Na zdjęciu widzimy Donalda Trumpa, który obserwuje atak USA na Wenezuelę w celu pozyskania złóż ropy.

„Ekskrementy diabła” zatopią OPEC i samą Rosję? W USA pojawia się sensacyjny scenariusz

Caracas, stolica Wenezueli, będące przez lata symbolem upadku, zdaje się budzić do nowej rzeczywistości. Po weekendowym pojmaniu prezydenta Maduro, w mieście smród nieczystości zalegających na chodnikach będzie coraz częściej mieszał się z zapachem wody kolońskiej amerykańskiego biznesu. Ten, jak wiemy z przekazu Donalda Trumpa, za cel obrał sobie naftowe aktywa tego kraju. Do czego to może doprowadzić? Scenariuszy w USA jest wiele – w tym wojna cenowa z kartelem OPEC i podmycie papierowego imperium Putina. Biznes Enter analizuje, co po ataku Stanów Zjednoczonych, może teraz czekać każdego z nas.

  • Teza. Amerykańskie przejęcie kontroli nad wenezuelską ropą może wywołać w najbliższych kwartałach gigantyczną nadpodaż surowca, co doprowadziłoby do wojny cenowej z OPEC i ruiny finansowej Kremla. Putin stałby się wasalem Chin.
  • Dowód. Skumulowany efekt szybkiego wzrostu wydobycia w Wenezueli (pod parasolem USA) oraz Arabii Saudyjskiej (walczącej o udział w rynku) przy jednoczesnym słabnięciu popytu w Chinach, tworzy nadwyżkę surowca, która matematycznie wymusza spadek cen do poziomu 30–40 dol. za baryłkę.
  • Dowód. Rosyjski budżet wojenny traci płynność przy cenie ropy poniżej 50 dol., a przy poziomie 30–40 dol. wpływy podatkowe z sektora naftowego spadają niemal do zera, co zmusza Kreml do niszczącego dodruku pustego pieniądza, gdyż rezerwy walutowe zostały już wyczerpane. To zwiastowałoby hiperinflację.
  • Efekt. Dla polskiego i europejskiego biznesu następuje trwała zmiana paradygmatu – koszty energii i logistyki drastycznie spadają, napędzając wzrost gospodarczy i tłumiąc inflację, podczas gdy zagrożenie ze Wschodu ewoluuje z konwencjonalnej potęgi pancernej (na którą Rosji już nie stać) w stronę asymetrycznych działań hybrydowych upadającego reżimu.

Wenezuelczyk Juan Pablo Pérez Alfonzo, minister górnictwa i węglowodorów oraz jeden z ojców-założycieli OPEC, ostrzegał dekady temu, że ropa to „ekskrementy diabła”, które przynoszą ruinę narodom, które ją posiadają. Jego słowa, brzmiące niegdyś jak klątwa dla samej Wenezueli, w obecnej, niezwykle napiętej konfiguracji geopolitycznej, mogłyby stać się wyrokiem śmierci dla starego porządku energetycznego, jaki znamy od lat 70. XX wieku.

Marco Rubio, sekretarz stanu USA, ogłaszał w niedzielę, że Ameryka nie zamierza „rządzić” Wenezuelą, a jedynie „zarządzać” jej aktywami w okresie przejściowym. Jest to ruch, który potencjalnie wywróciłby do góry nogami stoliki w Wiedniu, Rijadzie i Moskwie, zmieniając zasady, według których świat kręcił się przez ostatnie pół wieku. Spróbujmy zrekonstruować to, co niektórzy nazywają „zbrodnią doskonałą” na cenach ropy, oraz oceńmy, kto w nadchodzącym chaosie miałby szansę przetrwać, a kto mógłby się wykrwawić na śmierć.

Wenezuelska inżynieria podaży ropy

Aby w pełni zrozumieć skalę potencjalnego wstrząsu, należałoby na chwilę odłożyć na bok polityczne sympatie czy antypatie i spojrzeć na zimną geologię oraz twarde dane statystyczne. Według raportów BP Statistical Review of World Energy oraz danych U.S. Energy Information Administration (EIA), Wenezuela posiada udokumentowane rezerwy ropy naftowej rzędu 300 miliardów baryłek. To oszałamiająca liczba, stawiająca ten karaibski kraj na pierwszym miejscu na świecie, nawet przed Arabią Saudyjską.

