
Zegar przy Rockefeller Plaza w Nowym Jorku odlicza ostatnie kilkanaście dni. Dokładnie trzeciego listopada tego roku Amerykanie pójdą do urn w wyborach połówkowych tzw. midterms, które jeszcze rok temu w gabinetach polityków Partii Republikańskiej wyglądały jak zwykła formalność. Mapa wyborcza do Senatu i Izby Reprezentantów miała być dla Donalda Trumpa fortecą nie do zdobycia, a zdyscyplinowana większość na Kapitolu – gwarantem, że druga kadencja prezydenta upłynie pod znakiem dalszej przebudowy amerykańskiego państwa na własną modłę i załatwiania partykularnych biznesów z kolejnymi krajami. Dziś z tej fortecy zostały dymiące zgliszcza. Zamiast triumfu ruchu MAGA, miliarder może doświadczyć największego politycznego trzęsienia ziemi w USA od 20 lat. Jego władza zostanie mocno ograniczona. Co to dla nas oznacza?
- Teza. W wyniku wyborów połówkowych w 2026 r. przejęcie kontroli nad Kongresem i Senatem USA przez Demokratów, co w świetle obecnych sondaży jest bardzo prawdopodobne, może doprowadzić do konstytucyjnego paraliżu agend wykonawczych Białego Domu oraz bezwzględnego ograniczenia polityki celnej i podatkowej administracji Trumpa. Prezydent stanie się „kulawą kaczką” – bez dogadania się ze znienawidzonymi Demokratami działania miliardera zostaną poważnie ograniczone.
- Dowód. Ostatni podobny mechanizm politycznego trzęsienia ziemi w szóstym roku drugiej kadencji prezydenckiej miał miejsce w 2006 r. Wtedy to, podczas prezydentury George’a W. Busha, wyborcy zmęczeni wojną w Iraku i kryzysami władzy oddali Demokratom obie izby Kongresu. Bush przez dwa kolejne lata miał duży problem z własnymi ustawami i był zmuszony do głębokiej defensywy, co otworzyło drogę do prezydentury Baracka Obamy.
- Efekt. Podzielony rząd, ryzyko kryzysu wokół limitu zadłużenia (X-Date) oraz intensywne śledztwa kongresowe wymierzone w sektory kryptowalut blisko związany z rodziną Trumpa mogą wywołać przejściową niepewność na Wall Street, lecz jednocześnie zabezpieczą globalne rynki przed arbitralnymi decyzjami prezydenta USA i mogą dać oddech relacjom w NATO.
Wybory połówkowe w USA zmienią wszystko. Spis treści
Zamiast triumfalnego marszu prawicy, Stany Zjednoczone stoją u progu politycznego trzęsienia ziemi, którego wstrząsy uderzą w rynki na Wall Street, gabinety prezesów banków centralnych oraz sztaby wojskowe w Warszawie i Kijowie.
Kiedy spojrzymy na dane spływające z podsumowań NBC oraz najnowsze sondaże, zobaczymy, jak wielka geopolityka, ceny oleju napędowego i zapomniane paragrafy amerykańskiej Konstytucji splotły się w jeden węzeł. W polityce, zupełnie jak na rynkach finansowych, pycha zawsze kroczy przed upadkiem. A ten, który nadciąga nad obóz prezydenta Trumpa, ma siłę najgroźniejszych huraganów 5. kategorii.
Biznes Enter przeanalizował najnowsze informacje z frontu amerykańskiej polityki, raporty oraz ekonomiczne i prawne konsekwencje przejęcia Kongresu przez Demokratów. Skutki bardzo szybko odczujemy na własnej skórze. Tutaj, nad Wisłą.
Trzęsienie ziemi w USA. Donald Trump na najlepszej drodze do sromotnej porażki
Aby zrozumieć, dlaczego Partia Republikańska traci dziś grunt pod nogami w miejscach, które od dziesięcioleci uważała za swoją prywatną własność, trzeba spojrzeć przede wszystkim na dystrybutory paliw przy autostradach międzystanowych w Iowa, Kansas i Ohio.
W polityce amerykańskiej istnieje żelazne prawo, którego nie złamał żaden prezydent od czasów Jimmy’ego Cartera – wyborcy potrafią wybaczyć swojemu przywódcy niemal każdy chaos instytucjonalny i każdą wojnę kulturową, dopóki rachunki przy kuchennym stole maleją. Donald Trump wrócił do Białego Domu z obietnicą natychmiastowego zdławienia inflacji, taniej energii i unikania nowych wojen na Bliskim Wschodzie.
Tymczasem jesień tego roku przynosi Amerykanom brutalne zderzenie z rzeczywistością. Wojna z Iranem wstrząsnęła globalnymi łańcuchami dostaw ropy naftowej, windując ceny diesla do poziomów, które rozwścieczyły kierowców i rolników. Na ten szok podażowy nałożyły się skutki chaotycznej wojny celnej, która podniosła koszty komponentów przemysłowych, nawozów i maszyn oraz społeczne zmęczenie pokazowymi, zmilitaryzowanymi operacjami służb imigracyjnych ICE, takimi jak te przed ośrodkiem Delaney Hall w Newark.
