
Cła, wojsko, minerały, bezpieczeństwo, suwerenność, walka – jeszcze kilka miesięcy temu nikt by nie wymieniał tych słów jednym tchem, mówiąc o największej wyspie świata. Teraz Grenlandia jest na ustach wszystkich. Topniejąca Arktyka przestaje być białą pustynią, a staje się areną, na której mocarstwa rysują nowe mapy szlaków handlowych i stref wpływów. W tej grze Dania płaci swoisty abonament za mocarstwowość, USA testują granice sojuszy, a nauka staje się pierwszą ofiarą nowej zimnej wojny. Tylko, po co to wszystko? I do czego nas to zaprowadzi? Na stole są trzy możliwe zakończenia obecnego konfliktu. Jedno przygotowuje szef NATO i oby to ta opcja wygrała.
- Teza. Przekształcanie się topniejącej Arktyki z lodowej pustyni w strategiczną arenę rywalizacji mocarstw o nowe szlaki handlowe, surowce krytyczne i strefy wpływów czyni z Grenlandii kluczowy punkt zapalny, który redefiniuje globalne bezpieczeństwo oraz spójność sojuszy w XXI wieku.
- Dowód. Dla Danii utrzymywanie deficytowej gospodarczo Grenlandii jest polityczną koniecznością, gwarantującą jej status państwa arktycznego i miejsce przy stole decyzyjnym obok USA czy Rosji. Z perspektywy Waszyngtonu, kontrola nad wyspą (jako „Wschodnią Bramą” do Przejścia Północno-Zachodniego) jest kluczowa dla powstrzymania rosyjskiej militaryzacji regionu oraz zabezpieczenia północnej flanki NATO przed rosnącymi wpływami Chin.
- Dowód. Postępujące ocieplenie klimatu otwiera potencjalnie krótsze o 40 proc. szlaki handlowe między Azją a Europą oraz umożliwia dostęp do złóż metali ziem rzadkich (niezbędnych dla nowoczesnych technologii), co sprawia, że Grenlandia staje się niezbędnym elementem uniezależnienia się Zachodu od chińskich łańcuchów dostaw.
- Efekt. Eskalacja napięć wokół Grenlandii grozi nieodwracalnym paraliżem dyplomacji naukowej (niezbędnej do monitorowania klimatu) oraz destabilizacją sojuszu NATO, gdzie próba narzucenia „prawa silniejszego” przez USA może doprowadzić do pęknięć w relacjach transatlantyckich, zastępując współpracę międzynarodową brutalną rywalizacją o zasoby – nawet na dnie oceanów.
Grenlandia i Artyka to teraz punkty zapalne świata
Grenlandia to ziemia pełna sprzeczności. Jest największą wyspą świata, którą zamieszkuje tyle osób, ile w średnim powiatowym mieście w Polsce (ok. 57 tys. ludzi). W większości to Inuici, których tożsamość i gospodarka są nierozerwalnie związane z morzem.
Grenlandzka gospodarka jest monokulturowa. Rybołówstwo i przetwórstwo rybne odpowiadają za ponad 90 proc. eksportu wyspy. Krewetki i halibut to „ropa” Grenlandii. Każde zagrożenie dla ekosystemu morskiego – czy to wyciek z platformy wiertniczej, czy toksyczne odpady z kopalni metali ziem rzadkich – jest traktowane przez mieszkańców jako zagrożenie egzystencjalne.
Grenlandia abonamentem Danii na mocarstwowość
To właśnie ten lokalny kontekst, często ignorowany w Waszyngtonie, zablokował wielki projekt wydobywczy Kvanefjeld. Grenlandczycy, mając do wyboru hipotetyczne miliardy z uranu i pewne dochody z ryb, wybrali te drugie, obawiając się skażenia fiordów. Na wyspie coraz głośniej mówi się o niepodległości, ale jednocześnie wszyscy są świadomi, że bez duńskiej dotacji ich standard życia drastycznie spadnie.