Przez ostatnią dekadę ten gigantyczny potencjał był dławiony przez rażącą nieefektywność zarządzania, systemową korupcję w państwowym gigancie PDVSA oraz szczelny reżim sankcyjny. Wydobycie, które w latach 90. przekraczało poziom 3 milionów baryłek dziennie, spadło do poziomu oscylującego wokół zaledwie 800 tysięcy. Infrastruktura rdzewiała, a fachowcy uciekali za granicę. Biznes Enter opisywał dokładnie ten przypadek TUTAJ.

Plan nowej administracji USA, o którym spekulują analitycy i lobbyści w Waszyngtonie, realizowany rękami amerykańskich gigantów naftowych takich jak Chevron czy ExxonMobil, mógłby przypominać strategię korporacyjną typu „shock and awe”. Nie byłaby to powolna odbudowa, lecz gwałtowna reanimacja sektora.

Wejście zachodnich koncernów z pełnym zapleczem technologicznym, nieograniczonym kapitałem i – co kluczowe – parasolem bezpieczeństwa sił zbrojnych USA chroniących instalacje, może podnieść produkcję ropy do 1,3-1,4 mln baryłek w ciągu dwóch lat i potencjalnie osiągnąć 2,5 mln w ciągu następnej dekady. Są pierwsze ostrożne szacunki analityków JPMorgan.

Niektórzy komentatorzy sugerują jednak, że na rynek mogłoby trafić dodatkowe od 2 do 3 milionów baryłek dziennie w perspektywie kilku lat, jeśli USA w pełni zniosłyby sankcję na ropę wenezuelską i wpompowały tam miliardy dolarów inwestycji, której tamtejsza infrastruktura potrzebuje.

Mit chłonnego rynku w erze wzrostu

Wielu rynkowych optymistów zaczęło powoływać się na opublikowane w październiku prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW). Przewidują one globalny wzrost PKB na poziomie 3,1 proc. w 2026 roku. Zwolennicy tezy o stabilności argumentują, że brak globalnej recesji pozwoliłby rynkowi wchłonąć każdą nową ilość surowca, utrzymując ceny na zrównoważonym poziomie.

Jest to jednak rozumowanie, które może być obarczone fundamentalnym błędem poznawczym, zwanym przez ekonomistów „rozsprzęgleniem”. Raporty Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) od kilku lat konsekwentnie wskazują, że wzrost gospodarczy przestaje być bezpośrednio i silnie skorelowany ze wzrostem popytu na ropę.

Głównym powodem tego zjawiska jest gwałtowna, strukturalna zmiana w Chinach – największym importerze ropy na świecie. Elektryfikacja transportu postępuje tam w tempie wykładniczym, wypierając silniki spalinowe znacznie szybciej, niż przewidywały to zachodnie koncerny motoryzacyjne jeszcze pięć lat temu.

Jeśli przyjmiemy za modelami IEA, że globalny popyt na ropę wzrósłby w tym roku o niespełna milion baryłek dziennie, a podaż z samej „nowej” Wenezueli oraz krajów takich jak Gujana, Brazylia i USA wzrosłaby w najbliższych latach łącznie o ponad 2 miliony baryłek, mielibyśmy do czynienia z potężną nadwyżką strukturalną. Matematyka jest tu nieubłagana.

Taka ilość niesprzedanego surowca, krążąca po rynkach musiałaby doprowadzić do drastycznej przeceny. Magazyny w kluczowych hubach, takich jak amerykańskie Cushing czy europejski Rotterdam, zapełniłyby się w ciągu kilku kwartałów po brzegi. Wtedy to kupujący dyktowaliby warunki, a sprzedający walczyliby o przetrwanie.

Wiedeński poker i saudyjska opcja atomowa

Sytuacja ta postawiłaby kraje zrzeszone w kartelu OPEC, a w szczególności Arabię Saudyjską, przed dylematem o charakterze egzystencjalnym. W centrali kartelu przy wiedeńskiej ulicy Helferstorferstraße nastroje mogłyby przypominać te z najgorszych kryzysów w historii organizacji.

Rijad, pełniący dotąd nieformalną rolę „banku centralnego” dla rynku ropy i regulatora podaży, stanąłby przed tragicznym wyborem. Mógłby biernie przyglądać się utracie udziałów w rynku na rzecz „amerykańskiej” Wenezueli, co prowadziłoby do powolnej marginalizacji królestwa. A na to raczej nie ma szans. Mógłby też wybrać drogę agresywnej obrony poprzez totalną wojnę cenową.