Liczby mówią same za siebie. W najnowszej średniej sondażowej NBC News pracę Donalda Trumpa pozytywnie ocenia zaledwie 38 proc. Amerykanów, podczas gdy aż 60 proc. wystawia mu ocenę negatywną. Ten dwudziestodwupunktowy deficyt zaufania ciągnie w dół Republikanów niczym ołowiana kotwica. W ogólnokrajowym badaniu preferencji kongresowych Demokraci wypracowali najwyższą w tym cyklu wyborczym przewagę – 52 proc. do 43 proc. Dziewięć punktów procentowych przewagi na dwa tygodnie przed głosowaniem to w amerykańskiej ordynacji większościowej zapowiedź fali uderzeniowej.
Nie lepiej wygląda najnowszy sondaż The New York Times i Siena College. Wśród 3494 respondentów aż 59 proc. nie popiera polityki prezydenta USA. Jednocześnie 52 proc. z nich oświadczyło, że w nadchodzących wyborach zamierza głosować na kandydata Partii Demokratycznej.
Stan po stanie odwraca się od Trumpa i Republikanów
Najbardziej fascynujące rzeczy dzieją się jednak nie w uśrednionych sondażach, a tam, gdzie pękają tektoniczne płyty amerykańskiej geografii wyborczej. Rzadko w historii USA zdarzają się momenty, w których polaryzacja partyjna ustępuje miejsca czystej desperacji i zmęczeniu radykalizmem.
A jednak jesteśmy obecnie świadkami zjawiska trudnego do wyobrażenia – stany, które Donald Trump wygrywał w cuglach dwucyfrową przewagą, nagle przechodzą do kategorii pól bitewnych lub wprost wpadają w ręce Demokratów. Zobaczmy, gdzie miliarder wraz ze swoją partią dostają dzisiaj największe „lanie”.
1. Kansas
Kansas to stan, który nie wybrał demokratycznego senatora od 1932 roku – od czasów Wielkiego Kryzysu i pierwszego zwycięstwa Franklina Delano Roosevelta. Przez 94 lata każde pokolenie polityków demokratycznych spisywało te bezkresne prerie na straty. Aż do teraz.
Urzędujący republikański senator Roger Marshall, który sześć lat temu wygrał różnicą ponad jedenastu punktów procentowych, walczy dziś o polityczne życie. Jego rywalem nie jest partyjny aparatczyk z Waszyngtonu, lecz Adam Hamilton – charyzmatyczny pastor i założyciel największego kościoła metodystycznego w Stanach Zjednoczonych.
Hamilton zrobił rzecz genialną w swojej prostocie – mówiąc językiem moralnego umiaru i chrześcijańskiej troski o sąsiada, uderzył w ekonomiczne serce problemu – w cła i drożyznę paliwową, które rujnują farmerów z Kansas. Kiedy poparli go byli republikańscy gubernatorzy tego stanu, Bill Graves i Mike Hayden, w sztabie Republikanów zawyły syreny alarmowe. Panika jest tak wielka, że Donald Trump musiał osobiście lecieć na wiec ratunkowy do Kansas, gdzie zamiast uspokoić nastroje, dolał oliwy do ognia, używając antysemickiego określenia w obronie Marshalla.
2. Teksas
Zjedźmy na południe, do Teksasu. Przez blisko cztery dekady (od 1988 r.) hasło „niebieski Teksas” (kolor Demokratów) było w Waszyngtonie synonimem politycznego mirażu, na który sponsorzy Demokratów bezsensownie przepalali setki milionów dolarów.
W tym roku Republikanie sami podłożyli ładunki wybuchowe pod własny bastion. Po raz pierwszy od ponad dekady aż dwóch urzędujących republikańskich senatorów – Bill Cassidy w Luizjanie oraz weteran senackiej polityki John Cornyn w Teksasie – przegrało prawybory we własnej partii. Cornyna wyeliminował Ken Paxton, prokurator generalny Teksasu, polityk tyleż radykalny, co obciążony wieloletnimi skandalami korupcyjnymi i procesem impeachmentu.
Dla umiarkowanych wyborców z przedmieść Dallas, Houston i Austin Paxton okazał się kandydatem nie do przełknięcia. Demokraci odpowiedzieli wystawieniem Jamesa Talarico – młodego, niezwykle elokwentnego byłego nauczyciela i kongresmena stanowego, który łączy progresywny populizm gospodarczy z głęboką religijnością. Efekt? W październikowych sondażach Uniwersytetu w Houston oraz instytutu Marist Talarico prowadzi z Paxtonem (48 do 46 procent oraz 47 do 45 procent), podczas gdy notowania samego Trumpa w Teksasie spadły pod wodę (54 procent ocen negatywnych).
3. Karolina Północna
Ten sam pożar trawi Republikanów na Środkowym Zachodzie i Północy. W Karolinie Północnej, po rezygnacji senatora Thoma Tillisa, niezwykle popularny były demokratyczny gubernator Roy Cooper deklasuje byłego szefa RNC Michaela Whatleya – analitycy NBC News już teraz przypisują ten mandat Demokratom jako niemal pewny zysk.
