
Sukces! Bezrobocie najniższe w Unii Europejskiej – posty z tego typu hasłami „zalały” media społecznościowe rządzących po środowym ogłoszeniu danych o stopie bezrobocia przez Eurostat. Problem w tym, że sam ten wskaźnik bez szerszego kontekstu niewiele nam mówi o sytuacji polskiego rynku pracy. Wystarczy zresztą przywołać liczby podawane przez GUS, by dopasować dane do przeciwnej narracji. Żeby zrozumieć, co się rzeczywiście dzieje, trzeba się wgryźć znacznie głębiej.
- Teza. Na rynku pracy występuje szereg zjawisk mających wpływ na codzienność firm i zatrudnionych. Sama stopa bezrobocia nie jest w stanie pokazać realnej sytuacji, gdyż potrzebuje szerszego osadzenia w kontekście.
- Dowód. Z jednej strony rządzący chwalą się najniższym bezrobociem w całej UE, a z drugiej w mediach cały czas pojawiają się informacje o masowych zwolnieniach. Ani jedna, ani druga informacja nie ukazuje całej prawdy o rynku pracy.
- Efekt. Realnie są one pochodnymi kilku zjawisk, których splot przyczynia się do wyników stopy bezrobocia czy też wzrostu osób tracących pracę w zwolnieniach grupowych. Wszystkie te zjawiska do kupy wskazują raczej, że polski silnik gospodarczy, który decydował o sukcesie ostatnich 30 lat, powoli się zaciera.
Bezrobocie w Polsce to opowieść o żonglerce statystykami. Spis treści
W środę media podały doniesienia o najnowszych danych Eurostatu dotyczących bezrobocia. Według unijnej metodologii (co zaraz wyjaśnimy) stopa bezrobocia po dostosowaniu sezonowym wyniosła w styczniu 3,1 proc., wobec 3,2 proc. w grudniu i była najniższa w całej Unii Europejskiej – podał europejski urząd statystyczny. Realnie wyprzedziliśmy Czechów, którzy w ostatnich latach przez wiele miesięcy byli liderami UE, ale w ostatnim czasie odnotowali wzrost bezrobocia.
Po tym ogłoszeniu do gry weszli politycy. „Na koniec 2025 r. w Polsce pracowało 17,35 mln osób, to o niemal 100 tys. więcej niż rok wcześniej. Tak polityczna propaganda PiS-u przegrywa z faktami” – skwitował na X te dane minister finansów i gospodarki Andrzej Domański.
Problem jest taki, że sama statystyka dotycząca stopy bezrobocia, bez osadzenia jej w kontekście, niewiele mówi nam o realnej sytuacji na rynku pracy.
Bezrobocie „po polsku” vs „po europejsku”
Dyskusję rozpocząć należy od rozróżnienia między danymi unijnymi a krajowymi. Krytycy obecnego rządu już bowiem powołują się na te drugie, by zdyskredytować obecną sytuację. Według Głównego Urzędu Statystycznego stopa bezrobocia w styczniu wyniosła 6 proc., wobec 5,7 proc. w grudniu i średniej na poziomie 5,6 proc. w czwartym kwartale.
GUS opiera się na sprawozdaniach urzędów pracy prowadzących formalny rejestr bezrobotnych. Statystycy zbierają te dane, następnie przeliczają je wraz z liczbą osób pracujących w gospodarcze. W efekcie wychodzi stopa bezrobocia w postaci udziału bezrobotnych w populacji osób aktywnych zawodowo.
– Jest duże przywiązanie analityków do tych danych, takie wręcz nieco historyczne – wskazuje w rozmowie z Biznes Enter Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. Dodaje też, że GUS udostępnia swoje dane o stopie bezrobocia co miesiąc, więc wzbudzają większą ekscytację wśród analityków oraz komentatorów.
