Partnerzy merytoryczni
Emmanuel Macron

Sztorm perfekcyjny. Finanse Francji płoną, tak jak ulica. Kryzys może z łatwością rozlać się na inne kraje

W nocy z 17 na 18 października 2026 r. niebo nad francuskim miastem Limoges przybrało barwę brudnego szkarłatu, gdy płomienie trawiły dach tamtejszego dziewiętnastowiecznego ratusza. W tym samym czasie w centrum Paryża, od okolic Luwru po Place de la République i Les Halles, w gryzącym dymie gazu łzawiącego płonęły barykady z rowerów miejskich i przewróconych furgonetek, a na zatrzaśniętych żaluzjach splądrowanych sklepów demonstranci wypisywali czarnym sprayem sarkastyczne hasło: „Vive le ruissellement!” – „Niech żyje skapywanie (bogactwa)!”. We Francji rozpętało się istne piekło na każdym poziomie – społecznym, ekonomicznym, finansowym. Jak analizuje Biznes Enter, przyczyn obecnych niepokojów należy szukać w zaniedbaniach sprzed wielu lat. Impas nad Sekwaną trwa w najlepsze, a problemy mogą z łatwością rozlać się na inne kraje.

  • Teza. Francja stała się pierwszym bogatym państwem grupy G7 bezpośrednio zagrożonym kryzysem niewypłacalności, ponieważ jako jedyna łączy uzależnienie od zagranicznych wierzycieli oraz brak własnej waluty z głębokim paraliżem politycznym i gwałtownym buntem społecznym, które uniemożliwiają skuteczne uzdrowienie finansów publicznych.
  • Dowód. Potwierdzają to dane fiskalne i rynkowe: po 51 latach nieprzerwanych deficytów budżetowych, wzroście długu publicznego do 119 proc. PKB oraz konieczności pożyczenia rekordowych 340 mld euro w 2027 roku, ucieczka kapitału wywindowała rentowność francuskich obligacji 10-letnich do 4,925 proc., a wycenę ryzyka bankructwa (5-letnie kontrakty CDS) do 79,05 punktów bazowych, czyli najwyższego poziomu od kryzysu zadłużeniowego z 2013 r.
  • Efekt. Lawinowo rosnące koszty obsługi zadłużenia (skaczące w 2027 r. do 91 mld euro) ograniczają środki na edukację, ochronę zdrowia i infrastrukturę oraz wymuszają podwyżki podatków i zamrażanie świadczeń socjalnych, co w połączeniu z osłabieniem euro, przeceną na giełdzie i zamieszkami ulicznymi hamuje wzrost gospodarczy, spycha kraj w długotrwałą stagnację i grozi rozlaniem się kryzysu na Włochy oraz całą strefę euro.
Historia imperium Gołębiewskiego

Prawdziwe kłopoty Piątej Republiki nie zaczęły się w świetle płonących radiowozów, lecz na giełdach w Londynie, Frankfurcie, Nowym Jorku i Tokio. Gdy w poniedziałek i wtorek, 19 i 20 października, otworzyły się rynki, globalny kapitał przeprowadził bezkrwawy zamach na francuskich obligacjach skarbowych (OAT). Rentowność dziesięcioletnich papierów Francji przebiła psychologiczną barierę i poszybowała do poziomu 4,925 proc. – najwyższego od ponad dwóch dekad – podczas gdy wrażliwe na politykę pieniężną obligacje dwuletnie skoczyły do 3,647 proc..

Przez dziesięciolecia Paryż żył w przekonaniu, że status drugiej gospodarki strefy euro gwarantuje mu finansową nietykalność. Dziś ten mit właśnie spłonął. Jak ujął to Louis-Vincent Gave, szef Gavekal Research, współczesna Francja mierzy się równocześnie z kryzysem społecznym, imigracyjnym, energetycznym, gospodarczym i fiskalnym w momencie, gdy jej prezydent „sprawuje urząd, ale nie sprawuje władzy”. Dla rynków finansowych zagadka nie brzmi już, czy francuski model państwa dobrobytu zderzy się ze ścianą, lecz kto zapłaci rachunek za katastrofę państwa zbyt wielkiego, by upaść, i zbyt zadłużonego, by ktokolwiek zdołał je uratować.

