Partnerzy merytoryczni
Ręka trzymająca postać z flagą Europy zamiast głowy

Dyskusja o ETS trwa. Przemysł: ten mechanizm „podważa konkurencyjność produktów UE na świecie”

Zbliżająca się rewizja unijnego systemu handlu emisjami (ETS) otworzyła dyskusję nad dotychczasowym wpływem tej regulacji na europejski przemysł. Większość głosów w debacie publicznej krytycznie wypowiada się na jego temat, jednak pewien think-tank postanowił stanąć w poprzek głównemu nurtowi dyskusji i postawił tezę, że „europejski system handlu emisjami jest sojusznikiem, a nie wrogiem konkurencyjności przemysłu”. O skonfrontowanie się z nią poprosiliśmy przedstawicieli polskiego sektora.

  • Teza. Przedstawiona przez think-tank Bruegel wizja zakłada, że zaostrzenie regulacji i odejście od darmowych uprawnień przyspieszy transformację energetyczną i dekarbonizację przemysłu. W swoich komentarzach przedstawiciele polskiego sektora wskazują na fundamentalne błędy przyjęte w analizie tej organizacji. Ich zdaniem zaproponowane rozwiązania nie tylko nie pomogą europejskiemu przemysłowi, ale również grożą deindustrializacją Europy.
  • Dowód. Szczególne wątpliwości ekspertów budzi przyjęty w narracji think-tanku punkt odniesienia, jakim są lata 2005-2020, jako dowodu na braku wpływu ETS-u na rentowność firm. Ich zdaniem, patrząc na realia 2026 r., powoływanie się na dane sprzed 6-7 lat zakrawa wręcz o manipulację.
  • Dowód. Jeżeli europejskie firmy będą obciążone kosztami emisji, których nie ponoszą producenci z Turcji czy Azji, ucieczka produkcji stanie się nieunikniona.
  • Efekt. Aby uniknąć deindustrializacji Europy, system ETS musi ewoluować w kierunku modelu, który realnie chroni strategiczne branże i zapewnia im warunki do inwestowania w kosztowne technologie dekarbonizacyjne – twierdzi przemysł.

Bruegel to brukselski think-tank analityczny, którego celem jest prowadzenie debaty na temat gospodarki i polityki Unii Europejskiej. Jego ekspertami są członkowie rządów państw UE, pracownicy korporacji i instytucji międzynarodowych. W swojej niedawnej publikacji poruszył temat wpływu funkcjonowania systemu ETS na europejski przemysł. Analiza z miejsca wywołała kontrowersje, o czym pisaliśmy w Biznes Enter.

Przedstawiona przez Bruegla wizja zakłada, że zaostrzenie regulacji i odejście od darmowych uprawnień automatycznie przyspieszy transformację energetyczną i dekarbonizację przemysłu. Polscy producenci, tacy jak KGHM i Qemetica, jednak nie podzielają tej perspektywy.

W odpowiedzi na pytania Biznes Enter wskazują na fundamentalne błędy przyjęte przez think-tank w jego analizie. Ich zdaniem zaproponowane przez Bruegla rozwiązania nie tylko nie pomogą europejskiemu przemysłowi, ale również grożą deindustrializacją Europy. W tym materiale prezentujemy ich kontrargumenty. Czym więc różni się teoria od praktyki?

Oś sporu w sprawie ETS

Bruegel swoją tezę opiera na założeniu, że ETS spełnia swoją podstawową funkcję. Jego zdaniem funkcjonowanie systemu skutecznie wymusza inwestycje w technologie dekarbonizacyjne zarówno dla energetyki, jak i dla przemysłu. Jako argument przywołuje dane pokazujące, że w ciągu pierwszych 15 lat funkcjonowania ETS emisje objęte systemem spadły o około 15 proc. Miało to zostać osiągnięte przy jednoczesnym utrzymaniu rentowności europejskich firm i braku wzrostu bezrobocia w UE.

Autorzy raportu zwracają jednak uwagę, że za większość ograniczeń emisyjnych odpowiadała energetyka, nie zaś przemysł. Europejski sektor energetyczny, który od 2013 r. musi kupować niemal wszystkie uprawnienia na aukcjach, ograniczył emisje o blisko 30 proc. W tym samym czasie przemysł ciężki, chroniony pulami darmowych uprawnień do emisji, zredukował je o mniej niż 9 proc. (według danych z 2022 r.).

