
300 miliardów złotych deficytu, koszty obsługi długu wyższe niż w Grecji i polityczna spirala populizmu, w której kolejne rządy bezrefleksyjnie dolewają oliwy do ognia. Sławomir Dudek, przewodniczący Rady Fiskalnej, w rozmowie z Biznes Enter, nie gryzie się w język. Jego zdaniem polskie finanse publiczne przypominają ciężki tankowiec pędzący we mgle bez jakichkolwiek buforów bezpieczeństwa. Najbardziej przerażający jest fakt, że choć mamy wydatki na poziomie bogatych krajów opiekuńczych UE, to dochody są znacznie niższe i wciąż oscylują na poziomie państw regionu. Matematycznie te nożyce są nie do utrzymania. Kto więc naprawdę zapłaci za to rachunek i dlaczego margines na błędy właśnie się wyczerpał?
- Teza. Finanse publiczne Polski znalazły się w strefie krytycznego ryzyka z powodu niekontrolowanego, napędzanego populizmem polityków wzrostu trwałych wydatków i całkowitego wyczerpania buforów bezpieczeństwa na wypadek kryzysu.
- Dowód. Od 2018 r. wydatki państwa urosły ponad trzy razy szybciej niż jego dochody (wzrost o 10 pkt proc. PKB wobec 3 pkt proc. PKB), co wygenerowało sięgający 7 proc. PKB deficyt i wywindowało koszty obsługi polskiego długu do poziomu wyższego niż w Grecji czy na Węgrzech.
- Efekt. Przedsiębiorcy nie unikną współfinansowania gigantycznej dziury budżetowej, co już przekłada się na podwyżkę CIT, uszczelnienie ryczałtu oraz rosnące obciążenia fiskalne mające pokryć polityczne obietnice.
Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter: Zbliżamy się do klifu?
Sławomir Dudek, przewodniczący Rady Fiskalnej: Jedno jest pewne – Polska już znajduje się w strefie podwyższonego ryzyka fiskalnego. Nie wiemy natomiast, gdzie dokładnie przebiega granica cierpliwości rynków finansowych i agencji ratingowych. Dlatego nie możemy sprawdzać, jak daleko da się jeszcze przesunąć tę granicę. Musimy jak najszybciej rozpocząć wiarygodne wychodzenie z tej strefy i sprowadzać finanse publiczne na bezpieczniejszą ścieżkę.
Są ekonomiści, którzy mówią to od lat i nic się złego nie dzieje.
Jeszcze kilka lat temu byli ekonomiści, którzy przekonywali, że wchodzimy w świat trwale niskich stóp procentowych i rentowności obligacji bliskich zeru. Że dług będzie tani, więc nie trzeba się nim aż tak przejmować.
I się bardzo pomylili.
No właśnie. Dług to jedno. Ale największym problemem jest, że mamy do czynienia ze strukturalnie ogromnym deficytem, utrzymującym się na wysokim poziomie już od dłuższego czasu. To nie jest wina jednego momentu czy jednej decyzji, lecz efekt wielu działań całej sceny politycznej, ponieważ finanse to proces niezwykle dynamiczny i nie można ich oceniać wyłącznie na podstawie jednego, zrobionego w danym momencie „zdjęcia”. Te problemy były zaszyte w systemie już wcześniej, ale nie było ich widać, bo maskowała je wysoka inflacja.
Dlatego nie przekonuje mnie argument: „ostrzegacie od lat i nic się nie stało”. W finansach publicznych przez długi czas może pozornie nic się nie dziać. Ryzyka narastają stopniowo, a warunki potrafią zmienić się bardzo szybko. I właśnie dlatego nie powinniśmy sprawdzać, gdzie znajduje się granica cierpliwości rynków.
Obie strony politycznego sporu oskarżają się nawzajem o wygenerowanie tej dziury budżetowej. Ekipa Mateusza Morawieckiego obwinia obecny rząd, z kolei koalicja rządowa twierdzi, że gigantyczna dziura to spadek po PiS. Kto z nich ma rację, patrząc na suche liczby?
