
W salach porodowych szpitali położniczych w Szanghaju panuje cisza. Jest ona głośniejsza niż jakikolwiek krzyk polityczny. Ta cisza może zwiastować bowiem burzę gospodarczą, jakiej świat jeszcze nie widział. Chiny mierzą się właśnie z największym „kryzysem demograficznym od tysiąca lat”, jak mówi znany demograf Yi Fuxian. Co to oznacza dla Europy, w tym Polski? Słaby i kurczący się chiński konsument zmusi Pekin do zostania eksportowym drapieżnikiem. Państwo Środka może jeszcze większą falą zalać nas tanimi produktami, co w niedługim czasie zmiażdżyłoby konkurencyjność europejskich sektorów jeden po drugim. Odliczanie już się zaczęło.
- Teza. Gwałtowna zapaść demograficzna Chin, cofająca liczbę urodzeń do poziomu z XVIII wieku, trwale niszczy wewnętrzny popyt i zmusza Pekin do agresywnego eksportu nadwyżek produkcyjnych za wszelką cenę. Aby utrzymać gospodarkę przy życiu mimo kurczącej się populacji, Chiny zaleją rynki europejskie dotowanymi towarami, co grozi strukturalną deindustrializacją Zachodu.
- Dowów 1. Liczba urodzeń spadła do historycznego minimum 7,92 miliona, a populacja skurczyła się o rekordowe 3,39 miliona osób, co drastycznie ogranicza grupę „super konsumentów” (młodych rodzin) napędzających wydatki. Przy niższym dochodzie rozporządzalnym i słabszej konsumpcji, chiński rynek wewnętrzny fizycznie nie jest w stanie wchłonąć produkcji własnych fabryk, co skutkuje chroniczną nadpodażą.
- Dowód 2. Nadwyżka handlowa Chin przekraczająca bilion dolarów oraz trwająca deflacja cen producentów dowodzą, że kraj ten jest uzależniony od zbytu zewnętrznego. W obliczu braku popytu krajowego, chińskie firmy decydują się na strategię dumpingu, sprzedając towary w Europie poniżej kosztów wytworzenia, byle tylko utrzymać płynność finansową i uniknąć zamykania zakładów.
- Efekt. Polska, będąca kluczowym poddostawcą dla przemysłu niemieckiego, stanie w obliczu gwałtownego spadku zamówień, gdy zachodni kontrahenci zaczną przegrywać konkurencję cenową z chińskim importem. Rodzimi producenci z sektorów takich jak produkcja baterii mogą być zagrożeni bankructwem, nie mogąc konkurować z dotowanymi towarami z Chin.
Chiny mają potężny kryzys demograficzny
Gdy kilka dni temu chińskie Narodowe Biuro Statystyczne opublikowało zestaw danych za miniony rok, świat wstrzymał oddech. Ale to nie wskaźniki gospodarcze wywołały dreszcz na plecach ekonomistów. Były to dwie inne liczby – 7,92 miliona urodzeń noworodków oraz spadek populacji Chin o 3,39 miliona.
Chiny oficjalnie weszły w spiralę, której nie da się zatrzymać. Po utracie korony najludniejszego państwa świata na rzecz Indii w 2023 r., Chiny w 2025 r. zanotowały historyczny regres. Te dane to zapalnik, który właśnie uruchomił gospodarczą bombę zegarową podłożoną pod fundamenty Europy i Polski.
Chiny mierzą się z kryzysem demograficznym, jakie świat nie widział
Yi Fuxian, wybitny demograf z University of Wisconsin-Madison, od lat był głosem wołającym na puszczy. Dziś jego ponure prognozy stają się faktem, którego nawet cenzura w Pekinie nie jest w stanie ukryć. W wywiadach udzielanych w renomowanych mediach (Reuters, Bloomberg, BBC) Fuxian przekonuje, że liczba urodzeń spadła do poziomu porównywalnego z 1738 r., czasami cesarza Qianlonga, kiedy populacja Chin wynosiła zaledwie 150 mln.
Dziś polityka Xi Jinpinga i dziedzictwo jego poprzedników doprowadziły do sytuacji, w której Chiny „zjadają” własną przyszłość. Chiny nie publikują wskaźnika dzietności (TFR), ale demografowie estymują, że w Państwie Środka spadł on do ok. 0,9, co jest wartością dramatycznie złą i daleką od poziomu zastępowalności pokoleń (2,1) i swoją drogą wcale nie tak odległą od polskiej, również fatalnej demografii. Takie postawienie sprawy nie wróży dobrze chińskiemu rządowi. Oddajmy głos Fuxianowi.