Historia rynków surowcowych, szczegółowo opisywana w analizach Oxford Institute for Energy Studies, uczy nas, że Saudowie nie blefują w takich momentach. W latach 1986, 2014 i podczas pandemicznego krachu w 2020 roku, Rijad decydował się na walkę o wolumen, a nie o cenę, zalewając rynek czarnym złotem i topiąc przy tym konkurencję. Dlaczego w 2026 r. miałoby być inaczej?

Posiadając najniższe na świecie koszty wydobycia – według prospektów emisyjnych Saudi Aramco tzw. lifting cost wynosi poniżej 10 dolarów za baryłkę – Królestwo Saudów jako jedyne przetrwała okres niskich cen względnie stabilne. Dlatego też Książę Mohammed bin Salman mógłby podjąć decyzję o zalaniu świata ropą, dążąc do zbicia ceny referencyjnej Brent do poziomu 30-40 dolarów.

Taki ruch miałby na celu brutalne wypchnięcie z rynku droższych producentów i udowodnienie Waszyngtonowi, że wielomiliardowe inwestycje w odbudowę Wenezueli są po prostu nieopłacalne i nigdy się nie zwrócą. Byłaby to gra w „kto pierwszy mrugnie”, prowadzona na krawędzi świata surowców, jaki znamy.

Twierdza Ameryka. Merkantylizm XXI wieku

W tym scenariuszu pojawia się jednak nowy, niezwykle intrygujący element, który mógłby całkowicie zmienić reguły gry i zneutralizować saudyjską strategię. Analitycy polityczni w Waszyngtonie sugerują, że administracja Donalda Trumpa, wyznająca zasady agresywnego merkantylizmu, nie zamierza grać według starych, wolnorynkowych reguł.

Biały Dom mógłby sięgnąć po potężne narzędzia protekcjonistyczne, tworząc koncepcję tak zwanej „Twierdzy Ameryka”. Plan ten zakładałby nałożenie zaporowych ceł na ropę importowaną z Bliskiego Wschodu, przy jednoczesnym stworzeniu strefy uprzywilejowanego, bezcłowego handlu energetycznego obejmującej USA, Kanadę i Wenezuelę.

Doprowadziłoby to prawdopodobnie do bezprecedensowej bifurkacji rynku, czyli jego trwałego podziału na dwa obiegi. Cena wewnątrz Stanów Zjednoczonych mogłaby być sztucznie utrzymywana na poziomie około 50-55 dolarów za baryłkę. Według danych Banku Rezerwy Federalnej w Dallas, jest to poziom zapewniający rentowność kluczowemu politycznie dla Trumpa sektorowi łupkowemu w Teksasie (nafciarze głosują na Republikwanów).

Podczas gdy Ameryka cieszyłaby się stabilnością i bezpieczeństwem dostaw z „własnej” strefy wpływów, reszta świata – pozbawiona dostępu do chłonnego rynku USA – tonęłaby w tanim surowcu z Bliskiego Wschodu i Rosji. Byłby to mistrzowski ruch, przenoszący koszty wojny cenowej na konkurentów, a zyski zostawiający w domu.

Moskwa w strefie śmierci. Fiskalna implozja

Największą i najbardziej tragiczną ofiarą takiego starcia tytanów nie byłby jednak ani Rijad, ani nafciarze z Houston, lecz Moskwa. Dla Federacji Rosyjskiej scenariusz ropy po 35-40 dolarów nie byłby zwykłym, cyklicznym kryzysem gospodarczym. Byłby potencjalnym wyrokiem śmierci dla modelu państwa zbudowanego przez Władimira Putina przez ostatnie ćwierć wieku.

Aby zrozumieć skalę nadchodzącego zagrożenia dla Kremla, należy przyjrzeć się danym dotyczącym tak zwanego fiskalnego progu rentowności (fiscal breakeven price). Jest to cena ropy, przy której budżet państwa bilansuje się bez konieczności zadłużania.

Według szacunków agencji ratingowej S&P Global oraz danych samego rosyjskiego Ministerstwa Finansów sprzed utajnienia statystyk, budżet Rosji jest obecnie w nienajlepszym stanie. Obciążony gigantycznymi wydatkami zbrojeniowymi, szacowanymi przez zachodnie wywiady na blisko 40 proc., opiera się w zasadzie wyłącznie na petrodolarach. Sam Kreml założył w szacunkach fisklanych średnią cenę baryłki Urals na 2026 r. na poziomie 59 dol.

