
Trwający w rejonie Zatoki Perskiej konflikt zbrojny wciąż spowija gęsta mgła dezinformacji i pobożnych życzeń. Podczas gdy światowe nagłówki koncentrują się na spektakularnych wymianach ciosów rakietowych, bądź jak teraz chwilowym zawieszeniu broni, na zapleczu globalnego teatru rozgrywa się dramat, którego konsekwencje odczuje każdy obywatel naszego globu. I nie jest to żadna przesada. Biznes Enter przeanalizował sytuację na Bliskich Wschodzie. Nie są to dobre informacje dla naszych kieszeni.
- Teza. Większość informacji mediów ws. wojny w Iranie skupia się na atakach i tymczasowych rozejmach, nie dotykając istoty sprawy. Konflikt nie doprowadzi jednak do upadku tamtejszego reżimu, lecz przerodzi się w przedłużający się impas strategiczny, obnażając ograniczenia amerykańskiej machiny militarnej i odporność teherańskiej teokracji, co wpłynie na nasze portfele przez skokowe podwyżki cen ropy naftowej.
- Dowód. Stany Zjednoczone zostały zmuszone do wstrzymania operacji wojskowych z powodu kurczących się zapasów pocisków przechwytujących do systemów obrony powietrznej, podczas gdy władze Iranu wykorzystały konflikt do zabetonowania swojej władzy i skutecznie stłumiły opór społeczny, drastycznie zwiększając liczbę egzekucji.
- Efekt. Choć światowe rynki finansowe chwilowo ignorują ten kryzys dzięki hossie napędzanej przez sztuczną inteligencję, to wyczerpanie strategicznych rezerw ropy naftowej oraz zniszczenie bliskowschodnich rafinerii wywołają permanentną niestabilność cen energii i gwałtowny wzrost kosztów nawozów, co uderzy w pierwszej kolejności w kraje rozwijające się.
Wojna w Iranie. Spis treści
Prawda o tym konflikcie jest bowiem znacznie bardziej niepokojąca. Stany Zjednoczone wpadły w militarną matnię, teherański reżim okazał się strukturalnie niemożliwy do obalenia metodami z zewnątrz, a rynki finansowe żyją w pożyczonym czasie, oszukiwane przez sztucznie napędzany boom technologiczny. To prędzej czy później się na nas zemści.
Dym nad Zatoką Perską i cicha panika w Pentagonie
Noc z piątku na sobotę pod koniec lipca 2026 r. była pierwszą od 13 dni, kiedy nad Bliskim Wschodem nie rozbrzmiały syreny alarmowe. Po serii niemal codziennych, niszczycielskich nalotów, machina wojenna USA i Iranu nagle zamarła. Z ust amerykańskiego ambasadora przy ONZ, Mike’a Waltza, padły słowa o „przestrzeni dla dyplomacji”, którą rzekomo pozostawia prezydent Donald Trump. Media obiegła wiadomość, że wysłannicy z Omanu i Pakistanu – przy cichym poparciu Pekinu – krążą między Waszyngtonem a Teheranem, próbując reanimować wstępne porozumienie rozejmowe z 17 czerwca.
Jednak ten dyplomatyczny teatrzyk maskuje fakt militarnej i politycznej rzeczywistości. „Amerykanie szukają sposobu na wyjście z konfliktu i błagają nas o pomoc” – przyznał bez ogródek wysoki rangą europejski dyplomata w rozmowie na temat planowanej w Londynie międzynarodowej konferencji w sprawie bezpieczeństwa cieśniny Ormuz.
To nie odruch gołębiego serca skłonił Biały Dom do wstrzymania ataku. Jak doniósł „New York Times”, powołując się na źródła w Pentagonie, w amerykańskich magazynach na Bliskim Wschodzie zaczęło brakować pocisków przechwytujących do systemów Patriot, THAAD oraz SM-3. Ostatnie dwa tygodnie intensywnej kampanii lotniczej, w trakcie której USA poraziły ponad 400 celów w Iranie (dla porównania w marcu przeprowadzono aż 13 tys. uderzeń), niemal całkowicie opróżniły rezerwy precyzyjnej amunicji.
