
Donald Tusk uderza w osoby rozliczające się ryczałtem. Zmiany dotyczą nie tylko ścięcia limitów, ale także wprowadzenia wyższych stawek opodatkowania. W ostatnich latach ta forma płacenia podatków stała się realną alternatywą zmniejszenia danin dla państwa polskiego. Władza postanowiła się coś z tym fantem zrobić, ale to nie podatkowy młot rządu zrujnuje klasę średnią i wyższą na B2B. Prawdziwa tragedia kryje się w ich własnych kieszeniach na starość. Mechanizm, który dziś pozwala im na luksusowe życie, jutro skaże ich na systemowe, dobrowolne emerytalne ubóstwo, co politycy skrzętnie przemilczeli. Biznes Enter odsłania kulisy całej magii przechodzenia na ryczałt w Polsce i konsekwencje tego typu decyzji.
- Teza. Model samozatrudnienia (B2B), choć obecnie bardzo opłacalny dzięki lukom podatkowym i niskim obciążeniom, stanowi w rzeczywistości demograficzną pułapkę, która skazuje większość korzystających z niego specjalistów na skrajne emerytalne ubóstwo na starość.
- Dowód. Dane ZUS bezlitośnie pokazują, że ponad 99 proc. samozatrudnionych opłaca składki w absolutnie minimalnej wysokości, co przy systemie zdefiniowanej składki oraz ułamkowym wliczaniu okresów ulgowych (np. „Mały ZUS Plus”) sprawi, że nie zgromadzą oni kapitału ani wymaganego stażu (szczególnie kobiety) nawet na minimalną emeryturę państwową.
- Efekt. Dzisiejsi zamożni przedsiębiorcy na kontraktach B2B w przyszłości zderzą się z tragicznym upadkiem stopy życiowej, próbując przeżyć za głodowe świadczenia, wynoszące zaledwie ułamek przeciętnego wynagrodzenia.
Opodatkowanie na ryczałt to emerytalna pułapka. Spis treści
Przez ostatnie lata polski system podatkowo-składkowy ewoluował w kierunku, który można by nazwać „regresywnym rajem”. Zamiast zasady, w której najsilniejsi ponoszą największe ciężary, stworzyliśmy architekturę produkującą przedsiębiorców, którzy spokojnie mogliby pracować na etat. Jeśli byłeś wybitnym programistą, lekarzem kontraktowym, czy menedżerem wysokiego szczebla, system dawał ci jasną instrukcję – uciekaj z etatu na własną działalność gospodarczą.
Rząd uderza w ryczałt. Ryczałt uderza w rząd
Przejście na model B2B (z angielska business-to-business) stało się nie tylko opłacalne – stało się finansowym imperatywem w walce o optymalizację kosztów. Model „B2B” to dziś nowomowa polskiego rynku pracy, skrywająca najczęściej klasyczny stosunek podległości przefarbowany na wystawianie jednej faktury miesięcznie przez podmiot udający jednoosobową firmę.
Spójrzmy na twarde dane płynące z raportów Ministerstwa Finansów oraz Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, które przeanalizował Biznes Enter (ostatnie pochodzą sprzed 4 lat). Od momentu wejścia w życie tzw. Polskiego Ładu w 2022 roku, który uzależnił składkę zdrowotną od dochodu dla osób na skali i podatku liniowym, ryczałt od przychodów ewidencjonowanych stał się ziemią obiecaną.
Oferuje on przede wszystkim spory przywilej – zamrożenie składki zdrowotnej w trzech progach. Dla przychodów powyżej 300 tys. złotych rocznie, podstawa jej wymiaru zatrzymuje się na 180 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Nieważne, czy zarabiasz 350 tysięcy, czy 3 miliony złotych – twoja składka zdrowotna na ubezpieczenie zdrowotne, czyli de facto powszechny podatek na leczenie, nie rośnie. To ubezpieczeniowy ewenement dający ogromną przewagę nad klasyczną pracą.
Wybuch ryczałtowców. Na czym polega magia tego rozliczenia?
Nic dziwnego, że Polacy masowo zaczęli się tą formą opodatkowania interesować. Przytoczmy kilka liczb, które obrazują, co wydarzyło się w naszym systemie podatkowym w ostatnim czasie. I tak, liczba podatników na ryczałcie z przychodami powyżej 250 tys. euro wzrosła lawinowo z zaledwie 8,7 tys. w 2021 r., poprzez 23,3 tys. w 2022 r., aż do 42,4 tys. w 2024 r. To skok o blisko 400 proc. w ciągu trzech lat.