Trzy reguły niewypłacalności – dlaczego właśnie to Paryż krwawi najbardziej?

Gdy spojrzymy na najzamożniejsze gospodarki na globie, tzw. G7, oskarżenie Francji o bycie pierwszym bogatym państwem w kolejce do bankructwa wydaje się na pierwszy rzut oka paradoksem. Japonia dźwiga dług publiczny sięgający 204 proc. PKB, Stany Zjednoczone pożyczają w tempie 2 bilionów dol. rocznie i wydają na same odsetki 1,14 biliona dolarów (więcej niż na cały Pentagon), Wielka Brytania płaci za dziesięcioletni dług najwyższą stawkę w tym elitarnym klubie (5,4 proc.), a Włochy mają dług na poziomie 138 proc. PKB i rating kredytowy o trzy stopnie niższy od francuskiego.

Dlaczego więc to Francja, z długiem wynoszącym 119 proc. PKB (dokładnie 3,59 biliona euro na koniec drugiego kwartału 2026 r.), stała się najsłabszym ogniwem zachodniego systemu finansowego?

Odpowiedź kryje się w trzech żelaznych regułach przetrwania na rynku długu i fakcie, że Francja jako jedyne państwo z grupy G7 oblewa test w każdej z nich. Prześledźmy je pokrótce.

Reguła pierwsza. Komu jesteś winien pieniądze?

Japonia mimo gigantycznego długu płaci jedne z najniższych odsetek (ok. 3 proc.), ponieważ aż 92 proc. jej obligacji spoczywa w rękach krajowych instytucji, z czego blisko połowę trzyma Bank Japonii. Nawet zadłużone Włochy sprzedały zagranicy tylko jedną trzecią swojego długu, a aż jedną ósmą trzymają bezpośrednio włoskie gospodarstwa domowe, które nie uciekną w popłochu przy pierwszym wstrząsie.

A Francja? Ponad połowa francuskiego długu znajduje się w rękach inwestorów zagranicznych, podczas gdy francuskie gospodarstwa domowe i zwykłe firmy posiadają bezpośrednio zaledwie 1 proc. obligacji własnego rządu. Paryż jest całkowicie uzależniony od łaski obcego kapitału, który właśnie zaczął ewakuację – japońscy inwestorzy, trzymający w portfelach francuskie obligacje rządowe i korporacyjne warte ok. 150 mld dol., już w 2024 r. sprzedali netto o 24 mld dol. więcej francuskiego długu skarbowego, niż kupili.

Reguła druga. W jakiej walucie pożyczasz?

USA, Wielka Brytania, Kanada czy Japonia zadłużają się we własnych walutach. Jak mawiał Bank Rezerw Federalnych w St. Louis, jako wyłączny „producent dolarów” rząd USA nigdy nie może stać się technicznie niewypłacalny – ceną za dodruk jest jedynie spadek wartości waluty, czego doświadczył jen, spadając w lipcu 2026 r. do najniższego poziomu wobec dolara od 1986 r.

Francja, podobnie jak Grecja, pożycza w euro – walucie, której nie może sama wykreować. Gdy wierzyciele wpadają w panikę, w Paryżu nie ma prasy drukarskiej. Jedynym pożyczkodawcą ostatniej instancji jest Europejski Bank Centralny we Frankfurcie.

Reguła trzecia. Jak szybko potrafisz zawrócić znad przepaści?