4. Maine
W Maine, jedynym stanie wygranym przez Kamalę Harris w 2024 r., którego bronią Republikanie, wieloletnia senator Susan Collins przegrywa w ratingach z Troyem Jacksonem – drwalem w piątym pokoleniu i byłym szefem stanowego Senatu, który przejął pałeczkę po wycofaniu się pierwotnego kandydata Demokratów i porwał klasę robotniczą.
5. Ohio
W Ohio o dawny fotel wiceprezydenta J.D. Vance’a walczy powracający na ring weteran Demokratów Sherrod Brown, tocząc zażarty, wart setki milionów dolarów bój z mianowanym senatorem Jonem Hustedem.
6. Iowa
W Iowa, gdzie farmerzy płacą najwyższą cenę za drożejący olej napędowy i wojny handlowe, wyścig o fotel po odchodzącej Joni Ernst między Demokratą Joshem Turkiem a Republikanką Ashley Hinson stał się czystym rzutem monetą, a w wyścigu o fotel gubernatora tego stanu Demokrata Rob Sand jest już faworytem do przejęcia władzy po Kim Reynolds.
Nawet na odległej Alasce, gdzie rosnące koszty życia dławią domowe budżety, była demokratyczna kongresmenka Mary Peltola zagraża urzędującemu senatorowi Danowi Sullivanowi.
Nowy bunt przeciwko maszynom
Dodajmy do tego zupełną nowość, która zaczyna kiełkować w amerykańskim społeczeństwie, a zaraz może dotrzeć do Polski. Chodzi mianowicie o bunt przeciwko niekontrolowanej rozbudowie centrów danych sztucznej inteligencji, czyli słynne AI data centers.
Od Michigan po Wirginię wyborcy z klasy średniej wściekają się na gwałtowny wzrost rachunków za prąd i obciążenie sieci energetycznych przez gigantyczne serwerownie budowane przez koncerny technologiczne wspierane przez Biały Dom.
W stanie Michigan republikański kandydat do Senatu Mike Rogers musiał publicznie zerwać z linią Donalda Trumpa zarówno w sprawie wojny z Iranem, jak i polityki wobec centrów danych AI, próbując gonić faworyzowanego kandydata Demokratów Abdula El-Sayeda.
Izba Reprezentantów dla Demokratów. Zagadka w Senacie
Arytmetyka wyłaniająca się z analizy NBC nie pozostawia złudzeń. W Izbie Reprezentantów, gdzie do większości potrzeba 218 szabel, a Demokratom brakuje zaledwie trzech mandatów netto, partia opozycyjna ma już 225 okręgów bezpiecznych lub przechylających się na jej stronę (wobec 199 po stronie GOP i 11 nierozstrzygniętych).
W Senacie zaś, utrzymując obronę w Georgii (gdzie Jon Ossoff bezpiecznie prowadzi z Mikiem Collinsem), Michigan i New Hampshire (gdzie Chris Pappas wygrywa z Johnem Sununu) oraz inkasując Karolinę Północną i Maine, Demokraci zbliżają się do puli 51 mandatów, by odebrać Republikanom pełnię władzy ustawodawczej. Wystarczy im wygrana w kilku z pięciu czerwonych stanów wahających się (Teksas, Ohio, Iowa, Kansas, Alaska) i odeślą obecne rządy z kwitkiem. Zakłady bukmacherskie dają 60-proc. prawdopodobieństwo takiego obrotu sprawy.
Jeśli Republikanie zostaliby zmieceni z Kongresu, byłoby to wydarzenie, jakiego amerykańska polityka nie widziała od 20 lat. Wówczas w listopadzie 2006 r. drastycznie niskie poparcie dla prezydenta George’a W. Busha na tle niepopularnych wojen, jak ta z Irakiem i kryzysów (huragan Katrina i afera korupcyjno-lobbystyczna Jacka Abramoffa) zmiotło Republikanów z obu izb Kongresu.
Obie te sytuacje idealnie wpisują się w historyczną „klątwę szóstego roku”, udowadniając, że zmęczenie materiału w drugiej kadencji potrafi zniszczyć nawet najsilniejsze dotychczas bastiony partii rządzącej. Najważniejsze pytanie brzmi, co się stanie, kiedy do tej zmiany dojdzie? Znamy na to odpowiedź. Sami Demokraci mówią o tym głośno i bez żadnych ogródek.
Demokratyczny Kongres założy konstytucyjny kaftan bezpieczeństwa Białemu Domowi
Co więc się dzieje? 3 stycznia 2027 r. zaczyna działać nowy demokratyczny Kongres. Hakeem Jeffries przejmuje młotek spikera Izby Reprezentantów, a Chuck Schumer zostaje liderem większości w Senacie. W Białym Domu rozpoczynają się dwa ostatnie lata prezydentury Donalda Trumpa.
Administracja miliardera już dziś wysyła rynkom sygnał wyprzedzający. Można je podsumować jednym zdaniem: nawet jeśli stracimy Kongres, prezydent będzie rządził za pomocą pióra i telefonu – poprzez rozporządzenia wykonawcze, tzw. executive orders, politykę taryfową i działania regulacyjne agencji federalnych
Brzmi to groźnie, ale z punktu widzenia amerykańskiego prawa jest to w dużej mierze blef. Amerykański system checks and balances (kontroli i równowagi) został zaprojektowany przez Ojców Założycieli właśnie na taką okoliczność. Co więcej, w latach 2027–2028 najpotężniejszą bronią w rękach demokratycznego Kongresu okażą się… wyroki konserwatywnego Sądu Najwyższego, w tym sędziów mianowanych przez samego Donalda Trumpa.