Grupa ta w 2024 r. wygenerowała gigantyczny łączny przychód w wysokości 102 miliardów złotych, stanowiąc aż 32 proc. wszystkich przychodów z ryczałtu, choć liczyła ułamek procenta wszystkich firm.
Tylko ok. 400 najbogatszych podatników ryczałtowych przekroczyło próg 2 milionów euro przychodu, generując łącznie bagatela 5,6 mld zł.
Najpopularniejsze zadeklarowane stawki opodatkowania w tej grupie to:
- 5,5 proc. (sektor budowlany, usługi pokrewne),
- 8,5 proc. (przetwórstwo, usługi, sprzedaż),
- 14 proc. (szeroko rozumiana opieka zdrowotna i pielęgniarska),
- 12 i 15 proc. (branża IT i doradztwo specjalistyczne).
Ta garstka świetnie zarabiających profesjonalistów płaci efektywne stawki podatkowo-składkowe na poziomie całkowicie nieosiągalnym dla zwykłego pracownika. „Klin podatkowy” (teoretyczne obciążenie pracy podatkami i składkami w stosunku do kosztu pracodawcy) dla osoby na umowie o pracę zarabiającej 300 tys. złotych brutto rocznie pożera około 48 proc. całkowitego kosztu pracy. Jeden złoty oddany pracownikowi to prawie jeden złoty dla państwa.
Tymczasem ten sam specjalista, wykonujący dokładnie te same obowiązki (choć prawnie omijający definicję stosunku pracy), po przejściu na ryczałt 5,5 proc. ze zryczałtowanym ZUS-em, płaci państwu łącznie od 13 proc. do 17 proc. swoich dochodów. Roczna oszczędność „na czysto”? Ok. 98 tys. złotych, czyli aż 63 proc. więcej w kieszeni z tej samej wytworzonej wartości. I żeby była jasność – to najnowsze wyliczenia samego Ministerstwa Finansów. Nic więc dziwnego, że wysokie faktury stały się świętością polskiej „nowej klasy średniej” i swoistym oknem dla firm zwalniającym z obciążeń pozapłacowych.

Próba poukładania polskiego nieładu przez rząd Tuska
Gdy system staje się rażąco niesprawiedliwy, drenaż budżetu staje się na tyle odczuwalny, że państwo musi zareagować. Od lat tolerowano „lukę” pozwalającą unikać oskładkowania, ponieważ ułatwiała zatrzymywanie talentów w polskiej gospodarce – IT płaciło zachodnie stawki netto, dzięki pomijaniu polskich składek brutto. Teraz nadeszła zmiana kursu. Uderzenie było tylko kwestią czasu. Projekt ustawy przygotowany w rządzie to celnie wymierzony cios prosto w fundamenty modelu luksusowego B2B.
Rząd Donalda Tuska najwyraźniej odrobił lekcję. Dokument Oceny Skutków Regulacji (OSR do projektu UD458) nie podnosi podatków wszystkim – on chirurgicznie przesuwa obciążenia na tych, którzy dotychczas uciekali z systemu, jednocześnie ofiarując „marchewkę” pracownikom etatowym na skali.
Zaczyna się od rewolucji na skali podatkowej PIT, która w zamyśle ma odciążyć lojalną klasę średnią, a zarazem pobudzić aktywność zawodową. Próg podatkowy (obecnie 120 tys. zł z 32 proc. podatkiem po jego przekroczeniu) zostaje podniesiony do 130 tys. zł (utrzymując stawkę bazową 12 proc.). Wprowadzono również zupełnie nowy, buforowy przedział – dochody od 130 tys. do 150 tys. zł będą opodatkowane dużo łagodniejszą stawką 24 proc. (zamiast dotychczasowych 32 proc.). Dopiero nadwyżka ponad 150 tysięcy wpadnie w brutalne 32 proc.. Ta operacja kosztować ma budżet niemal 10,2 mld zł rocznie w 2027 r. (w ujęciu memoriałowym). Obniżki rzędu ok. 3 tys. zł zyska ok. 3,5 mln osób.