Z danymi z urzędów pracy (w których jest coraz trudniej znaleźć pracę) jest jednak kilka problemów. Po pierwsze, nie każdy bezrobotny, który chce pracować, rejestruje się w urzędzie. W czasie poszukiwania i niekończących się rekrutacji jest w stanie przeżyć za własne oszczędności. Dla statystyk GUS-u pozostaje zatem niewidoczny, dopóki nie znajdzie zatrudnienia.
Ponadto na rynku następuje powoli zmiana pokoleniowa. U młodych mających trudności ze znalezieniem pracy ani pierwszą, ani kolejną myślą nie jest rejestracja w urzędzie. Mówiąc obrazowo, współczesna Halina Kiepska z serialu Świat według Kiepskich nie zapytałaby swojego męża, Ferdynanda, czy „w pośredniaku był”, tylko raczej czy przejrzał oferty i ogłoszenia w serwisie internetowym.
Drugim przypadkiem są osoby, które formalnie pracują i w związku z tym otrzymują co miesiąc pensję, ale robią to w sposób niesformalizowany, czyli np. na czarno. Państwo zatem „nie widzi” ich aktywności, więc mogą się zarejestrować w urzędzie pracy, by np. poszukiwać legalnego zatrudnienia albo zyskać prawo do zasiłku czy ubezpieczenie zdrowotne.
I dlatego za wiarygodniejsze i lepsze uznaje się dane z Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL), na których bazuje Eurostat. – Są one wynikiem analizy przeprowadzanej co kwartał, na podstawie ankiety o stanie rynku pracy. Jest ona robiona na bardzo dużej próbie, bo przeszło 20 tys. gospodarstw domowych, bardzo dobrze dobranej, w wielu aspektach ciekawie metodologicznie prowadzonej – wskazuje Piotr Soroczyński.
Formalnie w UE to właśnie źródło danych o rynku pracy (BAEL) jest preferowane. Bo mówi nie tylko o rejestrze bezrobotnych, ale pozwala też obserwować co dzieje się z liczbą pracujących czy biernych zawodowo (w dobrych przekrojach kto jest w tych grupach). Przywiązanie jednak do tych danych jest mniejsze, pewnie ze względu na rzadszą publikację i brak wskazania, co dzieje się w poszczególnych miesiącach.
Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej, dla Biznes Enter
GUS zbiera dane co trzy miesiące w ramach BAEL-u. Dlatego też Eurostat podaje miesięczne dane na bazie tego badania, a także danych z bezrobocia rejestrowanego (na którym z kolei bazują raporty GUS-u) wyrównywanych sezonowo i prognozowanych na kolejne okresy. Realnie w czwartym kwartale 2025 r. stopa bezrobocia w Polsce według BAEL wyniosła 3,2 proc.
Skąd się bierze rozjazd danych?
Nasuwa się zatem pytanie, jak to jest możliwe, że stopa bezrobocia z rejestru (6 proc.) rośnie, podczas gdy stopa BAEL (3,1 proc. w styczniu według Eurostatu i 3,2 w czwartym kwartale 2025 r.) utrzymuje się na podobnym poziomie? Można spróbować to wyjaśnić na bazie kilku argumentów.
Pierwszym niech będą osoby przywołane wyżej, czyli bezrobotni nierejestrujący się w urzędach pracy i pracujący, którzy się rejestrują. Jedni i drudzy przyczyniają się do odchyłów w danych GUS-u. – Porównanie stopy bezrobocia z rejestru ze stopą BAEL dla czwartego kwartału wskazuje, że u nas więcej jest raczej osób z tej drugiej populacji niż z tej pierwszej. Faktyczna sytuacja jest więc lepsza, niż pokazują to dane oparte na rejestrach bezrobotnych – mówi Piotr Soroczyński.
