Partnerzy merytoryczni
Traktor zbierający plony z pola

Wojna w Iranie to bomba podłożona pod globalny system żywnościowy

Wojna z Iranem i blokada Cieśniny Ormuz to nie tylko odległy, abstrakcyjny konflikt geopolityczny pokazywany w wieczornych wiadomościach. To bezpośredni zapalnik, który właśnie wywołuje potężny wstrząs w globalnym systemie żywnościowym – ostrzegają eksperci.

  • Teza. Kryzys energetyczny i blokada Cieśniny Ormuz wywołały globalny wstrząs na rynku nawozów sztucznych, co nieuchronnie doprowadzi do drastycznego i długotrwałego wzrostu cen żywności na całym świecie.
  • Dowód. Przez tylko częściowo odblokowaną Cieśninę przepływa aż jedna trzecia światowego handlu nawozami, a jednoczesny skok cen gazu ziemnego o 70 proc. radykalnie podniósł koszty produkcji kluczowych dla nowoczesnego rolnictwa komponentów azotowych.
  • Efekt. Krajowi producenci nawozów, tacy jak Grupa Azoty, zostali zmuszeni do czasowego wstrzymania przyjmowania zamówień z powodu paraliżu cenowego na rynku gazu, co przenosi ogromne koszty produkcji bezpośrednio na polski sektor rolno-spożywczy i konsumentów.

Jak wskazuje w The Conversation Aya S. Chacar, profesorka na Florida International University, globalny kryzys energetyczny wywołany wielotygodniowym zamknięciem Cieśniny Ormuz jest zaledwie początkiem i przedsmakiem prawdziwych, ekonomicznych kosztów wojny z Iranem. Ten konflikt niechybnie przerodzi się w drastyczne podwyżki cen jedzenia, które utrzymają się wyjątkowo długo, znacznie wykraczając poza sam czas trwania jakichkolwiek działań wojennych.

Wojna w Iranie – problem z nawozami

Aby w pełni zrozumieć nadciągające problemy, musimy przenieść nasz wzrok z giełdowych indeksów bezpośrednio na ziemię, z której wyrasta nasze pożywienie. Nowoczesne społeczeństwa są całkowicie uzależnione od trzech podstawowych upraw. To kukurydza, pszenica i ryż. Te trzy filary światowego rolnictwa dostarczają populacji ponad połowę wszystkich spożywanych kalorii.

Jednak, aby zachować niezbędną produktywność, uprawy te wymagają wsparcia w postaci trzech głównych składników odżywczych – azotu, fosforu oraz potasu. Jak wyjaśnia Aya S. Chacar, to nie są opcjonalne suplementy, a absolutna konieczność. Azot stymuluje bowiem wzrost roślin, fosfor jest krytyczny dla transportu energii w komórkach i formowania nasion, a potas pomaga zoptymalizować gospodarkę wodną i zwiększa zawartość białka w plonach.

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Jak już pisaliśmy wiele razy w Biznes Enter, przez Cieśninę Ormuz przepływa nie tylko ropa naftowa, obejmująca około 20 proc. światowego handlu tym surowcem, czy bezcenny skroplony gaz ziemny LNG. Szlak ten stanowi bowiem główną arterię dla około jednej trzeciej całego międzynarodowego handlu nawozami sztucznymi.

Zamknięcie Cieśniny na długie tygodnie zablokowało ten ładunek, co w sposób bezpośredni zredukowało podaż i lawinowo zwiększyło koszty kluczowych dla upraw chemikaliów. Gaz ziemny, którego ceny galopują z powodu spadku globalnej produkcji o 20 proc. i skoku wycen w górę o nawet 70 proc., odpowiada aż za 70 proc. do 90 proc. całkowitego kosztu produkcji nawozów azotowych.

Co więcej, Rosja, dbając przede wszystkim o własne zapasy, zawiesiła całkowicie eksport azotanu amonu, będącego kolejnym, potężnym źródłem azotu. Z kolei Chiny – największy globalny producent na rynku fosforatów – całkowicie zablokowały ich eksport, brutalnie usuwając z rynków aż 25 proc. światowej podaży tego deficytowego surowca.

Potas z kolei znajduje się w dramatycznym niedoborze od lat, co jest bezpośrednim pokłosiem sankcji gospodarczych nakładanych na jego głównych producentów, w tym na Białoruś i Rosję. W efekcie ceny nawozów wystrzeliły w górę na całym globie z niespotykaną siłą. W Stanach Zjednoczonych niektóre z kluczowych nawozów podrożały o 40 proc. w zaledwie jeden miesiąc.