Ale to, co rząd daje etatowcom, musi gdzieś zebrać z powrotem. Państwo idzie po pieniądze z ryczałtu i wielkiego kapitału. Projekt drastycznie przywraca limit przychodów uprawniający do korzystania z tej preferencyjnej formy opodatkowania, tak jak było to przed Polskim Ładem Mateusza Morawieckiego – z 2 mln euro do 250 tys. euro. Co to oznacza? Dokładnie chodzi o wypchnięcie z ryczałtu około 43 tys. najlepiej zarabiających przedsiębiorców, którzy zmuszeni będą zasilić szeregi płatników na podatku liniowym (co wiąże się automatycznie z wyższą, wynoszącą 4,9 proc. składką zdrowotną liczoną od całego dochodu bez jakiegokolwiek limitu) lub skali podatkowej.
Poziom 17 proc.– ukryty bat na ryczałtowców
Ale to nie wszystko. Ministerstwo Finansów pod kierownictwem Jarosława Nenemana przygotowało jeszcze jedną niespodziankę. Ci, którzy zaczną rok bezpiecznie na ryczałcie i w jego trakcie w wyniku niespodziewanych obrotów przekroczą próg 300 tys. euro przychodu (ustanowiono tu dodatkowy bufor 50 tys. euro ponad nowy limit bazowy 250 tys., by ułatwić planowanie cash flow), nie zostaną wprawdzie wyrzuceni z ryczałtu z dnia na dzień w środku roku z chaosem księgowym. Zapłacą jednak inną cenę – od nadwyżki przychodów osiągniętych w trakcie roku ponad 300 tys. euro uiszczą nową stawkę podatku w wysokości 17 proc., niezależnie od tego, czy wcześniej płacili 3 proc. z handlu, czy 5,5 proc. z usług. Przepisy projektu ustawy wyłączają w tym wypadku niższe stawki bazowe. Minister finansów zdaje się mówić: „koniec ze świętym prawem stałego ryczałtu dla multimilionerów”.
Dodajmy do tego dwie kolejne salwy. Pierwszą w postaci podwyżki daniny solidarnościowej dla najbogatszych Polaków (zarabiających powyżej 1 miliona złotych po odliczeniach). Jej stawka rośnie z dotychczasowych, relatywnie łagodnych 4 proc. do 5 proc., od pierwszego miliona. Oznacza to kilkaset milionów złotych więcej do Funduszu Solidarnościowego.
Drugą jest wprowadzenie nowej, 22-procentowej stawki CIT dla korporacyjnych gigantów, których przychody w poprzednim roku podatkowym przekroczyły równowartość 50 mln euro. Oszczędzi ona m.in banki i inne instytucje finansowe, które płacą inne zobowiązania pod specjalnym nadzorem, uderzając bezpośrednio w rynkowych tytanów. Aby uniknąć unikania opodatkowania przez podział struktury, w ustawę wpleciono restrykcje antyabuzywne, narzucające stawkę 22 proc. podmiotom tworzącym gigantyczne globalne koncerny z przychodami ponad 750 mln euro (odniesienie do ustawy o opodatkowaniu wyrównawczym). A do tego zwiększono kwotę zaliczek uproszczonych na CIT dla tych podmiotów o skomplikowany mnożnik (15,8 proc.). Zmiany mają wejść w życie 1 stycznia 2027 r., pod warunkiem oczywiście podpisu prezydenta, który według przekazów medialnych się od tych zmian dystansuje.
Przekaz rządu jest jasny: kończymy z optymalizacyjnym i progresywnym nonsensem. Twórcy argumentują zmianę Konstytucją RP (art. 84). W ich optyce system był postrzegany jako „przejaw nadmiernego fiskalizmu” dla klasy średniej, podczas gdy elity uciekały w „szczelinę ryczałtową”. Rząd uderza twardo, a dla tysięcy przedsiębiorców może to wymagać redefinicji ich biznesplanów na nową dekadę. Z perspektywy indywidualnego informatyka czy dyrektora plan rządu oznacza bowiem natychmiastowy, ciężki drenaż portfela, na który tak chętnie skarżą się liderzy opinii z sektora MŚP.
Ale paradoksalnie, to nie sierpniowe podatki Tuska (których wejście w życie jest przecież bardzo niepewne) są ich największym życiowym problemem. W tle rwetesu nad ryczałtem, czai się widmo o wiele bardziej niebezpieczne. Rozgrywa się bowiem na naszych oczach masowy eksperyment społeczny, który dla większości uczestników skończy się tragicznie.
Dobrowolne ubóstwo B2B
Skupienie na tu i teraz – na wysokości przelewu z faktury w bieżącym miesiącu – całkowicie może oślepiać dziesiątki tysięcy polskich samozatrudnionych. Uciekając przed, jak to często określają, „złodziejskim ZUS-em”, wpadają w znacznie groźniejszą pułapkę, którą na własne, świadome życzenie fundują sobie na starość. Słowem, wedle nauki i twardych danych polski przedsiębiorca w ryczałtowo-liniowej bańce to człowiek ochoczo tańczący na krawędzi demograficznej przepaści.
