Partnerzy merytoryczni
Victor Orban w garniturze podczas posiedzenia w Parlamencie Europejskim. Na uszy ma nałożone słuchawki

Orbán może przegrać wybory na Węgrzech, a i tak zachowa władzę. Zbudował państwo równoległe

Wyobraźcie sobie ten poranek. Tłumy na ulicach, konfetti opadające na brzegach Dunaju. Péter Magyar i jego partia TISZA właśnie dokonali niemożliwego – przełamali hegemonię Fideszu, wygrywając wybory parlamentarne. Nagłówki gazet na całym świecie ogłaszają koniec ery Viktora Orbána. Zanim jednak nowy premier zdąży rozgościć się w swoim gabinecie, odkryje, że właśnie zdobył klucze do potężnej fortecy, z której ktoś wcześniej wyniósł cały skarbiec, zabetonował bramy, a na murach ustawił strażników lojalnych wyłącznie wobec pokonanego wroga. To „państwo równoległe”. Nawet tracąc formalną władzę, Fidesz zachowa kontrolę nad pieniędzmi, prawem, środkami masowego przekazu i strategicznymi zasobami narodu, o czym mainstreamowe media niechętnie mówią.

  • Teza. Zwycięstwo opozycji na Węgrzech bez większości konstytucyjnej jest jedynie iluzją władzy, ponieważ system „państwa równoległego” i Ustawy Kardynalne skutecznie betonują wpływy Fideszu w gospodarce, prawie i mediach.
  • Dowód. Transfer strategicznych aktywów państwowych (jak udziały w MOL czy uniwersytety) do fundacji KEKVA z nieodwoływalnymi zarządami oraz obsadzenie organów kontrolnych lojalistami na 9-letnie i 12-letnie kadencje uniemożliwia realne sprawowanie rządów nowej ekipie.
  • Efekt. Niestabilność prawna na Węgrzech oraz ryzyko klinczu decyzyjnego w Budapeszcie mogą wymuszać na polskich przedsiębiorcach rewizję łańcuchów dostaw i strategii inwestycyjnych w tym regionie ze względu na nieprzewidywalność otoczenia regulacyjnego.

W ostatnich dniach wokół Viktora Orbána robi się coraz goręcej. Z doniesień The Washington Post wynika, że jego rząd – w szczególności minister spraw zagranicznych Péter Szijjártó – na bieżąco przekazywał Rosji poufne informacje z wewnątrzunijnych spotkań.

Choć węgierska opozycja nazywa to wprost zdradą, doniesienia te nie były wielkim zaskoczeniem dla europejskich przywódców (m.in. premiera Donalda Tuska), którzy od dawna podejrzewali Budapeszt o nielojalność. W obawie przed wyciekami, zaufanie do Węgier drastycznie spadło, a kluczowe państwa członkowskie zaczęły izolować dyplomację Orbána, przenosząc omawianie najważniejszych i wrażliwych kwestii do mniejszych, zamkniętych formatów (takich jak Trójkąt Weimarski czy NB8).

Węgierski rząd stanowczo odrzuca te oskarżenia, nazywając je „fake newsem”. Jak pisze Politico, brukselscy urzędnicy celowo wstrzymują się z formalną i stanowczą reakcją na te zarzuty, aby nie dostarczyć Orbánowi politycznego paliwa do budowania narracji oblężonej twierdzy w końcówce kampanii. Dyplomaci zaznaczają jednak, że ciągłe podważanie unijnego bezpieczeństwa – czego dowodem jest choćby niedawne zablokowanie przez Węgry 90 mld euro pożyczki dla Ukrainy – jest problemem systemowym, z którym UE będzie musiała się formalnie zmierzyć po zakończeniu cyklu wyborczego.

To pokazuje jak na ostatniej prostej wybory na Węgrzech rozgrzewają cały Stary Kontynent.

