Na zdjęciu widzimy Donalda Trumpa, prezydenta USA

Do ostatniej baryłki krwi. To jest prawdziwy zwycięzca ataku Donalda Trumpa na Wenezuelę


Kiedy opadnie pył po eksplozjach, które w sobotę 3 stycznia 2026 r. wstrząsnęły Caracas, a władze USA pokażą nam Nicolása Maduro, prezydenta Wenezueli, w pomarańczowym kaftanie, w jednym gabinecie na pewno wystrzelą korki od szampana. Nie będzie to Gabinet Owalny, a biuro Mike’a Wirtha, szefa amerykańskiego giganta paliwowego Chevron. Dlaczego? Bo Stany Zjednoczone na naszych oczach dokonały właśnie wrogiego przejęcia, jakiego światowa gospodarka nie widziała w swojej nowożytnej historii. Biznes Enter tłumaczy kulisy tej operacji.

  • Teza. Interwencja zbrojna Stanów Zjednoczonych w Wenezueli, choć oficjalnie motywowana walką o demokrację, jest w rzeczywistości pragmatycznym „wrogim przejęciem” największych na świecie złóż ropy naftowej, zaprojektowanym w celu ratowania amerykańskiego systemu rafineryjnego i zabezpieczenia interesów koncernu Chevron.
  • Dowód. Amerykańskie rafinerie w Zatoce Meksykańskiej są technologicznie przystosowane do przerobu ciężkiej ropy (której Wenezuela ma w nadmiarze), a mechanizm uzależnienia Caracas od dostaw amerykańskich rozcieńczalników oraz system spłaty długów surowcem czyni z Chevronu faktycznego zarządcę wenezuelskiej gospodarki.
  • Efekt. Wydarzenia te oznaczają całkowitą marginalizację wpływów chińskich i rosyjskich w regionie (utrata zainwestowanych miliardów), stabilizację łańcucha dostaw dla przemysłu USA na dekady oraz otwarcie nisz rynkowych dla sojuszników Stanów Zjednoczonych, w tym potencjalnych kontraktów dla polskiego Orlenu (dywersyfikacja ropy) i branży spożywczej (pomoc humanitarna).

Na wojnę nie zawsze warto patrzeć przez pryzmat czołgów i generałów. To częsty błąd. Prawdziwa wojna – ta, która decyduje o losach imperiów – toczy się w arkuszach kalkulacyjnych, w przepływach surowców i w architekturze długu. W zasobach. I jak już to miało miejsce nieraz w historii, tak i w tym przypadku atak na Wenezuelę nie był podyktowany sercem, chęcią wyzwolenia umoczęnogo narodu spod jarzma zdegenrowanego reżimu, bądź ochrony Amerykanów przed narkobiznesem, tak jak tłumaczy to prezydent USA. Był on podyktowany brutalnym bilansem zysków i strat.

Donald Trump bowiem w swoim do bólu pragmatycznym, biznesowym podejściu do drugiej kadencji, spojrzał na mapę Ameryki Południowej i zobaczył tam aktywo o potężnym potencjale, zarządzane przez niekompetentny zarząd, które trzeba przejąć, zrestrukturyzować i spieniężyć. Oto anatomia tego przejęcia.

Atak USA na Wenezulę. Paradoks czarnej mazi

Aby zrozumieć, dlaczego amerykańscy Marines lądowali w Fort Tiuna, musimy najpierw zanurzyć ręce w wenezuelskiej ziemi. Dosłownie.

Laicy często pytają: „Po co USA kolejna ropa, skoro sami są największym producentem dzięki łupkom?”. To pytanie zdradza niezrozumienie fizyki węglowodorów. Ropa nie jest jednorodna. To nie jest woda, która wszędzie jest taka sama.

Amerykański boom technologiczny w ostatnich latach zalał świat ropą łupkową. Jest ona lekka i ma bardzo niską lepkość. Ale amerykański system rafineryjny – potężne, skomplikowane instalacje w Zatoce Meksykańskiej (PADD 3) – został zbudowany dekady temu pod zupełnie inny surowiec. Te rafinerie to chemiczne bestie zaprojektowane do pożerania ropy ciężkiej i kwaśnej.

Rafineria to nie tylko kocioł. To precyzyjny instrument. Jeśli wlejesz do niej tylko lekką ropę łupkową, będziesz marnował jej potencjał, tracąc miliardy na marży. Aby działać optymalnie, amerykańskie instalacje muszą mieszać swój lekki produkt z ciężkim wsadem. Do tej pory musiały go sprowadzać z Kanady, Meksyku (który ma własne problemy) lub kupować od Rosji (przed sankcjami).