No właśnie, dotacji. Z perspektywy czysto księgowej ministra finansów Danii, Grenlandia jest bowiem katastrofą. Każdego roku Kopenhaga przelewa do Nuuk blisko 4 miliardy koron (ok. 600 mln dol.) w ramach bezzwrotnej dotacji, co stanowi ponad połowę budżetu wyspy. To cena za utrzymanie przy życiu administracji, szkół i szpitali. Gdyby Dania była korporacją, dawno wydzieliłaby ten nierentowny dział (spin-off) i sprzedała go inwestorowi – na przykład Stanom Zjednoczonym, które od czasów administracji Trumana Harry’ego Trumana w 1946 r. kładą na stole oferty kupna.
Dlaczego więc Dania, państwo słynące z pragmatyzmu i oszczędności, kurczowo trzyma się tego „pasywa”? Odpowiedź jest brutalnie prosta – Grenlandia to bilet wstępu do elitarnego klubu, w którym zapadają decyzje o losach świata. Bez niej Dania jest małym, nizinnym państwem rolniczym na północy Starego Kontynentu. Z nią – staje się mocarstwem arktycznym, zasiadającym przy jednym stole z USA, Rosją i Kanadą w Radzie Arktycznej (choć ta od ataku Kremla na Ukrainę jest „martwa”).
Artyka – pole działań mocarstw
Żeby zrozumieć, o co tak naprawdę toczy się gra ws. Grenlandii, musimy rozszerzyć ten problem na całą Artykę. To ona bowiem staje się na naszych oczach areną działań światowych mocartw. Nic zresztą w tym dziwnego, bo topniejące lodowce są obecnie synonimem nie tylko nowych szlaków handlowych, ale szeroko rozumianego bezpieczeństwa – energetycznego oraz wojskowego. Zacznijmy jednak od handlu.
Kluczowym elementem, który rozpala wyobraźnię strategów, jest Przejście Północno-Zachodnie (NWP) – morska droga łącząca Atlantyk z Pacyfikiem wzdłuż północnych wybrzeży Kanady i Alaski. Przez stulecia Przejście Północno-Zachodnie było mitem, cmentarzyskiem takich odkrywców jak John Franklin.
Niektórzy nazywają je nawet nowym „Kanałem Sueskim Północy”, który ma skrócić czas transportu z Azji do Europy nawet o 40 proc. Dla polskich portów byłby to istotny przełom.
Na razie jednak ten szlak jest w powijakach. Choć akcent pada na wyrażenie „na razie”.

Według najnowszego raportu Roberta Headlanda z Instytutu Badań Polarnych (SPRI) na Uniwersytecie w Cambridge, do końca sezonu nawigacyjnego 2025 roku, w całej historii odnotowano zaledwie 465 pełnych tranzytów tą trasą. To liczba mikroskopijna w skali globalnej logistyki. Co więcej, dynamika wzrostu jest daleka od wykładniczej:
- W sezonie 2023 odnotowano 41 tranzytów.
- W sezonie 2024 liczba ta spadła do 38.
- W sezonie 2025 wyniosła 35 .
Dla porównania, Kanał Sueski obsługuje tyle jednostek w ciągu kilkunastu godzin. Arktyka to nie autostrada, to wciąż wąska, niebezpieczna ścieżka. Z tych 465 historycznych rejsów, tylko 56 przewoziło ładunek komercyjny. Dominującym graczem jest tu holenderska firma Wagenborg, której statki klasy lodowej (np. Thamesborg, Amazoneborg) wożą surowce masowe: ścier drzewny, anody węglowe czy koncentraty metali, a nie kontenery z elektroniką.