We wrześniu 2022 r. brytyjski rząd Liz Truss ogłosił niepokryte dochodami cięcia podatków na kwotę rzędu 45 mld funtów, co w trzy dni wywindowało rentowności obligacji z 3,6 do 4,5 proc., zepchnęło funta do 1,03 dolara i niemal zmiotło fundusze emerytalne. Jednak brytyjski system polityczny zareagował błyskawicznie. W 27 dni wymieniono kanclerza skarbu, wycofano reformę i zdymisjonowano premier, odzyskując zaufanie wierzycieli. Z kolei Włochy, gdy 2 października tego roku koszty długu drgnęły w górę, minister finansów w Rzymie w tym samym tygodniu ściął dodatkowe pożyczki na obronność z 22 do 14 mld euro.

Francja na tym tle przypomina pędzący pociąg bez działających hamulców. Bez uwzględnienia odsetek Paryż wypracował nadwyżkę budżetową tylko w czterech z ostatnich 31 lat i ani razu od 2001 r. Ostatnim rokiem, w którym państwo francuskie wydało mniej, niż zebrało w podatkach, był 1974 – ponad pół wieku i 51 deficytów budżetowych temu.

W ostatnich dniach, gdy rynki zażądały od Paryża zwrotu ku dyscyplinie, 9 października parlamentarna komisja odpowiedzialna za budżet najpierw całkowicie przepisała część podatkową ustawy, niwecząc rządowe plany redukcji deficytu, po czym… odrzuciła własną wersję projektu stosunkiem głosów 3 za do 31 przeciw.

Krew na parkiecie leje się w najlepsze

Wśród inwestorów utrata wiarygodności ma swoją precyzyjną cenę, wyrażaną w punktach bazowych. Najlepszym barometrem strachu stał się spread OAT-Bund, czyli premia za ryzyko, jakiej inwestorzy żądają za trzymanie dziesięcioletnich obligacji francuskich zamiast bezpiecznych papierów niemieckich. Jeszcze na początku września spread ten wynosił spokojne 86 punktów bazowych. Na początku października przebił barierę 130 punktów (sięgając w szczytowej fazie wyprzedaży nawet 159 pkt), w poniedziałek 19 października skoczył do 146 punktów, by we wtorek 20 października sforsować psychologiczną granicę 150 punktów.

W tym samym czasie doszło do historycznego odwrócenia hierarchii w strefie euro – różnica rentowności między Francją a Włochami osiągnęła rekordowe poziomy na niekorzyść Paryża. Dziś Włochy pożyczają na dziesięć lat na 4,6 proc., a zdyscyplinowana po kryzysie Grecja (utrzymująca niemal 5 proc. PKB nadwyżki pierwotnej) finansuje się taniej niż Francja, która musi płacić ponad 4,9 proc..

Jeszcze groźniejszy sygnał płynie z rynku instrumentów pochodnych Credit Default Swaps (CDS), służących do ubezpieczania długu przed bankructwem. Jak zauważa Benjamin Schroeder z ING, rynek przestał wyceniać we Francji wyłącznie premię za ryzyko polityczne, a zaczął wyceniać realne ryzyko kredytowe. Notowania pięcioletnich kontraktów CDS dla Francji wystrzeliły z 36 punktów bazowych na początku września do 72 punktów na początku października, a 19 i 20 października otarły się o poziom 79,05 punktów bazowych – najwyższy od szczytu kryzysu zadłużeniowego w strefie euro w 2013 r.

Wyceny te wliczają już około 20-procentowe (jeden do pięciu) prawdopodobieństwo niewypłacalności w horyzoncie pięciu lat, a stratedzy tacy jak Ven Ram ostrzegają przed spłaszczaniem się krzywej CDS wraz z narastaniem paniki przed kwietniowymi wyborami prezydenckimi.

Problemy z rolowaniem długu narastają

Dlaczego wzrost rentowności do 4,925 proc. jest dla francuskiego skarbu państwa tak dużym problemem? Ponieważ uruchamia matematyczną pułapkę refinansowania. W samym drugim kwartale tego roku dług publiczny Francji powiększył się o 59,6 mld euro w zaledwie trzy miesiące.