Gdyby cena rynkowa ropy Brent na giełdzie w Londynie spadła do 40 dolarów, rosyjska mieszanka Urals musiałaby kosztować znacznie mniej. Ze względu na wciąż obowiązujące sankcje, problemy z ubezpieczeniem tankowców i gorszą jakość chemiczną, Rosja musi oferować kupcom dyskont.

Agencja Argus regularnie raportuje o wysokości tego dyskontu, który w okresach stresu rynkowego osiągał dwucyfrowe wartości. Przy cenie Brent rzędu 40 dol. rosyjski surowiec kosztowałby 30 dolarów za baryłkę. To oznacza, że rosyjski budżet traciłby niemal całą, tak zwaną rentę surowcową.

System podatkowy w Rosji jest bowiem skonstruowany progresywnie – im wyższa cena ropy, tym większy procent zabiera państwo. Jednak przy cenach granicznych, wpływy te spadają niemal do zera, pokrywając jedynie koszty wydobycia i transportu. W takiej sytuacji Władimir Putin straciłby główne, a w zasadzie jedyne źródło twardej waluty, która finansuje machinę wojenną Kremla.

Utopione miliardy i utrata przyczółka

Problemy Kremla nie kończyłyby się jednak wyłącznie na utracie przyszłych dochodów. Upadek Nicolása Maduro i wejście amerykańskiej administracji do Caracas oznaczałoby natychmiastowe „wyparowanie” gigantycznych aktywów, które Rosja pompowała w ten region przez ostatnie dwie dekady.

Według szacunków niezależnych rosyjskich ekonomistów oraz raportów The Carnegie Endowment for International Peace, Moskwa zainwestowała w reżim chavistas (zwolenników Maduro i Chaveza) od 17 do nawet 25 miliardów dolarów. Były to nie tylko państwowe pożyczki, które teraz stałyby się nieściągalne, ale przede wszystkim inwestycje koncernu Rosnieft. Igor Sieczyn, szef naftowego giganta, osobiście nadzorował transfery miliardów dolarów w formie przedpłat za ropę, która teraz – pod amerykańskim zarządem – nigdy nie trafiłaby do Rosji.

Te aktywa stałyby się w jednej chwili bezwartościowe. Nowe władze w Wenezueli, legitymizowane przez Waszyngton, najprawdopodobniej uznałyby długi zaciągnięte przez Maduro za „odious debt” (dług zaciągnięty przez dyktatora wbrew interesom narodu) i odmówiłyby ich spłaty, a rosyjskie udziały w polach naftowych zostałyby znacjonalizowane lub przekazane zachodnim wierzycielom. Dla bilansu Rosnieftu i rosyjskiego sektora bankowego byłby to cios porównywalny z małym krachem finansowym, wymagający kolejnych, kosztownych ratunków z budżetu państwa.

Równie bolesna, a może nawet bardziej dotkliwa, byłaby klęska geopolityczna. Wenezuela przez lata pełniła rolę strategicznego przyczółka Rosji na półkuli zachodniej – „niezatapialnego lotniskowca” w tak zwanym miękkim podbrzuszu Stanów Zjednoczonych. To tam lądowały rosyjskie bombowce strategiczne Tu-160 „Biały Łabędź”, demonstrując zdolność Kremla do projekcji siły tysiące kilometrów od granic Rosji.

Utrata tego sojusznika byłaby sygnałem wysłanym do całej Ameryki Łacińskiej i Globalnego Południa – Rosja nie jest w stanie obronić swoich przyjaciół ani swoich inwestycji. Reżimy w Nikaragui czy na Kubie, widząc upadek Maduro i bezradność Moskwy, mogłyby zacząć szukać porozumienia z USA, obawiając się, że będą następne, co zresztą podsyca Sam Donald Trump, wprost wskazując kolejne państwa, które mu w jakiś sposób przeszkadzają. Putin straciłby nie tylko pieniądze, ale i twarz mocarstwa globalnego, zostając zepchniętym do roli gracza wyłącznie regionalnego.

Drukarki bez pokrycia i widmo lat 90.