I tu wchodzi Wenezuela. Pas Orinoko to największy na świecie magazyn dokładnie tego, czego potrzebuje Ameryka: ciężkiej ropy. I to właśnie ten rodzaj czarnego złota dominuje w zasobach Wenezueli. Są to największe zasoby surowca na świecie (296.5 mld baryłek). Dopiero na drugim miejscu Saudowie ze swoimi zasobami ocenianymi na 266 mld baryłek. Dla rafinerii Chevrona – oferta Wenezueli to idealny „wsad”, który pozwala wycisnąć z każdej baryłki maksimum diesla i paliwa lotniczego.

Przez lata, blokując Wenezuelę sankcjami, USA strzelały sobie w stopę, zmuszając własne firmy do kupowania droższych zamienników. Trump, jako człowiek biznesu, zrozumiał, że ten „audyt” trwał zbyt długo. Przejęcie Wenezueli to w istocie zabezpieczenie łańcucha dostaw dla amerykańskiego przemysłu na kolejne 50 lat, co zresztą zapowiedział już sam Donald Trump.

Będziemy mocno zaangażowani w sektor naftowy w Wenezueli – powiedział prezydent USA w wywiadzie dla Fox News w sobotę popołudniu polskiego czasu.

Chevron – architekt nowego ładu w Wenezueli

Jeśli w tym konflikcie istnieje jakikolwiek „cichy generał”, to nie nosi on wojskowego munduru z naszywką US Army. Nosi garnitur szyty na miarę, a jego kwaterą główną nie jest Pentagon, lecz kampus w San Ramon w Kalifornii. To tam, w siedzibie Chevronu, zapadły decyzje, które zdefiniowały dzisiejszy krajobraz Wenezueli bardziej niż jakakolwiek doktryna wojskowa.

Aby zrozumieć ten fenomen, musimy cofnąć się o kilka lat. Kiedy reżim Hugo Cháveza, a potem Maduro, zaczął nacjonalizować aktywa zagranicznych koncernów, giganci tacy jak ExxonMobil czy ConocoPhillips zrobili to, co podpowiadała im logika: spakowali walizki, złożyli pozwy do międzynarodowych trybunałów i wynieśli się z kraju.

Chevron zrobił coś zupełnie nielogicznego. Został.

Przez lata analitycy na Wall Street pukali się w głowę. Firma znosiła upokorzenia, aresztowania swoich lokalnych pracowników, gigantyczną korupcję i chaos operacyjny. Ale zarząd w San Ramon grał w pokera o stawkę, której inni nie dostrzegli. Zrozumieli oni fundamentalną prawdę o Wenezueli: ten kraj jest jak narkoman, który ma towar (ropę), ale nie ma strzykawki (technologii), by go użyć. Chevron postanowił być jedynym dostawcą strzykawek w mieście.

Licencja na zabijanie… konkurencji

Kluczem do dominacji Chevronu stał się dokument znany jako General License 41. To specyficzne zezwolenie wydane przez Biuro ds. Kontroli Aktywów Zagranicznych (OFAC), które pozwalało Chevronowi na działalność w Wenezueli mimo drakońskich sankcji nałożonych na ten kraj.

Dlaczego Waszyngton na to pozwolił? To majstersztyk lobbingu. Chevron, w tym jego szef, wspomniany Mike Wirth, skutecznie przekonał Biały Dom (zarówno Bidena, jak i później administrację Trumpa), że ich obecność w Wenezueli to nie kwestia biznesu, ale bezpieczeństwa narodowego USA. Argumentacja była prosta i brutalna: „Jesteśmy ostatnim murem, który oddziela wenezuelskie złoża od całkowitego przejęcia przez Chiny i Rosję. Jeśli my wyjdziemy, wjedzie tam China National Petroleum Corp. I już nigdy stamtąd się nie usuną”.

Mike Wirth, CEO Chevronu od 2018 r.

To zadziałało. Chevron pół roku temu dostał odnowioną licencję i zabetonował swoją pozycję, czekając na taki dzień jak dziś.

Petropiar i Petroboscán – Perły w koronie

Księgowi Chevronu po upadku reżimu Chavesa mogą przejąć faktyczną kontrolę nad tzw. spółkami joint venture, w których dotychczas byli „mniejszościowym” partnerem Petróleos de Venezuela S.A. (PDVSA), wenezuelskiego przedsiębiorstwa państwowego działającece w branży petrochemicznej. Chodzi przede wszystkim o dwa kluczowe aktywa:

  1. Petroboscán, które posiada pola naftowe w zachodniej Wenezueli. To relatywnie „łatwa” ropa, kluczowa dla produkcji asfaltu, którego USA dramatycznie potrzebują do swoich programów infrastrukturalnych.
  2. Petropiar (Pas Orinoko), gdzie leży prawdziwe złoto. To gigantyczny kompleks wydobywczy i tzw. upgrader – instalacja przemysłowa, która zamienia gęstą jak smoła ropę w ciecz nadającą się do transportu. Przez lata zaniedbań ze strony Wenezuelczyków, instalacja ta niszczała. Chevron jako jedyny ma plany techniczne, części zamienne i know-how, by w dającym się określić czasie przywrócić jej pełną moc.