Bezwzględny kalendarz natury

Rolnictwo to jednak fabryka pod gołym niebem, która nigdy nie wybacza opóźnień. To bezustanny wyścig z kalendarzem wegetacyjnym. Pełen sukces nowoczesnych upraw zależy od precyzyjnego harmonogramu dostarczania roślinom składników odżywczych – zauważa ekspertka. Zboża wchłaniają bowiem najwięcej życiodajnego azotu w najwcześniejszej fazie swojego rozwoju. Zastosowanie nawozu na późniejszych etapach wegetacji jest zabiegiem spóźnionym i nieproporcjonalnie mniej efektywnym.

Wymuszone redukcje zużycia azotu rzędu zaledwie 10-15 proc. lub spóźnienia w jego aplikacji od dwóch do czterech tygodni mogą drastycznie i bezpowrotnie zredukować plony kukurydzy od 10 proc. do nawet 25 proc. – wylicza ekonomistka. A rolnicy postawieni zostali pod ekonomiczną ścianą. W połowie marca, gdy farmerzy z amerykańskiego Corn Belt tradycyjnie przygotowują glebę pod siew, rezerwy nawozów w USA osiągały zaledwie 75 proc. normalnych poziomów.

Dla producentów żywności, z których wielu już teraz balansuje na cienkiej granicy opłacalności, stwarza to sytuację bez wyjścia. Kiedy towar dostarczany jest ze zwłoką lub jego cena przyprawia o zawrót głowy, zmuszeni są oni do zgniłych kompromisów. Muszą zmniejszyć ilość zużywanych chemikaliów, zasiać znacznie mniejsze areały lub zmienić profil uprawy na rośliny o mniejszych wymaganiach, chociażby na soję.

Konsekwencja każdego z tych kroków nie jest pocieszająca. Oznacza bowiem gigantyczny spadek globalnej wydajności, znaczne obcięcie dostaw podstawowego jedzenia dla ludzi oraz uderza w rynek pasz dla zwierząt hodowlanych. Warto zadać sobie sprawę, że żadne dotacje, rządowe pakiety pomocowe czy pakiety gwarancji kredytowych dla farm nie potrafią cofnąć czasu i naprawić cyklu przyrody, jeśli brakuje podstawowych nawozów w decydującym momencie roku.

Efekt domina w gospodarce – od pustego pola do rzezi stad

Jeśli komukolwiek wydaje się, że kłopoty z kukurydzą nie dotyczą go bezpośrednio, oznacza, że nie dostrzega pełnego obrazu powiązań rolniczych. Zmniejszona globalnie ilość produkowanej kukurydzy oraz pszenicy automatycznie równa się uderzeniu w łańcuchy pokarmowe dla żywego inwentarza. Ceny utrzymania zwierząt idą w górę za sprawą skoku kosztów paszy i drogich nawozów. To wszystko prowadzi finalnie do gigantycznego wzrostu końcowej ceny mięsa i wszelkich produktów odzwierzęcych w supermarketach.

Działanie tego mechanizmu jest proste. Gdy koszty karmienia stają się zaporowe i nie da się ich w żaden sposób udźwignąć, zdesperowani farmerzy, którzy bankrutują, wyprzedają, lub – co gorsza – wybijają krowy i maciory rozpłodowe.

Jest to cios w biologiczne zaplecze żywnościowe całych państw, rzutujący na przyszłość rynków mięsnych przez całe dekady. Wystarczy wspomnieć, że podczas katastrofalnego sezonu w 2022 r. z powodu dotkliwych susz i rekordowych obciążeń, rolnicy w Stanach Zjednoczonych dokonali wycinki 13,3 proc. z całego narodowego stada krów rzeźnych. Ten historyczny odsetek skurczył inwentarz żywego bydła w Ameryce do pułapów z 1962 r., co stworzyło gigantyczne bariery w podaży wołowiny na lata. Podobne wybijanie reproduktorów w konsekwencji kryzysu nawozowego przełoży się na gigantyczne uderzenie w ceny na całym świecie.

Sieć powiązań dotknie każdego z nas

Skutki te dotkną bezpośrednio setek tysięcy towarów, o czym często nawet nie myślimy. Znane nam wszystkim syropy kukurydziane o wysokiej zawartości fruktozy obecne są dziś w niemal każdym produkcie. Podwyżki obejmą słodkie napoje, przyprawy i całą rzeszę żywności ze sklepowych półek.

W 2012 r. historyczna susza w rejonie Środkowego Zachodu, redukująca plony o zaledwie 13 proc., zapoczątkowała szaloną szarżę cen amerykańskiego drobiu o 20 proc. Departament Rolnictwa Stanów Zjednoczonych opierając się na danych sprzed ataku, zwiastował, że na przestrzeni 2026 r. jedzenie podrożeje średnio o 3,1 proc. Jednak z wybuchem walk w Iranie i zapotrzebowaniem z rosnących rynków jak Chiny i Indie, te szacunki na pewno są już nieaktualne. Klienci zostaną dodatkowo obciążeni m.in. logistyką naftową, ponieważ w sektorze transportowym u dostawców masowo pojawiają się dopłaty paliwowe do frachtu.