Bruegel za taki stan rzeczy obwinia przede wszystkim zbyt dużą liczbę darmowych uprawnień do emisji, które UE zapewniła przemysłowi. To one miały stać się jednym z głównych hamulców zmian technologicznych. Dzieje się tak, ponieważ firmy, zamiast się dekarbonizować, zaczęły zarabiać na takich uprawnieniach.

Jak tłumaczą analitycy, w latach 2008-2019 mechanizm darmowej alokacji wygenerował dla przemysłu tzw. nadzwyczajne zyski, szacowane przez Bruegla na 26-46 mld euro. Think-tank wskazuje, że ponieważ przemysł był obarczony niższymi kosztami uprawnień niż europejska energetyka, to jego motywacja do inwestowania w technologie niskoemisyjne nie była dostatecznie wysoka.

Z tego powodu eksperci postulują ewolucję obecnego modelu z „cap and trade” (pol. ograniczaj i handluj) w kierunku „cap and invest” (ograniczaj i inwestuj). Miałoby to się odbyć poprzez silniejsze powiązanie wpływów z aukcji uprawnień do emisji z realnymi inwestycjami w dekarbonizację. Takie rozwiązanie miałoby zwiększyć stabilność rynku i przyspieszyć zieloną transformację przemysłu.

Jak na tezy stawiane przez Bruegla odpowiedział polski biznes?

ETS pomagał, ale siedem lat temu. Dziś są równi i równiejsi

Pierwszą rzeczą, na jaką zwrócili uwagę przedstawiciele Qemetiki, była kwestia doboru danych do przeprowadzonej analizy. Ich zdaniem, patrząc na realia 2026 r., powoływanie się na dane sprzed 6-7 lat zakrawa wręcz o manipulację. Szczególne wątpliwości ekspertów budzi przyjęty w narracji punkt odniesienia, jakim są lata 2005-2020, jako dowodu na braku wpływu ETS na rentowność firm.

Qemetica podkreśla, że po 2020 r. ceny uprawnień do emisji zaczęły gwałtownie rosnąć. W poprzednich latach rzadko przekraczały poziom 20 euro za tonę CO₂, podczas gdy już w 2022 r. sięgnęły ponad 80 euro. W jej ocenie argumentowanie, że system ETS nie wpływa na kondycję przemysłu przy oparciu się o dane z okresu znacznie niższych cen uprawnień, jest metodologicznie nieuprawnione i nie oddaje realiów, z jakimi przedsiębiorstwa mierzą się dziś.

Kolejnym punktem sporu jest wpływ ETS-u na gospodarki o wyższej emisyjności. Eksperci Breugla przyznają, że kraje z Europy Środkowo-Wschodniej, których energetyka wciąż w znacznej mierze bazuje na spalaniu węgla, mocniej doświadczyły negatywnych skutków wprowadzenia systemu handlu emisjami. Jednak nie uważają, żeby z tego powodu ETS podważał konkurencyjność bardziej emisyjnych gospodarek.

W ich ocenie większe transfery pieniężne, które te państwa otrzymują z Funduszu Modernizacyjnego oraz Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, skutecznie rekompensują straty poniesione w wyniku działania ETS-u. Mechanizmy te zostały stworzone właśnie po to, by łagodzić koszty dekarbonizacji w regionach najbardziej uzależnionych od węgla i zapewniać im kapitał na modernizację.

Analitycy z Qemetiki co prawda zgadzają się odnośnie do tego, że wpływ systemu handlu emisjami jest nierówno rozłożony w Europie. Zaraz jednak dopowiadają, że „recepty” think-tanku w ogóle nie rozwiązują problemów przemysłu powstałych w wyniku działania ETS-u.

Wspomniany Fundusz Modernizacyjny przeznaczony jest głównie na cele środowiskowe i finansuje inwestycje związane z systemem elektroenergetycznym. Przemysł może korzystać z proponowanych przez niego dotacji w sposób ograniczony. Z kolei Fundusz Sprawiedliwej Transformacji jest nakierowany głównie na cele społeczne, a jego dotacja trafiają wyłącznie do regionów produkcji węgla; w Polsce korzystać z niego może jedynie pięć województw.

