Partnerzy merytoryczni
Przykładowy plan budowy data center na świecie

Polacy zaczynają mieć ten sam problem, co Brytyjczycy. Jeśli nic nie zrobimy, „wsie zapłoną”

Rewolucja AI, choć jest zmianą dla ludzkości porównywaną do globalnej elektryfikacji, bądź wynalezieniu internetu, posiada też ciemniejszą stronę medalu. Prawda o sztucznej inteligencji zaczyna być bowiem mierzona nie w efektywności produkcji, a w gigawatach energii elektrycznej, megatonach betonu i milionach litrów wody. Kiedy na ekranie smartfona możemy wygenerować w kilka sekund poemat, gdzieś na świecie potężne wentylatory wchodzą na najwyższe obroty, pobierając z sieci tyle prądu, co średniej wielkości miasto. A osoby wychodzące na podwórko i patrzące za płot nie widzą lasu, tylko białą ścianę magazynu o długości kilkuset metrów. To potęguje problemy w środowiskach lokalnych. Nawet w Polsce. I wiele wskazuje na to, że nijak nie jesteśmy gotowi na to, co nas czeka.

  • Teza. Infrastruktura wspierająca rozwój sztucznej inteligencji, ze względu na swoją ogromną energochłonność i uciążliwość środowiskową, wymaga natychmiastowej, systemowej regulacji na poziomie państwowym, aby uniknąć paraliżu lokalnych sieci energetycznych i konfliktów społecznych.
  • Dowód. Planowane centrum danych w podwarszawskich Regułach ma zużywać 1,5 TWh energii rocznie – tyle co 300-tysięczne miasto – przy jednoczesnym magazynowaniu 3,6 mln litrów paliwa w bezpośrednim sąsiedztwie domów jednorodzinnych.
  • Efekt. Brak jasnych ram prawnych dla lokalizacji centrów danych doprowadzi do chaosu inwestycyjnego, drastycznego wzrostu kosztów energii dla MŚP oraz fali protestów społecznych, które mogą trwale zablokować rozwój nowoczesnej infrastruktury cyfrowej w Polsce, tak jak ma to obecnie miejsce m.in. w Wielkiej Brytanii.

Dlaczego w Biznes Enter poruszamy ten temat? Ponieważ globalny wyścig zbrojeń w dziedzinie AI, w którym giganci technologiczni planują wydać biliony dolarów na infrastrukturę, właśnie zderzył się z twardą rzeczywistością – oporem lokalnych społeczności. Od przedmieść Londynu po polskie wsie narasta bunt przeciwko cyfrowej rewolucji.

Dąb w Potters Bar mówi więcej niż tysiące analiz o AI

Aby zrozumieć anatomię tego konfliktu, wystarczy pojechać do Potters Bar, niewielkiego miasteczka pod Londynem. Oddziela je od sąsiedniej wioski 85 akrów falujących, rolniczych terenów należących do tzw. zielonego pasa – strefy mającej chronić stolicę przed niekontrolowanym rozrostem. Dziś na jednym z tamtejszych dębów wisi plakat: „NIE DLA CENTRUM DANYCH”. Całą sprawę opisywał we wtorek The Wired.

To tam międzynarodowy operator Equinix, za zgodą władz lokalnych, zamierza zbudować jedno z największych w Europie centrów przetwarzania danych. Inwestycja ma pochłonąć 5 mld dol. Władze samorządowe są zachwycone – projekt wygeneruje 2500 miejsc pracy przy budowie, a potem zasili lokalny budżet kwotą 27 mln dol. rocznie z samych podatków od nieruchomości. Aby przepchnąć projekt, brytyjski rząd wprowadził nową klasyfikację gruntów („szary pas”), a centra danych uznał za „krytyczną infrastrukturę narodową”.

Dla tysiąca zrzeszonych w protestacyjnej grupie mieszkańców to jednak marna pociecha. Argumentują, że tracą bezcenny bufor zieleni ratujący ich zdrowie psychiczne. Czują się zignorowani przez machinę urzędniczą, w której głosy sprzeciwu podczas konsultacji społecznych (przeważające w stosunku dwa do jednego) zostały po prostu wyrzucone do kosza.