Wybory na Węgrzech. Gospodarcza porażka Orbánomiki

A powodów do emocji nie brakuje. Opozycyjna partia TISZA od tygodni ma przewagę nad Fideszem i pierwszy raz od 16 lat inna formacja może realnie przejąć władzę nad Dunajem. Skąd ten zwrot w węgierskim społeczeństwie? Powody możemy mnożyć.

Przypomnijmy, że po przejęciu władzy w 2010 r. rząd Viktora Orbána wdrożył model gospodarczy, charakteryzujący się rosnącą interwencją państwa, faworyzowaniem lojalnych elit polityczno-biznesowych (oligarchizacja) oraz silnym uzależnieniem od zagranicznego kapitału, zwłaszcza w przemyśle motoryzacyjnym.

Choć początkowo polityka ta – wspierana globalną koniunkturą i hojnymi funduszami unijnymi – przyniosła stabilizację makroekonomiczną i drastyczny spadek bezrobocia, model od początku opierał się na taniej sile roboczej oraz rażąco niskich inwestycjach w innowacyjność, badania i edukację. W efekcie stworzono system określany jako „socjalizm dla bogatych i kapitalizm dla biednych”, który sprowadził Węgry do roli europejskiej montowni o niskiej wartości dodanej.

Globalne wstrząsy po 2020 r. – pandemia, wojna w Ukrainie oraz kryzys energetyczny – uderzyły w Węgry znacznie mocniej niż w inne państwa regionu, obnażając ukrywane wcześniej słabości strukturalne. Przedwyborcze rozdawnictwo, dotowanie cen energii przy jednoczesnym silnym uzależnieniu od Rosji, a przede wszystkim bezprecedensowe zablokowanie miliardów euro z funduszy UE przez Komisję Europejską, doprowadziły gospodarkę na skraj załamania.

Jak pisze Ilona Gizińska, analityczka Ośrodka Studiów Wschodnich, Węgry zmagały się z rekordową w skali UE inflacją i najwyższymi stopami procentowymi, co ostatecznie wepchnęło kraj w gospodarczą stagnację, drastycznie obniżając realne dochody obywateli i plasując ich na samym końcu unijnych statystyk dotyczących konsumpcji.

Ekspertka OSW nie zostawia na Orbánomice suchej nitki. Według niej utrzymujący się zastój i negatywne oceny międzynarodowych agencji ratingowych (z końca 2025 r.) dowodzą, że model Fideszu wyczerpał swój potencjał rozwojowy i trwale blokuje doganianie bogatszych państw zachodnich. Systemowa niezdolność do modernizacji oraz utrata unijnych pieniędzy wywołały głęboką frustrację społeczną, która stała się paliwem dla nowej siły politycznej.

Gospodarcze tąpnięcie otworzyło drogę dla opozycji. Ta jednak, nawet jeśli wygra, znajdzie się na planszy szachów od lat meblowanej przez Orbána. Czym to może skutkować? Zderzeniem wizji z kampanii z brutalną rzeczywistością, co w konsekwencji zazwyczaj prowadzi kraj do zapaści i prawnego stanu apalicznego.

Pułapka konstytucyjna, czyli dyktatura Ustaw Kardynalnych

Aby zrozumieć skalę paraliżu, jaki czeka nowy rząd, musimy cofnąć się do 2011 r. To wtedy Fidesz, dysponując większością konstytucyjną, przeforsował nową Konstytucję. Wprowadzono do niej pojęcie Ustaw Kardynalnych (Sarkalatos törvények). Są to akty prawne, które regulują absolutnie fundamentalne kwestie funkcjonowania państwa – od ordynacji wyborczej, przez system podatkowy (w tym podatek dochodowy od osób fizycznych i prawnych), prawo rodzinne, system emerytalny, aż po zasady zarządzania majątkiem narodowym.

Do zmiany jakiejkolwiek z tych ustaw potrzeba większości dwóch trzecich głosów w parlamencie.

Jeśli partia TISZA wygra wybory zwykłą większością (np. zdobędzie 51 proc. mandatów), Péter Magyar obudzi się w kaftanie bezpieczeństwa. Nowy rząd nie będzie mógł przeprowadzić niemal żadnej istotnej reformy gospodarczej czy społecznej.