Liczba kobiet w wieku rozrodczym szybko się kurczy, wiek zawierania małżeństw stale się opóźnia, a odsetek osób niezamężnych rośnie. Liczba urodzeń będzie spadać bez końca. Wielu z nas obawia się, że nieszczęśliwie dożyje momentu, gdy roczna liczba urodzeń spadnie poniżej poziomu z drugiego roku ery Yuanshi za panowania cesarza Pinga z zachodniej dynastii Han (2 r. n.e.) – wówczas populacja wynosiła 59 594 978 osób (są to najwcześniejsze i stosunkowo dokładne dane ludnościowe w historii Chin). Do końca tego stulecia liczba urodzeń w Chinach nie będzie stanowić nawet 1 proc. urodzeń na świecie. To nie jest zmiana, jakiej nie widziano od stu lat, ale kryzys demograficzny, jakiego nie widziano od tysiąca lat!
Yi Fuxian, analiza własna
Mechanizm zagłady. Brak dziecka to brak konsumenta
Współczesna ekonomia opiera się na prostym założeniu – ludzie konsumują. A nikt nie napędza konsumpcji tak potężnie, jak młode rodziny. „Dzieci to super konsumenci’” — wyjaśnia Yi Fuxian, cytowany przez Bloomberga.
To grupa, która napędza wydatki. Od pieluch, przez edukację, aż po konieczność zakupu większego mieszkania i samochodu. Załamanie liczby noworodków oznacza, że z chińskiego rynku wyparowuje popyt – dodaje.
W tym kontekście szczególnie niepokojące są dane o rynku pracy. Populacja w wieku produkcyjnym (między 16. a 59. rokiem życia) kurczy się nieprzerwanie od lat. W 2025 r. stanowiła ona już 60,6 proc. ogółu ludności, co oznacza drastyczny zjazd z poziomu ponad 70 proc. jeszcze dekadę temu.
Ale to nie wszystko. Istnieją prognozy ONZ, które brzmią jak wyrok śmierci dla mocarstwowych ambicji Pekinu. Według nich do 2100 r. populacja Chin może spaść z obecnych 1,4 mld do zaledwie 390–500 milionów. Jedno państwo straciłoby miliard ludzi.
Co gorsza, za 10 lat na emeryturę jednego Chińczyka ma przypadać 1,22 osoby pracującej (w Polsce ten wskaźnik osiągnięmy kilkadziesiąt lat później, w drugiej połowie tego stulecia, o czym szeroko piszemy TUTAJ). To zmusza Pekin do niepopularnych działań, za które w Polsce płaci się utratą władzy – podnosi wiek emerytalny. Kobiety pracujące fizycznie będą mogły przejść na emeryturę w wieku 55 lat, zamiast obecnych 50. Dla kobiet na stanowiskach biurowych wiek emerytalny wzrośnie z 55 do 58 lat. W przypadku mężczyzn granica zostanie podniesiona z 60 do 63 lat. Takie działania to jednak maskowanie zgnilizny.
Chińska Akademia Nauk Społecznych szacuje, że skumulowane saldo funduszu ubezpieczenia emerytalnego zostanie wyczerpane do 2035 r. To matematyczna gilotyna. W systemie brakuje młodych, którzy wpłacaliby składki na utrzymanie rosnącej rzeszy seniorów. Rodzi to gigantyczne napięcia społeczne. Emeryci miejscy żyją względnie dobrze, ale miliony starszych migrantów wiejskich otrzymują głodowe świadczenia. Młodzi ludzie, widząc biedę rodziców, boją się o własną przyszłość i zamiast wydawać, oszczędzają jeszcze bardziej.
To prowadzi nas do stress testów chińskiej gospodarki, która już teraz boryka się z tuzinami strukturalnych problemów.
Chiński model się załamuje
Demografia uderza bowiem w samo serce smoczego modelu wzrostu – konsumpcję. Ta z kolei podmywa rynek nieruchomości i budownictwo. Mniej zakładanych rodzin to drastyczny spadek popytu na mieszkania.
A Chinom nie potrzeba wiele, by jeden kryzys pociągnął za sobą drugi. Przez dekady Chińczycy wierzyli, że ceny mieszkań mogą tylko rosnąć. Sektor nieruchomości odpowiadał za abstrakcyjne 30 proc. PKB Chin (w USA przed kryzysem 2008 r. było to „zaledwie” 15 proc.). Mieszkania stały się de facto jedyną formą oszczędzania dla obywateli.