Tymczasem w tym samym budżecie Kremla na 2026 r. wydatki socjalne spadają do zaledwie 24,3 proc. całości (z 37,5 proc. w 2021 r.). Co to oznacza? Że Putin w nadchodzącym roku staje przed wyborem, którego bał się przez ćwierć wieku: albo przestanie płacić żołnierzom i pracownikom fabryk zbrojeniowych (co grozi buntem armii), albo przestanie waloryzować emerytury i pensje budżetówki (co grozi buntem ulicy). Do tej pory zasypywał te dziury pieniędzmi z Funduszu Dobrobytu Narodowego. Ale ten fundusz coraz mniej pełni już taką rolę.

Zgodnie z ocenami rządu na koniec bieżącego roku w Funduszu pozostanie 3,8 bln rubli (ok. 49 mld dolarów według obecnego kursu) środków płynnych, lecz po uwzględnieniu zaplanowanych inwestycji w projekty infrastrukturalne – już tylko 2,9 bln rubli (37 mld dolarów). Rezerwy te nie gwarantują władzom komfortu w 2026 r. i mogą nie wystarczyć na pokrycie luki w dochodach z sektora naftowo-gazowego wynikłej z ewentualnego głębokiego spadku cen ropy naftowej – przekonuje w Ilona Wiśniewska z Ośrodka Studiów Wschodnich.

W obliczu tak drastycznego załamania dochodów budżetowych, władze w Moskwie stanęłyby przed dramatycznym wyborem między rozwiązaniem złym, a rozwiązaniem fatalnym. Bank Centralny Rosji, kierowany przez technokratkę Elwirę Nabiullinę, mógłby zostać politycznie przymuszony do ostateczności – monetyzacji długu.

Mówiąc językiem potocznym, oznaczałoby to drukowanie rubli bez pokrycia w towarach czy rezerwach walutowych, aby tylko utrzymać płynność wypłat dla rozbuchanego sektora zbrojeniowego i żołnierzy na froncie. Konsekwencją takiego działania byłaby najprawdopodobniej hiperinflacja.

Gwałtowne zubożenie społeczeństwa, galopujące ceny żywności i leków, przypominałyby traumę lat 90., która do dziś jest głęboką raną w rosyjskiej psychice. Różnica polegałaby na tym, że tym razem wszystko odbywałoby się w warunkach pełnej izolacji międzynarodowej i trwającej wojny, bez nadziei na możliwość otwarcia z Zachodem, jak było to za czasów Borysa Jelcyna 30 lat temu.

Brak dewiz (dolarów i euro) oznaczałby również paraliż logistyki wojennej. Nowoczesna wojna, nawet w wykonaniu Rosji, wymaga importu zaawansowanych komponentów – mikroprocesorów, systemów łączności. Rosja pozyskuje je obecnie okrężnymi drogami, przez pośredników w Azji Centralnej i Turcji, płacąc twardą walutą.

Bez stałego dopływu petrodolarów, zdolność do odtwarzania potencjału bojowego mogłaby ulec całkowitemu załamaniu. Armia rosyjska, pozbawiona nowoczesnego sprzętu, zaczęłaby cofać się technologicznie o dekady, stając się masą słabo uzbrojonej piechoty, niezdolną do prowadzenia skomplikowanych operacji ofensywnych.

Chiński sęp i wasalizacja doskonała

Wielu komentatorów w Moskwie pokłada nadzieje w ratunku ze strony Pekinu. Jednak te nadzieje mogłyby okazać się płonne i naiwne. Relacja Pekin-Moskwa coraz częściej opisywana jest przez zachodnich ekspertów od geopolityki jako skrajnie asymetryczna, przypominająca historyczną zależność wasalną.

W warunkach globalnej nadpodaży surowca, Chiny – będące największym na świecie importerem ropy – zyskałyby pozycję absolutnego hegemona cenowego wobec swojego północnego sąsiada. Nie byłaby to relacja partnerska, lecz raczej przypominająca scenariusz filmów o Predatorze.

Pekin, kierując się wyłącznie własnym, pragmatycznym interesem narodowym, prawdopodobnie wykorzystałby desperację Kremla. Mógłby wymusić na Moskwie sprzedaż surowców po cenach dumpingowych, ledwo pokrywających koszty wydobycia, oraz przejście na rozliczenia wyłącznie w chińskich juanach.

Taki scenariusz uzależniłby rosyjską gospodarkę od chińskiego systemu finansowego i chińskich towarów, zamykając ją w „złotej klatce”. Rosja otrzymywałaby środki na przetrwanie, ale nie na rozwój ani na prowadzenie mocarstwowej polityki.