Po pierwsze, Polska została objęta procedurą nadmiernego deficytu, co samo w sobie oznacza, że nasz deficyt przestał być stabilny i stał się nadmierny już w 2023 r. W pierwszym kwartale zanotowaliśmy najwyższy deficyt w całej Unii Europejskiej, przeganiając nawet Rumunię, która już wcześniej wpadła w poważne kłopoty fiskalne. Osiągnęliśmy też negatywny, bardzo symboliczny moment – skumulowane w okresie rocznym koszty obsługi długu publicznego przekroczyły nominalnie 100 miliardów złotych, czyli około 2,6 procent naszego PKB.
Po drugie, agencje ratingowe obniżyły perspektywy dla Polski. Choć nasz dług wciąż się sprzedaje – głównie dlatego, że mamy wzrost gospodarczy i na świecie występuje duża podaż oszczędności – to jest to dług bardzo drogi. Za jego obsługę płacimy drożej nie tylko niż silne państwa strefy euro, ale nawet drożej niż Grecja! Ostatnio przegoniliśmy nawet Węgry! Marża ryzyka fiskalnego, tzw. asset swap spreads, jest bardzo wysoka i w ostatnim okresie oscyluje powyżej jednego punktu procentowego. Znajdujemy się w momencie politycznego klinczu i spirali populizmu, w którym politycy co chwila składają obietnice bez pokrycia.

Jest bardzo źle?
Należy bić na alarm, bo politycy w naszym kraju coraz bardziej odpływają nam w sferę skrajnego populizmu. I to mnie niepokoi najbardziej. Ryzyko fiskalne niebezpiecznie rośnie, a my zostaliśmy niemal całkowicie pozbawieni przestrzeni fiskalnej na wypadek pojawienia się „czarnych łabędzi”.
Zastosujmy metaforę. Finanse publiczne przypominają potężny, ociężały tankowiec. Dziś ten tankowiec osiągnął wysoce niebezpieczną prędkość, płynąc we mgle geopolitycznej niepewności. Proces dynamicznego wzrostu wydatków niepokrytych dochodami rozpoczął się tak naprawdę już siedem lat temu. Następnie nastała pandemia. W 2020 r. deficyt nam wyskoczył do blisko 7 proc. ale to wynikało z działań jednorazowych w ramach przeciwdziałania pandemii Covid-19. I z tym nikt nie dyskutuje. W 2021 r., po wygaszeniu nadzwyczajnych działań antycovidowych, deficyt wyraźnie spadł. Ale właśnie od tego momentu jego narastanie wrzuciło piąty bieg. Był to efekt wielu transferów (m.in. tzw. piątka z 2019 r.), które nie miały pokrycia w trwałych dochodach. A do tego u schyłku poprzedniej kadencji zaszyto w finansach publicznych kolejne trwałe wydatki bez zapewnienia równie trwałych dochodów — m.in. na stałe 14. emeryturę oraz podwyższenie świadczenia 500+ do 800+.
Jednocześnie obraz długu został w tamtym okresie bardzo mocno „poprawiony” przez wysoką inflację. Inflacja działała jak ukryty podatek, ale także gwałtownie podbijała nominalny PKB, czyli mianownik relacji długu do PKB.
Skala tego efektu była ogromna. Gdyby od 2020 r. inflacja w Polsce wynosiła 2,5 proc., zamiast osiągać faktycznie obserwowane, bardzo wysokie poziomy, to na koniec 2023 r. dług sektora instytucji rządowych i samorządowych według metodologii UE nie wynosiłby 49,6 proc. PKB. Byłby o ok. 11 pkt proc. wyższy — przekroczyłby 60 proc. PKB i sięgnął ok. 60,6 proc.
Nowa koalicja przejęła ten rozpędzony tankowiec. I co zrobiła?
Stanęła za sterem tego tankowca i zamiast hamować, wciskać wsteczny bieg czy szukać oszczędności, to docisnęła gazu. Wprowadzono „babciowe”, renty wdowie, skokowy wzrost wynagrodzeń w budżetówce oraz podniesiono świadczenie wychowawcze z 500 do 800 zł – należy przy tym pamiętać, że niemal cała scena polityczna zgodnie głosowała za wszystkimi tymi kosztownymi programami, zarówno za 13. i 14. emeryturą, jak i za podwyżką do 800+.
Czyli każdy do tego przyłożył rękę?