Z kolei średnie oprocentowanie starego, wyemitowanego w erze taniego pieniądza długu Francji wynosi zaledwie 1,9 proc.. Zastępowanie zapadających obligacji nowym długiem oprocentowanym na 4,9 proc. oznacza, że koszt rolowania zobowiązań rośnie ponad dwukrotnie.

A w przyszłym roku Francja musi pożyczyć na rynkach (na pokrycie deficytu i zrolowanie starego długu) rekordową kwotę 340 miliardów euro – co oznacza konieczność pożyczania 1,3 miliarda euro w każdy dzień roboczy.

Wprawdzie na aukcji z 1 października, w samym środku wyprzedaży, Francja wciąż zdołała uplasować obligacje za 12 mld euro przy popycie sięgającym 27 mld euro, ale każde kolejne podejście do rynku staje się droższe.

Otoczenie globalne Francji nie sprzyja

Co więcej, francuski skarb państwa musi dziś walczyć o kapitał w skrajnie niekorzystnym otoczeniu globalnym: wielomiliardowe emisje długu korporacyjnego finansujące infrastrukturę sztucznej inteligencji (AI) wysysają płynność z rynku instytucjonalnego, a rentowności dziesięcioletnich obligacji USA wzrosły do 5,3 proc. (najwyżej od 24 lat), podczas gdy średnie rentowności w grupie G7 są najwyższe od dwóch dekad.

Wstrząs na rynku długu natychmiast uderzył w walutę i giełdę. Euro osłabiło się o 0,5 proc., spadając do 1,1183 dolara przy gwałtownie rosnących kosztach hedgingu walutowego, a ogólnoeuropejski indeks STOXX 600 tracił zarówno w poniedziałek (-0,8 proc.), jak i we wtorek rano (-0,27 proc., spadając do 637,84 pkt).

Na paryskim parkiecie indeks CAC 40 spadał w poniedziałek w trakcie sesji o 1,5 proc., by ostatecznie zamknąć dzień stratą 1,1 proc. na poziomie 7868,05 punktu (i pogłębić spadek o 0,2 proc. we wtorek). Z perspektywy analizy technicznej paryskie byki balansują na cienkiej linie. Jak podkreślają maklerzy, spadek głównego indeksu giełdowego Francji o 200 punktów otworzyłby drogę do pełnowymiarowej bessy na francuskich akcjach.

Budżetowy labirynt za dziesiątki miliardów euro

W gmachu Ministerstwa Gospodarki i Finansów w Bercy oraz w pałacu Matignon premier Sébastien Lecornu – piąty szef rządu od początku 2024 r. – próbuje przeprowadzić operację na otwartym sercu bez znieczulenia. Zaprezentowany 1 października projekt budżetu państwa (PLF) oraz budżetu ubezpieczeń społecznych (PLFSS) na 2027 r. to desperacka próba powstrzymania fiskalnej lawiny.

Bez działań naprawczych deficyt budżetowy Francji, który w 2025 r. wyniósł 5,1 proc. PKB, a w 2026 r. ma wzrosnąć do 5,4 proc. PKB, poszybowałby w 2027 r. do niebezpiecznego poziomu 6,5 proc. PKB.

Plan Lecornu zakłada zbicie go do 5 proc. PKB poprzez pakiet cięć i podwyżek podatków o wartości 43 miliardów euro (a wliczając narastające skutki wcześniejszych decyzji – łącznie 54 miliardów euro).

Jeśli rozłożymy propozycje premiera na części pierwsze, zobaczymy, jak głęboko w narożniku znalazło się państwo francuskie. Weźmy na przykład pod uwagę koszty odsetek. W przyszłym roku mają one skoczyć o 12 mld euro, osiągając gigantyczny pułap 91 miliardów euro (przy jednoczesnym wzroście wydatków na obronność o 6,4 mld euro). Ale to nie wszystko.