Jak zauważa na łamach portalu prof. Michael Batty z University College London, system planowania przestrzennego właśnie poddawany jest testowi zderzeniowemu. Inwestor ma trzy lata na wbicie pierwszej łopaty, a mieszkańcy przyjęli strategię wojny na wyniszczenie – zaskarżają każdą możliwą decyzję.

Piekło z widokiem na sypialnię. Syndrom Reguł

To, co dzieje się w Anglii, nie jest anomalią. To zapowiedź fali, która z pełną siłą uderza właśnie w Europę Środkowo-Wschodnią. Polska, dysponująca wciąż relatywnie tańszymi gruntami i korzystnym położeniem geograficznym, może stać się bardzo atrakcyjna dla deweloperów infrastruktury big techów. Analiza przypadku z podwarszawskich Reguł (gmina Michałowice), dogłębnie zbadana przez ekspertów Instytutu Spraw Obywatelskich oraz lokalne Stowarzyszenie Aktywnych Sąsiadów, obnaża systemową patologię, wobec której państwo wydaje się bezradne.

W Regułach prywatny inwestor planuje postawienie na 20-hektarowej łące, wciśniętej między domy jednorodzinne, kompleksu czterech gigantycznych serwerowni. Najdłuższa hala ma mierzyć 230 metrów. To nie jest „niegroźny budynek usługowy”, jak często kategoryzują je przestarzałe miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego. To ciężki, uciążliwy przemysł ery cyfrowej.

Skala zasobów potrzebnych do obsłużenia tego molocha poraża. Według wyliczeń, kompleks w Regułach ma zużywać 1,5 terawatogodziny prądu rocznie. To dokładnie tyle, ile potrzebuje 300-tysięczna Bydgoszcz. Tymczasem cała gmina Michałowice liczy zaledwie 20 tysięcy mieszkańców. W Polsce, gdzie miks energetyczny w 50 proc. wciąż opiera się na węglu, a infrastruktura przesyłowa jest chronicznie niedoinwestowana, wpięcie takiego „pasożyta” do sieci grozi lokalnymi blackoutami.

Podobne kryzysy miały już miejsce w zachodnim Londynie (gdzie wstrzymano budowę nowych osiedli mieszkaniowych z braku mocy w sieci) czy w Norwegii.

Drugim, równie palącym problemem jest woda. Aby schłodzić serwery rozgrzane do czerwoności przez algorytmy AI (które zużywają wielokrotnie więcej energii niż tradycyjne wyszukiwania w Google), stosuje się potężne systemy zraszania. Uruchamiają się one, gdy temperatura na zewnątrz przekracza 25 stopni. Zapotrzebowanie na wodę w takich obiektach równa się zużyciu całych miast wielkości Elbląga. W obliczu pogłębiających się suszy rodzi to fundamentalne pytanie, kiedy latem ciśnienie w rurach spadnie, kto pierwszy straci dostęp do wody – mieszkańcy czy serwery wielkich korporacji.

– Ja rozumiem, że każdy zakład to realne pieniądze dla regionu. Ale nie można aż tak bardzo olewać tego, co sądzą mieszkańcy danego terenu. Chciałby pan, żeby za płotem wyrósł panu wielki magazyn, żeby były możliwe przerwy w dostawie wody. Przecież to właśnie mieszkańcy odczują te wszystkie problemy jako pierwsi. Nie warszawiacy, nie PKB tego kraju, czy cokolwiek innego. I to o nich się powinno zadbać. Tymczasem jest zupełnie na odwrót – mówi w rozmowie z Biznes Enter pan Michał, którego rodzina mieszka w Regułach. Dodaje po chwili bardzo poważnym tonem:

Zaświadczam panu, że jeśli tego typu inwestycji będzie więcej, a podejście tych, którzy o nich decydują, się nie zmieni, wsie polskie zapłoną. Będą strajki, będzie zadyma. Ludzie nie są głupi.