Oto jak może rozegrać się ta wojna na czterech głównych frontach.
Pierwszy front, czyli śmierć ceł nadzwyczajnych i pętla budżetowa
Przez cały zeszły rok ulubioną bronią gospodarczą Donalda Trumpa była ustawa o międzynarodowych nadzwyczajnych uprawnieniach gospodarczych z 1977 r. (IEEPA). Prezydent traktował ją jak różdżkę czarnoksiężnika – ogłaszał stan nadzwyczajny i jednym podpisem nakładał cła na Kanadę, Meksyk, Chiny czy odbiorców wenezuelskiej ropy. Ten instrument już jednak nie istnieje. 20 lutego 2026 roku Sąd Najwyższy USA w przełomowym wyroku Learning Resources, Inc. v. Trump (stosunkiem głosów 6 do 3) uznał wszystkie cła nałożone w trybie IEEPA za nielegalne.
Sędziowie przypomnieli Białemu Domowi artykuł 1 Konstytucji – prawo do nakładania podatków i ceł należy wyłącznie do Kongresu, a ustawowe słowo „regulować” nie oznacza „opodatkowywać”. Cztery dni później administracja musiała wygasić te taryfy i stanąć przed koniecznością zwrotu miliardów dolarów importerom.
W latach 2027–2028 Trumpowi zostaną więc jedynie węższe, tradycyjne ustawy handlowe. Ale przy demokratycznym Kongresie każda z tych furtek zamienia się w pułapkę. Jeśli prezydent sięgnie po Sekcję 122 ustawy handlowej, by nałożyć powszechne cła do 15 proc., prawo mówi jasno – wygasają one automatycznie po 150 dniach, o ile Kongres ich nie przedłuży. Co zrobi w takiej sytuacji demokratyczny Kongres? Po prostu pozwoli im umrzeć.
A co z innymi zapisami ustawy handlowej (np. 301 o możliwości nałożenia ceł na nieuczciwe praktyki zagranicznych podmiotów)? Tu do gry wchodzi najpotężniejsza broń parlamentu, czyli „władza nad sakiewką” (z ang. Power of the Purse). Demokraci nie muszą uchwalać osobnej ustawy znoszącej cła (którą Trump by zawetował).
Zamiast tego do obowiązkowej ustawy finansującej rząd federalny dopiszą tzw. appropriations rider – jednozdaniową klauzulę zabraniającą Służbie Celnej i Ochrony Granic wydawania choćby jednego centa z budżetu na pobór i egzekwowanie ceł nałożonych bez zgody Kongresu. Prezydent USA nie posiada prawa weta selektywnego (line-item veto). Aby odrzucić tę jedną linijkę tekstu, musiałby zawetować cały budżet państwa i wziąć na siebie winę za zamknięcie rządu i wstrzymanie wypłat dla wojska.
Drugi front, czyli pułapka „X-Date” i widmo niewypłacalności w 2027 r.
Prawdziwy finansowy thriller rozegra się jednak najprawdopodobniej między marcem a lipcem 2027 r. W ramach republikańskiej ustawy budżetowej z 2025 r. ustawowy limit długu publicznego USA został podniesiony do kwoty 41,1 biliona dolarów. Według prognoz Biura Budżetowego Kongresu (CBO), agencji Fitch Ratings oraz Bipartisan Policy Center, ten astronomiczny sufit zostanie przebity już na początku przyszłego roku.
Po wyczerpaniu nadzwyczajnych zabiegów księgowych przez Departament Skarbu, prawdopodobnie w okolicy połowy przyszłego roku Stany Zjednoczone mogą stanąć przed tzw. „X-Date” – dniem, w którym w skarbcu zabraknie gotówki na terminowe regulowanie wszystkim zobowiązań w tym odsetek od długu, świadczeń, czy pensji.
Przez ostatnie dekady to Republikanie w Kongresie używali limitu długu jako pistoletu przystawionego do skroni demokratycznych prezydentów (Obamy w 2011 r. i Bidena w 2023 r.), wymuszając cięcia wydatków. Za niecały rok te role po raz pierwszy całkowicie się odwrócą.
Gdyby Republikanie utrzymali obie izby, podnieśliby limit długu sami w specjalnej procedurze budget reconciliation (zwykłą większością głosów). Jeśli jednak Demokraci przejmą choćby jedną izbę, procedura ta staje się prawnie martwa. Donald Trump i sekretarz skarbu Scott Bessent będą musieli przyjść na Kapitol i poprosić Hakeema Jeffriesa oraz Chucka Schumera o głosy Demokratów, by uchronić Amerykę przed bankructwem i krachem na Wall Street w połowie kadencji prezydenckiej. Cena, jaką podyktują Demokraci za podniesienie limitu powyżej 41,1 bln dolarów, będzie słona – ustawowe ograniczenie wojen celnych, przedłużenie dopłat do ubezpieczeń zdrowotnych (ACA) i twarde gwarancje budżetowe.
