Złota sztaba w ręce mężczyzny widoczna zza szklanego zabezpieczenia.

Złoto w zasobach NBP, czyli słów kilka o naszych Midasach. „Może być ryzykowne”

W trend zainteresowania złotem wpisują się kolejne informacje o stanie zasobów, jakie zgromadził Narodowy Bank Polski jako element rezerw walutowych kraju. Jednak próba ich jednorazowego upłynnienia może istotnie obniżyć ceny na rynku. Dostaniemy mniej niż oczekujemy, a pozostała w naszym ręku reszta zasobów złota będzie wyceniona znacznie niżej. To trochę przypomina dyskusję z filmu Volta o wycenie pewnej atrakcyjnej nieruchomości: „6 milionów to, jak kto chce kupić, ale jak musi sprzedać to 3 miliony…” – pisze dla Biznes Enter Piotr Soroczyński z Krajowej Izby Gospodarczej.

  • Teza. Duże zasoby złota w rezerwach walutowych kraju wcale nie muszą przełożyć się na większe bezpieczeństwo Polski. Wystarczy bowiem, że będziemy próbowali „upłynnić” część rezerw. Zwiększona podaż kruszcu wywołana tym ruchem obniży jego ceny na rynku, a zarazem wycenę pozostałego złota w naszym ręku.
  • Dowód. Za przykład może posłużyć tu RPA z lat 90. Kraj ten „uzbierał” ok. 1/3 rezerw w złocie i kamieniach szlachetnych. W efekcie inwestorzy przestali bazować wyłącznie na ogólnych rezerwach walutowych państwa, a zaczęli skrupulatniej sprawdzać pozycję „rezerwy walutowe bez złota”.
  • Efekt. Polska już wkracza powoli na tę samą ścieżkę. O ile wskaźnik dotyczący m.in. pokrycia naszego zadłużenia zagranicznego rezerwami walutowymi prezentuje się dobrze, o tyle znacznie gorzej jest, gdy spojrzy się na niego pod kątem rezerw bez złota. A to już może wywoływać rezerwę wśród inwestorów.

W ostatnim czasie tematem bardzo mocno elektryzującym tak analityków, jak i szeroką publiczność, jest złoto. Ono zawsze skupiało uwagę jako nośnik bogactwa, ale dziś dochodzi do tego walor inwestycji dającej spore zyski (o ile ktoś w przeszłości wyczuł, że w dobrej jeszcze cenie warto je kupić).

Ostatnie wzrosty wartości, liczone w dziesiątkach procent rocznie, prezentują się wszak znacznie lepiej, niż te pojedyncze procenciki ciułane corocznie przez kilka wcześniejszych dekad. W dodatku tak zgrabnie można „dopalać” nagłówki, że skoro tak wszyscy biorą złoto, a ono tak drożeje – to z pewnością jest to szykowanie się „na koniec świata” który odbędzie się nie później niż w przyszły wtorek…

Złoto w zapasach Narodowego Banku Polskiego

W trend zainteresowania złotem doskonale wpisują się kolejne informacje o stanie zasobów, jakie zgromadził Narodowy Bank Polski – jako element rezerw walutowych kraju. Na przestrzeni kilku ostatnich lat w wymiarze fizycznym te zapasy wzrosły z około 90 ton do blisko 500.

W wycenie zbliżamy się powoli do 20-krotności tego, co mieliśmy przed rozpoczęciem fazy forsownych zakupów (bo na kilkukrotny wzrost naszych zapasów w wymiarze fizycznym nakłada się kilkukrotny wzrost wyceny uncji złota na światowych rynkach). Co warto podkreślić, to że sporo ze zrealizowanych zakupów udało się zrobić po jeszcze dobrych cenach, co w sposób naturalny podkreśla, że operacja została uruchomiona z dobrym wyczuciem przyszłości.

Kłopot jest w tym, że od tego przybytku w pewnym momencie może nas rozboleć głowa. Złoto w rezerwach walutowych nie jest niczym złym, a czasem jest czymś nawet „szpanerskim”. Ale do pewnego poziomu. Być może to udział w rezerwach od kilku do kilkunastu procent (no może do okolic 20 proc.). Tymczasem dostaliśmy twardą deklarację, że osiągnięte ma być 30 proc. i w zasadzie bardzo nam do tego blisko. Może być to już ryzykowne.

Złoto może stwarzać ryzyko, co pokazała sytuacja RPA

W rezerwach powinniśmy mieć przede wszystkim aktywa bardzo łatwo zbywalne, na które codzienny popyt jest tak duży, że nawet jeśli upłynnimy znaczną ich część, to będzie to miało jedynie marginalny wpływ na ceny, po jakich będziemy sprzedawać. Jeśli mówimy o obligacjach kluczowych dla świata gospodarek, to działa to właśnie tak, jak powinno. Ze złotem może być inaczej.

Próba jednorazowego (powiedzmy żartobliwie „w trybie awaryjnym”) upłynnienia – choćby jedynie 100 ton – może istotnie obniżyć ceny na rynku. Dostaniemy mniej niż oczekujemy, a pozostała w naszym ręku reszta zasobów złota będzie wyceniona znacznie niżej. To trochę przypomina dyskusję z naszego filmu Volta o wycenie pewnej atrakcyjnej nieruchomości: „6 milionów to, jak kto chce kupić, ale jak musi sprzedać to 3 miliony…”.