Marcin Andrzej Piotrowski z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM) zwraca uwagę przy tym na bariery strukturalne. Podczas gdy produkcja rakiet JASSM czy PrSM wymaga miesięcy, uzupełnienie zużytych pocisków Tomahawk oraz antyrakiet Patriot, THAAD i SM-3 zajmie amerykańskiemu przemysłowi obronnemu lata. Donald Trump, stojący w obliczu listopadowych wyborów parlamentarnych (midterms), znalazł się w kleszczach – jego notowania spadają w zatrważającym tempie z powodu skoku inflacji i cen paliw, a na horyzoncie majaczy wymóg uzyskania autoryzacji działań wojennych przez Kongres po upływie 90 dni – autoryzacji, której mocno podzielony Kapitol wcale nie musi mu udzielić.

Biały Dom próbuje więc zmontować międzynarodową koalicję pod przewodnictwem Wielkiej Brytanii i Francji, która wzięłaby na siebie ciężar trałowania min i ochrony tankowców w Ormuzie. Ale sojusznicy stawiają twardy warunek – pełne wstrzymanie walk. Tymczasem Teheran odpowiada z absolutnym chłodem. Stanowisko Iranu przekazane przez agencję Reuters pozostaje niezmienne: „atak za atak”.
Mit reformy, czyli dlaczego Iran nigdy nie stanie się „drugim Zachodem”
Największym błędem strategicznym Waszyngtonu i Jerozolimy było założenie, że intensywna wojna na wyczerpanie oraz eliminacja kluczowych postaci reżimu – na czele z Najwyższym Przywódcą ajatollahem Alim Chameneim, który zginął w pierwszej fali nalotów w lutym 2026 roku – doprowadzi do załamania systemu lub do masowego powstania Irańczyków, które przyniesie prozachodnią demokratyzację.
To głęboka nieznajomość irackiej i irańskiej socjologii oraz doktrynalnych fundamentów Islamskiej Republiki.
Tamtejszy system ma od zawsze bowiem gwarantować totalną represję i bezwzględną mobilizację zasobów w celu ochrony systemu za wszelką cenę. W styczniu 1988 r. Chomeini w liście do ówczesnego prezydenta Chameneiego sformułował doktrynę velayat-e motlaqeh-ye faqih (absolutnej władzy jurysykonsta). Oznajmił wówczas, że przetrwanie państwa islamskiego ma absolutny priorytet nad wszystkimi „drugorzędnymi” nakazami religijnymi – włączając w to modlitwę, post czy pielgrzymkę do Mekki.
Dla teheranskiej teokracji przetrwanie reżimu jest wartością najwyższą – wyższą nawet niż sam islam. Każdy krok uszczuplający władzę jest traktowany nie jako ustępstwo polityczne, lecz jako zdrada o charakterze egzystencjalnym.
Dlatego trzecie pokolenie przywódców, które przejęło władzę po śmierci Chameneiego, działa bez mrugnięcia oka. Podczas gdy w lutym nad południem Iranu huczały amerykańskie bomby, maszynka egzekucyjna na zapleczu frontu pracowała bez sekundy przerwy. Sądy Rewolucyjne wydają wyroki śmierci taśmowo, bez udziału niezależnych obrońców.
Według Amnesty International w 2025 r. wykonano w Iranie co najmniej 2 159 egzekucji. W samym 2026 r. stracono już ponad 413 osób, z czego co najmniej 101 w samym tylko czerwcu, tuż po podpisaniu zawieszenia broni. Tylko w jednym więzieniu w Isfahanie na wyrok śmierci czeka obecnie ponad 70 protestujących, z których co najmniej 26 przeniesiono już do izolatek przed egzekucją.
Fatalny błąd USA
Czym odpowiedziało społeczeństwo? Dlaczego miliony Irańczyków nie wyszły na ulice, by przywitać zachodnich „wyzwolicieli”, tak jak oczekiwał tego Donald Trump?