Chcesz zmienić system podatkowy, by ulżyć klasie średniej? Fidesz to zablokuje. Chcesz zreformować media? Fidesz powie „nie”. W systemie demokratycznym zwycięzca realizuje swój program. Na Węgrzech zwycięzca, który nie zdobędzie większości konstytucyjnej, staje się jedynie administratorem systemu stworzonego przez Viktora Orbána. Rząd TISZY będzie rządem mniejszościowym w ramach prawnych nakreślonych przez opozycję.

Zaminowane instytucje i „nieśmiertelni” strażnicy

Orbán doskonale wie, że demokracje bywają kapryśne. Dlatego kluczowe stanowiska w państwie, które w normalnych warunkach pełnią rolę kontrolną lub wykonawczą, zostały obsadzone zaufanymi ludźmi Fideszu na kadencje, które celowo nie pokrywają się z cyklem wyborczym parlamentu. Są to kadencje 9-, a nawet 12-letnie.

Biznes Enter na podstawie węgierskiej niezależnej prasy wyselekcjonował najważniejsze tego typu przyczółki oddanych hunwejbinów obecnej władzy. Są to:

  1. Prokuratura Generalna. Péter Polt, Prokurator Generalny, jest jednym z najwierniejszych żołnierzy Orbána. Został wybrany na kolejną 9-letnią kadencję. To on decyduje, komu stawiać zarzuty, a komu nie. Jeśli nowy rząd TISZY spróbuje rozliczyć afery korupcyjne Fideszu, akta utkną w szufladach prokuratury. Co gorsza, Ustawa Kardynalna stanowi, że jeśli po zakończeniu kadencji Polta parlament nie wybierze jego następcy większością 2/3 głosów, Polt pozostaje na stanowisku do skutku. Jest praktycznie nieodwoływalny.
  2. Trybunał Konstytucyjny. Całkowicie zdominowany przez sędziów z nadania Fideszu. Każda nowa ustawa rządu Magyara, która w jakikolwiek sposób naruszy interesy starego układu, zostanie natychmiast zaskarżona przez prezydenta (również lojalnego wobec Fideszu) i uznana za niekonstytucyjną. Trybunał będzie działał jak gilotyna dla ustawodawstwa nowej władzy.
  3. Bank centralny i Rada Fiskalna. Choć kadencja Györgya Matolcsyego (szefa MNB) powoli dobiega końca, instytucje finansowe państwa są nasycone nominatami Fideszu. Co więcej, Rada Fiskalna (w całości kontrolowana przez stary układ) ma przy przekroczeniu odpowiedniego progu zadłużeniowego prawo zawetować budżet państwa. Konstytucja stanowi, że jeśli parlament nie uchwali budżetu do końca marca, prezydent ma prawo… rozwiązać parlament i rozpisać nowe wybory.
  4. Urząd Audytu Państwowego (ÁSZ) i Urząd Ochrony Suwerenności. ÁSZ udowodnił już, że potrafi nakładać drakońskie kary finansowe na partie opozycyjne pod pretekstem „nieprawidłowości w finansowaniu kampanii”. Z kolei nowy, powołany w 2023 r. Urząd Ochrony Suwerenności, to instytucja inkwizycyjna o nieograniczonych uprawnieniach śledczych (bez nadzoru sądowego). Jej szef ma 6-letnią kadencję. Urząd ten będzie nieustannie nękał ministrów TISZY, dziennikarzy i organizacje pozarządowe współpracujące z rządem, oskarżając ich o służenie „zagranicznym interesom”.

KEKVA, czyli jak ukraść państwo w świetle prawa

Dochodzimy do najbardziej innowacyjnego i przerażającego z punktu widzenia ekonomii mechanizmu. To Fundacje Zarządzania Majątkiem Publicznym, w skrócie KEKVA (Közfeladatot ellátó közérdekű vagyonkezelő alapítványok).