Jak podkreślają analitycy OSW, Xi Jinping mógłby być zainteresowany utrzymaniem reżimu Putina przy życiu, aby nie dopuścić do prozachodniego przewrotu, ale w stanie permanentnej słabości. Taka „zombifikacja” Rosji gwarantowałaby Chinom tani i nieograniczony dostęp do zasobów Syberii, bez ryzyka, że Moskwa kiedykolwiek zagrozi chińskim interesom w Azji Centralnej.

Europejski dylemat. Tanie paliwo i cyfrowe zielone ludziki

Dla Europy i Polski taki rozwój wypadków miałby charakter raczej słodko-gorzki. Z perspektywy czysto ekonomicznej, gwałtowny spadek cen ropy stanowiłby potężny, pozytywny impuls dezinflacyjny.

Ceny paliw na stacjach benzynowych mogłyby spaść do poziomów niewidzianych od dekady, co obniżyłoby koszty transportu, produkcji rolnej i przemysłowej. Byłby to oddech dla europejskich gospodarek, dławionych w ostatnich latach przez wysokie koszty energii i inflację.

Jednak z perspektywy bezpieczeństwa narodowego, okres przejściowy – lata 2026-2028 – mógłby nieść ze sobą nowe, poważne zagrożenia. Upadający gospodarczo reżim w Moskwie, widząc, że przegrywa wojnę na wyniszczenie, mógłby stać się skrajnie nieprzewidywalny.

Pozbawiony środków na prowadzenie konwencjonalnej wojny pancernej, Kreml mógłby, w akcie desperacji, zintensyfikować działania hybrydowe. Sabotaż podmorskiej infrastruktury krytycznej, takiej jak rurociągi z Norwegii czy kable światłowodowe, ataki cybernetyczne na systemy bankowe czy celowe wywoływanie kryzysów migracyjnych – to narzędzia tanie, a skuteczne. Polska mogłaby już na ten temat napisać obszerną instrukcję obsługi pomysłów Putina.

Raporty renomowanych ośrodków analitycznych, takich jak Center for Strategic and International Studies (CSIS) w Waszyngtonie, ostrzegają, że słabnąca, zagnana w kozi róg Rosja może w swoim zachowaniu zacząć przypominać „wielką Koreę Północną”. Państwo upadłe ekonomicznie, ale agresywne, uzbrojone w broń jądrową i gotowe do szantażowania świata, byle tylko utrzymać się przy władzy.

Koniec pewnej epoki

Podsumowując, wydarzenia, które rozegrały się w styczniu 2026 roku w Caracas, choć geograficznie odległe, mogłyby stanowić punkt zwrotny dla globalnego układu sił, porównywalny z kryzysem naftowym lat 70.

Przejęcie faktycznej kontroli nad wenezuelskimi zasobami przez sferę wpływów Stanów Zjednoczonych oznaczałoby definitywny koniec ery dominacji kartelu OPEC i wejście świata w okres brutalnego, narodowego merkantylizmu surowcowego. Takie postawienie sprawy byłoby nie lada chochotem historii. Wenezuela, która zakładała OPEC, teraz stałaby się poniekąd grabażem własnego dziecka.

Dla Władimira Putina i jego neoimperialnych ambicji byłby to cios potencjalnie śmiertelny, zadany nie przez dywizje pancerne NATO, lecz przez maklerów na giełdach towarowych w Londynie i Nowym Jorku. Jeśli „ekskrementy diabła” faktycznie przynoszą ruinę, jak wieszczył Pérez Alfonzo, to w tym rozdaniu historii ofiarą tej starej klątwy mogłaby paść rosyjska gospodarka wojenna.

Świat przyszłości, rysujący się na horyzoncie, byłby światem tańszym w tankowaniu, ale znacznie droższym i bardziej skomplikowanym w utrzymaniu bezpieczeństwa. Imperium rosyjskie mogłoby zatonąć w morzu własnej ropy. Jednak chwytanie się ostatnich haustów powietrza przez Kreml raczej nie byłoby dla Polski i krajów naszego regionu przyjemnym widokiem.

Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter

Część odnośników to linki afiliacyjne lub linki do ofert naszych partnerów. Po kliknięciu możesz zapoznać się z ceną i dostępnością wybranego przez nas produktu – nie ponosisz żadnych kosztów, a jednocześnie wspierasz niezależność zespołu redakcyjnego.

Zdjęcie główne: WhiteHouse / Flickr.com

Motyw