
Najnowsze sondaże są jak pierwsze wyniki badań histopatologicznych – niby jeszcze czujemy się zdrowi, niby słońce świeci tak samo, ale w tkance społecznej rozlewa się czarny mrok. Już co czwarty z nas, uwiedziony szeptem politycznych syren, deklaruje: „wyjdźmy z Unii”. To nie jest zwykła statystyka. To zaproszenie do zbrodni na własnym państwie, napisane piórem głupoty i podpisane atramentem zbiorowej amnezji. Jeśli nie zaczniemy o tym mówić jak o śmiertelnym zagrożeniu, obudzimy się w rzeczywistości, przy której brexitowy chaos Wielkiej Brytanii był niewinną zabawą w piaskownicy.
- Teza. Polexit stanowiłby egzystencjalne zagrożenie dla stabilności gospodarczej i bezpieczeństwa geopolitycznego Polski, niosąc za sobą koszty proporcjonalnie znacznie wyższe niż te odnotowane w przypadku Wielkiej Brytanii.
- Dowód. Polska gospodarka jest nierozerwalnie spięta z unijnym łańcuchem dostaw, o czym świadczy fakt, że blisko 80 proc. naszego eksportu trafia na rynek Wspólnoty, a sektor rolno-spożywczy i logistyczny zależą bezpośrednio od braku barier celnych oraz unijnych dopłat.
- Efekt. Wyjście ze struktur UE doprowadziłoby do gwałtownej deprecjacji złotego, paraliżu inwestycyjnego oraz trwałej degradacji Polski do roli izolowanej „szarej strefy”, podatnej na destabilizację gospodarczą i wpływy polityczne ze Wschodu.
Polexit w praktyce. Tak by to wyglądało
Nowe badanie United Surveys by IBRiS dla Wirtualnej Polski przynosi sygnał alarmowy – aż 24,7 proc. respondentów uważa, że Polska powinna w najbliższym czasie rozpocząć procedurę wyjścia z UE. Nie wiedzą, co czynią? Postanowiłem pokazać więc wszystkim niedowiarkom, jak ten Polexit mógłby wyglądać w praktyce.
Pułapka „suwerenności” nas udusi
Kiedy Brytyjczycy w 2016 roku głosowali za wyjściem z Unii, wierzyli w hasło „Take Back Control” (Odzyskaj kontrolę – przyp. red.). Dziś w 2025 r. ich gospodarka jest o 6-8 proc. mniejsza, niż mogłaby być, gdyby Wyspy nie odłączyły się od Wspólnoty. Londyn – niegdyś finansowa stolica świata – walczy o przetrwanie z Frankfurtem i Paryżem. Ale Brytyjczycy mieli funta, mieli budowaną od wieków gospodarkę i mieli wyspiarskie poczucie bezpieczeństwa. My nie mamy żadnej z tych rzeczy.
Dla nas Polexit nie byłby w żadnym stopniu „odzyskaniem kontroli”. Byłby rzuceniem się z samolotu bez spadochronu do lodowatego Bałtyku z nadzieją, że nauczymy się latać, zanim uderzymy w taflę wody.
Dlaczego 25 proc. Polaków pragnie takiego scenariusza? Bo uwierzyliśmy, że Unia to „oni” – brukselscy urzędnicy od prostowania bananów, a nie my – setki tysięcy firm spiętych w jednym krwiobiegu z Europą. To klasyczny motyw z kryminału: ofiara sama otwiera drzwi mordercy, bo ten obiecał jej pomoc.
Gospodarcza gilotyna. Oto scenariusz dnia pierwszego
Wyobraźmy sobie poranek po „polexitowym” referendum. To nie będzie radosny świt. To będzie czarny poniedziałek, jakiego nie widziała giełda w Warszawie od czasów transformacji. Złoty, nasza narodowa duma, w kilka godzin staje się „aktywem śmieciowym”. Dlaczego? Bo rynki finansowe nie znoszą próżni, a Polska poza UE to dla inwestorów kraj wysokiego ryzyka – bezbronnego w starciu z Rosją, bezbronnego w starciu z globalizacją.
Zanim politycy zdążą wygłosić orędzia, ceny paliw i energii skaczą o połowę. Kupujemy je za dolary i euro, które stają się dla nas towarem luksusowym, więc nikt nie czeka na umocnienie się złotego. To jest ten moment, w którym „suwerenny” Polak na stacji benzynowej zrozumie, że jego portfel właśnie został okradziony przez jego własne marzenie o izolacji.