W ostatnich latach rządów Fideszu, państwo przekazało majątek o niewyobrażalnej wartości – szacowany na miliardy euro – w ręce specjalnie utworzonych fundacji. Co weszło w skład tego transferu?

Prawie wszystkie uniwersytety państwowe na Węgrzech (wraz z ich nieruchomościami, kampusami i budżetami badawczymi). Do tego musimy dodać potężne pakiety akcji narodowych czempionów, takich jak koncern naftowo-gazowy MOL czy farmaceutyczny gigant Richter Gedeon, zabytkowe zamki, lasy państwowe, stadniny, tereny inwestycyjne, a nawet porty (np. w Trieście).

Gdzie jest haczyk? Państwo węgierskie zrzekło się praw właścicielskich do tych aktywów. Fundacjami zarządzają Rady Powiernicze. Kto w nich zasiada? Obecni i byli ministrowie Fideszu, prorządowi biznesmeni, lojalni politycy. Mają oni dożywotnie kadencje, a gdy ktoś umrze lub zrezygnuje, nowi członkowie są wybierani przez samą Radę (tzw. kooptacja).

To oznacza, że nowy minister edukacji z partii TISZA nie będzie miał absolutnie żadnego wpływu na to, czego uczy się na uniwersytetach, kto jest rektorem i jak wydawane są państwowe dotacje. Nowy minister gospodarki nie będzie kontrolował udziałów Skarbu Państwa w kluczowych firmach, ponieważ dywidendy z MOL czy Richtera będą płynąć bezpośrednio na konta fundacji KEKVA. Fidesz stworzył prywatny skarb, zasilany publicznymi i korporacyjnymi pieniędzmi, który jest całkowicie niezależny od wyników wyborów. To gigantyczny „złoty spadochron” dla lojalnych pobratymców Orbána i zarazem bankomat na polityczne przetrwanie.

Narodowa burżuazja i oligarchiczna pętla na szyi gospodarki

W klasycznej gospodarce wolnorynkowej, biznes współpracuje z aktualnym rządem. Na Węgrzech, biznes jest rządem. Orbán wykreował nową klasę oligarchów – na czele z Lőrincem Mészárosem (przyjacielem premiera, byłym instalatorem gazowym, obecnie miliarderem) i Istvánem Tiborczem (zięciem premiera).

To nie są niezależni przedsiębiorcy. To zarządcy „politycznego kapitału”. Ich konglomeraty zdominowały kluczowe sektory, takie jak np. finanse i bankowość. Dobrym przykładem jest tutaj powołanie MBH Banku (z połączenia kilku banków państwowych i prywatnych). Stworzono giganta finansowego w pełni kontrolowanego przez otoczenie Orbána. Nowy rząd będzie miał gigantyczny problem z finansowaniem inwestycji publicznych, jeśli krajowy sektor bankowy – z powodów politycznych – zakręci kurek z kredytami.

Mnóstwo kolegów premiera wywodzi się z sektorów energetyki, budownictwa czy IT. Firmy te wygrywały przez dekadę niemal wszystkie lukratywne przetargi państwowe i unijne. A przejęcie Vodafone Węgry przez państwo i firmę 4iG (blisko powiązaną z rządem) scentralizowało cyfrowy krwiobieg kraju.

Jeśli TISZA więc nawet utworzy rząd, zderzy się ze swoistym strajkiem kapitału. Oligarchowie mogą zacząć masowo zwalniać pracowników, zrzucając winę na „niekompetencję nowej władzy”. Mogą celowo opóźniać kluczowe inwestycje infrastrukturalne, powodując kryzys w sektorze budowlanym. Gospodarka węgierska jest jak zakładnik z pistoletem przyłożonym do głowy przez oligarchów Orbána. Jeśli Péter Magyar spróbuje ich wywłaszczyć lub odciąć od państwowych kontraktów, wywołają zapaść gospodarczą.