Otóż to. Zjawisko to nazywam „cynizmem budżetowym” opozycji, która z jednej strony ostro krytykuje rosnący dług państwa, a z drugiej bez wahania wetuje podwyżki podatków i proponuje kolejne transfery socjalne bez wskazania jakichkolwiek realnych źródeł finansowania. Co gorsza, sam rząd wypiera prawdę o rzeczywistym stanie finansów publicznych. Ta kwestia nie stanowi centralnego punktu ich wystąpień publicznych.
Ale przecież gospodarka się rozwija. W czym jest tak naprawdę problem?
Oczywiście, jesteśmy obecnie 20. lub 21. gospodarką świata, to ogromny, obiektywny sukces naszej transformacji ustrojowej. Według wskaźnika PKB per capita z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej, przegoniliśmy nawet Japonię, co oznacza, że obiektywny standard i komfort życia Polaków wydających pieniądze w kraju przewyższa ten u przeciętnego Japończyka. Osiągnęliśmy to historycznie utrzymując dług na relatywnie niskim poziomie, poniżej 50 proc.
Jednakże politycy chwalą się tym sukcesem gospodarczym i pięknym wzrostem, zachowując się, jakby nie widzieli tego wielkiego „słonia na środku pokoju”, którym jest opłakany stan naszych finansów publicznych. My po prostu nie mamy już żadnych rezerw na wypadek globalnego kryzysu.
Ale za to zbliżają się wybory i już mamy kolejne obietnice – wprowadzenie nowego progu podatkowego 24 proc. dla kwoty 130-150 tys. zł. Rząd Tuska chce ograniczyć też ryczałt do 250 tys. Euro oraz podnosi CIT o trzy punkty procentowe plus dochodzi wyższa danina solidarnościowa. Mamy więc z jednej strony ulgę rzędu ok. 3,6 zł dla klasy średniej kosztem przedsiębiorców. Jak to oceniasz?
Moje wstępne podsumowanie jest takie – dobrze, że wiemy, kto zapłaci za tę obniżkę PIT. Pozytywne jest przede wszystkim to, że po raz pierwszy od dawna mamy na stole rozwiązanie pakietowe. Z jednej strony obniżka PIT, która sama w sobie zwiększyłaby i tak już ogromny deficyt, a z drugiej – podwyżki innych podatków, które mają tę zmianę zrekompensować. Jeśli ten pakiet jest rzeczywiście neutralny dla dochodów sektora finansów publicznych, to tak właśnie powinien wyglądać standard odpowiedzialnej polityki fiskalnej – „złotówka za złotówkę” dla każdej nowej obietnicy. Tylko że ta refleksja przychodzi za późno.
Niedawno Olivier Blanchard w swoim felietonie w „Le Monde” proponował, by każda decyzja zwiększająca deficyt wskazywała konkretne, wiarygodne źródło finansowania – wyższe dochody albo trwałe cięcia wydatków. Chętnie zobaczyłbym taką żelazną zasadę w polskiej polityce. Skoro nowa obietnica kosztuje miliard złotych, to proszę bardzo, jeśli tylko od razu znajdzie się miliard trwałych dodatkowych dochodów lub oszczędności w wydatkach. Gdybyśmy stosowali tę regułę w ostatnich latach, kiedy wprowadzano 13. i 14. emeryturę, podnoszono 500+ do 800+ czy skokowo zwiększano wydatki na wynagrodzenia, to problemy naszej państwowej kasy byłyby dziś bez porównania mniejsze. Dlaczego wtedy nie powiedziano wprost etatowcom, że to oni sfinansują ten ogromny wzrost wydatków poprzez zamrożenie progów podatkowych? Ta dyskusja „coś za coś” powinna była odbyć się już wtedy.
Czyli ten najnowszy pakiet podatkowy to krok w dobrą stronę, ale wciąż niewystarczający z perspektywy całych finansów publicznych?
To jest dokładnie jeden krok do przodu i jeden krok do tyłu. Pakietowe podejście jest uczciwe, bo wreszcie pokazuje mechanizm „coś za coś”. Znajdujemy nowe źródła dochodów – CIT, ryczałt, danina solidarnościowa – ale zamiast przeznaczyć je na zasypywanie deficytu, od razu finansujemy nimi obniżkę innego podatku. Bilans wychodzi na zero. A przypominam, że nasz deficyt to nadal blisko 300 miliardów złotych, co daje około 7 procent w relacji do PKB. Dynamika długu wymyka nam się spod kontroli, zaraz możemy przegonić Rumunię i mieć najwyższy deficyt w całej Unii Europejskiej.