Poziom rezerw i co się na nie składa bacznie obserwują duzi inwestorzy, międzynarodowe organizacje finansowe i agencje ratingowe. Nadmierny udział złota w rezerwach może przynieść skutki odmienne od powziętego zamiaru poprawy naszego wizerunku. Pewnego rodzaju przykładem, co się tu może zadziać, może być choćby przypadek RPA z lat 90.

Wtedy kraj ten doszedł do poziomu ok. 1/3 rezerw walutowych w złocie i kamieniach szlachetnych (co dość naturalne dla ich producenta). Inwestorzy przestali sprawdzać zabezpieczenie walutowe tego kraju na podstawie pozycji „rezerwy walutowe ogółem”, a zaczęli sprawdzać na podstawie pozycji obok, a mianowicie: „rezerwy walutowe bez złota”.

Lepiej, żeby to nie dotknęło nas, zwłaszcza gdybyśmy złota mieli udziałowo jeszcze więcej niż dziś.

Oto jak prezentują się polskie rezerwy walutowe

My wciąż potrzebujemy pokazywać szerokiej publiczności stosowne stany rezerw walutowych – utrzymywane w instrumentach bardzo płynnych. Importujemy, płacąc nie swoją walutą. Zadłużamy się na zewnątrz nie w swojej walucie i płacimy od tego zadłużenia odsetki i dywidendy.

Nasi obywatele i przedsiębiorstwa mogą w pewnych momentach zacząć forsownie wymieniać środki posiadane w walucie krajowej na te walutowe. Inwestorzy zagraniczni mogą chcieć wycofać swój kapitał od nas w momentach większej niepewności. Gdyby jednocześnie znacząco spadła wielkość wpływów, jakie mamy z eksportu, pojawić by się mogły napięcia na rynku walutowym.

Rezerwy są właśnie po to, by można było taki „pożar” szybko – jeszcze w zarodku – zgasić. Kraje z walutami uznawanymi za międzynarodowe, rezerw walutowych nie muszą utrzymywać na takim poziomie co my (potrzebują ich do czego innego), więc nie powinniśmy do nich porównywać się bezrefleksyjnie.

Aktualnie nasze rezerwy walutowe, tak kwotowo, jak i odniesione do kluczowych wielkości w gospodarce, prezentują się dobrze. W końcu grudnia wyniosły 231 021,0 mln euro. Pozwoliłyby na sfinansowanie 6,47 miesiąca importu towarów i usług, 35,6 proc. podaży pieniądza oraz pokrywały zadłużenie zagraniczne w 49,8 proc. Wszystkie z wymienionych wskaźników były na bardzo dobrych poziomach.

Gdyby ktoś w ocenie naszej gospodarki przeszedł jednak na wersję „rezerwy bez złota”, to widziałby 165 823,3 mln euro. To pozwoliłoby na sfinansowanie 4,64 miesiąca importu towarów i usług, 26,6 proc. podaży pieniądza oraz pokrycie zadłużenia zagranicznego w 35,7 proc. W tej wersji wskaźniki wyglądają co najwyżej na przeciętne. Komuś, po zobaczeniu takiej zmiany, może się ręka omsknąć.

Podaży pieniądza nie uratujemy złotem

W temacie złota jest jeszcze jeden ważny aspekt. Miejsce trzymania złota jest funkcją tego, do czego faktycznie chcielibyśmy go użyć. Jeśli ma być łatwo zbywalne – jako faktyczny element klasycznie rozumianych rezerw walutowych, to powinno być trzymane w jakimś uznanym międzynarodowo składzie – przeznaczonym do ciągłego obrotu kruszcem (taki wielki magazyn, gdzie wciąż leżą te same kupki złotych sztabek, ale ze zmieniającymi się kartkami na wierzchu, czyje to aktualnie jest – Polska, Niemcy, Francja, Emir Omanu itd.).

Jeśli byśmy chcieli użyć złota na okoliczność jakiegoś światowego kataklizmu gospodarczego – to raczej powinno być u nas – i w razie co przetopimy je sobie na monetki. Tylko patrząc realnie dziś, całe złoto, jakie mamy (w tym to w skaldach międzynarodowych, w których trzymamy zdecydowaną większość posiadanych zasobów) nie pokrywa u nas nawet 10 proc. podaży pieniądza. Nie da się więc z niego zrobić tyle monet by podtrzymać obieg.

Z kataklizmami światowymi i złotem oraz najlepszym miejscem przechowywania naszego złota też jest sporo przemyśleń i kłopotów. Historycy opowiadają nam, jak ledwie udało się nasze zasoby ewakuować w 1939 r., a potem – mimo ewakuacji – jak ograniczoną mieliśmy zdolność dysponowania nim (to bardzo mocny eufemizm).

Gdy myślimy o złocie jako elemencie rezerw, wypada też pamiętać o jego ułomności w stosunku do choćby obligacji – że nie przynosi strumienia dochodów. Owszem, ma zmiany wyceny, ale to nie to samo (a czasem te wyceny są w dół i to w sporej skali). A my, by dokupić złota, musieliśmy sprzedać sporo posiadanych płynnych obligacji…

Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej

Tytuł, lead, bullet pointy, śródtytuły i pogrubienia zostały dodane przez redakcję.

Część odnośników to linki afiliacyjne lub linki do ofert naszych partnerów. Po kliknięciu możesz zapoznać się z ceną i dostępnością wybranego przez nas produktu – nie ponosisz żadnych kosztów, a jednocześnie wspierasz niezależność zespołu redakcyjnego.

Zdjęcie główne: Narodowy Bank Polski / Flickr

Motyw