
Zapaść demograficzna – choć z pełnym impetem uderzy za kilkadziesiąt lat – już dziś daje o sobie znać. Na razie jednak delikatnie. Podgryza kostki rynkowi pracy, niby dla zabawy. Dopiero jak podrośnie, to ugryzie tak, że rynek straci czucie w kończynie i się wywróci. Dziś wolimy jednak udawać, że to czające się pod nogami niebezpieczeństwo okiełzna się samo.
- Teza. Zapaść demograficzna w Polsce postępuje. Co roku ubywa kilkadziesiąt tysięcy Polek i Polaków, gdyż rodzi się nas znacznie mniej niż umiera. Taka tendencja najmocniej uderzy w rynek pracy.
- Dowód. Prognozowany ubytek 40 proc. populacji do 2080 roku oraz gwałtowny wzrost mediany wieku spowodują fizyczny brak rąk do pracy, co bezpośrednio przełoży się na niższe PKB i marginalizację polskiej gospodarki na arenie międzynarodowej.
- Efekt. Przedsiębiorcy muszą przygotować się na trwale kurczący się rynek konsumencki i dramatyczne niedobory pracowników, co wymusi redefinicję modeli biznesowych oraz zwiększy ryzyko wzrostu obciążeń podatkowych niezbędnych do utrzymania systemu emerytalnego.
Zapaść demograficzna za kilka lat uderzy z całą mocą. Spis treści
O katastrofie demograficznej na razie alarmują wyłącznie eksperci i analitycy, co szeroko opisujemy na Biznes Enter od kilku dni. A politycy nie przejawiają ochoty do dyskusji o przeciwdziałaniu czemuś, co z całą siłą uderzy w Polskę być może dopiero za 25 lat. Zresztą trudno im się dziwić. Kiedy w 2012 r. rząd PO-PSL podniósł wiek emerytalny do 67. roku życia, to jego notowania tąpnęły. A skoro obecnie rządzący już raz „sparzyli” się na tym temacie, to nie mają ochoty na ponowne chwytanie gorącego kartofla.
– Przyszli polscy emeryci i emerytki chcą sami decydować, kiedy przechodzić na emeryturę, więc sprawę uważam za zakończoną – stwierdził Donald Tusk w styczniu 2023 r. – Nie mam wątpliwości, że media związane z PiS będą starały się przekonywać, że nasze zwycięstwo w wyborach oznacza podniesienie wieku emerytalnego. Nie, nie oznacza. Nie będziemy podnosić wieku emerytalnego po wygranych wyborach – dodał ówczesny kandydat na premiera, cytowany przez money.pl.
Zapaść demograficzna
Problem w tym, że idziemy na zderzenie ze ścianą. Nie jesteśmy już, jak lubimy mówić, 38-milionowym narodem (ani tym bardziej 40-milionowym). Według Głównego Urzędu statystycznego jest nas mniej niż 37,4 mln. Tempo zanikania Polaków stale przyspiesza, gdyż maleje liczba urodzeń, a rośnie liczba zgonów.
Ta pierwsza zresztą jest szczególnie alarmująca. Współczynnik dzietności powinien wynosić 2,1, aby można było mówić o zastępowalności pokoleń. W Polsce w 2024 r. wyniósł on 1,099 według GUS-u (średnia dla Unii to 1,38). To tak, jakby ze związku dwójki Polaków dziś rodziło się jedno dziecko, które w przyszłości będzie musiało zatroszczyć się o ich emerytury. W końcu system repartycyjny (czyli nasz) zakłada, że bieżące składki finansują bieżące świadczenia.
To oczywiście jest duże uproszczenie, które ma tylko zobrazować problem. W rzeczywistości bardziej grozi nam zbliżenie się do modelu 1:1, czyli jeden pracujący na jednego emeryta, ale na pewno nie 1:2. Przełóżmy jednak problem na konkretne liczby. Kilkanaście dni temu w Biznes Enter opisaliśmy prognozy ZUS-u, z których wynika, że do 2080 r. Ubędzie ponad 10 mln Polaków. Tak jest, nasz kraj wyludni się o ponad jedną czwartą.
Co więcej, pobierający emerytury za mniej niż 55 lat, będą dostawać świadczenie rzędu 18,7 proc. swojej ostatniej pensji. Dzisiejsi seniorzy mogą liczyć na ok. 50 proc. Z kolei dla systemu zaś okresem krytycznym będą lata 50. XXI w., gdy na emerytury zacznie przechodzić pokolenie wyżu demograficznego.
