika. Takie państwo nie ma militarnej możliwości pokonania swojego przeciwnika, może jednak zmusić agresora do wycofania się poprzez sprawienie, że dalsze prowadzenie konfliktu będzie dla niego zbyt kosztowne.

Kluczowym elementem irańskiej strategii jest kontrolowanie Cieśniny Ormuz. Zatrzymanie tranzytu ropy przez ten kluczowy szlak morski szybko zaczął odczuwać cały świat. Broniący się reżim zdaje sobie sprawę, że jego jedyna droga do zwycięstwa w tej wojnie prowadzi przez upór i mnożenie kosztów konfliktu po stronie amerykańskiej. Trump szybko przekonał się, że nie tylko on w tej wojnie może zadawać ciosy.

Trump nie był gotowy na to, co go spotkało w Iranie?

Polityka zagraniczna amerykańskiego prezydenta sprowadza się do poszukiwania „łatwych zwycięstw”. Polityk dąży do wywarcia jak największej presji na swoich partnerów lub oponentów za pomocą niskokosztowych środków takich jak: pochlebstwa, groźby, gesty, czy rozporządzenia. Jeśli ustąpią, zysk wynikający z wytargowanego „dealu” będzie wielokrotnie wyższy, niż zainwestowane w jego osiągniecie słowa. Z kolei w przypadku odmowy Trump zawsze może się sprawnie wycofać.

Świetnym przykładem działania tego mechanizmu był ostatni spór o Grenlandię między Danią a USA. Kiedy lider Ameryki poczuł, że Duńczycy nie ugną się pod jego presją, to wycofał się ze swoich żądań, na odchodne rzucając jedynie, że to sobie „zapamięta”. Mimo autokreacji na genialnego negocjatora Trump słabo sobie radzi w momencie napotykania stanowczego oporu z drugiej strony. To, co jednak spotkało go na Bliskim Wschodzie, zdaniem eksperta, zupełnie go przerosło.

Decyzję o ataku na Iran poprzedzał szereg negocjacji. Biały Dom wysuwał kolejne żądania w stronę reżimu, jednak te spotykały się z twardą odmową. Już wtedy amerykański prezydent dawał do zrozumienia, że niezbędna do zawarcia przyszłego porozumienia może być zmiana reżimu. Taki też miał być główny cel ataku USA na początku wojny – wyeliminowanie dotychczasowej struktury władzy i dogadanie się z bardziej „ugodowymi” następcami.

O skali klęski tego planu niech świadczy fakt, że mimo zdekapitowania całej dotychczasowej struktury władzy Iran nie zmienił swojego stanowiska czy kursu politycznego. Struktura polityczna ucierpiała, ale zachowała spójność. Zmiana władzy w Teheranie stała się na tyle nierealna, że w ostatnim swoim przemówieniu do narodu Trump stwierdził, że „nigdy nie mówiliśmy o zmianie reżimu”.

Irańska determinacja najwyraźniej wprawia Trumpa w osłupienie – skomentował postawę prezydenta Karol Walldorf.

Amerykanom Bliski Wschód źle się kojarzy

Hasło „Bliski Wschód” u wielu Amerykanów budzi traumatyczne skojarzenia. Społeczeństwo to miało w pewnym momencie już dość konfliktów, których przyczyny zaczęły ginąć w ich pamięci, a koszty znacząco przewyższały zyski. Interwencje zbrojne w Iraku czy Afganistanie stały się symbolem wojen, których nie dało się skończyć. Pewną ironią jest fakt, że największym krytykiem tamtych operacji był sam Donald Trump, który wielokrotnie oskarżał Baracka Obamę o wplątywanie USA w niepotrzebne interwencje.

Wtedy tamte wypowiedzi zyskiwały miliarderowi rzesze zwolenników. Teraz te same osoby z coraz większą niechęcią patrzą na jego ostatnie działania. Od wybuchu wojny w Iranie zaufanie do prezydenta wśród amerykańskiego społeczeństwa spada na łeb i na szyje. Dziś jedynie 31 proc. z nich popiera działania swojego prezydenta. To najniższy wynik poparcia w historii całej prezydentury Trumpa.