Istniejący szlak boryka się z problemami technicznymi. Najkrótsza i najgłębsza trasa (Route 1) przez Cieśninę McClure’a jest wciąż blokowana przez ciężki lód i została pokonana w kierunku zachodnim zaledwie 5 razy w historii. Statki zmuszone są korzystać z płytszych tras południowych (Route 3-6), gdzie głębokość w kluczowych punktach spada do 10-14 metrów, a w Simpson Strait nawet do 6,4 metra, co wyklucza nowoczesne, głębokowodne jednostki oceaniczne.
Dodatkowo, szlak jest nieprzewidywalny. W 2018 r., określanym jako „lato ciężkiego lodu”, trasę udało się pokonać zaledwie 3 jednostkom. Biznes, który opiera się na dostawach „Just-in-Time”, nie może pozwolić sobie na taką ruletkę.
Klimat jednak wszystko może zmienić
Mimo obecnych trudności, trend klimatyczny jest nieubłagany. Raporty Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) mówią, że Arktyka ociepla się trzykrotnie szybciej niż reszta globu.
Jednak to badanie opublikowane w Proceedings of the National Academy of Sciences przez naukowców z Uniwersytetu Browna z 2022 r. wstrząsnęło branżą logistyczną. Modelowanie wskazuje, że do 2065 r. Arktyka będzie żeglowna dla zwykłych statków handlowych przez znaczną część roku, co bardzo osłabiłoby pozycję Rosji w międzynarodowym handlu na tym obszarze. Jeszcze agresywniejsze prognozy jak np. prof. Alexandry Jahn z University of Colorado Boulder z 2024 r. mówią, że pierwszy dzień wolny od lodu na Oceanie Arktycznym może nastąpić już przed 2030 rokiem.
Co to oznacza dla biznesu? Czysty zysk. Jeśli trasa z Szanghaju do Rotterdamu przez Arktykę jest o ok. 30-40 proc. krótsza niż przez Kanał Sueski, to daje to oszczędność rzędu 14-20 dni żeglugi w jedną stronę. W skali roku, dla jednego gigantycznego kontenerowca, oznacza to miliony dolarów oszczędności na paliwie i możliwość wykonania dodatkowych dwóch-trzech rotacji (podróży w obie strony).
Grenlandia nie leży w centrum tego szlaku (ten biegnie przez archipelag kanadyjski), ale jest jego Wschodnią Bramą. Każdy statek wchodzący na ten szlak z Atlantyku lub z niego wychodzący, musi minąć Grenlandię. Kto kontroluje porty w Nuuk czy Sisimiut, ten kontroluje stacje serwisowe, ratownictwo (SAR) i punkty przeładunkowe dla nowej „Jedwabnej Drogi Północy”. Dania doskonale wie, że oddanie tej kontroli USA sprowadziłoby Europę do roli klienta, a nie współgospodarza szlaku.
Gra toczy się obecnie o status prawny tych wód. Kanada (podobnie jak Rosja na Północnej Drodze Morskiej) traktuje te szlaki jako swoje wody wewnętrzne, co dawałoby jej prawo do blokowania przepływu, inspekcji i pobierania opłat. USA i Unia Europejska forsują interpretację o cieśninach międzynarodowych, gwarantującą swobodę żeglugi. Przejęcie Grenlandii dałoby Waszyngtonowi kontrolę nad wschodnim wejściem do szlaku, pozwalając wywierać presję na Kanadę i de facto decydować o tym, kto może wpłynąć na „nowy Jedwabny Szlak”.
Walka o dno morskie…
Równolegle toczy się walka o dno morskie. Globalna transformacja w kierunku czystej energii napędza popyt na minerały krytyczne, takie jak nikiel, kobalt, mangan i metale ziem rzadkich (REE), które są niezbędne do produkcji wszystkiego – od smartfonów i baterii po myśliwce (więcej o tym piszemy, wyjaśniając umowę Unii Europejskiej z Mercosur).