A zatem koszty ponoszone przez przemysł w wyniku większych obciążeń związanych z działaniem ETS-u w gospodarkach bardziej emisyjnych nie są równoważone przez inne programy dotacyjne UE – twierdzi Qemetica. Jej zdaniem działanie systemu obniża konkurencyjność przedsiębiorstw działających w takich państwach, również w Polsce.

Kto zyskuje na ETS

Jednym z kluczowych wniosków zawartych w raporcie jest twierdzenie, że europejski przemysł czerpie znaczące zyski ze sprzedaży darmowych uprawnień do emisji. Autorzy powołują się na dane z lat 2008-2019, z których wynika, że 15 sektorów gospodarki wygenerowało przychody z tego tytułu. Największe korzyści miały odnieść firmy z:

  • Niemiec,
  • Francji,
  • Włoch,
  • Hiszpanii.

Jak już wspomnieliśmy, łączna wartość tych zysków szacowana jest przez Bruegla na 26-46 miliardów euro. Think-tank sugeruje, że zdolność przemysłu do generowania takich zysków dowodzi nieskuteczności całego mechanizmu darmowych emisji w ramach ETS i wymaga zaciśnięcia.

Przedstawiciele Qemetiki wskazują jednak, że powyższe dane dotyczą wyłącznie wąskiej grupy sektorów i krajów oraz mają charakter historyczny. Warunki funkcjonowania przemysłu w 2026 r., nawet w tych samych branżach i państwach, są po prostu inne niż w latach 2008-2019.

Potwierdza to również KGHM. Spółka w komentarzu dla Biznes Enter informuje, że w minionym roku obrotowym darmowe uprawnienia zostały w całości wykorzystane na pokrycie rocznej emisji instalacji objętych systemem ETS. Nie powstały nadwyżki jednostek, a deficyt pokrywany jest zakupami. Spółka nie sprzedaje jednostek i nie generuje z tego tytułu żadnych przychodów.

Za rok 2025 wykorzystamy 100 proc. darmowych uprawnień, ale ich umorzenie następuje w roku następnym, czyli do końca września 2026 r. W przypadku roku 2026 również zostaną wykorzystane w pełni, a i tak pojawi się deficyt zarówno za 2025, jak i 2026 r.

Artur Newicki, rzecznik prasowy KGHM, dla Biznes Enter

Eksperci z obu firm zgodnie podkreślają, że przemysł energochłonny potrzebuje wielu lat, aby uruchomić projekty i infrastrukturę dekarbonizacyjną. W tym czasie ETS powinien wspierać konkurencyjność przemysłu oraz dopasować tempo redukcji emisji do dostępności technologii i niskoemisyjnych nośników energii.

Spowolnienie tempa redukcji darmowych uprawnień nie oznacza rezygnacji z ambitnych celów klimatycznych, lecz dostosowanie ich do realnych cykli inwestycyjnych i technologicznych. Podobnej korekty wymagają tzw. wskaźniki zastępcze (fallback benchmarks, czyli jedna z metod wyznaczania darmowych uprawnień do emisji w ramach ETS-u), których znaczące zaostrzenie dla objętych nimi sektorów zapowiedziała Komisja Europejska.

Zdaniem polskich gigantów argumentacja Bruegla o zarabianiu przemysłu na ETS jest dziś oderwana od rzeczywistości rynkowej. Od czasu analizowanych w raporcie lat zmieniło się niemal wszystko – od regulacji, przez ceny uprawnień i energii, po koszty produkcji. W aktualnej sytuacji gospodarczej Polski zarabianie na systemie ETS jest praktycznie niemożliwe.

Dlaczego emisyjność przemysłu nie spada

W całej dyskusji na około ETS wciąż nierozwiązany pozostaje problem tego, dlaczego emisyjność przemysłu nie spada równie szybko, jak energetyki. Dysproporcję tę Bruegel tłumaczy ostrzejszymi regulacjami, którymi objęta jest energetyka i postulują rozszerzenie ich na przemysł. Think-tank uważa, że należałoby znacząco ograniczyć liczbę darmowych uprawnień do emisji, ponieważ osłabiają one presję dekarbonizacyjną, której powinien być poddawany europejski przemysł.