Mechanizm Finansowy – ropa za długi

To, co czyni pozycję Chevronu absolutnie unikalną, to możliwy sposób rozliczeń z Wenezuelczykami. Kraj jest winny koncernowi setki milionów dolarów za dawne inwestycje i niezapłacone dywidendy. Nowy, proamerykański rząd nie będzie miał gotówki, by to spłacić.

Dlatego może zostać uruchomiony (a właściwie rozszerzony) mechanizm, który można by nazwać „drenowaniem u źródła”. Chevron nie przeleje żadnych pieniędzy do budżetu Wenezueli. Chevron przejmie fizycznie ropę na terminalach eksportowych, wywiezie ją do swoich rafinerii w USA (np. w Pascagoula), sprzeda po cenach rynkowych, a zysk zaksięguje na poczet spłaty długu.

To genialny w swej prostocie układ. W ten sposób Wenezuela nigdy nie zobaczy gotówki, więc politycy nie będą mogli jej ukraść. Chevron odbierze surowiec niemal „za darmo” (pokrywając tylko koszty operacyjne), co da im marże rafineryjne niespotykane nigdzie indziej na świecie.

A Orlen czy inni gracze, chcąc kupić wenezuelską ropę, w praktyce będą musieli rozmawiać z handlowcami Chevronu, a nie z rządem w Caracas. Chevron tym samym stałby się de facto wyłącznym dystrybutorem wenezuelskiej ropy na Zachód.

Chemia zależności

Jest jeszcze jeden aspekt całej tej sprawy – czysto fizyczny. Ropa z Orinoko jest tak gęsta, że nie popłynie rurociągiem bez rozcieńczalników (tzw. diluents). Wenezuela ich nie produkuje. Produkują je Stany Zjednoczone.

W momencie ataku i zmiany władzy, Chevron będzie mógł uruchamić most powietrzny oraz trasy morskie z dostawami rozcieńczalników z Teksasu. Bez wkładu Chevronu (rozcieńczalnika), Wenezuela nie wydobędzie ani baryłki ropy. To uzależnienie totalne. Koncern z Kalifornii może więc jednocześnie trzymać rękę na kurku nie tylko „wylotowym” (eksport), ale i „wlotowym” (chemia).

Wnioski? Donald Trump dał zielone światło dla operacji militarnej, ale to Chevron dostarczył mapę drogową. Z perspektywy rynkowej, dzisiejszy przewrót tobyć może wrogie przejęcie spółki PDVSA przez Chevron, przy asyście sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych. Akcjonariusze z San Ramon mogą spać spokojnie – ich dywidenda właśnie została zabezpieczona na dekady.

Wielcy przegrani – Chiny i Rosja

Operacja z 3 stycznia 2026 r. to brutalne „sprawdzam” dla geopolitycznych ambicji Chin i Rosji na zachodniej półkuli.

Chiny popełniły błąd „utopionych kosztów”. Przez dekadę pompowały w reżim Maduro miliardy dolarów (szacuje się, że ponad 50 mld dol.) w zamian za obietnice dostaw ropy („loans-for-oil”). Chińskie banki państwowe wierzyły, że ich kontrakty są nienaruszalne.

Atak USA pokazuje, że papierowe umowy nie znaczą nic, gdy nad głową latają F-35. Nowy, proamerykański rząd w Caracas najpewniej uzna te długi za „odious debt” (dług zaciągnięty przez dyktatora wbrew interesom narodu) i odmówi ich spłaty, albo – co bardziej prawdopodobne – USA wymuszą renegocjację, która zepchnie Chiny na koniec kolejki wierzycieli. Pekin traci nie tylko pieniądze, ale i strategiczne źródło surowca.

Rosja traci coś cenniejszego: lotniskowiec. Wenezuela była dla Putina (i jego następców) cierniem, który można było wbijać w miękkie podbrzusze Ameryki. Rosnieft posiadał tam aktywa, Wagnerowcy szkolili tamtejsze służby. Usunięcie Maduro to wyczyszczenie „tylnego podwórka” USA. Rosja zostaje wypchnięta z Ameryki Łacińskiej, a jej wpływy kurczą się z powrotem do granic Eurazji.

Misja odbudowa

Ropa to jedno, ale spójrzmy na to, co będzie się działo w najbliższych miesiącach. Wenezuela to kraj, w którym nie działa nic. Sieć energetyczna leży, wodociągi są dziurawe, drogi nieprzejezdne.