Jednak te daty są na tyle odległe, że nie są w stanie przemówić do polityków, którzy o poparcie walczą tu i teraz. Mamy zresztą problem z kontynuowaniem przez nowe rządy programów i reform zapoczątkowanych przez poprzedników (vide. wspomniany wiek emerytalny, ale też np. Centralny Port Komunikacyjny, czy też Port Polska, który obecna władza na początku kadencji chciała pogrzebać), a co dopiero mówić o kompleksowym programie, który realizowany by musiał być przez dziesięciolecia i szereg gabinetów z różnych opcji politycznych. Przy tym poziomie polaryzacji nie ma szans, żeby „dwa plemiona” jakkolwiek mogły się porozumieć w tej kwestii.
Co gorsza, zapaść demograficzna już dziś daje w kość naszemu rynkowi pracy, o czym mówiła w rozmowie z Biznes Enter prof. Joanna Tyrowicz, członkini Rady Polityki Pieniężnej i współzałożycielka Ośrodka Badawczego GRAPE.
Nasz rynek pracy jeszcze nigdy nie był w takiej sytuacji, jak jest teraz. Widzimy, że naprawdę mocno podgryza już go demografia, spadek liczby osób w wieku aktywności zawodowej przekroczył już sto tysięcy osób rocznie. To skutkuje dużymi problemami z zapewnieniem pracowników w wielu sektorach gospodarki. Spadki zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw w dużym stopniu są tłumaczone przez efekty demograficzne.
Europejczycy żyją coraz dłużej, więc i będą pracować dłużej
I tu właśnie wraca kwestia wyższego wieku emerytalnego. To trend widoczny już w zasadzie w całej Europie. Weźmy kilka przykładów:
- Dania jakiś czas temu zrównała wiek emerytalny kobiet i mężczyzn do 67 lat. W 2025 r. przygotował program dalszych wzrostów: 68 lat w 2030 r., 69 lat w 2035 r. i 70 lat w 2040 r.
- Niemcy od 2031 r. podnoszą wiek emerytalny z 65 do 67 lat.
- Hiszpania stopniowo podnosi wiek emerytalny, który waha się w granicach 65-67 lat w zależności od stażu pracy.
- Portugalia stopniowo podnosi wiek emerytalny – od 1 stycznia 2025 r. wynosi on 66 lat i 7 miesięcy, a w 2027 r. wzrośnie do 66 lat i 11 miesięcy.
- Francja w ramach reformy trwającej do 2030 r. stopniowo podnosi wiek emerytalny z 62 do 64 lat.
- Estonia 65 lat od 2026 r., ale będzie stale aktualizowany w zależności od długości trwania życia obywateli. W 2027 r. wyniesie 65 lat i 1 miesiąc.
W powyższej wyliczance mogłyby znaleźć się jeszcze Wielka Brytania i Irlandia, które już dziś mają najwyższy wiek emerytalny w Europie (68 lat), a mimo to rozważają jego dalsze podniesienie. Wszystkie wymienione państwa argumentują swoje decyzje w ten sam sposób: obywatele żyją coraz dłużej, więc trzeba dostosowywać systemy emerytalne do obecnych realiów. Do tego Europejczyków także rodzi się coraz mniej, więc Stary Kontynent staje się – nomen omen – starzejący.
I ten sam trend widać w Polsce. W latach 1991-2019 przeciętne trwanie życia wzrosło dla mężczyzn o 8,2 roku, a dla kobiet – o 6,7 roku – zauważył Obserwator Gospodarczy. I chociaż w okresie pandemii nastąpił lekki regres średniej długości życia, to jednak od 2022 r. wróciła na ścieżkę wzrostową.
Jak pracują Polacy?
U nas jednak nastrój polityczny bardziej skłania się ku dalszemu, nieformalnemu, obniżaniu wieku emerytalnego. Co jakiś czas do parlamentu lub polityków trafiają petycje w tej sprawie; z kolei związki zawodowe domagają się wprowadzenia emerytur stażowych, które pozwalałyby przejść na świadczenie po przepracowaniu odpowiedniej liczby lat. To de facto było właśnie obniżenie wieku o kilka lat – choć na razie politycy ograniczyli się do obietnic i zwodzenia związkowców. Realnie z projektami ustaw wprowadzających tę reformę nie wydarzyło się w zasadzie nic.
Sprzeciwiający się podniesieniu wieku emerytalnego w Polsce regularnie podnoszą, że jesteśmy jednym z najbardziej zapracowanych narodów na świecie. I na dowód przywołują dane OECD z 2022 r. Wynika z nich, że Kowalski rocznie przepracowuje 1815 godzin, podczas gdy unijna średnia wynosi 1571 godzin. To daje nawet miesiąc więcej pracy w ciągu roku.