Dziś ten rynek jest martwy. Deweloperzy tacy jak Evergrande upadli, zostawiając za sobą miliony niedokończonych mieszkań. Ludzie płacili za dziury w ziemi, a teraz zostali z kredytami za mieszkania, które nigdy nie powstaną. Efekt? Załamanie zaufania. Chińczycy przestali wydawać pieniądze.
Astronomiczny dług
Na to wszystko nakłada się również dług. Prawdziwą bombą nie jest jednak jak na Zachodzie dług rządu centralnego, ale długi samorządów. To zresztą wymysł czysto chiński. Lokalne władze, aby ominąć limity zadłużenia, tworzyły specjalne spółki (LGFV – Local Government Financing Vehicles), które pożyczały pieniądze na budowę infrastruktury.
MFW szacuje, że ten ukryty dług wynosi aż 9 bilionów dol. To połowa PKB Chin. Miasta budowały metro i autostrady, licząc, że spłacą to ze sprzedaży ziemi deweloperom. Ale deweloperzy zbankrutowali i przestali kupować ziemię. Samorządy zostały bez dochodów, a z gigantycznymi odsetkami do spłacenia. Efekt? W niektórych prowincjach obcina się o 30 proc. pensje urzędnikom, nauczycielom, a nawet wyłącza latarnie uliczne.
Podsumowując, chiński dług (całkowity, czyli państwa, firm i gospodarstw) przekroczył już 300 proc. PKB. To więcej niż w USA. Zachód nie mógłby sobie pozwolić na takie zadłużanie nierentownych projektów, bo rynki finansowe by go zjadły. W Chinach rynek finansowy jest zamknięty i kontrolowany. Mimo to presja narasta.
Piekło rozwoju. Ludzie jako przeszkody w Excelu
W tym momencie musimy wyjaśnić, że syreny alarmowe odpalane jedna po drugiej w wielu miejscach chińskiej gospodarki to jednak tylko suche wskaźniki ekonomiczne. Prawdziwy dramat zaczyna się na poziomie ludzkim. Dlaczego?
Bo inwestycje, choć na Zachodzie chwalone za szybkość i postęp, mają swoje ciche ofiary i koszty – całkowitą pogardę dla praw jednostki i własności prywatnej. Wzrost PKB jest ważniejszy niż człowiek. Urzędnik, żeby awansować musiał „wyprodukować” jak największy przyrost gospodarczy. W Państwie Środka znajdziemy mnóstwo pomników pychy i korupcji, jak mosty donikąd, autostrady, po których nikt nie jeździ, czy całe osiedla-widmo, które są okupione ludzkim cierpieniem. Przykładów nie brakuje.
„Gwoździe” wbijane w beton
Aby zbudować tysiące kilometrów autostrad i lśniące dzielnice biznesowe, często przesiedlano miliony ludzi. W Chinach nie istnieje pojęcie „nienaruszalności własności”. Ziemia należy do państwa. Obywatel ją tylko dzierżawi. Zjawisko to symbolizują tzw. „domy-gwoździe” (Dingzihu).
To samotne domki stojące na środku wielopasmowych autostrad lub w lejach po bombie, które są placami budowy wieżowców. Ich właściciele odmówili wyprowadzki za oferowane grosze. Większość jednak nie miała tyle siły walczyć w imię zachowania własnych czterech kątów. W imię „rewitalizacji” całe historyczne dzielnice (Hutongi) w Pekinie zostały zrównane z ziemią, a ich mieszkańcy wysiedleni do blokowisk na dalekich peryferiach, tracąc więzi społeczne i źródła utrzymania. Było to skuteczne i szybkie, ale należy zadać pytanie, jakim odbyło się to kosztem.
„Matką wszystkich przesiedleń” była jednak budowa Tamy Trzech Przełomów. Choć to historia sprzed lat, jej echa wciąż rezonują jako model działania władzy. Aby zbudować tę tamę, przesiedlono przymusowo 1,3 miliona ludzi, zatopiono 13 dużych miast, 140 miasteczek i 1350 wiosek. Ludzie ci często trafiali na gorsze ziemie, bez rekompensat pozwalających na odtworzenie życia. To stworzyło wręcz traumę pokoleniową.
Hukou – paszport we własnym kraju
Aby zrozumieć, dlaczego, choć od lat komuniści mówią, że chcą wzmacniać konsumentów, niewiele to daje, musimy dogłębnie przekroić chińską tkankę społeczną.