Ale prawdziwa zbrodnia dokona się w halach produkcyjnych. Polska jest hubem. Produkujemy części do niemieckich aut, francuskich samolotów i holenderskich maszyn. W systemie just-in-time („dokładnie na czas”; system, dominujący obecnie w logistyce, który obniża koszty magazynowania – przyp. red.) wystarczy godzina opóźnienia na granicy, by cały łańcuch dostaw pękł. Logistyka to nasza duma – co piąty tir w Europie jest na polskich tablicach. Po Polexicie te ciężarówki utkną w Świecku i Zgorzelcu. Nie na godziny, ale na dni. Certyfikaty, kontrole fitosanitarne, cła – to są narzędzia zbrodni, które powoli, ale skutecznie uduszą polski eksport.
Polska wieś złożona na ołtarzu pychy
Najbardziej cynicznym elementem tej układanki jest los polskiego rolnika. To on, często karmiony narracją o „złej Brukseli”, jest najbardziej narażony na cios nożem w plecy. Unijne dopłaty dla rolnictwa, które by się skończyły, to tylko wierzchołek góry lodowej. Prawdziwym skarbem jest bowiem bezcłowy dostęp do 450 milionów konsumentów.
Jeśli wyjdziemy z Unii, polskie mleko, mięso i jabłka staną się w Niemczech czy Czechach o 20-30 proc. droższe przez same tylko procedury i cła. W tym samym czasie rolnicy z innych krajów, z ich uprawami i niższymi kosztami, będą tylko zacierać ręce, by wskoczyć na nasze miejsce.
To nie będzie walka o konkurencję na równych zasadach. To będzie rzeź polskiej wsi. Polskie rolnictwo, które dzięki Unii przeskoczyło wiek w dwadzieścia lat, osunie się z powrotem w czasy egzystencjalnej niepewności.
Geopolityczny mróz
W tym czarnym scenariuszu musimy porzucić na chwilę ekonomię i spojrzeć na mapę. W parę chwil po polexicie z kraju czerpiącego całymi garściami z Europy, piszemy swój własny thriller szpiegowski, w którym stawką jest przetrwanie narodu. Polska poza Unią to Polska w „szarej strefie”.
Historia w tym przypadku jest brutalna – na tej szerokości geograficznej nie ma czegoś takiego jak „neutralność” czy „trzecia droga”. Jeśli nie jesteśmy częścią zachodniego systemu gospodarczego i politycznego, stajemy się przystawką dla Wschodu. Kropka. Nie ma innej drogi.
Nawet jeśli pozostaniemy w NATO, nasza siła jako sojusznika spadnie do zera. Kraj zbankrutowany, skłócony z sąsiadami i pogrążony w kryzysie wewnętrznym jest idealnym polem bitwy dla wojny hybrydowej. Wyjście z UE to zaproszenie dla „zielonych ludzików” – niekoniecznie tych z karabinami, ale tych w garniturach, którzy wykupią nasze upadające firmy za bezcen.
Ostatni dzwonek dla rozumu
Podsumowując, co czwarty z nas, Kochani Rodacy, uważa, że za murem będzie lepiej. To potężna dawka paliwa dla populistów, którzy chcą podpalić nasz wspólny dom, byle tylko ogrzać się przy pożarze. Brytyjczycy już wiedzą, że ich „Brexit” to nie był powrót do potęgi, ale bolesna lekcja pokory. Uczmy się na ich błędach.
To nie jest czas na uprzejme debaty. To czas na krzyk ostrzeżenia. Polexit to nie jest zmiana kursu. To jest zmiana klimatu na arktyczny, w kraju, w którym nie ma nawet jednego ciepłego płaszcza.
Jeśli pozwolimy, by te sondażowe 25 proc. urosło do 51 proc., historia zapisze nas jako naród, który wygrał wolność w 1989 r. tylko po to, by czterdzieści lat później oddać ją w zamian za iluzję godności, której nie da się włożyć do garnka, ani którą nie da się obronić granic.
Drodzy Czytelnicy, spójrzcie na swoje dziecko, na swój dom, na swoją firmę. To wszystko jest zbudowane na fundamencie obecności w Europie. Nie pozwólmy, by ktoś podłożył pod ten fundament dynamit, przekonując nas, że to tylko petarda na wiwat naszej suwerenności. Bo tak naprawdę bankruci jej nigdy mieć nie będą.
Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter
Zdjęcie główne: Flickr / Konrad Konstantynowicz CC BY-ND 2.0
Część odnośników to linki afiliacyjne lub linki do ofert naszych partnerów. Po kliknięciu możesz zapoznać się z ceną i dostępnością wybranego przez nas produktu – nie ponosisz żadnych kosztów, a jednocześnie wspierasz niezależność zespołu redakcyjnego.
Zdjęcie główne: Flickr / Konrad Konstantynowicz CC BY-ND 2.0