Amerykanie widzą, że obiecywane przez polityka błyskawiczne zwycięstwo nie nastąpiło, a koszty gospodarcze (takie jak np. wzrost ceny benzyny do 4 dol.) rosną. W konsekwencji nawet jego wyborcy zaczynają domagać się zawarcia porozumienia z Iranem. Według sondaży przeprowadzonych przez Reutersa ok. 60 proc. Amerykanów jest przeciwnych wojnie w Iranie. Tak pacyfistycznych nastrojów w USA nie było od zakończenia II wojny światowej.

Słabnące lub niskie poparcie społeczeństwa amerykańskiego dla wojny było głównym powodem asymetrycznych problemów w USA w przeszłości.

Prof. politologii Karol Walldorf, w artykule na The Conversation

Sytuację tę doskonale czuje Iran. Jego prezydent Masoud Pezeszkian w liście otwartym zapytał: „którym konkretnie interesom narodu amerykańskiego tak naprawdę służy ta wojna?”.

Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której z jednej strony słabnie poparcie społeczeństwa agresora do prowadzenia operacji, a z drugiej wola obrońców napędzana jest poprzez własne trwanie w obliczu ataku. Trend ten widzi Biały Dom i z tego powodu coraz mocniej naciska na Iran w kwestii rozejmu, a jednocześnie stara się przekonać własne społeczeństwo, co do konieczności i słuszności prowadzenia tej wojny.

Pytanie tylko, czy wielokrotne powtarzanie Amerykanom, że atak ich armii uniemożliwił pozyskanie broni atomowej przez Iran, będzie dostatecznym argumentem za ponoszeniem przez nich kosztów tego konfliktu? Pierwsze odzewy po orędziu pokazują, że raczej tak się nie stanie.

Trump chce zakończenia wojny. Iran – zwycięstwa

Wojna w Iranie nie toczy się zgodnie z amerykańskim planem. Zmiana władzy w Teheranie nie nastąpiła, a koszty gospodarcze okazały się wyższe, niż sądzono. Walldorf uważa, że w aktualnej sytuacji zostały Trumpowi dwa rozwiązania: albo dalsza eskalacja i zmuszenie przez nią Iranu do zawieszania broni, albo ustąpienie i wycofanie się z regionu.

Amerykański prezydent raz skłania się do jednego rozwiązania, raz do drugiego. Kluczy między nimi szukając optymalnego wyjścia z sytuacji, w której z pewnością nie planował się znaleźć.

Polityk w kilku ostatnich wypowiedziach sugerował, że może w każdej chwili wycofać się z konfliktu i nie potrzebuje do tego „dealu” z Teheranem, przerzucając koszty „posprzątania” uczynionego przez siebie chaosu na Bliskim Wschodzie na sojuszników i państwa arabskie. Takie rozwiązanie oznaczałoby de facto wyjście USA z regionu, który od dekad był jego oczkiem w głowie. Dodatkowo najważniejszy amerykański sojusznik w tej części globu – Izrael – zostałby pozostawiony sam sobie. Z tego powodu takie rozwiązanie byłoby ostateczne i bardzo mało prawdopodobne.

Na dziś Trump wybiera ścieżkę eskalacji, jednak trudno w działaniach Białego Domu dostrzec przekonanie, że tym razem uda się zmusić Teheran do rozmów za pomocą kolejnych uderzeń.

Iran w tym wszystkim gra rolę twardego boksera, który mimo spadających na niego ciosów szyderczo odcina się swoim przeciwnikom. Nie wiemy jednak – i pewnie reżim dopilnuje byśmy się nie dowiedzieli – jak poważne są skutki poczyniły izraelsko-amerykańskie bomby i pociski pod tą maską. Jednocześnie Teheran mądrze gra na podkopywanie amerykańskich wpływów w regionie.

Ignacy Zieliński, Biznes Enter

Zdjęcie główne: Seyed Mostafa Tehrani, Elvert Barnes / Wikimedia Commons, CC BY 4.0, montaż własny

Motyw