Przed rozpoczęciem nalotów USA i Izraela w Iranie wrzało. Dziesiątki tysięcy ludzi protestowały przeciwko nędzy i zamordyzmowi. Zostały jednak poddane rzezi – rząd przyznał się do zabicia 3 117 osób, organizacja HRANA potwierdziła ponad 6 tys. ofiar, a nieoficjalne szacunki mówiły nawet o 36,5 tys. zamordowanych. Niewiele później spadły amerykańskie i izraelskie bomby.
Efekt był odwrotny do zamierzonego przez strategów z Waszyngtonu. Przedstawiana przez państwową propagandę wizja rozpadu terytorialnego kraju i wojen etnicznych wywołała w społeczeństwie przerażenie. Pragnienie zmiany reżimu ustąpiło miejsca paraliżującemu strachowi przed chaosem. Irańczycy dokonali chłodnej, racjonalnej kalkulacji – koszty opresyjnego status quo są potężne, ale koszty całkowitej dezintegracji państwa byłyby jeszcze wyższe. Wojna na wyczerpanie nie osłabia teherańskiego aparatu represji – ona daje mu idealny pretekst do permanentnego duszenia własnego społeczeństwa.
Oczekiwanie, że z tego systemu wyłoni się prozachodnia demokracja, jest geostrategiczną mrzonką. Iran nie zmieni się w państwo w stylu zachodnim, ponieważ jego architektura ustrojowa została zaprojektowana tak, aby dokonać samozagłady społeczeństwa zanim ulegnie zewnętrznej presji.
Wojskowa matnia. Operacyjne opcje Pentagonu
Skoro strategia zmian reżimu zawiodła, a teherańskie gilotyny pracują w najlepsze, Waszyngton stanął przed zestawem wyłącznie złych opcji wojskowych. Jak wynika z analiz strategicznych PISM, każda kolejna ewentualna decyzja Białego Domu niesie ze sobą potężne ryzyko.
Większość potencjalnych ataków nie gwarantuje jednak oczekiwanych przez Biały Dom szybkich rezultatów, jest obarczona ryzykiem wysokich strat w personelu wojskowym USA i dalszego usztywnienia postawy Iranu. W przypadku desantów morskich USA na wyspę Chark lub wyspy i wybrzeże wokół cieśniny Ormuz Iran dysponowałby przewagą w ich obronie, a następnie mógłby izolować, nękać i rozbić siły lądowe USA. Próba odbicia przy tej okazji wysp należących do ZEA i okupowanych przez Iran skutkowałaby zapewne wojną regionalną z udziałem państw arabskich – przekonuje Marcin Andrzej Piotrowski.
Takie przykłady możemy mnożyć.
Co więcej, amerykański plan wojenny rozpada się na bokach z powodu niekontrolowanej regionalizacji konfliktu. Do wojny włączyła się… Ukraina. W lipcu ukraińskie drony dalekiego zasięgu uderzyły w irańskie statki handlowe i okręt wojenny na Morzu Kaspijskim, zabijając irańskich marynarzy. Prezydent Wołodymyr Zełenski otwarcie przyznał się do ataków na linie zaopatrzeniowe dostarczające dronów Shahed dla Rosji. Szef irańskiego MSZ Abbas Araghchi wściekle protestował u szefowej unijnej dyplomacji Kaji Kallas oraz u Siergieja Ławrowa, grożąc brutalnym odwetem.
W tym samym czasie jemeńscy Huti wznowili ostrzał rakietowy Morza Czerwonego (dwie rakiety zostały strącone nad Arabią Saudyjską), a premier Izraela Binjamin Netanjahu występuje w amerykańskiej telewizji Fox News, otwarcie torpedując dążenia Trumpa do rozejmu i żądając całkowitego obalenia władzy w Teheranie.
USA znalazły się tym samym w pułapce. Nie mają dość sił, by bezpiecznie eskortować każdy tankowiec, nie mogą przeprowadzić operacji lądowej bez wywołania pełnoskalowej wojny regionalnej, a ich sojusznicy z Bliskiego Wschodu oberwali rykoszetem irańskich ataków odwetowych.
Rynkowa iluzja. Dlaczego ropa naftowa nie kosztuje jeszcze 200 dol.?