Trzeci front, czyli konserwatywne sądy i ustawa o wakatach paraliżują agencje rządowe
A co z rządzeniem za pomocą regulacji wydawanych przez agencje federalne (Departament Pracy, Departament Energii)? Tutaj Biały Dom zderzy się z murem, który sam pomógł zbudować. W czerwcu 2024 r. Sąd Najwyższy w historycznym wyroku Loper Bright Enterprises v. Raimondo obalił obowiązującą od 40 lat doktrynę Chevron, która nakazywała sądom ustępować wobec agencji rządowych w interpretacji niejasnych przepisów.
W połączeniu z tzw. Doktryną Kwestii Zasadniczych (Major Questions Doctrine) oznacza to, że żaden minister i żadna agencja nie mogą wydać przepisów o dużym znaczeniu gospodarczym i politycznym bez wyraźnego upoważnienia od Kongresu. Innymi słowy, w latach 2027–2028 demokratyczni prokuratorzy generalni w stanach mogą masowo zaskarżać każde rozporządzenie agencji Trumpa do sądów federalnych, cytując wyroki konserwatywnych sędziów.
Co więcej, jeśli Senat przejmą Demokraci, od nowego roku Trump nie zatwierdzi żadnego nowego ministra, ambasadora ani szefa agencji bez zgody opozycji. Jeśli spróbuje ominąć Senat, mianując „pełniących obowiązki”, uderzy w niego ustawa o reformie wakatów federalnych z 1998 r. Zgodnie z nią urzędnik niezatwierdzony przez Senat może pełnić obowiązki maksymalnie przez 210 dni (z pewnymi wyjątkami). Po upływie tego terminu każda podpisana przez niego decyzja, regulacja czy kara finansowa może być pozbawiona mocy prawnej.
Front czwarty, czyli bitwa o kasę i komisje śledcze
Ostatnią linią obrony Białego Domu będzie próba jednostronnego zamrażania funduszy uchwalonych przez Kongres, czyli odmowa wydania pieniędzy na cele, których prezydent nie akceptuje (np. na pomoc zagraniczną czy zieloną energię).Tego jednak wprost zakazuje Impoundment Control Act z 1974 r, uchwalony po aferze Watergate. Każda próba zatrzymania środków przez Biały Dom może spotkać się z interwencją ze strony Głównego Urzędu Kontroli (GAO) oraz konfrontacji z Kongresem.
W tym samym czasie demokratyczni przewodniczący komisji w Izbie i Senacie uzbroją się w prawo do wydawania wiążących wezwań pod rygorem odpowiedzialności karnej. Rozpoczną się transmitowane na żywo przesłuchania dotyczące kosztów wojny z Iranem, lobbingu wokół centrów danych AI, relacji biznesowych ludzi władzy. A tutaj Demokraci mają prawdziwe pole do popisu. Jedną z głośniejszych spraw jest chociażby powiązań między rodzinnym funduszem kryptowalutowym Donalda Trumpa (World Liberty Financial) a decyzjami administracji o eksporcie zaawansowanych procesorów sztucznej inteligencji (chipów AI) do Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
Sprawa dotyczy gigantycznej transakcji z przełomu 2024 i 2025 r,, w ramach której fundusz powiązany z władzami w Abu Zabi przejął 49 proc.udziałów w kryptowalutowym imperium rodziny Trumpów za 500 mln dol. Zaledwie kilka miesięcy później administracja Trumpa drastycznie zmieniła politykę eksportową, zatwierdzając sprzedaż setek tysięcy zaawansowanych chipów AI oraz wielomiliardowe pakiety uzbrojenia dla ZEA i to pomimo głośnych protestów amerykańskich służb wywiadowczych i urzędników ds. bezpieczeństwa narodowego, którzy obawiali się, że wrażliwa technologia może trafić w ręce Chin. Słowem, Waszyngton na dwa lata zamieni się w pełną agresji i brutalności salę sądową.
A co z impeachmentem Donalda Trumpa?
W tym momencie możecie zapytać, dlaczego nie wspominamy nic o impeachmencie Trumpa? No cóż, choć mogłoby się wydawać, że pierwszym ruchem Demokratów będzie trzeci proces o usunięcie prezydenta z urzędu, Jamie Raskin (przyszły szef Komisji Sądownictwa) oraz Robert Garcia (przyszły szef Komisji Nadzoru i Reform) – ogłosili inną, znacznie boleśniejszą dla Białego Domu strategię.
Wiadomo, że do skazania prezydenta w Senacie potrzeba większości 2/3 głosów (67 senatorów), co bez głosów Republikanów jest niemożliwe.
Zamiast więc dawać Trumpowi polityczny tlen i rolę „męczennika” w kolejnym niezakończonym skazaniem procesie impeachmentu, Demokraci postawili na systemowe uduszenie jego administracji za pomocą budżetu, blokady kadr oraz niekończących się śledztw korupcyjnych wymierzonych w jego rodzinę i darczyńców.