Zaglądając do trzewi, widzimy, że najbardziej wyrafinowanym narzędziem opresji ekonomicznej jest system hukou. Dzieli on Chińczyków na dwie kasty. Szacuje się, że w Chinach 290 milionów pracowników migrujących (którzy pracują w fabrykach iPhone’ów czy na budowach) ma wiejskie hukou. Jak to działa?
Ludzie z wiejskimi paszportami choć mieszkają w miastach od dekad, nie mają prawa posłać dzieci do miejskiej szkoły publicznej, nie mają prawa do miejskiej opieki zdrowotnej, a gdy tracą pracę są „odsyłani” na wieś, której często już nie pamiętają. To tak jakby mieszkaniec Podkarpacia pracujący w Warszawie był traktowany jak nielegalny imigrant bez żadnych praw, a za wszelkie podstawowe usługi, jak szkoła, czy lekarz musiał płacić z własnej kieszeni.
To systemowy apartheid, który sprawia, że duża część populacji boi się wydawać pieniądze, bo musi oszczędzać na rzeczy, które powinno zapewniać państwo. Jeśli dodamy do tego brak związków zawodych i niskie płace mamy modelowy przykład tłamszenia własnego społeczeństwo. To główny powód, dla którego konsumpcja w Chinach wynosi zaledwie 56 proc. PKB wobec ok. 71 proc. w Indiach, czy 75 proc. w Niemczech, czy 78 proc. w Polsce (dane Banku Światowego za 2024 r.).
Słowem, to, co może podobać się w Europie, jest dla Chińczyka przekleństwem. Nad Wisłą, czy za Odrą budowa linii wysokiego napięcia trwa 10 lat, bo rolnicy protestują, ekolodzy znajdują rzadkiego ptaka, a właściciele gruntów idą do sądu. W Chinach jeśli linia ma iść przez wioskę, wioska znika. Mieszkańcy dostają odszkodowanie (często niskie) i nakaz wyprowadzki do bloku. Nie ma procesów sądowych, konsultacji społecznych ani ocen środowiskowych, które trwają lata. Efektywność jest zatem kupiona brakiem praw obywatelskich i własności prywatnej.
Ognisty koń szarżuje na Europę
Rok 2026 w chińskim zodiaku to Rok Ognistego Konia. Symbol witalności i pędu. Ale w obecnych realiach ten koń biegnie na oślep. Lee Jong-Wha, południowokoreański ekonomista i były szef Biura Badań Gospodarczych w Azjatyckim Banku Rozwoju, zauważa w serwisie Project Syndicate, że chińscy przywódcy przyjęli strategię „zarządzania ryzykiem”, ale ich pole manewru się kurczy.
Nadwyżka handlowa Chin przekroczyła w zeszłym roku 1,2 biliona dolarów. To astronomiczna kwota, która świadczy o jednym – chińska gospodarka jest narkomanem uzależnionym od eksportu. Chiny już teraz zalewają świat swoimi tanimi produktami, co działa silnie na obniżenie cen również nad Wisłą. Jak mówiła w wywiadzie dla Biznes Enter, prof. Joanna Tyrowicz, członkini Rady Polityki Pieniężnej (i współautorka felietonów na naszym portalu, które znajdziecie TUTAJ), dzięki importowi z Chin średnio towary nieżywnościowe kosztują w polskich sklepach mniej.
Zmienia się układanka w koszyku zakupowym Europejczyków, w tym Polaków. W połowie roku, po zawirowaniach w globalnym handlu (chodzi o cła Donalda Trumpa – red.), Chiny jeszcze bardziej rozszerzyły swoją ofertę dla Europy. Szacunki EBC wskazują, że to jest jakieś 0,3–0,4 punktu procentowego – o tyle inflacja jest niższa z tego powodu – przekonywała ekonomistka.
To prawda. Od stycznia do listopada 2025 r. Chiny sprzedały nam towary o wartości 224 mld zł. Ich udział w ciągu zaledwie 12 miesięcy w polskim imporcie zwiększył się z ok. 14 proc. do 15,5 proc. Są drugim krajem zaraz po Niemczech (ok. 19,5 proc.), od których kupujemy najwięcej. Czy to przypadek? Absolutnie nie.
Eksport Chin nas zdusi, jeśli nic z tym nie zrobimy
Mechanizm jest prosty. Niski poziom płac i brak zaufania do własne państwa powoduje, że chińscy pracownicy nie są w stanie skonsumować wyprodukowanych dóbr, a do zbilansowania gospodarki komuniści potrzebują nadwyżek handlowych z zagranicą.
