
Odbudowa Ukrainy to nie tylko moralny imperatyw, historyczna konieczność i największe wyzwanie infrastrukturalne Europy od czasów planu Marshalla. To także test państwowej sprawności, transparentności oraz rynkowej wolności dla tych krajów, które chcą na tym procesie zbudować swoją gospodarczą pozycję. W Polsce, która z racji uwarunkowań geograficznych aspiruje do miana logistycznego i biznesowego hubu tej operacji, siedzi na razie w dalszej części stołu. Obserwujemy obecnie sporo nadziei, ale również trudności, które niepokoją przedsiębiorców. Co się tak naprawdę dzieje?
- Teza. Rządowe zapowiedzi o szerokim i transparentnym otwarciu rynku przy procesie odbudowy Ukrainy stoją w bezpośredniej sprzeczności z faktycznymi, gabinetowymi decyzjami administracji państwowej.
- Dowód. Ministerstwo Aktywów Państwowych podpisało porozumienie o współpracy zaledwie z trzema wybranymi spółkami budowlanymi, całkowicie z pominięciem ponad trzech tysięcy innych podmiotów, które zgłaszały chęć i gotowość do udziału w tym przedsięwzięciu.
- Efekt. Dziesiątki doświadczonych firm, które od miesięcy przygotowywały się do ekspansji, zostają zepchnięte na margines, tracąc równe szanse w walce o kontrakty i dostęp do państwowego wsparcia.
Odbudowa Ukrainy. Spis treści
Z jednej strony bowiem jesteśmy świadkami wielkiej dyplomacji, spektakularnych konferencji międzynarodowych i rządowych zapewnień o szerokim otwarciu na tysiące rodzimych przedsiębiorców. Z drugiej – tuż pod powierzchnią tych deklaracji – kształtują się gabinetowe porozumienia, które, jak dowiaduje się Biznes Enter, rodzą w branży budowlanej uzasadnione obawy o faktyczną monopolizację rynku i zabetonowanie dostępu do kontraktów.
Gdański rozmach i wielkie liczby
Niedawna Konferencja na rzecz Odbudowy Ukrainy (Ukraine Recovery Conference 2026) w Gdańsku miała stanowić ostateczny dowód na to, że polskie państwo i rodzimy kapitał są gotowe do objęcia roli lidera w regionie. Polska po raz pierwszy w historii stała się gospodarzem tej prestiżowej imprezy, dołączając tym samym do miast takich jak Rzym, Berlin, Londyn i Lugano, w których odbywały się jej poprzednie edycje. Celem wydarzenia, stymulującego inwestycje w zrujnowaną wojną gospodarkę, było wzmocnienie międzynarodowego poparcia dla odpierającego rosyjską agresję Kijowa.
Skala gdańskiego szczytu miała robić kolosalne wrażenie. Niestety, polityka historyczna między Polską, a Ukrainą popsuła ten nastrój. Prezydenta Zełenskiego na szczycie nie było. Nie przeszkodziło to jednak odtrąbić sukcesu przez Ministerstwo Aktywów Państwowych.
Jak poinformowała wiceminister aktywów państwowych Eliza Zeidler, we wstępnym bilansie konferencji odnotowano obecność aż 7,5 tysiąca uczestników. W kuluarach AMBEREXPO, na stadionie oraz w Europejskim Centrum Solidarności dyskutowało blisko 5 tys. przedstawicieli biznesu. Do Trójmiasta zjechało niemal 70 oficjalnych delegacji państwowych, ponad 30 delegacji organizacji międzynarodowych oraz 19 delegacji najwyższego szczebla, obejmujących m.in. prezydentów, premierów i ministrów.
Jednak to, co najważniejsze z punktu widzenia rynków finansowych, to twarde deklaracje – w trakcie wydarzenia i na marginesie 45 specjalnie przygotowanych sal do rozmów bilateralnych zawarto prawie 200 umów, porozumień oraz listów intencyjnych.
Energetyka, zbrojenia i kapitał – giganci dzielą wpływy
Wśród wspomnianych 200 porozumień na pierwszy plan wysuwają się inicjatywy państwowych potęg o strategicznym znaczeniu. Przedstawiciele czempionów polskiej energetyki – PGE, Orlenu, Enei oraz Tauronu – podpisali w Gdańsku list intencyjny, który dotyczy ścisłej współpracy przy modernizacji i odbudowie zniszczonej infrastruktury energetycznej Ukrainy.