Dla szeroko pojętego amerykańskiego sektora energetycznego – firm takich jak Halliburton, Schlumberger czy Baker Hughes – Wenezuela to Ziemia Obiecana. Infrastruktura PDVSA wymaga natychmiastowych inwestycji rzędu 20-30 miliardów dolarów rocznie tylko po to, by przywrócić wydobycie do poziomu sprzed dekady (czyli 2-3 mln bayłek dziennie). Te pieniądze mogą popłynąć z MFW i Banku Światowego, ale trafią do kieszeni amerykańskich wykonawców.

To klasyczny model „twórczej destrukcji”. Najpierw niszczymy reżim (i przy okazji resztki infrastruktury), a potem dajemy naszym firmom zarobić na odbudowie. Wenezuela zapłaci za to przyszłymi dochodami z ropy. To pętla zadłużenia, z której Caracas nie wyjdzie przez dekady, ale która gwarantuje, że kraj ten pozostanie w orbicie wpływów USA na bardzo długo (być może kolejnego przewrotu zbrojnego).

Polski ślad w tropikach

Gdzie w tej wielkiej grze mocarstw jest miejsce dla nas? Czy Polska, kraj nad Wisłą, ma tu cokolwiek do ugrania? Odpowiedź brzmi: tak, pod warunkiem, że będziemy szybcy i cyniczni.

Po pierwsze, ORLEN. Polski koncern od fuzji z Lotosem dysponuje rafineriami zdolnymi do przerobu trudnych wsadów. Powrót wenezuelskiej ropy to szansa na dywersyfikację. Zamiast żebrać o ropę u Saudów, którzy grają w jednej drużynie z Rosją (OPEC+), Orlen może zakontraktować dostawy z możliwie przyjaznej Zachodowi „demokratycznej” Wenezueli. To politycznie bezpieczne i ekonomicznie uzasadnione.

Po drugie, żywność. Wenezuela głoduje. Zanim ruszą szyby naftowe, ludzie muszą coś jeść. Polska jest potęgą w eksporcie serów, drobiu i przetworów. Nowa administracja w Caracas, wspierana funduszami humanitarnymi z USA i UE, będzie robić gigantyczne zakupy interwencyjne. Polskie firmy, takie jak Mlekovita czy Maspex, mają tu pole do popisu. To są kontrakty płatne „z góry” twardą walutą z funduszy pomocowych.

Po trzecie, polityka. Jesteśmy wschodnią flanką NATO. USA właśnie pokazały, że potrafią być brutalnie skuteczne w obronie swoich interesów. Polska, wysyłając sygnał pełnego poparcia dla działań Trumpa w Wenezueli (nawet jeśli Europa Zachodnia będzie marudzić o prawie międzynarodowym), kupuje sobie polisę ubezpieczeniową. W świecie Donalda Trumpa walutą jest lojalność. Poparcie jego „małej wojny” na Karaibach może być kluczem do uzyskania większego wsparcia USA na naszej granicy z Rosją i Białorusią. Cyniczne, ale tak działa zakulisowa dyplomacja.

Jak naprawdę wygląda cena wolności w Wenezueli?

W nadchodzących dniach media będą karmić nas obrazkami wiwatujących tłumów w Caracas i aresztowanego Maduro w pomarańczowym kombinezonie. Będą mówić o triumfie demokracji.

To jednak nie będzie triumf demokracji, a triumf geoekonomii. Stany Zjednoczone właśnie dokonały korekty rynku, usuwając „toksyczne aktywo” (Maduro) i zastępując je zarządem komisarycznym.

Wenezuelczycy odzyskają być może wolność słowa i pełne półki w sklepach, ale ceną za to będzie pełna, wieloletnia zależność gospodarcza od Waszyngtonu. Ropa, która płynie pod ich stopami, formalnie będzie ich własnością, ale zyski z niej popłyną szerokim strumieniem do Kalifornii, by spłacić koszty „wyzwolenia”.

3 stycznia 2026 roku świat nie stał się bezpieczniejszy, czy wolniejszy od narkotyków. Stał się jeszcze bardziej chciwy i interesowny. A dla ludzi takich jak Donald Trump czy Mike Wirth z Chevronu – to jedyna definicja pokoju, jaka ma znaczenie.


Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter

Część odnośników to linki afiliacyjne lub linki do ofert naszych partnerów. Po kliknięciu możesz zapoznać się z ceną i dostępnością wybranego przez nas produktu – nie ponosisz żadnych kosztów, a jednocześnie wspierasz niezależność zespołu redakcyjnego.

Zdjęcie główne: Flickr/WhiteHouse

Motyw