Twierdza KESMA i medialna wojna domowa

Kto kontroluje narrację, ten kontroluje kraj. KESMA (Środkowoeuropejska Fundacja Prasy i Mediów) to konglomerat około 500 redakcji – lokalnych gazet, portali, stacji radiowych i telewizyjnych. W 2018 r. prywatni, prorządowi właściciele „dobrowolnie” przekazali swoje media tej jednej fundacji, tworząc gigantyczną machinę propagandową, wyjętą spod prawa antymonopolowego zadekretowaniem „interesu narodowego”.

Dzień po wygranej TISZY KESMA nie zniknie. Przestanie być tubą rządu, a stanie się bezwzględną, doskonale naoliwioną machiną opozycyjną, dysponującą miliardowymi budżetami pochodzącymi z lat rządowych dotacji i reklam od zaprzyjaźnionych spółek skarbu państwa.

Nowy rząd znajdzie się pod permanentnym ostrzałem. Każde potknięcie, każda, nawet wymuszona niepopularna decyzja ekonomiczna (a takich Węgry będą potrzebować), zostanie rozdmuchana do rozmiarów zdrady stanu. TISZA wejdzie do gry bez własnego, równie potężnego zaplecza medialnego. Nawet media publiczne (MTVA), choć formalnie podlegające zmianom, są wewnątrz zabetonowane przez 9-letnie kadencje Rady Mediów (wybranej przez Fidesz), która może blokować powoływanie nowych dyrektorów telewizji i radia.

Papier zniesie wszystko

Naturalnie, musimy dodać, że węgierska opozycja ma bardzo dobrze zdiagnozowane wszystkie punkty „równoległego państwa” Fideszu. W programie wyborczym, który opisywaliśmy w Biznes Enter, zawarli szereg recept deorbánizacji kraju.

Znajdziemy tam likwidację KEKVY i powrót autonomii uczelni, prześwietlanie majątku oligarchów i ich rodzin 20 lat wstecz (czyli przed rządami Orbána). Partia zapowiada też natychmiastowe przystąpienie Węgier do Prokuratury Europejskiej. Dzień po wyborach TISZA zapowiada także natychmiastowe zawieszenie nadawania serwisów informacyjnych przez media publiczne (MTVA) do czasu stworzenia warunków do obiektywnego dziennikarstwa, wolnego od propagandy. Chcą też nowej ustawy medialnej oraz zerwania wieloletnich kontraktów infrastrukturalnych, które wyniosły na szczyty biznesu kolegów obecnego premiera.

Problem w tym, że program nie mówi, jak oni chcą to wszystko przegłosować, jeśli nie zdobędą w parlamencie większości 2/3 głosów. Opozycja zakłada, że wola narodu, szerokie konsultacje społeczne i powrót na łono Unii Europejskiej z odblokowanymi funduszami (8 mld forintów) stworzą taką presję, że system ustąpi. TISZA zakłada, że to oni przywrócą rządy prawa, co uspokoi rynki zachodnie. Ale czy na pewno tak będzie?

Rewolucja czy iluzja?

Zwycięstwo partii TISZA w wyborach będzie monumentalnym obudzeniem psychologicznym węgierskiego narodu i dowodem na to, że społeczeństwo obywatelskie żyje. Jednak Péter Magyar musi przygotować swoich wyborców na pot i łzy. Nie przejmie on władzy nad państwem – przejmie jedynie odpowiedzialność za kraj, w którym realna władza i majątek zostały wytransferowane do prywatnych bunkrów Fideszu.

Viktor Orbán nie stworzył reżimu, który trzeba bronić czołgami. Stworzył reżim, który broni się aktami notarialnymi, zapisami konstytucyjnymi i funduszami powierniczymi. Aby go rozmontować, partia TISZA nie potrzebuje jedynie wygranej. Potrzebuje miażdżącego, konstytucyjnego zwycięstwa, albo gotowości do bezprecedensowego, siłowego starcia z systemem prawnym, co z kolei może pogrążyć Węgry w prawnym klinczu.

Węgry stały się poligonem doświadczalnym dla nowej formy autorytaryzmu – takiego, który wygrywa nawet wtedy, gdy przegrywa wybory.

Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter

Zdjęcie główne: European People's Party / Flickr

Motyw