Z analizy danych rejestrowych ZUS, zbadanej w raporcie na zlecenie urzędu sprzed dwóch lat (wykonała je Polska Sieć Ekonomii; dla jasności jest ona niekojarzona jako think-tank liberalny), wyłania się wstrząsający obraz polskiej „przedsiębiorczości”. W 2023 r. ubezpieczeniu zdrowotnemu w ZUS podlegało średnio co miesiąc 2,25 mln samozatrudnionych. Daje nam to pod względem odsetka takich podmiotów trzecie miejsce w całej UE.
Co to za gigantyczna armia ludzi innowatorów, moglibyście zapytać? Na koniec 2023 r. aż 1,64 miliona z nich (72,7 proc.) płaciło składki wyłącznie za siebie, nie zgłaszając do systemu absolutnie żadnego pracownika, czy nawet podwykonawcy. To gigantyczna rzesza „solo-przedsiębiorców”. Zdecydowana część tej grupy to de facto ukryci pracownicy kontraktowi, wykonujący regularne, stałe obowiązki, od lat dla tego samego lub kliku zaledwie podmiotów – przekonują ekonomiści PSE.
Z punktu widzenia systemu emerytalnego, a także osobistego zarządzania ryzykiem finansowym, ich zachowanie to rynkowe, zbiorowe samobójstwo. Statystyczny polski samozatrudniony, w tym rzesze wykwalifikowanych umysłów ścisłych czy menedżerów, osiąga przeciętnie dochód zgłaszany na potrzeby składki zdrowotnej o 50 proc. wyższy od średniej dla pracownika etatowego (stan na rok 2022). Teoretycznie stać go więc bez problemu na zbudowanie potężnego kapitału na starość. W systemie opartym na zdefiniowanej składce ma do tego wspaniałe warunki.
Jednak, jak wylicza badanie na reprezentatywnej próbie ZUS, odsetek osób prowadzących działalność, które dobrowolnie, chociaż raz w roku opłaciły składkę emerytalną od kwoty wyższej niż wymagane minimalne 60 proc. prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce, to… zaledwie ułamek procenta. W większości analizowanych lat były to promile (przeciętnie 0,82 proc.). Wynika z tego, że ponad 99,18 proc. samozatrudnionych w Polsce płaci w ZUS składki na poziomie absolutnego minimum wymaganego prawem, a w okresach ulg (Mały ZUS itp.) – nawet i to nie.
Dla przypomnienia, w 1999 r. Polska zmieniła system emerytalny na model zdefiniowanej składki. Rządzi nim prosta zasada: „ile sobie odłożysz, taką będziesz miał emeryturę”. Kropka. W tak skonstruowanym ustroju państwowym, odprowadzanie latami zryczałtowanych składek emerytalnych to wydanie na siebie wyroku ubóstwa. Osoba na B2B odprowadza dziś stałą składkę niezależnie od tego czy fakturowała w danym miesiącu 50 tys. złotych za napisanie kodu aplikacji dla duńskiej firmy, czy 5 tys. złotych ze sprzedaży ubezpieczeń. Tymczasem jej rówieśnik-pracownik na tym samym szczeblu dochodu (gdyby istniał) odprowadzałby wielokrotnie więcej.
Żyjemy w kraju, w którym specjalista IT wyciągający co miesiąc z bankomatu dziesiątki tysięcy złotych „na czysto”, buduje na swoich kontach w ZUS państwowy kapitał emerytalny w tempie wolniejszym niż pracownik na umowie o pracę.
Porsche w leasingu, głód na emeryturze
Pisaliśmy w nim, że wybór modelu współpracy B2B w celu maksymalizacji bieżących dochodów, bez wdrożenia żelaznej dyscypliny w prywatnym oszczędzaniu, jest w rzeczywistości odłożoną w czasie decyzją o bankructwie osobistym i drastycznym obniżeniu stopy życiowej na starość. Dowodem na to są wyliczenia Instytutu Emerytalnego, według którego przy tych samych wysokich zarobkach osoba na etacie (dzięki przymusowym, wysokim składkom) otrzyma emeryturę w wysokości ponad 23 tys. zł. W tym samym czasie specjalista na B2B płacący minimalne składki i konsumujący nadwyżki, otrzyma świadczenie na poziomie zaledwie 4,5 tys. zł, co stanowi pięciokrotną różnicę w budżecie domowym.