Sam Orlen poszedł o krok dalej, zawierając z ukraińskim Naftohazem oddzielne memorandum o wymianie doświadczeń i wsparciu odbudowy całego sektora gazowego i energetycznego. Zabezpieczeniem finansowym tych olbrzymich procesów zajmie się Bank Gospodarstwa Krajowego, który formalnie przystąpił do międzynarodowej platformy współpracy na rzecz finansowania odbudowy, deklarując jednoznaczne wsparcie dla projektów inwestycyjnych prowadzonych z udziałem polskich przedsiębiorstw. Rozwój technologiczny przypieczętowano z kolei porozumieniem Polskiej Grupy Zbrojeniowej i firmy TAF Industries w zakresie współpracy przy produkcji nowoczesnych bezzałogowych statków powietrznych.
Pełnomocnik rządu ds. odbudowy Ukrainy, Paweł Kowal, podsumował gdański szczyt jako wydarzenie absolutnie wyjątkowe – przygotowywane przez cały rok i stanowiące bodaj największe w tym roku w Europie spotkanie polityczno-biznesowe, w którym wielkim debatom towarzyszyło masowe podpisywanie konkretnych kontraktów.
Chłód biznesu a cienie historii
Rozmach gdańskiej konferencji zderza się jednak z niezwykle delikatną materią dyplomatyczną. Pełnomocnik rządu uspokajał uczestników obawiających się o przyszłość relacji polsko-ukraińskich po niedawnych napięciach wokół trudnej kwestii ludobójstwa na Wołyniu. Paweł Kowal otwarcie zaznaczył, że w tych niezwykle złożonych relacjach emocje będą obecne zawsze, nie wolno jednak ulegać im powyżej pewnego poziomu. Polska i Ukraina są połączone siecią nierozerwalnych więzi – od wspólnej granicy, poprzez rozwinięte powiązania gospodarcze, liczną ukraińską społeczność pracującą w Polsce, po polską mniejszość na Ukrainie. Z biznesowego punktu widzenia o losach inwestycji nie zadecydują nastroje społeczne, lecz chłodny rachunek ekonomiczny.
To pragmatyczne stanowisko w sposób bezkompromisowy popiera Jan Truszczyński, główny negocjator członkostwa Polski w Unii Europejskiej. W rozmowie z PAP wyraził on kategoryczny sprzeciw wobec łączenia bolesnych, dwustronnych kwestii historycznych z procesem dostosowywania Ukrainy do surowych wymogów członkostwa w UE. Uznaje on za niesłuszne tworzenie sztucznego politycznego powiązania („iunctim”) między rozliczaniem przeszłości a otwartym w połowie czerwca pierwszym klastrem negocjacyjnym.
Jak wskazuje, w żadnych dokumentach negocjacyjnych UE nie ma odniesień do pochówków ofiar czy innych historycznych sporów. Truszczyński przypomina fatalne przykłady z przeszłości, gdy kraje próbowały wymuszać własne racje narodowe przy procesach akcesyjnych – od blokowania Macedonii Północnej przez Bułgarię z powodu języka, aż po węgierski opór wobec Ukrainy pod pretekstem praw mniejszości. Proces wejścia Kijowa do UE, oparty na 33 skomplikowanych rozdziałach, potrwa jeszcze wiele lat i będzie wymagał od ukraińskiego rządu wielu trudnych rozwiązań przejściowych, jednak rozliczanie zbrodni z przeszłości nie powinno, wedle twardych reguł, blokować tych historycznych ustaleń.
Zagadka Ministerstwa Aktywów Państwowych i niejasne umowy
I tu, gdzie wielka europejska strategia spotyka się z gospodarczym pragmatyzmem, dochodzimy do zgrzytu rynkowego, który niepokoi polskich przedsiębiorców. Pomimo tych wszystkich wielkich słów i ogromnego zainteresowania – z danych pełnomocnika rządu jasno wynika, że ponad 3 tysiące polskich firm, w tym podmioty małe i średnie, pragnie brać udział w ukraińskiej odbudowie – krajowa rzeczywistość zaczyna przypominać syndrom oblężonej twierdzy.