Cicha potęga gubernatorów
Zanim jednak wzrok świata skupi się wyłącznie na Waszyngtonie, warto zrozumieć jeszcze jeden wymiar wyborów połówkowych. Mianowicie wyścig o 39 foteli gubernatorskich (w tyn trzech gubernatorów innych terytoriów). W naszym postrzeganiu Ameryki gubernator bywa mylony z wojewodą lub premierem landu. W rzeczywistości amerykański gubernator to suwerenny władca dysponujący prerogatywami, o jakich prezydent w Białym Domu może tylko pomarzyć.
W kilkudziesięciu stanach gubernator posiada wspomniane line-item veto – może wziąć czerwony długopis i wykreślić z budżetu pojedyncze wydatki uchwalone przez parlament stanowy. W 45 stanach gubernator ma prawo jednoosobowo mianować senatora USA, gdy w trakcie kadencji zwolni się miejsce. Przy Senacie podzielonym w stosunku 50–50 lub 51–49 jedno zdarzenie losowe lub rezygnacja senatora w stanie rządzonym przez gubernatora przeciwnej partii może z dnia na dzień odwrócić większość w Waszyngtonie.
Gubernator jest też naczelnym dowódcą stanowej Gwardii Narodowej, ma wyłączne prawo łaski w sprawach o przestępstwa stanowe (których prezydent USA nie może tknąć) i – co najważniejsze przed rokiem 2028 – nadzoruje aparat wyborczy oraz podpisuje certyfikację wyników głosowania Kolegium Elektorów.
Gdy patrzymy na mapę gubernatorską przedstawioną przez NBC, widzimy, że Demokraci pewnie bronią „błękitnego muru” w:
- Pensylwanii (Josh Shapiro),
- Michigan (Jocelyn Benson prowadzi z Johnem Jamesem),
- Wisconsin (David Crowley ma przewagę nad Tomem Tiffanym)
- Arizonie (Katie Hobbs wygrywa ze skrajnie prawicowym Andym Biggsem)
Z kolei opozycja przechodzi do ofensywy w:
- Iowa (gdzie faworytem jest Demokrata Rob Sand),
- Ohio (gdzie była dyrektor zdrowia Amy Acton toczy wyrównany bój z miliarderem Vivekiem Ramaswamym)
- Georgii (Keisha Lance Bottoms kontra Rick Jackson)
- Nevadzie (Aaron Ford kontra urzędujący Joseph Lombardo).
Oznacza to, że kluczowe stany wahające się przed wyborami prezydenckimi w 2028 r. mogą być zarządzane przez demokratycznych gubernatorów.
Co przejęcie Kongresu przez opozycję oznacza dla Europy, Polski i NATO?
W amerykańskim ustroju konstytucyjnym prezydent może samodzielnie kształtować retorykę dyplomatyczną, ale nie jest właścicielem ani amerykańskiej armii, ani amerykańskiego budżetu, ani traktatów międzynarodowych. Oddanie obu izb Kongresu w ręce opozycji, przy cichym wsparciu około dwudziestu tradycyjnych, proatlantyckich Republikanów w Senacie, oznacza nałożenie na Biały Dom instytucjonalnego pancerza, który powinien zabezpieczyć strategiczne interesy Europy, NATO, Ukrainy i Polski.
Architektura bezpieczeństwa transatlantyckiego, którą po II wojnie światowej zbudowali Harry Truman i Dwight Eisenhower, według amerykańskich ekspertów jedni z najwybitniejszych przywódców w historii USA, opiera się na wiarygodności odstraszania. Największym koszmarem strategów NATO na najbliższe lata był scenariusz, w którym Donald Trump, pozbawiony już hamulców wyborczych w drugiej części jego kadencji i suflowany przez izolacjonistyczne skrzydło wiceprezydenta J.D. Vance’a, postanawia jednostronnie zredukować obecność wojsk USA w Europie lub sparaliżować decyzyjność Sojuszu, strasząc opuszczeniem Paktu.
Kiedy opozycja wygra wybory połówkoe, ten scenariusz może trafić do kosza. Pierwszą barierą jest uchwalona jeszcze pod koniec 2023 r. ponadpartyjna ustawa Kaine–Rubio, która wprost zabrania prezydentowi zawieszenia lub wypowiedzenia członkostwa USA w NATO bez zgody dwóch trzecich Senatu (67 głosów) lub osobnej ustawy Kongresu. Jednak prawdziwym narzędziem władzy, które w styczniu przejmą Demokraci, jest coroczna ustawa o budżecie obronnym Pentagonu – National Defense Authorization Act oraz towarzysząca jej ustawa o wydatkach wojskowych.
Prezydent jest naczelnym dowódcą sił zbrojnych, ale zgodnie z Artykułem 1, Sekcją 8 Konstytucji USA to Kongres posiada wyłączne prawo do „wystawiania i utrzymywania armii” oraz określania, na co Pentagon może wydać każdego dolara.
Demokratyczni przewodniczący Komisji Sił Zbrojnych w Senacie i Izbie Reprezentantów mogą wpisać do budżetów na kolejne dwa lata żelazne klauzule zaporowe takie jak bezwzględny zakaz wykorzystania funduszy federalnych na redukcję liczebności wojsk amerykańskich stacjonujących w Europie poniżej ustalonego progu.