Obciążenia podatkowe mają wzrosnąć z 43,9 proc. do 44,2 proc. PKB. Rząd chce uderzyć w ulgi podatkowe dla emerytów, zaostrzyć opodatkowanie i refundację zwolnień lekarskich oraz odpraw, utrzymać podatek nadzwyczajny dla wielkich korporacji, czy obciąć ulgi w składkach społecznych dla pracodawców.

Francja musi także przeprowadzić zabieg, który czeka polski rząd w 2029 bądź 2030 r., czyli mrożenie płac (w naszym przypadku będzie to wymagane ustawowo, o czym pisaliśmy TUTAJ). Sébastien Lecornu jest zmuszony do zahamowania podwyżek w budżetach większości ministerstw, płac w budżetówce, dodatków mieszkaniowych i zasiłków rodzinnych, a także postuluje brak waloryzacji wyższych emerytur o inflację (co ma dać 4,1 mld euro oszczędności).

Polityczna układanka nad Sekwaną, a uchwalenie budżetu

Co ważne, nawet jeśli ten niezwykle bolesny budżet zostanie w całości wdrożony, nie ustabilizuje on długu publicznego. Według danych Ministerstwa Gospodarki i Finansów relacja długu do PKB i tak wzrośnie ze 119 proc. w tym roku do 121,7 proc. w 2027 r.

Co gorsza, uchwalenie tego planu w Zgromadzeniu Narodowym przypomina obecnie spacer po polu minowym. Koalicja rządowa dysponuje zaledwie 162 z 577 mandatów, a parlament obalił już dwóch poprzednich premierów (ostatni budżet musiał być przepychany bez głosowania aż trzykrotnie). Po złożeniu ustaw do 6 października i rozpoczęciu debaty plenarnej 13 października, parlament ma 70 dni na procedowanie budżetu państwa i 50 dni na budżet socjalny, co wyznacza finał starcia partii politycznych w tej sprawie na przełom listopada i grudnia.

Ponieważ uzyskanie większości jest niemożliwe, rząd niemal na pewno sięgnie po konstytucyjny Artykuł 49.3, pozwalający przyjąć ustawę bez głosowania, o ile bezwzględna większość posłów nie przegłosuje wotum nieufności. Gdyby parlament nie zmieścił się w terminach, rząd mógłby próbować wdrożyć budżet rozporządzeniem (czego nigdy w historii V Republiki nie zrobiono wobec ustawy budżetowej) lub ustawą prowizoryczną od 1 stycznia, co mogłoby wywołać panikę na rynkach.

Paradoksalnie, premierowi Lecornu może pomóc cyniczna kalkulacja opozycji przed wyborami prezydenckimi w kwietniu. Zarówno skrajnie prawicowe Zjednoczenie Narodowe (RN) Marine Le Pen, jak i socjaliści wiedzą, że obalenie rządu dziś zostawiłoby zwycięzcy wiosennych wyborów państwo bez budżetu i w stanie ostrego kryzysu finansowego. Dla Le Pen znacznie wygodniej jest nie przyłączać się do wspólnego wniosku o wotum nieufności, pozwolić rządowi przepchnąć niepopularne cięcia przez Artykuł 49.3, a całą kampanię wyborczą zbudować na oskarżaniu obozu Macrona o zaciskanie pasa.

Rynki jednak patrzą w przyszłość z przerażeniem – sondaże wskazują na rosnące ryzyko starcia w drugiej turze wyborów prezydenckich między Marine Le Pen (obiecującą kosztowne cięcia podatku VAT na paliwa) a weteranem skrajnej lewicy Jean-Lukiem Mélenchonem, który wcześniej zszokował finansistów postulatem przymusowej zamiany części obligacji skarbowych trzymanych przez Bank Francji i EBC (ok. 18 proc. całości) na obligacje wieczyste o zerowym oprocentowaniu (Francja nigdy nie musiałaby ich spłacać). Nazwał całą operację „wrzuceniem długu w ogień”, czyli de facto wygumkowaniem ich przez bank centralny.