To jest kluczowe pytanie, które zadają sobie wszyscy inwestorzy od Nowego Jorku po Londyn i Warszawę: Skoro doszło do największego w historii zakłócenia dostaw ropy naftowej na świecie, wyprzedzającego skalą kryzys naftowy z lat 70., to dlaczego baryłka Brent kosztuje około 86 dolarów (już po poniedziałkowej przecenie wywołanej zawieszeniem broni w weekend), a Wall Street bije rekordy?
Odpowiedź kryje się w rynkowej anatomii iluzji, stworzonej przez splot wyjątkowych, ale absolutnie tymczasowych czynników. Podsumował je Nouriel Roubini, znany ekonomista, który jako jeden z nielicznych przewidział kryzys finansowy z 2008 r.
1. Sztuczna Inteligencja jako poduszkowy amortyzator
Głównym powodem, dla którego giełdy w Nowym Jorku i Europie nie zaliczyły twardego lądowania, jest boom w obszarze sztucznej inteligencji. Mimo że wiosną cena ropy przebiła 100 dol., indeksy giełdowe rosły, napędzane gigantycznymi zyskami spółek technologicznych. Inwestorzy uznali, że skok produktywności wynikający z AI z nawiązką zrekompensuje wyższe koszty energii. Mówiąc wprost, gorączka złota na rynku AI zamaskowała energetyczną katastrofę w wycenach giełdowych.
2. Wyczyszczenie strategicznych rezerw do dna
Drugim amortyzatorem były rządy państw OECD, z USA na czele. Pomiędzy kwietniem a czerwcem 2026 r. na rynek rzucono potężne 440 milionów baryłek ropy z rezerw strategicznych i komercyjnych, aby zbić ceny na stacjach benzynowych.
Ale ta poduszka powietrzna właśnie pękła. Amerykańskie Rezerwy Strategiczne (SPR) spadły poniżej połowy swojej pojemności i niebezpiecznie zbliżają się do krytycznego poziomu operacyjnego wynoszącego 33 proc. Zachód nie ma już z czego dopłacać do rynku. Tarcza ochronna została zużyta. Dodatkowo, jak pisze Piotr Neidek z biura maklerskie mBanku, liczba tankowców przepływających przez Ormuz i Bab al‑Mandab pozostaje ograniczona, co oznacza, że ryzyko podażowe nie zniknęło. „Inwestorzy chwilowo zmniejszają premię geopolityczną, ale utrzymujące się zakłócenia w transporcie mogą w każdej chwili ponownie wesprzeć ceny surowca” – wskazuje.
3. Zmiany strukturalne od lat 70.
W porównaniu z kryzysem z 1973 czy 1979 r., światowa gospodarka zużywa mniej ropy na jednostkę PKB. Amerykańska rewolucja łupkowa, rozwój odnawialnych źródeł energii, paliw jądrowych oraz floty pojazdów elektrycznych osłabiły cios, jaki teherański reżim chciał zadać Zachodowi. Dodatkowo, państwa takie jak Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie doskonale wiedzą, że wywołanie globalnej stagflacji zniszczy popyt na ich surowiec, dlatego starały się łagodzić niedobory.
Ukryta katastrofa Południa i cichy paraliż przemysłu
Podczas gdy bogate kraje Północy zasłaniają się zyskami z technologicznego boomu, prawdziwy dramat odgrywa się w krajach rozwijających się. I to jest aspekt tej wojny, który najczęściej umyka zachodnim analitykom.
Wojna z Iranem to nie tylko kwestia surowej ropy spalanej w bakach samochodów. To przede wszystkim paraliż rynku jej pochodnych. Kampania lotnicza i minowanie apokaliptycznie zniszczyły infrastrukturę rafineryjną w Zatoce Perskiej. Eksport produktów rafinowanych oraz skroplonego gazu LPG z tego regionu spadł w czerwcu do poziomu poniżej połowy wartości przedwojennych.
Pochodne ropy naftowej to krwiobieg nowoczesnego świata. Chodzi m.in. o:
- nawozy sztuczne. Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) prognozuje skok cen nawozów o 15–20 proc. w pierwszej połowie 2026 roku. Dla rolników w Indiach, Afryce czy Ameryce Południowej oznacza to drastyczny spadek plonów i widmo głodu.
- Petrochemia i medycyna. Ponad 6 tys. produktów codziennego użytku bazuje na półproduktach naftowych z Zatoki Perskiej – od helu, siarki i metanolu, po polietylen i polipropylen. Mowa tu nie tylko o plastikowych butelkach, ale o włóknach syntetycznych, asfaltach, a przede wszystkim o sprzęcie ratującym życie, takim jak rezonanse magnetyczne (MRI) czy rozruszniki serca.
Według Banku Światowego, luka dochodowa na mieszkańca między krajami rozwiniętymi a rozwijającymi się (wyłączając Chiny i Indie) nie wróci do poziomu sprzed pandemii co najmniej do 2028 r. Dla Globalnego Południa obecna wojna oznacza straconą dekadę i powszechne bankructwa państwowe.
Co czeka nas w najbliższej przyszłości?
Podsumowując te wszystkie wątki, co więc nas czeka? Odpowiadając na pytania o przyszłość tego konfliktu, należy odrzucić naiwny optymizm polityków i spójrzmy na twarde dane.
Czy wojna w Iranie zakończy się w najbliższym czasie?
Nie, w sensie trwałego pokoju. Mamy do czynienia z patem strategicznym. USA nie dysponują zapasami amunicji ani wolą polityczną do przeprowadzenia inwazji lądowej lub długotrwałej kampanii bombardowań. Iran z kolei wie, że zamknięcie cieśniny Ormuz daje mu gigantyczną dźwignię negocjacyjną, z której nie zrezygnuje.
Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem na drugą połowę 2026 r. jest zdaniem analityków przechodzenie od okresów gorących ataków odwetowych do kruchych, tymczasowych rozejmów i rozmów technicznych w Omanie czy Pakistanie. Będzie to konflikt o niskiej lub średniej intensywności, z ciągłym ryzykiem ponownego wybuchu.
Czy Iran ulegnie demokratyzacji na wzór Zachodu?
Kategorycznie nie. Ustrój Islamskiej Republiki opiera się na doktrynie, która traktuje opór społeczne i represje jako obowiązek państwowy wyższy niż nakazy religijne. Lęk społeczeństwa przed rozpadem terytorialnym i skrajny aparat terroru Sądownictwa Rewolucyjnego skutecznie zabetonowały władzę w rękach nowego pokolenia twardogłowych kleryków i wojskowych z Korpusu Strażników Rewolucji.
Czy czeka nas permanentna turbulencja cen ropy naftowej?
Tak, era stabilnych, tanich surowców dobiegła końca. Nawet jeśli taktyczne porozumienia pozwolą na częściowy przepływ tankowców przez Ormuz, rynek ropy stracił swój główny bufor bezpieczeństwa – amunicja w postaci strategicznych rezerw (SPR) została wystrzelana. Infrastruktura rafineryjna w Bliskim Wschodzie odniosła trwałe uszkodzenia.
Każdy kolejny incydent – czy to ataki ukraińskich dronów na Morzu Kaspijskim, rajdy Huti na Morzu Czerwonym, czy pojedynczy ostrzał tankowca – wywoła gwałtowne skoki cen. Inwestorzy na rynkach surowcowych muszą oswoić się z nową rzeczywistością – wyższym wyjściowym poziomem cen (z stałym ryzykiem przebicia 100–120 dol. za baryłkę) oraz drastyczną zmiennością wskaźników.
Lekcja z geopolitycznej pychy
Wojna USA z Iranem w 2026 r. stanie się podręcznikowym przykładem tego, jak błędne założenia strategiczne mogą doprowadzić do geopolitycznego pata. Waszyngton i Izrael założyły, że nowoczesna siła ognia może w łatwy sposób zmienić układ sił w państwie zbudowanym na męczeństwie i absolutnej doktrynie przetrwania. Z kolei rynki finansowe uwierzyły, że algorytmy sztucznej inteligencji zdołają zastąpić fizyczną ropę, gaz i nawozy.
Oba te założenia okazały się złudzeniem. I za to złudzenie cała światowa gospodarka zapłaci rachunek w nadchodzących latach.
Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter
Zdjęcie główne: White House/Flickr