Miesiące zimowe są też zazwyczaj tymi, gdzie kończą się prace sezonowe, więc widać napływ osób je wykonujących do grupy zarejestrowanych bezrobotnych. Chodzi tu oczywiście o zatrudnienie w takich branżach, jak m.in. rolnictwo, budowlanka czy turystyka. Wiosną i latem znów wzrośnie zapotrzebowanie w tych sektorach, a zatem liczba osób widniejących w danych urzędów pracy znów spadnie. A jako że dane GUS są podawane co miesiąc (ankiety do BAEL zaś zbierane są co kwartał), to też i szybciej widać te zmiany w jego raportach.
Trzeci argument wskazał przed kilkoma tygodniami Kamil Sobolewski, główny ekonomista Pracodawców RP. W swojej analizie na X danych GUS-u wskazał, że za wzrosty liczby osób bezrobotnych częściowo odpowiadają osoby dotychczas bierne zawodowo, czyli takie, które ani nie pracowały, ani tej pracy nie szukały. Część z nich postanowiła odmienić swój los i zaczęła poszukiwać zarobku.
Bezrobocie sprawia, że musimy bić na alarm?
A jednak cały czas pojawiają się dane i publikacje o pogarszającej się sytuacji na naszym rynku pracy, który już ma twarz pięćdziesięcioletniej, spracowanej kobiety. Przykładowo, money.pl na początku lutego podawał, że w 2025 r. do urzędów pracy wpłynęły zgłoszenia planów likwidacji 97,6 tys. etatów. To wynik trzykrotnie większy od tego z roku wcześniej, a zarazem najwyższy od 18 lat, czyli od kryzysu finansowego z lat 2008-2009.
Szkopuł w tym, że nie każdy zgłoszony zamiar faktycznie kończy się zwolnieniem. Jak wskazał na X Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora departamentu strategii w Ministerstwie Finansów, ok. 70 proc. z tychże zgłoszeń nie zakończyło się rozwiązaniem stosunku pracy. Z kolei Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wskazało, że w ramach procedury zwolnień grupowych pracę straciło ok. 29,5 tys. osób.
Trudno jednak napisać, że nie dzieje się nic. Zwolnienia grupowe, szczególnie w Krakowie, w ostatnich miesiącach obrosły już niemal mroczną legendą. Do jej podsycenia swoje dołożył ostatnio kolejny gigant, czyli Electrolux. – Jest sporo zwolnień. Po części to duże firmy i zwolnienia grupowe. Ale dużo jest też mniej spektakularnych, choć powszechniejszych, redukcji w małych firmach – zwłaszcza w niewielkich lokalizacjach – zauważa Piotr Soroczyński.
Główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej porównuje też dane rok do roku. Z nich wynika, że stopa bezrobocia z rejestru w styczniu przed rokiem wynosiła 5,4 proc. (teraz 6 proc.), zaś kwartalna, wynikająca z ankiet BAEL-u – 2,8 proc. (teraz 3,2 proc.).
Na rynku wciąż jest pewna liczba wakatów, wciąż więc udaje się absorbować do pracy sporo spośród tych, którzy właśnie ją stracili. Tylko ten rezerwuar wakatów – oficjalnych i nieoficjalnych – szybko się kurczy. Jeszcze niedawno można go było szacować na grube kilkaset tys. miejsc pracy, a teraz to może 100-200 tys. Wyraźnie też zmniejszyła się pula formalnych ofert pracy na rynku.
Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej, dla Biznes Enter
Nasz rozmówca dodaje też, że w bezrobociu rejestrowym w minionym roku dało się dostrzec wzrosty w czasie, gdy zwyczajowo w poprzednich latach występowały sezonowe spadki. Podkreśla, że to zjawisko tylko częściowo tłumaczy zmiana w definicji bezrobocia rejestrowego.
Bezrobotny pracy łatwo nie znajdzie
Poza tym części bezrobotnych coraz trudniej jest znaleźć pracę. Firma Randstad w swoim Monitorze Rynku Pracy sprzed kilku miesięcy pracy podawała, że w Polsce rekordowo wydłużył się okres poszukiwania pracy i wynosi już średnio ok. 4,5 miesiąca. To rekord w historii tych pomiarów (prowadzonych od 2017 r.) i wzrost o ok. 1,5 miesiąca w porównaniu z sytuacją odnotowaną 12 miesięcy wcześniej.
Autorzy badania doprecyzowują, że co prawda największy odsetek, bo ponad jedna trzecia osób, znalazła pracę w okresie 2-3 miesięcy (37 proc.), ale już niemal co dziesiąty kandydat musiał poświęcić od 7 do 12 miesięcy swojego życia, zanim udało mu się gdzieś zatrudnić.
– Ożywienie gospodarcze nie przyniosło jeszcze wyraźnego wzrostu zamówień w przedsiębiorstwach, więc starając się poprawiać wyniki finansowe, czasem zwalniają pracowników, ale częściej nie zatrudniają nowych. Stąd rosnące wyzwania dla tych, którzy mierzą się z poszukiwaniem nowego miejsca pracy i najgorsze w historii badania Monitor Rynku Pracy wyniki dotyczące oceny szans znalezienia pracy takiej samej lub lepszej od tej, jaką ankietowany już ma – wskazał cytowany w badaniu Randstad Łukasz Komuda, ekspert rynku pracy Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych i współautor podcastu Ekonomia i cała reszta.
Jeśli zaś chodzi o wiek, to najtrudniej podpisać z kimś umowę jest osobom po pięćdziesiątce (trwa to średnio ponad 7 miesięcy), a najłatwiej – młodym do 30-35 lat (4 miesiące). Choć i najstarsi przedstawiciele rynku, i ci najmłodsi, ale po 26. roku życia, są w pewien sposób dyskryminowani, więc mogą tracić pracę ze względu na swój status ekonomiczny, co wykazały analizy Polskiego Instytutu Ekonomicznego.
Natomiast Ośrodek Badawczy GRAPE podawał w swoich analizach, że zarówno osoby z wyższym wykształceniem, jak i bez niego, na znalezienie pracy muszą poświęcić średnio 8,5 miesiąca.
Poszukujący pracy mają nowego rywala – AI
Obecna sytuacja na rynku pracy jest zatem kumulacją kilku zjawisk, takich jak m.in. wzrost niepewności firm związanych z sytuacją geopolityczną, redukcja etatów jako dostosowanie się do prawdopodobnie nadchodzących chudszych lat, ale także rosnąca grupa osób dotychczas biernych zawodowo, które postanowiły odmienić swój los, czy niedoskonałość statystyk, na których bazujemy. Są jednak jeszcze dwie kwestie, które trzeba poruszyć.
Pierwszą jest wzrost adopcji rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji w firmach. Jako społeczeństwo chyba już wyzbyliśmy się marzeń, że AI odciąży nas od pracy i przyspieszy wdrażanie np. czterodniowego tygodnia pracy. Dotychczasowe osiągnięcia w tym zakresie raczej wskazują, że będzie dokładnie odwrotnie – nowe narzędzia generatywnej sztucznej inteligencji dokładają obowiązków pracownikom. A przynajmniej tak wynika z badań.
Możesz obejrzeć rozmowę Biznes Enter z Bartoszem Pacuszką, partnerem EY, o tym, z czym się wiąże adopcja AI i jakie zagrożenia z tego płyną. Dalsza część artykułu pod materiałem wideo
Na AI jako jeden z powodów wydłużenia się czasu poszukiwania pracy wskazał też cytowany wyżej Łukasz Komuda, choć zastrzegł przy tym, że „w większości branż kluczowa jest sytuacja makroekonomiczna”.
Z badania EY wynika, że ponad 34 proc. przedsiębiorstw w Polsce zaadaptowało już rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji. To wzrost o 9 pp. w porównaniu z wynikami sprzed 12 miesięcy. Dlatego też ekonomiści banku Pekao w swojej analizie sprzed kilkunastu dni przyjrzeli się wpływowi AI na sytuacje światowych rynków pracy.