To wymusza natychmiastową zmianę mentalności finansowej. Traktowanie znacznej części nadwyżki dochodów na B2B jako środków na luksusową konsumpcję jest błędem. To powinien być obowiązkowy, prywatny „podatek” inwestycyjny (rzędu 2000–3000 zł miesięcznie), bez którego utrzymanie dotychczasowego statusu społecznego w przyszłości będzie po prostu niemożliwe. Stałe zlecenie na IKE, IKZE lub konto oszczędnościowe w takim przypadku to najbardziej racjonalna decyzja, jaką można podjąć.
„Przecież państwo musi dopłacić” – ostateczna mrzonka B2B
Dodajmy do tego jeszcze jeden wątek. Jak przekonują polscy ekonomiści w raporcie PSE, wielu przedsiębiorców na kontraktach zadowalało się cynicznym pocieszeniem: „Po co mam wpłacać do ZUS-u? Uciułam ledwo połowę, to i tak przecież z mocy prawa państwo ma obowiązek dopłacić mi wyrównanie do emerytury minimalnej, która z czasem i tak będzie rosła. System mnie utrzyma„. Jest to jeden z najbardziej drastycznych mitów polskiego systemu emerytalnego, ugruntowany w potocznych legendach.
Otóż ustawa emerytalna (art. 87 ust. 3) ustanawia twardy, zero-jedynkowy warunek. Gwarancja „dopłaty” ze środków budżetowych do emerytury minimalnej przysługuje tylko i wyłącznie w jednym przypadku – gdy ubezpieczony legitymuje się pełnym wymaganym stażem w okresach składkowych i nieskładkowych. Wynosi on 20 lat w przypadku kobiet i 25 lat w przypadku mężczyzn. Brak jednego miesiąca oznacza wypłacenie tego, co się uzbierało ze zdefiniowanej składki (np. 1360 złotych).
I tutaj zatrzaskują się stalowe, potrójne sidła ulg „dla MŚP”. Państwo oferuje młodym, przedsiębiorczym startupom gąszcz preferencji, na czele z flagową „Ulgą na start” (6 miesięcy wolnego od ubezpieczeń społecznych), preferencyjnym ZUS-em (24 miesiące płacenia składek od 30 proc. płacy minimalnej) i wreszcie programem „Mały ZUS Plus” (składki obniżone od dochodu). I przedsiębiorcy z nich korzystają. W 2022 roku aż 29 proc. z nich używało chociaż jednej z tych trzech preferencji.
Miesiące „Ulgi na start” wcale nie wchodzą w okres ubezpieczenia. Z kolei w miesiącach opłacanych ze zniżką („Mały ZUS” / „Mały ZUS Plus”), jeśli opłacasz składki od podstawy niższej niż wartość płacy minimalnej w danym roku, twoje lata i miesiące do tego niezbędnego „stażu” zmniejszają się. Zostają zaliczone tylko w takiej proporcji, w jakiej wnoszona podstawa ma się do wynagrodzenia minimalnego. Opłacając więc z uśmiechem na twarzy np. tylko 30 proc. pensji minimalnej, po całym okrągłym roku składkowym dopisuje się do Twojego niezbędnego życiorysu ledwie 3,6 miesiąca tzw. stażu gwarancyjnego.
Tragedia tego proporcjonalnego kurczenia jest przerażająca w skutkach. Zdaniem dr Janiny Petelczyc i dr. Tomasza Lasockiego z Politechniki Warszawskiej mężczyzna, który przez 25 lat bez cienia przerwy, dzień w dzień prowadził legalną firmę w Polsce, odkładając od pierwszego dnia optymalizacje ulgowe ze start-upu do oporu – nie uciuła formalnie na biurku u urzędnika 25-letniego stażu minimalnego. I na skutek tego państwowy „szlaban” odcina go od jakichkolwiek dopłat budżetowych. Otrzyma on na blankiecie gołą, przeliczoną kwotę swoich uzbieranych składek, na przykład 1360 złotych w rzeczywistych warunkach siły nabywczej, zamiast gwarantowanego minimum (wyliczenia z 2024 na bazie średnich rentowności).
Pułapka płci, czyli podwójny dramat dla kobiet
Mocno odczują skutki takiej sytuacji przede wszystkim kobiety. Kobiety kończą aktywność zawodową w wieku 60 lat, o okrągłe 5 lat wcześniej niż panowie.