Wiadomo już, w jaki sposób firmy mają się organizować: powinny zgłaszać się do Banku Gospodarstwa Krajowego, Związku Miast Polskich czy bezpośrednio do organizacji zrzeszających przedsiębiorców. Poinformowano również o konkretnych kierunkach działań – choć sam podział w Europie jest umowny, Polska ma wziąć na swoje barki głównie odbudowę Charkowa, z ewentualnym wsparciem w rejonie Lwowa.
Proces pozyskiwania wielkich kontraktów ma ponadto koordynować United Nations Office for Project Services (UNOPS), potężna agenda ONZ, której siedziba główna powstanie w Warszawie, a oddział wykonawczy zostanie ulokowany w Rzeszowie w pomieszczeniach nad kinem Zorza. Środki finansowe na pierwsze projekty zostały już zapewnione w ramach instrumentu Ukraine Facility, a kolejne etapy będą opierać się na stabilnym kredytowaniu, które obniży ryzyko i zagwarantuje bezpieczeństwo finansowe podmiotom realizującym te historyczne umowy. Wszystko brzmi jak perfekcyjnie przygotowany plan wolnorynkowej ekspansji.
Tymczasem Ministerstwo Aktywów Państwowych zrzuca na branżę decyzję, która przeczy całej tej otwartej narracji. Kilka tygodni temu podpisano bowiem porozumienie o współpracy przy odbudowie Ukrainy z uderzająco wąską grupą zaledwie trzech spółek – Budimeksem, Polimeksem Mostostal oraz AMW SINEVIA.
Krok ten wywołał natychmiastowe pytania i niepokój innych podmiotów z branży. Wolny rynek stawia żądania absolutnej przejrzystości. Czy ten ekskluzywny klub trzech firm miał otwarty charakter naboru? Czy posiadają one teraz uprzywilejowany dostęp do finansowania z ramienia polskiego rządu? I jak w ogóle w praktyce traktować ów „polski udział” firm w sytuacji, w której struktura kapitałowa wytypowanej trójki pozostawia wiele do życzenia pod kątem dominacji kapitału krajowego?
Pytania branży budowlanej
W specjalnych wypowiedziach dla Biznes Enter przedstawiciele sektora apelują o powrót do standardów transparentnej konkurencji. Małgorzata Winiarek-Gajewska, prezes zarządu Grupy NDI, stanowczo punktuje to urzędnicze niezrozumienie mechanizmów rynkowych.
Z zaskoczeniem przyjęliśmy informację o podpisaniu porozumienia dotyczącego odbudowy Ukrainy przez trzy spółki budowlane, przy wsparciu i koordynacji MAP – wskazuje prezes dla naszego portalu.
Podkreśla ona ogromne, wieloletnie zaangażowanie branży, przypominając, że Grupa NDI wielokrotnie deklarowała swoją gotowość, uzyskując zgodę na uczestnictwo w Ukraine Recovery Conference oraz biorąc dwukrotnie udział w Forum Odbudowy Ukrainy.
Dlatego zaskakujący jest fakt, iż podobna inicjatywa objęła tak wąskie grono uczestników, bez wiedzy i szansy udziału pozostałych zainteresowanych uczestników rynku – stwierdza kategorycznie Winiarek-Gajewska.
Prezes dodaje, że firma liczy teraz na otwarty, niepozostawiający pola do interpretacji dialog oraz jasne przedstawienie przez MAP wizji dla pozostałych, wykluczonych rynkowych graczy.
Ten sam niepokój, podbudowany niezwykle racjonalnym spojrzeniem na wyzwania logistyczne, wybrzmiewa w stanowisku Pawła Brugera, dyrektora ds. komunikacji korporacyjnej w GK MIRBUD, również sformułowanym dla Biznes Enter. Mimo że dyrektor stara się dostrzec w tym porozumieniu sygnał dający ewentualną nadzieję na późniejsze, szersze uczestnictwo, to ostrzega przed groźbą paraliżu.
Skala i złożoność tego procesu sprawiają, że jego powodzenie będzie wymagało zaangażowania szerokiego grona wykonawców, nie należy więc traktować tego grona wybiórczo – uważa Bruger na łamach naszego portalu.
Zwraca on szczególną uwagę na absolutnie kluczową wartość w tak skomplikowanym biznesowo regionie – doświadczenie. Jak przypomina dyrektor w GK MIRBUD, zainteresowanie wyrażają obecnie setki w pełni przygotowanych firm, a część z nich operuje u naszego wschodniego sąsiada od dawna. Sam Mirbud jest obecny i realizuje potężne cele na trudnym ukraińskim rynku od 2018 roku, dysponując bezcennym rynkowym know-how.