„Krojenie salami” i ocean diesla

Z dziennikarskiego punktu widzenia najciekawsze – i najbardziej przerażające – jest to, w jaki sposób inwestorzy ogrywają system. Prawo w Polsce kompletnie nie nadąża za specyfiką wielkoskalowych centrów danych.

Korporacje stosują z premedytacją taktykę zwaną „krojeniem salami”. Gigantyczna inwestycja jest sztucznie dzielona na mniejsze etapy i spółki celowe. Po co? Aby za wszelką cenę uniknąć konieczności uzyskania pozwolenia zintegrowanego i drakońskich rygorów środowiskowych.

Co więcej, pozwala to uniknąć klasyfikacji obiektu jako zakładu zwiększonego ryzyka, co jest absurdem, biorąc pod uwagę to, co znajduje się na jego terenie.

A znajduje się tam prawdziwa tykająca bomba. Aby zapewnić nieprzerwane działanie sztucznej inteligencji, centra danych posiadają potężne systemy awaryjne. W przypadku Reguł mówimy o kilkudziesięciu przemysłowych agregatach prądotwórczych i zbiornikach mieszczących łącznie 3,6 miliona litrów oleju napędowego.

Wyobraźmy sobie magazynowanie oceanu łatwopalnego paliwa i ciągły, niskotonowy szum tysięcy wentylatorów zaledwie kilkadziesiąt metrów od sypialni mieszkańców, którzy wprowadzali się do „cichej, podmiejskiej miejscowości”.

Do tego dochodzi systemowy brak transparentności. Zamiast otwartego dialogu, serwuje się mieszkańcom piękne wizualizacje budynków. Pojawiają się też nowe przepisy, takie jak Zintegrowany Plan Inwestycyjny (ZPI), które – zdaniem ekspertów Instytutu Spraw Obywatelskich (ISO) – mogą być furtką do załatwiania takich inwestycji za zamkniętymi drzwiami gabinetów wójtów, poza kontrolą społeczną. Samorządy, skuszone milionami z podatków od nieruchomości, zbyt często stają się adwokatami inwestorów, pozostawiając własnych obywateli na lodzie.

Holenderski wzór i widmo moratorium

Czy jesteśmy zatem skazani na „wolną amerykankę”? Nie. Analitycy ISO wskazują wyraźny kierunek ewakuacyjny, powołując się na casus Holandii.

Kraj Tulipanów, po drastycznych doświadczeniach z wysychającymi zasobami wody wywołanymi działalnością m.in. Microsoftu, powiedział „stop”. Rząd w Hadze przejął rolę architekta systemu.

Władze lokalne straciły prawo do samodzielnego wydawania zgód na obiekty hyperscale. Wyznaczono ścisłe strefy, z dala od osiedli mieszkaniowych i krytycznych upraw, gdzie taka infrastruktura może w ogóle powstać. Co więcej, państwo zyskało prawo decydowania, które centra są pożądane (np. dla nauki czy medycyny), a które szkodliwe (np. farmy kryptowalut).

W Stanach Zjednoczonych sytuacja jest już na tyle napięta, że koalicja ponad 200 organizacji ekologicznych złożyła w Kongresie postulat ogólnokrajowego moratorium na budowę nowych centrów danych. Powód? Lawinowo rosnące rachunki za energię, które ponosi zwykły obywatel, oraz gigantyczny wzrost emisji CO2 niszczący cele klimatyczne.

W Polsce jesteśmy na początku tej drogi. To moment, w którym wciąż możemy być „mądrzy przed szkodą”. Opowieść z Potters Bar i z podwarszawskich Reguł to dowód na to, że jeśli rząd nie wprowadzi odgórnych, twardych regulacji (działających jak selektywne moratorium na najgorsze praktyki deweloperów), sztuczna inteligencja z optymistycznej wizji przyszłości zamieni się w uciążliwego „sąsiada z cyfrowego piekła rodem”.

Przemysł wysokich technologii musi zrozumieć, że w cyfrowym świecie istnieją twarde, fizyczne granice środowiskowe i społeczne. A te granice wyznaczają dzisiaj zdesperowani ludzie z transparentami pod domem.

Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter

Zdjęcie główne: Materiały prasowe / DLR Group

Motyw