Dlatego najważniejsze pytanie dzisiaj nie brzmi „kto sfinansuje obniżkę PIT?”, bo na to rząd nam właśnie odpowiedział. Najważniejsze pytanie to: kto sfinansuje redukcję tego siedmioprocentowego deficytu? Tego nadal nie wiemy.
Ktoś w końcu będzie musiał ten rachunek zapłacić.
Trzeba powiedzieć rzecz bardzo niewygodną – nie możemy wszystkich nowych dochodów natychmiast rozdawać. Jeżeli znajdujemy w systemie kilkanaście miliardów złotych nowych, trwałych dochodów, to przy takiej wyrwie w budżecie ich pierwszym przeznaczeniem powinna być redukcja deficytu. To jest bolesna, fiskalna konkluzja.
Oczywiście, dotychczasowy rozkład ciężarów po stronie dochodowej był niesprawiedliwy i w dużej mierze obciążał pracowników na etacie. Ale my musimy w ciągu kilku najbliższych lat zredukować deficyt aż o 160 miliardów złotych! Tego nie da się zrobić kosztem jednej grupy społecznej czy wyłącznie poprzez podatki. Ten ciężar musi zostać rozłożony szerzej i sprawiedliwiej. Powinni go ponosić, w odpowiednich proporcjach: etatowcy, przedsiębiorcy na jednoosobowych działalnościach, beneficjenci transferów społecznych, a także sam sektor publiczny.
Nie łudźmy się – teraz progi PIT idą w górę, etatowcy dostają chwilową ulgę na te około 10 miliardów złotych. Ale co z pozostałymi 160 miliardami? Znowu etatowcy zapłacą poprzez kolejne zamrożenie progów w następnych latach? Będą cięcia wydatków czy ograniczenie transferów? Właśnie o tym, według zasady „coś za coś”, powinna toczyć się nadchodząca kampania wyborcza i to na te trudne pytania musi zacząć odpowiadać historyczny projekt budżetu na 2027 rok. Bo na razie saldo wprowadzanych zmian to zero, a 300 miliardów deficytu jak było, tak jest.
Może problem jest w zbieraniu podatków? Mateusz Morawiecki twierdzi obecnie, że polski system podatkowy znów zaczyna mocno przeciekać. Powołuje się na to, że po lipcu dochody podatkowe z VAT były znacząco niższe, nawet uwzględniając koszty zamrożenia cen na stacjach, podczas gdy nominalne PKB rosło. Również niektórzy przedstawiciele KAS alarmują o problemach. Czy zjawisko „luki VAT” powraca?
Muszę to ująć jasno i stanowczo – to jest absolutny mit. Wysoki deficyt budżetowy w Polsce nie jest wynikiem załamania dochodów, nie ma mowy o żadnym nagłym i gigantycznym wyciekaniu podatków. I tu na początek wystarczy elementarna matematyka. Dochody całego sektora finansów publicznych w relacji do PKB wynoszą obecnie około 44 proc. Dochody są na historycznie najwyższym poziomie od 3 dekad. Od 2018 r. wzrosły o nieco ponad 3 punkty procentowe PKB.
Dochody z samego podatku VAT wynosiły na koniec I kw. powyżej 8 proc. PKB, co historycznie jest jednym z najlepszych wyników. Mamy lekki spadek relacji ale tezy o złamaniu są fałszywe. O rzekomym wielkim przeciekaniu słyszałem już w zeszłym roku, a ostatecznie okazało się, że tzw. luka VAT-owska na koniec minionego roku uplasowała się na bardzo niskim poziomie.
Luka VAT, o której lubi mówić prezydent nie jest źródłem problemów?
Cała luka VAT-owska to może być obecnie z kilkanaście miliardów złotych przy deficycie wynoszącym 300 mld. Mówienie, że redukcja luki VAT pozwoli zredukować deficyt to aberracja. Wystarczy spojrzeć na liczby i proporcje. Ponadto nie da się jej zredukować całkowicie do zera. Zawsze ktoś nie wystawi faktury albo paragonu. Jedynym faktem jest to, że rząd fatalnie przestrzelił prognozy wpływów z VAT, opierając się na hiper-optymistycznych, nierealistycznych założeniach i to właśnie stąd biorą się rozbieżności, a nie z mitycznego przeciekania systemu czy powrotu jakichś mafii VAT-owskich.