Gniew ulicy wsparty drożyzną

Każdy arkusz kalkulacyjny francuskiego rządu rozbija się póki co o barykady na ulicach Paryża, Lyonu i Marsylii. Profesor Douglas Yates z American Graduate School w Paryżu określił obecną eksplozję przemocy mianem „burzy, która przerodziła się w wymykający się spod kontroli huragan” w wyniku nałożenia się trzech sił – buntu uczniów przeciwko zrujnowanym szkołom pozbawionym klimatyzacji, przedwyborczej gorączki politycznej oraz szoku kosztów życia.

I rzeczywiście, nie ma w tym przesady. Dane francuskiego urzędu statystycznego INSEE malują bowiem obraz społeczeństwa dociśniętego do finansowej ściany.

Od momentu objęcia urzędu przez Emmanuela Macrona w 2017 r. ceny we Francji wzrosły o 23,4 proc., wyprzedzając wzrost mediany wynagrodzeń (22,8 proc.), przy jednoczesnym wzroście nierówności – 20 proc. najzamożniejszych gospodarstw domowych odpowiada dziś za 38,8 proc. całkowitego standardu życia w kraju. Francuzi po prostu zubożeli.

Siła nabywcza francuskich portfeli ma spaść w tym roku o kolejne 0,7 proc., a według wyliczeń ekonomistów skumulowana strata od 2024 r. kosztuje czteroosobową rodzinę (2+2) średnio 1200 euro rocznie (600 euro dla singla).

Dodatkowo, w drugim kwartale 2026 r. bezrobocie we Francji wzrosło do 8,3 proc. (2,7 miliona osób), a wśród młodych w wieku 15–24 lat poszybowało do dramatycznych 21,6 proc..

Wojna w Zatoce Perskiej przechyla czarę goryczy

Do tego wewnętrznego kotła na początku roku Donald Trump wrzucił geopolityczny granat, czyli wojnę amerykańsko-irańsą. Według szacunków Komisji Europejskiej konflikt w Iranie kosztował już gospodarkę europejską około 100 miliardów euro (112 mld dolarów) wskutek zakłóceń w handlu i szoków surowcowych – ceny gazu na kontynencie skoczyły o około 140 proc., a ceny oleju napędowego podwoiły się. We Francji przełożyło się to na przyspieszenie inflacji konsumenckiej we wrześniu do 3,1 proc. (z 2,4 proc. w sierpniu) przy skoku cen energii o 21,3 proc..

Fala gniewu rozlała się zresztą po całej Europie – od Sycylii, gdzie rolnicy blokują drogi pod hasłem „Uprawiamy ziemię, zbieramy długi”, przez Mediolan, dokąd wicepremier Matteo Salvini musiał wysłać 500 żołnierzy, po Lizbonę (gdzie ceny mieszkań wzrosły o 16,5 proc. r/r), Hiszpanię (gdzie śmierć eksmitowanej 87-latki po podwyżce czynszu o 230 proc. przyspieszyła przedterminowe wybory) i Albanię, gdzie sfrustrowani studenci demolują Tiranę w proteście przeciwko podwyżkom czesnego, korupcji rządu Ediego Ramy i rosnących kosztów życia.

Słowem, szok energetyczny stał się paliwem dla ruchów antysystemowych i skrajnie prawicowych – od rosnących sondaży Marine Le Pen we Francji, przez prowadzącą w niemieckich sondażach AfD (przy inflacji energetycznej w Niemczech na poziomie 14,9 proc.), po ugrupowania we Włoszech i w Polsce (postulaty Grzegorza Brauna) otwarcie wzywające do powrotu do taniego rosyjskiego gazu i ropy.

Sytuacja się zaognia

Tymczasem z Waszyngtonu oliwy do ognia dolewa prezydent USA, wykorzystujący zamieszki nad Sekwaną w kampanii przed wyborami połówkowymi (midterms) i twierdzący, że przyczyną chaosu nie są szkoły ani inflacja, lecz imigracja, która wkrótce uczyni z Paryża „muzułmańskie miasto”. Donald Trump uderza przy tym w sojuszników i dramatycznie osłabia Ukrainę, robiąc kolejne ukłony wobec Putina.

We Francji ulica nie zamierza jednak czekać na wybory. Reaktywowany ruch Żółtych Kamizelek (koordynowany m.in. przez Benjamina Balla z portalu 17octobregiletjaune.net) ogłosił już mobilizację pod hasłem „Akt II” na najbliższą sobotę oraz na 31 października, co ma być zaledwie preludium do ogólnokrajowego strajku generalnego zwołanego przez pięć największych central związkowych na 5 listopada.

I tu zamyka się kwadratura koła. Jak celnie zauważył Mike Bell z RBC BlueBay Asset Management, aby uniknąć kryzysu zadłużeniowego, Francja musiałaby uporządkować finanse i podnieść wiek emerytalny z obecnych 62 lat (przy średniej długości życia sięgającej 84 lat i brytyjskim wieku emerytalnym na poziomie 68 lat). Skoro jednak miasta płoną jeszcze zanim ktokolwiek odważył się o tym wspomnieć, każda próba głębszej reformy grozi paraliżem państwa.

Ratowanie przez Europejski Bank Centralny będzie miało swoją cenę

Już w najbliższy piątek (23 października) agencja Moody’s dokona przeglądu ratingu kredytowego Francji. Ponieważ Moody’s utrzymuje ocenę Paryża o jeden stopień wyżej niż Fitch i S&P przy perspektywie negatywnej, obniżka ratingu wisi w powietrzu (podobna sytuacja miała miejsce w przypadku naszego kraju we wrześniu). Co stanie się, jeśli wyprzedaż francuskich obligacji wymknie się spod kontroli?

Po pierwsze, europejskie fundusze ratunkowe są bezradne. Dwa mechanizmy ratunkowe strefy euro pożyczyły w całej swojej dotychczasowej historii łącznie 295 mld euro pięciu państwom, a maksymalna zdolność pożyczkowa głównego funduszu (ESM) wynosi 500 mld euro. Tymczasem Francja potrzebuje pożyczyć 340 mld euro w samym tylko 2027 r., jej całkowity dług jest siedmiokrotnie większy od całego funduszu ratunkowego, a na domiar złego to właśnie Paryż odpowiada za wkład rzędu jednej piątej kapitału tego mechanizmu.

Jedyną instytucją zdolną powstrzymać krach jest Europejski Bank Centralny i jego uruchomiony w 2022 r., lecz nigdy dotąd nieużyty instrument TPI (Transmission Protection Instrument), pozwalający na nielimitowany skup obligacji atakowanego kraju. Tyle że wejście EBC ma swoją cenę polityczną. Choć prezes EBC Christine Lagarde dostrzega, że wzrost długoterminowych rentowności już teraz schładza gospodarkę z siłą odpowiadającą podwyżce stóp o 25 punktów bazowych (mimo że rynki pieniężne wciąż wyceniają grudniową podwyżkę stopy depozytowej EBC do 2,75 proc.), aktywacja TPI wymaga spełnienia surowych kryteriów fiskalnych. Szef Banku Francji Emmanuel Moulin postawił sprawę jasno – mechanizmy ratunkowe EBC zadziałają tylko wtedy, gdy wcześniej zostaną podjęte decyzje na poziomie krajowym.

Globalny efekt domina

Dla wielkiego, bogatego państwa bez własnej waluty tak właśnie wygląda współczesne bankructwo – nie polega ono na tym, że państwo przestaje płacić, lecz na tym, że wierzyciele zaczynają pisać jego budżet.

Dokładnie tak stało się 5 sierpnia 2011 r., gdy EBC wysłał tajny list do premiera Włoch z listą żądań (zrównoważenie budżetu, cięcia emerytur i płac w sferze publicznej), co w kilka tygodni doprowadziło do skoku włoskich rentowności do 7,5 proc., dymisji rządu i przeforsowania cięć dekretem przez niewybranego w wyborach technokratę. A jeśli rząd w Paryżu – na przykład po zwycięstwie populistów w 2027 r. – odrzuci ultimatum z Frankfurtu i podda je pod referendum, jak zrobiła to Grecja w czerwcu 2015 roku? Wówczas odpowiedź EBC znamy z Aten – zamknięcie banków w ciągu 48 godzin i kolejki emerytów pod oddziałami po przydział 120 euro gotówki na tydzień.

Krach Francji wywołałby jednak wstrząs sejsmiczny w całym globalnym systemie finansowym. Choć analitycy zza oceanu, jak Mark Zandi z Moody’s Analytics czy David Goldman, wskazują, że USA chroni status dolara jako waluty rezerwowej oraz boom inwestycyjny wokół sztucznej inteligencji, sieć wzajemnych powiązań wokół Paryża jest gęsta niczym pajęczyna:

Kierunek zarażeniaEkspozycja i mechanizm transmisji kryzysu
Włochy (pieerwsza kostka domina)Francuskie banki są największym zagranicznym wierzycielem Włoch – trzymają ponad 40 proc. włoskiego długu będącego w rękach zagranicy. Już podczas październikowej wyprzedaży obligacji spread Włoch wobec Niemiec skoczył do półtorarocznego maksimum. Jeśli upadnie Francja, Włochy pójdą na dno w ciągu kilku dni.
Niemcy (płatnik rachunku)Jako główny gwarant strefy euro Berlin przejmuje ciężar ratunku, a niemieccy inwestorzy trzymają w portfelach francuskie obligacje warte ponad 400 miliardów dolarów. Choć kapitał ucieka dziś do Bundów, strach już podbił rentowność 10-letnich obligacji Niemiec w okolice 3,43–3,45 proc., a sam Berlin po poluzowaniu konstytucyjnego hamulca długu w marcu 2025 r. szybciej zużywa swój bufor bezpieczeństwa (dług na poziomie 65 proc. PKB).
Wielka Brytania (sektor bankowy)Brytyjskie banki pożyczyły podmiotom we Francji więcej kapitału niż sektor bankowy jakiegokolwiek innego państwa z grupy G7, co czyni City najbardziej narażonym na bezpośrednie straty.
Stany Zjednoczone (pułapka 2027 r.)W trakcie październikowej paniki amerykańskie obligacje skarbowe po raz trzeci w ciągu dwóch lat (po kwietniu 2025 r. i wybuchu wojny z Iranem w marcu 2026 r.) zawiodły jako „bezpieczna przystań”. Co więcej, przy długu przekraczającym 40 bln USD i limicie zadłużenia na poziomie 41,1 bln USD, jesienią 2027 roku (w okolicach Halloween) USA zderzą się z tzw. X-date – groźbą technicznego bankructwa w razie politycznego klinczu między Kongresem a Białym Domem.

Jak widać, Paryż znajduje się dziś w epicentrum idealnego sztormu. Między gniewem ulicy, która nie zaakceptuje ani jednego euro cięć, a chłodnym wyrokiem rynków obligacji, które nie pożyczą kolejnych 340 miliardów euro bez twardych gwarancji, pole manewru Emmanuela Macrona i Sébastiena Lecornu skurczyło się do grubości ostrza gilotyny – tej samej, którą demonstranci w Lyonie przynieśli na plakatach pod płonące budynki rządowe. Pytanie, czy ona spadnie, jest jedynie kwestią czasu.

Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter

Zdjęcie główne: Wygenerowane przez AI

Motyw