Narracja ta jest jednak punktowana przez Qemeticę. Firma zauważa, że szybszy spadek emisji w energetyce nie wynika z presji kosztowej, lecz przede wszystkim z zupełnie innych warunków funkcjonowania tego sektora. Branża energetyczna korzystała i nadal korzysta z szerokiego strumienia dotacji, w tym systemów wsparcia dla odnawialnych źródeł energii, które obniżają koszty transformacji.

Równie istotna jest dostępność technologii alternatywnych. W elektroenergetyce przejście z węgla na OZE czy gaz jest technicznie możliwe i coraz tańsze. W przemyśle sytuacja wygląda inaczej. W wielu procesach produkcyjnych elektryfikacja jest dziś niemożliwa albo wiąże się z kosztami wielokrotnie wyższymi niż w energetyce. Redukcja emisji w przemyśle jest więc z natury trudniejsza i bardziej kapitałochłonna.

Z tego punktu widzenia fakt wolniejszego spadku emisji w przemyśle powinien być argumentem za wzmacnianiem jego zdolności inwestycyjnych, a nie za ich osłabianiem poprzez dalsze podnoszenie kosztów emisji.

Co więcej, istnieje zasadnicza różnica konkurencyjna między tymi sektorami. Sektor energetyczny pracuje lokalnie, przez co działające w nim firmy nie muszą obawiać się konkurencji spoza kontynentu. Przemysł ciężki funkcjonuje natomiast w realiach globalnej gospodarki, gdzie podmioty ze wszystkich stron świata rywalizują o klienta. Z tego powodu rosnące ceny uprawnień mogą mieć odwrotny skutek. Zamiast dekarbonizacji, mogą zachęcać do przenoszenia produkcji do krajów o niższych normach emisyjnych. Na takim scenariuszu straciłaby zarówno gospodarka UE, jak i planeta.

Czy Europę czeka deindustrializacja?

Unijna polityka klimatyczna, zdaniem polskiego przemysłu, coraz częściej rozmija się z pierwotnymi celami gospodarczymi. Zamiast budować przewagę technologiczną Europy, restrykcyjne regulacje grożą utratą konkurencyjności w tradycyjnych sektorach.

Podczas gdy nowe branże, takie jak produkcja paneli fotowoltaicznych czy samochodów elektrycznych, rozwijają się głównie w USA i Chinach, europejski przemysł chemiczny i wydobywczy musi mierzyć się z kosztami, których nie ponoszą ich globalni rywale.

(Widzimy – przyp. red.) trwałe dysproporcje w cenach energii. Ceny gazu (TTF) i energii elektrycznej w UE pozostają wyższe niż w USA czy Chinach. Koszt uprawnień do emisji w Europie jest znacznie wyższy – w USA dotyczą tylko wybranych stanów, w Chinach większość przydzielana jest bezpłatnie – co podważa konkurencyjność produktów UE na świecie.

Artur Newicki, rzecznik prasowy KGHM, dla Biznes Enter.

Dla krajowego przemysłu największym problemem pozostaje brak adekwatnego finansowania dekarbonizacji wymaganej przez system UE. Fundusze, takie jak CISAF (Clean Industrial Deal State Aid Framework), oferują kwoty niewystarczające na pokrycie inwestycji kapitałowych i operacyjnych w technologie zeroemisyjne. Z kolei rosnące koszty uprawnień ETS zaczynają z roku na rok coraz mocniej podważać rentowność sektora.

Jeżeli europejskie firmy będą obciążone kosztami emisji, których nie ponoszą producenci z Turcji czy Azji, ucieczka produkcji stanie się nieunikniona. Aby uniknąć deindustrializacji, system ETS musi ewoluować w kierunku modelu, który realnie chroni strategiczne branże i zapewnia im warunki do inwestowania w kosztowne technologie dekarbonizacyjne. Nie zaś, jak sugeruje Bruegel, w stronę jeszcze bardziej restrykcyjnego systemu podatkowego.

Ignacy Zieliński, dziennikarz Biznes Enter

Część odnośników to linki afiliacyjne lub linki do ofert naszych partnerów. Po kliknięciu możesz zapoznać się z ceną i dostępnością wybranego przez nas produktu – nie ponosisz żadnych kosztów, a jednocześnie wspierasz niezależność zespołu redakcyjnego.

Zdjęcie główne: Grafikę przygotowała Sandra Zięba

Motyw