Gdzie leży więc prawda?
Prawdziwym powodem naszego siedmioprocentowego deficytu jest gigantyczny, skokowy wzrost wydatków państwa bez pokrycia w dochodach. Wydatki państwa wynoszą obecnie 51 proc. PKB.
Jest to szósty najwyższy wynik w całej Unii Europejskiej. Pod tym względem dawno już prześcignęliśmy słynące z opiekuńczości państwa takie jak Grecja, Dania czy Szwecja, a także Niemcy. Znajdujemy się tuż za Włochami, a przed nami w zestawieniu są jedynie kraje takie jak Belgia czy Finlandia – tyle że tam najwyższa stawka podatku PIT wynosi nawet 55 proc. PKB.
Na koniec 2018 r. wydatki państwa wynosiły 41 proc. PKB. To oznacz wzrost o 10 punktów procentowych PKB.
I tu znowu kłania się elementarna arytmetyka. Deficyt nie urósł zatem dlatego, że państwo przestało zbierać dochody. Urósł dlatego, że wydatki urosły ponad trzy razy szybciej niż dochody: +10 pkt proc. PKB wobec +3 pkt proc. PKB od 2018 r.
W jakim kierunku w takim razie powinna zmierzać konsolidacja? Co doradziłbyś, jako Przewodniczący Rady Fiskalnej, aby uzdrowić ten system i uspokoić agencje ratingowe?
Zgodnie z wyliczeniami, których dokonaliśmy jako Rada Fiskalna, potrzebujemy konsolidacji na poziomie aż 160 miliardów złotych w ciągu kilku lat. I to wyłącznie po to, by zatrzymać narastanie i ustabilizować relację długu do PKB. Powtarzam, aby go tylko ustabilizować, a nie radykalnie obniżyć! Należy wreszcie raz na zawsze obalić powszechny mit, że Polska „wyrośnie ze swojego długu” za sprawą samego wzrostu gospodarczego. Dokumenty strategiczne wydane przez sam rząd już w zeszłym roku zadały kłam tej teorii – pomimo założeń solidnego wzrostu gospodarczego, dług nadal szybko pęcznieje i rośnie, zmierzając w kierunku 75 procent PKB w 2029 roku, a w kolejnych latach według prognoz KE może dobić do 80 czy nawet 100 procent.
Te liczby powinny nas niepokoić. W ciągu kilku lat zwiększymy swoje zadłużenie dwukrotnie. Co więc należy zrobić, żeby ratować tę sytuację?
To, czego desperacko potrzebujemy, to rzetelnie przygotowane „menu konsolidacyjne”. Wzorując się na postulatach przywołanego już przeze mnie Oliviera Blancharda, który sformułował plan dla Francji, powinniśmy wyłączyć cel deficytowy poza nawias sporu politycznego. Klasa polityczna powinna zgodzić się w całości, ponad podziałami, że obniżamy deficyt na przykład o 40 miliardów rocznie.
Następnie kłóćmy się o to, jakich instrumentów użyć w tym celu, wybierając z rzetelnego, prawdziwego „menu”: ciąć konkretne wydatki, czy rezygnować z ulg dla wybranych grup zawodowych? Dzisiaj wysiłek konsolidacyjny spoczywa niemal wyłącznie na klasie średniej w wyniku pasywnego zamrożenia progów podatkowych w PIT, podczas gdy na przykład rolnicy nadal cieszą się bardzo preferencyjnymi stawkami, a my mamy jedne z najniższych w Europie preferencyjnych stawek VAT-owskich, co już samo w sobie powoduje utratę wielu dziesiątek miliardów złotych.
Niebawem Rada Fiskalna dostanie do zaopiniowania historycznie pierwszy budżet państwa na rok 2027. Została ona po to powołana, aby weryfikować dokumenty przygotowywane przez rząd. Czy obawiasz się zawartości tego budżetu, znając mechanizmy ukrywania długu?