REE to grupa 17 pierwiastków, które dzielą się na lekkie, średnio ciężkie i ciężkie. Wbrew nazwie niektóre z nich są bardziej powszechne niż ołów czy miedź, ale nie występują pojedynczo, a ich stężenie w rudach rzadko jest na tyle wysokie, by uczynić wydobycie ekonomicznie opłacalnym. Cechują się bardzo wysoką siłą magnetyczną i stabilnością w wysokich temperaturach, dzięki czemu znajdują zastosowanie w licznych sektorach nowoczesnego przemysłu. 90 proc. przetwórstwa tych metali należy do Chin. Cały świat więc chce się od nich uniezależnić.
Wywołuje to zainteresowanie rządów i korporacji górnictwem dna morskiego.
Pozyskiwanie minerałów krytycznych z dna morskiego mogłoby pomóc zaspokoić popyt w czasie, gdy Chiny kontrolują znaczną część światowych dostaw tych surowców. Jednak ekosystemy głębinowe są słabo poznane, a zakłócenia wynikające z wydobycia miałyby nieznane konsekwencje dla zdrowia oceanów. Czterdzieści krajów popiera obecnie albo zakaz, albo wstrzymanie górnictwa głębinowego do czasu lepszego zrozumienia ryzyka.
Obawy te idą w parze z napięciami geopolitycznymi: większość minerałów głębinowych znajduje się na wodach międzynarodowych, gdzie rywalizacja o dostęp i zyski może stać się kolejnym frontem globalnej rywalizacji. Jednak, jak wskazuje prof. Elizabeth Nyman z Texas A&M University, wyścig ten prowadzi do konfliktów o szelf kontynentalny (np. o Grzbiet Łomonosowa) i zagraża stabilności regionu arktycznego.
…i o ląd
Dlatego też zainteresowanie USA przeniosło się na razie na ląd. To tam pod grenlandzkimi skałami ukrywają się metale ziem rzadkich (REE). Największa wyspa świata złóż ma mniej więcej tyle co całe Stany Zjednoczone – ok. 1,5 mln ton.

Dlaczego więc, mimo bogactw, nie ma na Grenlandii jeszcze kopalnianego boomu? Odpowiedź brzmi:„koszty i logistyka”. Wydobycie surowców na Grenlandii to koszmar inżynieryjny.
Problemem jest brak infrastruktury. Na wyspie jest jedynie ok. 160 km dróg. Każdą kopalnię trzeba budować od zera wraz z portem, elektrownią i lotniskiem. Kłopotem też jest pogoda. Okno operacyjne jest krótkie, a warunki ekstremalne. Nawet jeśli fiordy odmarzają, góry lodowe i sztormy paraliżują logistykę wywozu urobku.
Grenlandczykom bardzo zależy również na środowisku, bo z niego żyją, a procesy separacji metali ziem rzadkich są toksyczne. W surowym klimacie Arktyki regeneracja środowiska trwa dekady, a skażenie wód zniszczyłoby rybołówstwo – kręgosłup lokalnej gospodarki.
Nauka to pierwsza ofiara wojny w Arktyce
Patrząc szerzej, minerały i szlaki handlowe to tylko jedne z figur na arktycznej szachownicy. Innymi mocnymi pionkami jest tutaj militaryzacja tego obszaru. Widzimy ją w reaktywacji rosyjskich baz. Jak informują media, Rosja od ponad stu lat nielegalnie okupuje Wyspę Wrangla, formalnie uznawaną za terytorium Stanów Zjednoczonych, gdzie obecnie wzmacnia swoją obecność w regionie, budując na wyspie nowoczesną bazę wojskową. To budzi poważne obawy o bezpieczeństwo i ochronę unikalnej przyrody Arktyki.
Z kolei USA w planach mają rozbudowę bazy Pituffik Space Base, co zamienia Grenlandię, jak i całą Arktykę w strefę „wysokiego napięcia”, gdzie incydent z rybakami czy statkiem badawczym może przerodzić się w kryzys dyplomatyczny.