Ta presja najbardziej zgniecie rodziny, które w dużej mierze ledwo wiążą koniec z końcem. To one bowiem oddają olbrzymi i nieproporcjonalny wręcz ułamek domowego budżetu wyłącznie na zaspokajanie podstawowej ludzkiej potrzeby – zakupu pożywienia i utrzymania mieszkania.

Skrajna drożyzna na globalnych giełdach spowoduje, że ta biedniejsza część naszych społeczeństw nie będzie już mogła regularnie i często pozwolić sobie na serwowanie domownikom stosunkowo taniego białka zwierzęcego, choćby tak powszechnego, jak kurczak. Różnica sprowadza się do poziomu rynkowego przetworzenia – proste produkty z kukurydzy jak tortille natychmiastowo zmienią etykiety cenowe. Drób czy zboża podążą cenowo kilka miesięcy za nimi.

Polska na linii frontu cenowego

Z europejskiego punktu widzenia, dramat opisany wyżej odbywa się nie tylko za wielką wodą. Ten brutalny mechanizm rynkowy zaciska pętlę również nad Polską. Rozpoczęcie wiosennych manewrów w polskim kalendarzu rolniczym jest kluczowe w przygotowywaniu gruntów pod zbiory. Pamiętajmy, że polska uprawa to biznes ogromnej wagi – obszar kukurydzy rozciąga się rocznie na blisko 1,9 miliona hektarów, podczas gdy pszenica obradza aż na 2,4 milionach. Skala uzależnienia tych tysięcy areałów od nawozów azotowych spędza sen z powiek polskiemu chłopstwu i politykom.

Polska branża przemysłu chemicznego zbudowana jest w przytłaczającej wielkości na podstawie gigantycznego importu niezbędnego w procesach gazu ziemnego. Pozyskiwanie wodoru pod produkcję podstawowego w chemii nawozowej amoniaku jest skorelowane wyłącznie z ceną tego paliwa. Odcięcie globalnego systemu rur dostawczych i statków za sprawą zablokowania wód w rejonach Zatoki Perskiej nałożyło gigantyczną presję na europejską sieć przesyłu, podnosząc gazowe notowania ponad drastyczną granicę 60 euro za MWh. Skutek? Polski gigant nawozowy – Grupa Azoty zaskoczył na początku marca nie tylko krajowych dystrybutorów, ale cały rząd, oficjalnie wstrzymując pobieranie wszelkich ofert i zleceń marcowych od kontrahentów z sektora rolniczego.

Choć blokadę zdjęto już 6 marca, rynek ogarnął zamęt i spekulacyjne szaleństwo napędzane chaosem. Doprowadziło to do politycznych wstrząsów pomiędzy resortem rolnictwa, ubolewającym nad nieskonsultowanym zablokowaniem systemu zamówień, a Ministerstwem Aktywów Państwowych obwinianym za zaognienie tego konfliktu. Taka właśnie polityczna histeria w zderzeniu z rynkiem nawozowym dzieje się dziś w wielu miejscach na świecie.

Widmo globalnego głodu

To, co budzi jednak największe obawy, to wpływ wojny na biedniejsze kraje. Splot wysokich wycen wpłynie fatalnie na całe globalne uprawy – a plony na wielkich plantacjach Indii czy chociażby potężnej rolniczo Brazylii prognozowane są poniżej dopuszczalnych norm rynkowych. Gospodarze ze wschodnich państw afrykańskich borykali się z nieludzko drogimi rachunkami u producentów chemii rolniczej jeszcze długo przed pierwszymi wystrzałami pocisków za oceanem, a obecna sytuacja może odciąć ich całkowicie, zostawiając z minimalną racją chemikaliów lub pustymi dłońmi. Badacz Nima Shokri, profesor specjalizujący się w tej dziedzinie, nazywa ten globalny fenomen potężnym kryzysem o globalnych skutkach żywieniowych.

Nie możemy przejść obok tych liczb obojętnie. Dzisiejsze szacunki zatrważają – potworny deficyt produktów rolnych uderza już w ponad 300 milionów osób na globie. ONZ ocenia, że jeśli wojna szybko się nie skończy, ta liczba wzrośnie o ponad 10 proc.

Podsumowując, każdy konsument, w każdym zakątku globu z opóźnionym zapłonem zacznie spłacać gigantyczny dług wojny Donalda Trumpa, a kryzys bezpieczeństwa z regionu irańskiego przeradza się na naszych oczach w światowy alarm dla globalnego łańcucha pokarmowego.

Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter

Zdjęcie główne: no one cares / Unsplash

Motyw