Jak wskazywał pod koniec 2024 r. Piotr Dzierżanowski, analityk ds. międzynarodowych stosunków gospodarczych PISM, problem ten był akceptowalny dla partnerów handlowych ChRL, gdy jej gospodarka była mniejsza (w 2000 r. chińska gospodarka miała wielkość porównywalną do włoskiej, w 2008 r. – do niemieckiej i holenderskiej łącznie).
Obecnie Chiny odpowiadają jednak za ok. 18 proc. światowego PKB, a w związku z nierównowagami w ich gospodarce – za 13 proc. światowej konsumpcji i 31 proc. światowej produkcji przemysłowej. Nieuniknionym efektem wolnego handlu z ChRL jest więc przyjęcie przez jej partnerów gospodarczych roli balansującej – czyli konieczność zwiększonej konsumpcji przy ograniczeniu produkcji (która nie może konkurować z pośrednio i bezpośrednio subsydiowaną produkcją chińską) i akceptacja deficytów handlowych – pisał.
Innymi słowy, Chiny aby utrzymać konkurencyjność swoich towarów (których nie ma kto kupić wewnątrz kraju, bo konsument słabnie), Pekin musi uciekać się do sztucznego zaniżania cen, dotacji i dumpingu, eksportując wszystko, co da się wcisnąć innym krajom.
Yi Fuxion mówi wprost: „Załamanie liczby noworodków oznacza, że gospodarka Chin będzie jeszcze bardziej polegać na eksporcie”. W tym kontekście pusty śmiech mogą wywołać słowa He Lifenga, wicepremiera Państwa Środka w Davos, który zarzekał się, że Chiny są „partnerem komercyjnym, a nie rywalem dla innych krajów”.
Oprócz tego, że jesteśmy światową fabryką, mamy nadzieję, że będziemy również rynkiem światowym – tłumaczył.
Kogo Chiny mogą wziąć na celownik? Nie będzie to żadnym odkryciem, że takim idealnym celem jest Stary Kontynent – bogaty, wciąż relatywnie otwarty i rozdrobniony politycznie. To, co widzimy teraz — zalew chińskich samochodów elektrycznych, baterii, pomp ciepła — to dopiero pierwsza fala tsunami.
Polska w oku cyklonu
Dla Polski ten scenariusz jest koszmarem. Nasza gospodarka przez ostatnie 30 lat wyrosła na pozycji „montowni Europy” i podwykonawcy dla niemieckiego przemysłu. Jesteśmy dumni z bycia liderem w produkcji AGD, części samochodowych, mebli. Naszą przewagą była jakość połączona z konkurencyjną ceną.
Chińska deflacja i eksportowa desperacja zabijają tę przewagę. Gdy chiński producent ma do wyboru zamknąć fabrykę i zwolnić ludzi (ryzykując gniew Partii) lub sprzedać towar do Europy poniżej kosztów produkcji, zawsze wybierze to drugie. Polskie firmy, powiązane z niemieckim łańcuchem dostaw, odczują to podwójnie. Kiedy niemiecki przemysł motoryzacyjny i maszynowy zacznie przegrywać z chińskim importem, zamówienia dla poddostawców z Wielkopolski czy Śląska po prostu wyschną.
Dobra wiadomość jest taka, że póki co, w badaniach polskich firm brutalnie negatywnych skutków nie widać. Ale przyszłość może przynieść coraz mocniejsze ciosy ze strony ratującego się rządu „Czerwonego Smoka”.
Skala zagrożenia jest bezprecedensowa i będzie rozlewać się na kolejne sektory. Raport Komisji Europejskiej, cytowany przez analityków Credit Agricole, wskazuje, że spośród 15 analizowanych branż importujących z Chin, aż 14 wykazuje sygnały ostrzegawcze dotyczące nieuczciwej konkurencji lub dumpingu. Najbardziej zagrożone są sektory kluczowe dla polskiego eksportu:
- produkcja urządzeń elektrycznych (w tym baterii litowo-jonowych),
- maszyn i urządzeń niesklasyfikowanych,
- wyrobów tekstylnych i chemicznych.

Przykładowo, w kategorii urządzeń elektrycznych, która odpowiada za lwią część zagrożonego importu, Polska jest bezpośrednim rywalem Chin na rynku unijnym. To nie jest już tylko walka o tani plastik. To batalia o zaawansowane technologie, w której polskie firmy są wypychane przez dotowaną chińską nadprodukcję.