Czy są jakieś ofiary tego stanu rzeczy? Tak, już są. Arktyka właśnie traci swój najważniejszy zasób – wiedzę. Inwazja Rosji na Ukrainę w 2022 r. doprowadziła do bezprecedensowego załamania dyplomacji naukowej, co precyzyjnie opisuje raport dotyczący sieci badawczej INTERACT (Johansson & Callaghan, 2025).
INTERACT, sieć łącząca 90 stacji badawczych w 18 krajach, była modelem współpracy ponad podziałami. Po wybuchu wojny współpraca z 21 rosyjskimi stacjami została zamrożona. Skutki są katastrofalne.
Rosja posiada 53 proc. linii brzegowej Arktyki oraz ogromne obszary wiecznej zmarzliny i tajgi. Wykluczenie danych z tego obszaru tworzy gigantyczną lukę poznawczą. Modele klimatyczne stają się „stronnicze”, opierając się tylko na danych z zachodniej półkuli.
Zerwano także kontakty z dziesiątkami rosyjskich naukowców, którzy wcześniej byli włączeni w zachodnie projekty badawcze, co cofnęło poziom integracji naukowej do stanu gorszego niż w czasie zimnej wojny.
Bez danych z Syberii nie jesteśmy w stanie precyzyjnie przewidzieć tempa uwalniania metanu z rozmarzającej zmarzliny ani globalnych skutków zmian prądów morskich. Geopolityka oślepiła naukę w momencie, gdy potrzebujemy jej najbardziej. Zaostrzenie kursu na Arktyce tego stanu rzeczy nie poprawi.
Polityczny realizm Donalda Trumpa i trzy możliwe scenariusze
To wszystko sprawia, że entuzjazm Donalda Trumpa co do wydobycia metali ziem rzadkich z Grenlandii i pozyskania całej wyspy nie maleje. W weekend napisał, że od 1 lutego nałoży 10-procentowe cła na Danię, Norwegię, Szwecję, Francję, Niemcy, Holandię, Finlandię i Wielką Brytanię. Państwa te wysłały niewielkie grupy żołnierzy na Grenlandię, które wezmą udział w kierowanych przez Danię ćwiczeniach „Arctic Endurance”. Taryfy mają w czerwcu wzrosnąć do 25 proc. i obowiązywać, dopóki USA nie zawrą umowy w sprawie zakupu wyspy będącej autonomicznym terytorium Danii.
Europa się oburzyła, a z Londynu, Paryża, czy Kopenhagii popłynęły słowa, że Stary Kontynent nie da się zastraszać. Sytuacja wokół Grenlandii więc eskaluje. Rozwiązania takiego stanu rzeczy są trzy.
Pierwszym z nich jest wycofanie się Trumpa, porzucenie planu „przejęcia Grenlandii” i poszanowanie status quo. To plan, który przed weekendem zakładał również Ośrodek Studiów Wschodnich.
W tym scenariuszu mowa jest o wyborach połówkowych, które odbywają się w listopadzie w USA. Dlaczego są one ważne. Dlatego, że Partia Republikańska ws. przejęcia Grenladnii jest głęboko podzielona. Frakcja „jastrzębi” (jak Tom Cotton) popiera ekspansję, ale wpływowi senatorowie, tacy jak Lisa Murkowski z Alaski, ostrzegają przed traktowaniem sojuszników jak „zasobów” i psuciem relacji w NATO.
Sondaże pokazują, że zaledwie 4-7 proc. Amerykanów popiera użycie siły w tej kwestii. Trump, jako polityczny pragmatyk, może nie zaryzykować otwartego konfliktu z Danią i ewentualnej kompromitacji dyplomatycznej tuż przed walką o Kongres.