Tyle że OECD samo przestrzega przed porównywaniem własnych danych, a to ze względu na to, że inna jest specyfika rynku pracy poszczególnych państw – zauważył serwis terazpraca.org.pl. I tak np. w Polsce nie upowszechnił się system pracy na część etatu. U nas pracuje tak 5 proc. osób, podczas gdy średnia unijna wynosi 14,5 proc. (a w samej Holandii – powyżej 35 proc.). Dane OECD nie rozdzielają pełnoetatowych pracowników od tych pracujących na część etatów.
Nie oznacza to jednak, że cała narracja o przepracowanym narodzie jest do wyrzucenia. Weźmy dane Eurostatu z 2024 r. dotyczące pracujących na pełen etat (czyli eliminujące błąd poznawczy wskazany wyżej) wskazują, że najdłuższy tydzień pracujący mają mieszkańcy:
- Grecji (39,8 godziny),
- Bułgarii (39),
- Polski (38,9),
- Rumunii (38,8).
Najmniej pracują Holendrzy (32,1) oraz ex aequo Duńczycy, Niemcy i Austriacy (33,6). Średnia unijna wynosi 36 godzin.
Weźmy zatem dane dotyczące oczekiwanej długości życia zawodowego (czyli innymi słowy: lata życia, które spędzimy, pracując). W 2024 r. średnia oczekiwana długość wyniosła 37,2 lat co oznacza wzrost o 2,3 lat w ciągu dekady. Wynik zawyżają przede wszystkim: Szwedzi, Duńczycy, Estończycy i Irlandczycy, którzy przepracują ponad 40 lat swojego życia. Na drugim biegunie są Turcy (30,2 lata), Rumuni (32,7) oraz Włosi (32,8).
Jak więc na tym tle wypadają Polacy? Spokojnie mieścimy w dolnej połowie najdłużej pracujących narodów. Wynik 35,5 lat spędzonych w pracy sprawia, że pracujemy krócej od wszystkich naszych sąsiadów. Sytuuje nas też bliżej południa Europy niż zachodu czy jej centralno-wschodniej części. Zresztą spójrzcie sami na grafikę poniżej.

Skoro nie wyższy wiek, to imigracja. Ale i z nią jest problem
Polityka dotycząca rynku pracy na razie skupia się na reformie Państwowej Inspekcji Pracy; nieudanej zresztą, bo została ścięta przez premiera. O podniesieniu wieku emerytalnego nikt nie chce nawet słyszeć. To w tym kraju i tak mogłoby być trudne, bo polscy przedsiębiorcy mają problem z zatrudnieniem osoby zbliżającej się do wieku emerytalnego. Dodajmy, że nad Wisłą dyskryminacja ze względu na wiek, czyli ageizm, nie dotyka tylko doświadczonych, ale także i żółtodziobów, którzy musieli już zacząć płacić podatek dochodowy.
Skoro zatem chcemy wciąż rosnąć i utrzymać status 20. gospodarki świata, to potrzebujemy stałego dopływu rąk do pracy. A skoro rodzi się nas coraz mniej, to rozwiązaniem mogłaby być imigracja.
Jednak nie będzie, bo nad polską polityką wciąż rozpościera się cień tzw. afery wizowej z 2023 r., który zniechęcił decydentów do włożenia w ramy prawne napływu cudzoziemców na nasz rynek pracy. Zresztą Strategia Migracyjna na lata 2025-2030 tego rządu wprost nosi tytuł: Odzyskać kontrolę. Zapewnić bezpieczeństwo – co już samo w sobie sugeruje, jaki jest wydźwięk tego dokumentu. Najmocniej z niego wybrzmiewają takie hasła, jak „czasowe zawieszenie azylu”.
Znaleźliśmy się więc w sytuacji, w której stale ubywa pracowników z rynku, a dwa potencjalne rozwiązania są niestrawne dla polityków. Trzeciego remedium natomiast nikt jeszcze nie wymyślił.
Krystian Rosiński, dziennikarz i wydawca Biznes Enter
Część odnośników to linki afiliacyjne lub linki do ofert naszych partnerów. Po kliknięciu możesz zapoznać się z ceną i dostępnością wybranego przez nas produktu – nie ponosisz żadnych kosztów, a jednocześnie wspierasz niezależność zespołu redakcyjnego.
Zdjęcie główne: Alexas_Fotos / Unsplash.com