Chiny próbują ratować sytuację, ale im się nie uda
Zwiększenie eksportu to jedna strona chińskiego medalu, drugą jest próba ratowania konsumenta w kraju. Jak podkreślają naukowcy reakcja Pekinu na kryzys demograficzny jest, delikatnie mówiąc, spóźniona i nieadekwatna. W 2016 r. zezwolono na dwoje dzieci. W 2021 r. – na troje. Efekt? Krótkotrwały wzrost w 2016 r., a potem dalszy zjazd (z wyjątkiem minimalnego odbicia w 2024 Roku Smoka, uznawanego za pomyślny, co okazało się tylko statystycznym szumem).
Rząd wprowadził również w zeszłym roku dotacje – ok. 500 dol. rocznie na dziecko do ukończenia 3. roku życia. W kraju, gdzie koszty edukacji i mieszkań należą do najdroższych na świecie w relacji do zarobków, taka kwota jest wręcz obraźliwa.
Co gorsza, inne „rozwiązania” rządu, jak wspomniane podniesienie wieku emerytalnego tylko podsycają wściekłość społeczną. Pekin wie, że choć ten rok ma być czasem pompowania konsumenckiego (tak sam zapowiedział), to nie ma szans, żeby rząd bardziej dzielił się bogactwem. Dlaczego? Ponieważ im bogatsze społeczeństwo, tym większa wolność finansowa i chęć do układania spraw po swojemu. Każdy rząd autorytarny boi się bogatych, wpływowych, niezależnych osób. Wtedy takimi osobami trudniej sterować, a często też nabierają apetytów politycznych.
Dobrym przykładem jest tutaj to, co wydarzyło się się z Jackiem Ma, założycielem giganta e-commerce Alibaby oraz swojego czasu najbogatszym Azjatą. Był on symbolem chińskiego sukcesu. Jednak wystarczyło w 2020 r. zaledwie kilka słów krytyki o zacofaniu państwowych banków, żeby zniknął na trzy lata. Władza zablokowała jego giełdowy debiut (Ant Group), tnąc imperium na kawałki. Majątek Ma spadł z 2020 roku szacowanych 61,2 mld dol. w 2020 r. do 27,2 mld dol. w 2024 r.
Przekaz do przedsiębiorców był jasny: „Nie waż się być większy ani mądrzejszy od Partii”.
Smok na rozdrożu
Podsumowując, w 2026 r. stajemy w obliczu paradoksu. Chiny są jednocześnie potężne i słabe. Technologicznie zaawansowane, ale biologicznie umierające. Bogate jako państwo, biedne jako społeczeństwo. Mają demografię gorszą niż Japonia, ale nie zdążyli się wzbogacić jak Japończycy. Mają zadłużenie na poziomie USA, ale bez dolara jako waluty światowej. Model autorytarny, który pozwalał na szybkie budowanie mostów, okazał się niezdolny do stworzenia nowoczesnej gospodarki opartej na konsumpcji i zaufaniu.
Ta mieszanka jest wybuchowa. Kraj, który traci 3,4 mln obywateli rocznie i nie ma komu sprzedawać swoich towarów wewnątrz, staje się drapieżnikiem.
Dla Europy oznacza to koniec ery „business as usual”. Jeśli Unia Europejska nie zareaguje — poprzez cła, politykę przemysłową i ochronę rynku — czeka nas deindustrializacja. Polska jest na pierwszej linii frontu tej wojny. Liczba 7,92 mln urodzeń w Chinach to nie tylko statystyka. To sygnał alarmowy. Głaz chińskiej demografii toczy się w dół, miażdżąc po drodze nadzieje na zrównoważony handel światowy.
Lata powojenne i Wielki Głód przełomu lat 50. i 60. był tragedią wewnętrzną Chin. „Wielki Spadek” lat 20. XXI wieku będzie tragedią gospodarczą całego świata, jeśli ten nie przygotuje się na zalew towarów, które Chiny muszą wyprodukować, by udawać, że ich gospodarka wciąż żyje i ma się świetnie.
Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter
Część odnośników to linki afiliacyjne lub linki do ofert naszych partnerów. Po kliknięciu możesz zapoznać się z ceną i dostępnością wybranego przez nas produktu – nie ponosisz żadnych kosztów, a jednocześnie wspierasz niezależność zespołu redakcyjnego.
Zdjęcie główne: ChatGPT