Jest to jednak bardzo mało prawdopodobne: retoryczna eskalacja prezydenta osiągnęła już punkt, z którego nie ma odwrotu, a on sam znajduje się teraz w sytuacji, w której musi sprzedać sprawę Grenlandii swojemu elektoratowi jako historyczne zwycięstwo – uważa na łamach The Conversation Michele Testoni, profesor stosunków międzynarodowych z IE University.
Drugą opcją jest zatem okupacja wojskowa. Rządzi tym logika wojny nerwów, w której obie strony eskalują sytuację, łudząc się, że to ten drugi w końu zrezygnuje . Siły zbrojne USA są większe, znacznie lepiej przygotowane do walki i wspierane przez administrację, która już pokazała, że potrafi użyć siły celowo i jednostronnie – z aprobatą Kongresu (jak przewiduje Konstytucja USA) lub bez niej. Trump może sądzić, że w chwili prawdy Europejczycy przestraszą się i wycofają.
Według Tesotniego to najgorszy scenariusz, który mógłby doprowadzić do końca NATO, a nawt wywołać efekt domina w postaci pogarszających się relacji wewnątrz Wspólnoty, co zagroziłoby jedności UE. Prawdą jest, że Trump może odczuwać pokusę kontynuowania swojego nieprzewidywalnego podejścia w stylu „siła stanowi prawo” (co niektórzy analitycy barwnie określili strategią „narób zamieszania i sprawdź, co się stanie” / ang. Fuck Around and Find Out).
Trzecią możliwością jest wynegocjowanie kompromisu korzystnego dla obu stron. USA i Dania mogłyby zrewidować swoją dwustronną umowę z 1951 roku i w ten sposób zapewnić Waszyngtonowi rozszerzoną obecność wojskową na wyspie (na przykład pozwolenie na budowę bazy dla amerykańskich atomowych okrętów podwodnych) wraz ze specjalnymi koncesjami na wydobycie surowców.
Jednocześnie Dania i inni sojusznicy z NATO zobowiązaliby się do zwiększenia swojej obecności wojskowej na Grenlandii i w całej Arktyce. Mówi się, że Sekretarz Generalny NATO, Mark Rutte, aktywnie pracuje nad takim rezultatem. Byłoby to rozwiązanie typu „win-win” i bardzo pożądane wyjście z sytuacji.
Gra o sumie niezerowej? Trzymajmy kciuki
Podsumowując, Arktyka nie jest już „Daleką Północą”. Stała się „Bliskim Centrum” nowego porządku świata. Dania, płacąc miliardy na utrzymanie Grenlandii, kupuje czas i stabilność dla Europy. USA, strasząc zakupem lub okupacją, testują, na ile mogą sobie pozwolić w świecie, w kórych Chiny budują lodołamacze, a Rosja na nieswojej wyspie tworzy bazę wojskową.
Dla Polski i Europy wniosek jest jeden – nie możemy patrzeć na Arktykę tylko przez pryzmat topniejącego lodu. To region, gdzie decyduje się przyszłość szlaków handlowych, bezpieczeństwo klimatyczne i spójność NATO.
Jeśli pozwolimy, by rządziło tam prawo silniejszego, a nie prawo międzynarodowe, stracimy nie tylko dostęp do surowców, ale i kontrolę nad własnym bezpieczeństwem. Gra o Grenlandię to w istocie gra o to, kto napisze zasady całego globu dla drugiej połowy XXI wieku. Na razie jesteśmy w fazie chaotycznego otwarcia, w którym lód topnieje szybciej niż rodzą się polityczne rozwiązania. Obyśmy tylko nie zabrnęli w tym geopolitycznym mrozie za daleko.
Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter
Część odnośników to linki afiliacyjne lub linki do ofert naszych partnerów. Po kliknięciu możesz zapoznać się z ceną i dostępnością wybranego przez nas produktu – nie ponosisz żadnych kosztów, a jednocześnie wspierasz niezależność zespołu redakcyjnego.
Zdjęcie główne: Pexels