I tak z jednej strony AI przekłada się na wzrost produktywności o 4 proc. bez spadku zatrudnienia w krótkim terminie, ale z drugiej strony efekt ten jest widoczny głównie w przypadku dużych firm. Małe i mikrofirmy po wdrożeniu rozwiązań tego typu potrafią odnotowywać wręcz spadek produktywności.
Trzy wnioski ze wdrażania AI, jakie podaje Pekao dla rynku pracy, są następujące:
- słabo zauważalny wzrost produktywni lub spadek zatrudnienia;
- choć adopcja AI nie prowadzi w tym momencie do zwolnień, to może ograniczać zatrudnianie w bardziej narażonych branżach (jednocześnie pojawiają się nadzieje na nowe miejsca pracy o innych wymogach kompetencyjnych);
- całkowite zastąpienie człowieka przez AI jest na dziś niemożliwe, gdyż sztuczna inteligencja potrzebuje nadzoru.
Jednocześnie analitycy banku podają, że w Polsce efekty te będą słabiej zauważalne. Wszystko przez fakt, że nasze rodzime firmy są relatywnie słabo przygotowane na adopcję AI – według Cisco wskaźnik pełnej gotowości wynosi 5 proc. dla Polski przy 13 proc. globalnie – i rzadziej inwestują w tę technologię (38 proc. wobec 63 proc. na świecie).
Choć zdaniem specjalistów z Pekao zmiany związane z AI będą mieć nad Wisłą raczej charakter ewolucyjny niż rewolucyjny, to jednak – tu już nasz wniosek – nie można wykluczyć, że miały one wpływ na spowolnienie tempa w rekrutacji nowych pracowników.
Polski model sukcesu gospodarczego się wyczerpuje
Drugą z zapowiadanych kwestii jest wyczerpujący się model gospodarczy, który przyniósł Polsce sukces po transformacji. W Biznes Enter od tygodni wskazujemy, że polska obietnica zatrudnienia tanio, ale za to świetnie wydedukowanych ekspertów, po 30 latach traci moc. Z perspektywy globalnych podmiotów nie jesteśmy już bowiem krajem na dorobku, więc w państwach rozwijających się mogą oni znaleźć pracowników równie dobrze wykształconych, a jeszcze tańszych.
Dlatego też coraz więcej firm będzie się decydować, by polską kadrę specjalistów wypychać na bezrobocie, a na ich miejsce zatrudniać tych samych ekspertów np. z Dalekiego Wschodu. Ten model, który zbudował nad Wisłą potężny sektor BPO/SSC, odpowiadający za pół miliona pracujących osób i 5 proc. naszego PKB, teraz sprawia, że ów sektor z trwogą spogląda na tańszą konkurencję przede wszystkim z Indii, choć nie tylko.
Nie pomaga też Unia Europejska, która podpisuje umowy handlowe nie tylko z Mercosurem, ale też i zacieśnia swoje relacje handlowe i biznesowe właśnie z Nowym Delhi. To, co jednak jest ogromnym wyzwaniem dla Polski i naszego modelu wzrostu, jest zarazem dziejową koniecznością dla Brukseli; przynajmniej jeśli nie chce ona utknąć w stagnacji między dwoma silnie innowacyjnymi mocarstwami – Stanami Zjednoczonymi i Chinami.
Najważniejszy dla firm i pracowników jest fakt, że wizją niskich kosztów pracy nikogo już nie skusimy. Trwanie w wypracowanym przez lata statusie quo sprawi, że coraz bardziej będziemy grzęznąć na mieliznach przepychania się statystykami o realnym, potencjalnym, ukrytym czy cichym bezrobociu. Realnym game changerem może być wzrost nakładów na innowacyjność i poszukiwanie własnych niszy gospodarczych. Ale to już zagadnienie na inny tekst.
Krystian Rosiński, dziennikarz i wydawca Biznes Enter
Zdjęcie główne: Taylor Walling / Unsplash