Naszym głównym zadaniem jest zbadanie realistyczności przedłożonego projektu ustawy budżetowej i zgodności z regułami fiskalnymi. Oczekujemy, że ministerstwo udostępni nam wszelkie dodatkowe i absolutnie niezbędne dane, ponieważ tradycyjne pisemne uzasadnienie do ustawy jest z reguły nie zawiera wszystkich niezbędnych informacji. Dużym zagrożeniem jest wpisanie do przyszłego budżetu takich dochodów podatkowych, których prawne szanse na uchwalenie i wejście w życie są znikome ze względu na zapowiadane weto ze strony prezydenta. Tego rodzaju dochody można co najwyżej wpisać warunkowo, jako dodatkowy bufor, ale nie jako element scenariusza bazowego budżetu.
Kolejna kluczowa kwestia to sam próg długu publicznego. Istnieje duże ryzyko zbliżenia się na przysłowiowy włos do ustawowego progu 55 procent według wąskiej, polskiej, wysoce niedoskonałej metodologii liczenia. Według metodologii unijnej – ESA – jesteśmy już powyżej konstytucyjnego progu 60 procent PKB. Sprawa podwójnej definicji długu publicznego trafiła już zresztą na biurko Trybunału Konstytucyjnego z wniosku Prezydenta Karola Nawrockiego, który wprost wskazuje, że stosowanie przez rządy podwójnej definicji czyni konstytucyjny limit martwym i iluzorycznym, będąc de facto omijaniem prawa i udawaniem, że leczymy pacjenta zmieniając definicję jego choroby. Ta wciąż nierozstrzygnięta kwestia to duże ryzyko systemowe polskiego państwa.
Ostatnie zdanie należy do Ciebie. Wiele lat zabiegałeś o transparentność budżetu państwa, co finalnie przyniosło efekty, na przykład w odniesieniu do przejrzystości funduszy Banku Gospodarstwa Krajowego. Czy to wystarczy, czy wciąż politycy za mało robią, żeby przeciętny Polak zrozumiał finanse swojego kraju?
To prawda, w kwestii samej jawności nastąpiła pewna poprawa – w końcu, po wielu latach walki, uzyskaliśmy to, że fundusze przy BGK są publikowane. Należy tu docenić również ogromną pracę, jaką w ocenie skomplikowanej reguły wydatkowej i funduszy budżetowych wykonała Najwyższa Izba Kontroli (NIK), której słuszne rekomendacje zaczynają być w końcu, pomału, wdrażane przez resort finansów…
Ale…
No właśnie – ale. Niestety, muszę to dobitnie podkreślić i powtórzyć z uporem maniaka – fundusze BGK, w tym główny wojskowy Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych to wciąż wehikuły znajdujące się strukturalnie poza głównym pniem ustawy budżetowej, co narusza fundamentalną zasadę jedności finansów publicznych wyrażoną w artykule 219 Konstytucji. Deficyty budżetu państwa wciąż pozostają niewspółmierne i nieporównywalne, stając się zupełnie nieczytelne nie tylko dla przeciętnego obywatela Polski, ale i dla samych polityków.
Podsumowując to wszystko jedną, ale niezwykle istotną myślą – musimy jako społeczeństwo jak najszybciej zrozumieć prostą zależność – nie da się trwale finansować bardzo wysokiego poziomu wydatków publicznych przy relatywnie niskim poziomie dochodów podatkowych.
Mówiąc obrazowo, szwedzkie wydatki i kurs na irlandzkie podatki — tego na dłuższą metę nie da się pogodzić.
Nie chodzi więc o to, by straszyć podatkami albo mechanicznie ciąć wydatki. Chodzi o uczciwą debatę o tym, jakiego państwa chcemy i ile jesteśmy gotowi za nie płacić. Jeżeli chcemy szerokiego zakresu świadczeń, wysokich wydatków społecznych, obronnych i dobrych usług publicznych, musimy wskazać trwałe źródła ich finansowania. Jeżeli nie chcemy zwiększać obciążeń, trzeba równie uczciwie powiedzieć, z których wydatków jesteśmy gotowi zrezygnować.
Nie można przez kolejne lata udawać, że da się jednocześnie mieć jedno i drugie. Ta matematyka po prostu się nie spina. Im dłużej będziemy odkładać tę rozmowę, tym bardziej kosztowne może być późniejsze dostosowanie.
Rozmawiał Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter
Zdjęcie główne: Kancelaria Premiera/Flickr