W modelu zdefiniowanej składki i tablic GUS oznacza to koszmar na każdym z frontów. Mają one o 5 lat krótszy, kluczowy okres składkowy (okres zarabiania najwyższych, dojrzałych stawek kariery zawodowej pomija ich kapitał), przy jednoczesnym oczekiwanym znacznie dłuższym dalszym trwaniu życia na emeryturze (ich zebrana pulka oszczędności dzielona jest w ułamku np. nie przez 210 miesięcy mianownika, ale przez druzgocące ponad 254 miesiące).
Gdy dodamy do tego wpadnięcie w ulgi stażowe, symulacje ujawniają poważny stan alarmowy. Kobieta na samozatrudnieniu, po 28 latach nieprzerwanej, ciężkiej pracy pod szyldem firmy z fakturami, przez zastosowane proporcjonalne wliczanie składek i szybki wiek rozstania z pracą, otrzyma świadczenie wręcz wstrząsające – nie dostanie w ujęciu docelowym ani grama ze sławnej „dopłaty”. Jej wyliczona dożywotnia renta kapitałowa może uderzyć w poziomy niższe o 50 proc. niż gwarantowane minimum biologicznego utrzymania.
Niemiecka lekcja
Jeśli rzucimy okiem, co się dzieje za naszą zachodnią granicę, obraz wyda się krystalicznie jasny. W Niemczech system ubezpieczenia społecznego nie narzuca obligatoryjnie wszystkim samozatrudnionym wnoszenia składek na powszechną emeryturę państwową. Mogą to robić opcjonalnie. Czym się to skończyło w tak uregulowanej, skrupulatnej gospodarce?
Półki niemieckich MOPS-ów toną w podaniach zrujnowanych życiowo starszych byłych przedsiębiorców. Szacuje się, że około 3/4 osób, które były samozatrudnione w Niemczech jest dziś zagrożonych drastycznym ubóstwem na starość. Nikt nie odkładał, wszyscy wykreślali składki w nadziei, że ich dochody obronią się inwestycyjnie.
Statystyka w kraju z rozwiniętym modelem prywatnym (tzw. Rürup-Rente) woła o pomoc – 66,5 proc. „solo-przedsiębiorców” u zachodnich sąsiadów na chłodno deklaruje w ankietach badawczych, że nie dokonuje żadnych oszczędności na rzecz tworzenia majątku.
Jeżeli komuś wydaje się, że polski koder czy dentystka z warszawskiego Wilanowa nagle okaże się cudownym rynkowym wyjątkiem gromadzącym co miesiąc złote góry dla siebie na starość, to jest niestety w błędzie. Kultura i wiedza finansowa nad Wisłą jest jeszcze gorsza niż nad Renem.
Świadomość, edukacja i reforma jest kluczem do wszystkiego
Podsumowując, działania rządu Donalda Tuska sprowadzają się do ukrócenia rajów podatkowych przy ryczałtach i wyrzucenia części elity z ich 5-procentowej ławki pod lufę klasycznego podatku od dochodu czy liniowego rozliczenia. Obcięcie progów z 2 mln na 250 tys. euro i wstawienie pułapek tnących stawką 17 proc. nie pozostawia złudzeń. Nowe, rygorystyczne przepisy mają sprawić, że część optymalizatorów poczuje ucisk w portfelu.
Czy prezydent zawetuje te zmiany? Tego do końca nie wiemy, jednak prawdziwą ironią losu jest to, co zupełnie przy tych zmianach przemilczano. Wolność od składek, przed którymi z taką chęcią dzisiaj uciekają osoby na B2B, skończy się ich powolnym, absolutnym zgnieceniem przez bezlitosną logikę upływającego czasu.
System FUS na starość jest kalkulatorem, który za trzy, cztery dekady obnaży pychę ich obecnych działań. Nie da się oszukać wariantu zerowej stopy zastąpienia. Miliony dzisiejszych herosów polskiego wolnego B2B ruszają dziarskim, wyprostowanym krokiem w sam środek dobrowolnego, głodowego ubóstwa, podcinając przy tym gałąź powszechnego systemu państwa, z którego dziś czerpią garściami ryczałtowe benefity na start. Rząd wziął na nich mały bat w podatkach. Ale ten główny, najdotkliwszy cios w przyszłość, wymierzyli w siebie już dawno temu sami. Wciąż jednak można się przebudzić.
Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter
Zdjęcie główne: Kancelaria Premiera/Flickr