Co więcej, przejęcie Senatu przez Demokratów oznacza przejęcie pełnej kontroli nad procesem zatwierdzania kadr. Co to dokładnie oznacza? Tyle, że od nowego roku żaden kandydat na sekretarza obrony, szefa Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, dowódcę sił USA w Europie ani ambasadora przy NATO nie przejdzie przez sito senackiej komisji, jeśli nie złoży pod przysięgą jednoznacznej deklaracji wierności Artykułowi 5.
Naturalnie, zmiana układu sił w Kongresie nie usuwa różnic interesów między USA, Unią Europejską a Polską. One nadal będą występować, a Biały Dom już dawno przesuwa swoje siły w stronę Pacyfiku, jednak po wyborach połówkowych, Trump nie będzie już mógł tak łatwo i bezkarnie szantażować państw NATO w kolejnych wymyślonych przez niego sprawach.
Ukraina i blokada „jałtańskiego targu” z Moskwą
Ale to nie wszystko. Dla Kijowa oraz dla całej Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polski, stawka listopadowych wyborów w USA ma wymiar egzystencjalny. W obliczu wojny z Iranem i gwałtownego skoku cen oleju napędowego na amerykańskich stacjach benzynowych, w Waszyngtonie narastała obawa, że Biały Dom spróbuje w najbliższych miesiącach szukać kolejnego pola szybkiego „resetu” gospodarczego z Władimirem Putinem. Pokusa jest czytelna i już wyrażana przez niektóre amerykańskie media – miliarder będzie chciał złagodzić amerykańskie sankcji na rosyjski sektor naftowy, gazowy i bankowy (by wpuścić tani surowiec na światowe rynki i zbić inflację w USA) w zamian za pozorny rozejm na Ukrainie, wymuszający na Kijowie oddanie strategicznych linii obronnych w Donbasie.
Przejęcie Kongresu przez Demokratów wytrąca Białemu Domowi karty do takiego targu. Kluczowym bezpiecznikiem jest tutaj ustawa CAATSA (Countering America’s Adversaries Through Sanctions Act) z 2017 r. Zgodnie z jej przepisami prezydent USA nie może jednostronnie znieść ani zawiesić kluczowych sankcji nałożonych na Federację Rosyjską bez uprzedniego przedłożenia tej decyzji Kongresowi, który ma prawo zablokować taki ruch specjalną rezolucją. Przy demokratycznej większości w obu izbach, wspieranej przez republikańskich „jastrzębi” pokroju Mitcha McConnella, jakakolwiek próba zdjęcia sankcji z rosyjskich banków lub floty cieni zostanie natychmiast storpedowana na Kapitolu.
Równocześnie demokratyczny Kongres może przejąć inicjatywę w kwestii finansowania wsparcia wojskowego i wywiadowczego dla Ukrainy. Choć prezydent dysponuje prawem weta wobec pojedynczych ustaw (co blokuje ofensywę legislacyjną samej opozycji), Demokraci, kontrolując komisje budżetowe, będą mogli wiązać pakiety wsparcia dla Ukrainy i wschodniej flanki NATO z ustawami o finansowaniu całego rządu federalnego oraz z negocjacjami wokół podniesienia limitu długu (X-Date) wiosną 2027 r. Biały Dom nie będzie w stanie odciąć Kijowa od amerykańskich satelitów wywiadowczych, części zamiennych do F-16 ani pocisków do systemów Patriot i HIMARS bez wywołania paraliżu budżetowego własnego państwa.
Możliwy koniec szantażu celnego wobec gospodarki Unii Europejskiej
Z perspektywy gospodarczej przejęcie Izby Reprezentantów i Senatu przez Demokratów to najlepsza wiadomość dla strefy euro i europejskiego przemysłu od lat. Europejscy eksporterzy – od niemieckich koncernów motoryzacyjnych i chemicznych, przez francuski sektor lotniczy, aż po poddostawców z Polski, Czech i Słowacji – funkcjonowali od 2025 r. pod gilotyną amerykańskiego protekcjonizmu.
Połączenie lutowego wyroku Sądu Najwyższego USA w sprawie Learning Resources, Inc. v. Trump (który uznał za nielegalne nakładanie ceł w trybie ustawy o nadzwyczajnych uprawnieniach gospodarczych IEEPA) z przejęciem przez Demokratów komisji handlowych i budżetowych w Kongresie może oznaczać koniec ery arbitralnych wojen celnych przez Atlantyk powodowanych widzimisię Donalda Trumpa.
Demokratyczna większość w Komisji Budżetu i Podatków Izby Reprezentantów oraz senackiej Komisji Finansów ma możliwość nie tylko zablokowania każdej nowej taryfy celnej po upływie ustawowych 150 dni (w przypadku użycia przez prezydenta Sekcji 122 ustawy handlowej), ale może również wykorzystać klauzule w ustawach budżetowych, aby odciąć finansowanie dla egzekwowania karnych taryf przeciwko sojusznikom z UE. Dla nas wszystkich porażka miliardera za dwa tygodnie oznacza powrót do większej przewidywalności prawa handlowego.
Polska – podwójny beneficjent amerykańskiego checks and balances
W tej wielkiej transatlantyckiej układance szczególne miejsce zajmuje nasz kraj – Polska. Warszawa od lat prowadziła w Waszyngtonie mądrą politykę symetrii, budując silne relacje zarówno z administracją demokratyczną, jak i z republikańskim obozem Donalda Trumpa. Jednak na poziomie twardego interesu narodowego przejęcie Kongresu przez Demokratów rozwiązuje największy strategiczny dylemat polskiej dyplomacji i obronności.
Dlaczego? Ponieważ zdejmuje z Polski ryzyko osamotnienia na wschodniej flance, zachowując jednocześnie wszystkie korzyści z uprzywilejowanego partnerstwa z USA.
Po pierwsze, możemy w końcu spodziewać się po słowach Demokratów, stabilności. Wszelkie środki na rozbudowę wysuniętego dowództwa V Korpusu Armii USA w Poznaniu, bazy tarczy antyrakietowej w Redzikowie, hubów logistycznych w Powidzu oraz finansowanie programów Foreign Military Financing (FMF) przechodzą bezpośrednio przez komisje Kongresu. Demokratyczna większość, widząca w Polsce kluczowy filar powstrzymywania Rosji, może zagwarantować tym projektom wieloletnie finansowanie, uniezależniając je od zmiennych nastrojów w Białym Domu.
Po drugie, Polska zaproszona przez sekretarza stanu Marco Rubio na grudniowy szczyt G20 w Miami jako symbol europejskiego sukcesu jest krwiobiegiem połączona z przemysłem niemieckim i unijnym. Zablokowanie przez demokratyczny Kongres amerykańskich ceł na towary z Unii Europejskiej bezpośrednio chroni tysiące polskich fabryk produkujących części samochodowe, maszyny, meble i elektronikę na rynek zachodnioeuropejski.
Po trzecie, oznacza to koniec lawirowania prezydenta Nawrockiego i rządu Tuska między Waszyngtonem a Brukselą. Najgroźniejszym scenariuszem dla Warszawy była zawsze pełna konfrontacja polityczno-handlowa między Białym Domem a Komisją Europejską, w której Polska byłaby zmuszana do opowiedzenia się po jednej ze stron kosztem albo swojego bezpieczeństwa militarnego (USA), albo bezpieczeństwa ekonomicznego i funduszy rozwojowych (UE). Demokratyczny Kongres, temperując antyunijne zapędy administracji Trumpa, niejako może przywrócić równowagę w trójkącie Waszyngton–Bruksela–Warszawa.
Po czwarte w końcu,według wielu amerykańskich politologów porażka Republikanów w wyborach połówkowych powinna osłabić wewnątrz tej partii pozycję skrajnych izolacjonistów skupionych wokół J.D. Vance’a. Dla partyjnych darczyńców i polityków Partii Republikańskiej stanie się jasne, że radykalny populizm prowadzi do klęski w stanach wahających się, co może wzmocnić pragmatyczne, propaństwowe i przychylne NATO skrzydło spod znaku republikańskiego Marco Rubio (obecnie sekretarza stanu USA), a po drugiej stronie sceny politycznej może utorować drogę do nominacji w wyborach prezydenckich w 2028 r. centrowemu i popularnemu Demokracie Joshowi Shapiro.
Shapiro jako gubernator Pensylwanii wykazuje zerową tolerancję dla rosyjskiego imperializmu. Co ciekawe, Pensylwania to kluczowy stan wahający się (tzw. swing state), w którym mieszka ponad 800 tys. Amerykanów polskiego pochodzenia (jedna z największych diaspor w USA) oraz potężna mniejszość ukraińska (150 tys. osób).
Shapiro utrzymywał dobre relacje z tymi społecznościami. A jak przekonują amerykańskie media, rozumie on także historyczne traumy Europy Środkowo-Wschodniej i wie, że w jego własnym elektoracie bezpieczeństwo wschodniej flanki NATO to nie tylko abstrakcyjna geopolityka, ale sprawy budzące żywe emocje. Dla Polski i Europy Środkowej jego kandydatura jako kolejnego prezydenta USA byłaby według politologów ulgą po rządach Trumpa, bo mogłaby przynieść przewidywalność, ciągłość klasycznej amerykańskiej dyplomacji i przede wszysktim stabilność.
Wybory, które mają moc
Kiedy więc 3 listopada 2026 r. zamkną się lokale wyborcze za oceanem, warto pamiętać o jednej fundamentalnej prawdzie rządzącej amerykańskim mocarstwem – prezydenci przychodzą i odchodzą, ale o sile Stanów Zjednoczonych decyduje odporność ich instytucji.
Przejęcie Kapitolu przez Demokratów nie sprawi, że ostatnie dwa lata kadencji Donalda Trumpa będą w Waszyngtonie spokojne – wręcz przeciwnie, przyniosą one zaciętą wojnę sądową i budżetową na szczytach władzy. Jednak dla Europy, NATO, walczącej Ukrainy i dla Polski ten amerykański klincz ustrojowy będzie oznaczał, że parasol bezpieczeństwa nad wschodnią flanką nagle się nie zamknie, a klucze w tej sprawie nie leżą już jedynie w rękach pełnego kaprysów miliardera i jego najbliższej rodziny.
Gra w wyborach połówkowych toczy się o wszystko. I właśnie zaczyna się jej decydujące rozdanie.
Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter
Zdjęcie główne: The White House/Flickr.com