Polska w ogonie państw zaangażowanych kapitałowo w odbudowę Ukrainy
Wnioski z tej rynkowej diagnozy są jednoznaczne. W państwie, które na arenie międzynarodowej jawi się jako niezłomny obrońca demokratycznych i rynkowych standardów, z dumą goszczący tysiące delegatów w Gdańsku, procesy wewnętrzne nie mogą przypominać ręcznego sterowania gospodarką. Odbudowa Ukrainy to największy od dawna tort finansowy, o który Polska powinna zabiegać. Według najnowszego raportu RDNA5 (Rapid Damage and Needs Assessment z początku 2026 roku) całkowity koszt odbudowy tego kraju w ciągu najbliższej dekady szacuje się na 588 mld dolarów.
Niestety, obecne starania wydają się mało wydajne. Z 50 mld euro przeznaczonych na unijny mechanizm Ukraine Facility – w tym z 7-miliardowego filaru inwestycyjnego – lwią część kontraktują korporacje z państw dysponujących potężnymi gwarancjami rządowymi. Sama tylko duńska agencja EIFO uruchomiła dla swoich firm mechanizm ubezpieczeniowy o wartości blisko 1 mld euro, a niemiecki KfW we współpracy z rządem federalnym generuje wielomiliardowe pule na zabezpieczenie ryzyka. Na tym tle państwowe wsparcie nad Wisłą wypada niezwykle skromnie. Do połowy 2026 r. Bank Gospodarstwa Krajowego zaakceptował wnioski na preferencyjne pożyczki o wartości zaledwie 169 mln złotych (niecałe 40 mln euro), a gwarancje ubezpieczeniowe KUKE dla eksporterów objęły portfel wyceniany na nieco ponad 130 mln złotych. Przy skali ukraińskich potrzeb są to kwoty, które z trudem pozwalają na nawiązanie równorzędnej walki z europejskimi potęgami finansowymi.
Ta kapitałowa przepaść wynika z faktu, że rządy Europy Zachodniej i Skandynawii znacznie skuteczniej lewarują swój rodzimy biznes, pozwalając mu ubiegać się o najwięcej warte zlecenia. Zachodnie agencje ubezpieczeń eksportowych i wehikuły państwowe (jak duńskie EIFO czy niemiecki KfW) zabezpieczają rynkowe operacje swoich firm na kwoty sięgające nierzadko setek milionów, a nawet miliardów euro.
Problem jest więc realny. Kiedy zachodnie koncerny stają do potężnych przetargów infrastrukturalnych i energetycznych (gdzie same bezpośrednie szkody wycenia się odpowiednio na 96 mld i 91 mld dolarów) w roli generalnych wykonawców i współinwestorów, polskie przedsiębiorstwa wciąż pozycjonują się głównie jako podwykonawcy o ograniczonym apetycie na ryzyko. Nawet najnowsze unijne gwarancje dla polskiego BGK w wysokości do 195 mln euro, choć stanowią wyczekiwany krok w dobrą stronę, nie rekompensują strukturalnego braku agresywnych, państwowych funduszy osłonowych, liczonych w miliardach euro.
Pora na zmiany i przyspieszenie
Polska dysponuje unikatowym know-how i bezcennym zapleczem logistycznym, ale na wschodnim placu budowy potyka się o brak zintegrowanego, instytucjonalnego modelu zarządzania kapitałem ryzyka. W efekcie, bez skokowego i natychmiastowego zwiększenia budżetów na ubezpieczenia eksportowe, proces modernizacji ukraińskiej gospodarki zostanie skonsumowany przez państwa, które od pierwszych dni wojny potrafiły przeliczać polityczną solidarność na bezwzględne przewagi biznesowe.
Co więcej, jeśli zyski z tej kolosalnej operacji, wsparte unijnym kapitałem, mają realnie podnieść polskie wskaźniki PKB, muszą do niego zostać dopuszczone te firmy, które oferują najwyższą jakość, najbardziej konkurencyjną cenę i najgłębsze doświadczenie rynkowe. Rząd nie może rozdawać kart znaczonych jeszcze przed pierwszą licytacją – rynek tego nie zapomni, a konkurencja nigdy tego nie wybaczy.
Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter
