Partnerzy merytoryczni

Ekonomistka ostrzega Polaków. „Popełniamy jeden błąd”

Popełniamy jeden ten sam błąd, który popełniliśmy w 2019 r. – mówi w rozmowie z Biznes Enter prof. Joanna Tyrowicz, członkini Rady Polityki Pieniężnej i współzałożycielka Ośrodka Badawczego GRAPE. O co chodzi? O zbyt duży optymizm, co do polskiej gospodarki. W inflacji wciąż widać wiele lampek, które świecą się na czerwono, a rynek pracy, zdaniem ekonomistki, jeszcze nigdy nie znajdował się w takim miejscu, jak dziś. – Jesteśmy bardzo daleko od bezpiecznej przystani – ostrzega.

  • Teza. Według Joanny Tyrowicz polska gospodarka wciąż znajduje się daleko od stabilizacji, a inflacja może łatwo wrócić na podwyższone poziomy.
  • Dowód. NBP poprzez wojny personalne i „autorytarne” sprawowanie władzy przez prezesa Glapińskiego stracił mandat wiarygodności, co może destabilizować otoczenie prowadzenia biznesu.
  • Dowód. Również ceny usług są wciąż zbyt wysokie, a w odczycie inflacji jest zbyt dużo efektów jednorazowych, takich jak: zalew produktami z Chin czy wysoka baza cen energii.
  • Efekt. Zdaniem członkini Rady Polityki Pieniężnej dopóki ceny usług nie będą tam, gdzie długookresowa średnia – czyli z grubsza 2 proc. – to nie będzie można mówić o tym, że jesteśmy przygotowani na jakieś zewnętrzne szoki, a gospodarka jest w stanie równowagi. Biznes powinien być wiec gotowy na scenariusz wyższych cen, które będą wynikały ze splotu wielu czynników, jak: demografia, technologia, czy możliwe zewnętrzne szoki.

Ośrodek Badawczy GRAPE i jego współzałożycielka prof. Joanna Tyrowicz, obecna członkini Rady Polityki Pieniężnej, są oficjalnymi strategicznymi partnerami merytorycznymi serwisu Biznes Enter.

Wojna w Narodowym Banku Polskim

Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter: Jak patrzysz na to, co dzieje się obecnie w NBP, to co sobie myślisz?

Prof. Joanna Tyrowicz, członkini Rady Polityki Pieniężnej: Błazenada. Szkoda naszego banku centralnego i szkoda Polski.

To może wpłynąć w jakikolwiek sposób na otoczenie biznesowe w Polsce?

Głównie poprzez wiarygodność banku centralnego, którą władze NBP konsekwentnie podmywają od lat. Nic z tego, co oni robią, nie jest merytorycznie pożądane. Dosłownie, nie figuratywnie.

Twoim zdaniem to element większej gry? Nie od dziś wiadomo, że profesor Glapiński łasi się do rządu, bo potrzebuje w 2026 r. jego kontrasygnaty ws. obsadzenia nowym człowiekiem fotelu wiceprezesa NBP. A ten wiceprezes zatwierdza mu m.in. kartę służbową.

Mój mandat jest jasno określony: dbanie o stabilność cen w Polsce. Rozstrzyganie, jakich współpracowników dobierze sobie pan prezes, nie leży w mandacie członkini RPP. Prezes dobierał sobie w przeszłości i będzie dobierał nie według kryterium merytorycznego. Bank stał się instytucją niesprawną, nierozwijającą się i niepełniącą rozmaitych zadań, rozkład postępuje. Nie taki polski bank centralny był przez dekady i nie taki powinien być.

Czy w takim razie dane, na których bazujemy, są wiarygodne?

Z uwagi na upływ czasu w banku są teraz dwa rodzaje pracowników: tacy, którzy nigdy nie pracowali w normalnym banku, i tacy, którzy pamiętają stare czasy. Ci drudzy, którzy zostali, to są te osoby, które mają jeszcze elementarny instynkt samozachowawczy.

Na zdjęciu Joanna Tyrowicz w charakterystycznej, złotej apaszce.
Prof. Joanna Tyrowicz, członkini Rady Polityki Pieniężnej i współzałożycielka Ośrodka Badawczego GRAPE. Fot. GRAPE / materiały prasowe

Czyli?

To są w gruncie rzeczy bardzo przyzwoici ludzie, starają się pisać jak najmniej. Im mniej napiszesz, tym mniejsze szanse, że komukolwiek podpadniesz. Starają się także podejmować jak najmniej decyzji. Przyjmują postać przetrwalnikową, bo zagrożeniem jest nie tylko prezes, ale dowolny członek zarządu i ogólniej cała świta prezesa. Dowolny członek tej grupki trzymającej w banku władzę może uznać w dowolnym momencie, że pokaże się z lepszej strony, jak komuś utrze nosa albo go wywali z roboty.

A druga grupa pracowników to osoby, które przyszły do banku w czasach, w których ten bank nie był już normalną instytucją. I oni prawdopodobnie nawet nie wiedzą, jak powinien wyglądać NBP zarządzany dobrze i racjonalnie. Jak pracujesz w instytucji, którą rządzi niemerytoryczny autokrata, wspierany przez osoby, których cel nie polega na tym, żeby w Polsce był jak najlepszy bank centralny, to co ma nam wyjść? Ale proszę, porozmawiajmy o gospodarce.

Inflacja w Polsce

Naturalnie, Andrzej Domański, minister finansów, gdzie się nie pojawi, mówi o polskiej gospodarce „goldilocks economy”: spadająca inflacja, niskie bezrobocie, wzrost PKB. Rzeczywiście jest tak pięknie?

Postawienie sprawy, że jest pięknie w polskiej gospodarce, w związku z tym w ogóle można zamknąć oczy i iść do domu, wymaga więcej optymizmu, niż jestem w stanie racjonalnie z siebie wykrzesać. Na poziomie danych w ramach mojego mandatu jesteśmy bardzo daleko od bezpiecznej przystani. Popełniamy jeden ten sam błąd, który popełniliśmy w 2019 r.

Co masz na myśli?

Średnio CPI (inflacja ogólna – przyp. red.) wygląda, że jest w miarę okej, jesteśmy w celu (2,5 proc. w listopadzie 2025 r. – red.), ale powinniśmy zajrzeć do środka. A tam znajdziemy trochę efektów jednorazowych i cały czas spore problemy. Mamy z grubsza 5,5 proc. inflacji w usługach rynkowych. To zdecydowanie nadal trzykrotnie powyżej długookresowej średniej.

Co to za efekty jednorazowe?

Chodzi o czynniki związane z ekspansją handlową Chin w Europie. Ponieważ jest większy udział dóbr z Chin, a są one tańsze niż ich europejskie odpowiedniki, to średnio towary nieżywnościowe kosztują mniej. Innymi słowy, zmienia się układanka w koszyku zakupowym Europejczyków, w tym Polaków. W połowie roku, po zawirowaniach w globalnym handlu (chodzi o cła Donalda Trumpa – red.), Chiny jeszcze bardziej rozszerzyły swoją ofertę dla Europy. Szacunki EBC wskazują, że to jest jakieś 0,30,4 punktu procentowego – o tyle inflacja jest niższa z tego powodu. Ale to też daje bardzo niewygodną bazę dla odczytów inflacji za rok o tej samej porze.

Dlaczego?

Bo aby mieć niską inflację przywożoną z Chin za rok, nie wystarczyłaby już tylko zamiana droższych dotychczasowych produktów na tańsze chińskie w naszym koszyku zakupowym. To się dokonuje, ale aby większy udział Chin w europejskiej konsumpcji trwale obniżał inflację, to te ceny za rok musiałyby wciąż tanieć, a deflacja w Państwie Środka nie jest dziś konsensusem. Szczególnie w dobrach sprzedawanych do Europy.

Co jeszcze sprawia, że inflacja jest obecnie trzymana w ryzach?

Mamy bardzo ujemny wkład do CPI z cen nośników energii. Rok temu o tej porze energia była droższa, niż jest teraz, co przekłada się na prawie minus dwa punkty procentowe do obecnych odczytów inflacji. Więc ta średnia wychodzi nam teraz na poziomie 2,5 proc., pomimo wzrostu cen usług do 5,5 proc., bo są ceny, które ciągną wskaźnik CPI w dół. No i ostatnia rzecz to bardzo nietypowe zachowanie cen żywności, które normalnie o tej porze roku drożeją, a w tym roku tanieją.

Czyli nasz spokój jest pozorny?

Za każdym razem nietypowe zachowanie cen później odbija się czkawką, bo stanowi bardzo trudną bazę dla przyszłego roku. A jak trzymasz inflację w usługach na poziomie pięciu procent a nagle coś się stanie w świecie i ceny paliw zaczną rosnąć, to nie będziemy mówili o inflacji pięć procent, tylko siedem plus. Bo do tych pięciu, które i tak mamy w usługach, będziemy dokładać dużo więcej. Dopóki te usługi nie będą tam, gdzie długookresowa średnia – czyli z grubsza 2 proc. – to nie będzie można mówić o tym, że jesteśmy przygotowani na jakieś zewnętrzne szoki. Pod tym względem nasza gospodarka teraz nie przypomina gospodarki w stanie pełnej równowagi.

Dobrym miernikiem tego, czy sytuacja się stabilizuje jest częstotliwość zmian cen, o czym mówiłaś często i jako jedyny członek RPP. Widzisz tutaj jakieś znaki ostrzegawcze?

Bank nie analizuje systematycznie danych z GUS, choć RPP o to prosi. Nie widzieliśmy żadnej analizy od kilku lat. Też, pomimo epizodu historycznie wysokiej inflacji, obowiązuje nadal umowa z GUS o przekazywaniu danych raz w roku i to z dużym opóźnieniem wobec samych danych. No ale nawet tych danych nie ma kto i kiedy przeanalizować dla RPP… Pewnym przybliżeniem jest obserwowanie szczegółowych danych o grupach produktów publikowanych przez GUS.

W tych danych mamy cały czas ceny, które rosną w paśmie od 5 do 10 procent. Obecnie jest takich cen dwa razy więcej niż w długookresowej średniej. I dwa razy za mało cen, które rosną w tempie od zera do półtora. Ta asymetria pokazuje, że mamy cały czas w bardzo wielu częściach gospodarki dużą akceptację obywateli na relatywnie częste podnoszenie cen. Nie weszliśmy systemowo w taki reżim, że nie akceptujemy już podwyżek.

Na horyzoncie widzimy również zmiany w ETS2 i odmrożenie cen energii. Rząd się boi, a Rada Polityki Pieniężnej?

Wiadomo, że ETS2 będzie miał duże przełożenie na cenę energii bezpośrednio dla konsumentów. EBC zaznacza, że to jest istotne ryzyko. Szacunki dla Polski należą na tle innych krajów raczej do tych wyższych. Wpływ tego na inflację mierzoną będzie niebagatelny, ale jednorazowy. Proste, książkowe podejście mówi: jak widzisz jednorazowy szok polityki gospodarczej, poza kontrolą polityki pieniężnej, możesz rozważać zignorowanie go, o ile jesteś wiarygodny w dowożeniu celu inflacyjnego. Głównie dlatego, że ludzie go zignorują, a taka podwyżka kosztów życia będzie wręcz deflacyjna dla innych sektorów gospodarki, bo przynajmniej część konsumentów będzie miała mniej do wydania na pozostałe zakupy.

Niebezpieczeństwo polega na tym, że jeżeli tego rodzaju sytuacja przełożyłaby się na trwałe na oczekiwania inflacyjne gospodarstw domowych, to wtedy reakcja polityki pieniężnej, mało że będzie musiała być i to stanowcza, to jeszcze z góry będzie spóźniona. Sytuacja przypomina trochę Fed (amerykański bank centralny – red.) w środku pandemii. Fed w połowie 2020 r. mówił: „to są efekty jednorazowe, przerwały i zerwały się łańcuchy wartości, i jak tylko się odblokują, to natychmiast ceny spadną”. Ale to się nie wydarzyło, m.in. dlatego że konsumenci podnieśli znacząco oczekiwania także co do przyszłego wzrostu cen.

Jedną z istotnych lekcji z tego epizodu jest to, że ewentualny przejściowy charakter przyspieszenia inflacji można zweryfikować dopiero, kiedy się skończy i nie wolno go brać za pewnik, kiedy trwa. To jest kolejny powód, dla którego nie można zostać z inflacją w usługach na poziomie pięciu procent. Bo w tym momencie GUS po wdrożeniu ETS2 powie: „sorry, inflacja już nie jest na poziomie 2,5 proc.”. I zostaniemy z tymi pięcioma procentami w bardzo niekomfortowej sytuacji. Ale jest jeszcze jedna rzecz, która przypomina rok 2019, tyle że na sterydach.

Rynek pracy w Polsce

Rozwiń proszę tę myśl.

Nasz rynek pracy jeszcze nigdy nie był w takiej sytuacji, jak jest teraz. Widzimy, że naprawdę mocno podgryza już go demografia, spadek liczby osób w wieku aktywności zawodowej przekroczył już sto tysięcy osób rocznie. To skutkuje dużymi problemami z zapewnieniem pracowników w wielu sektorach gospodarki. Spadki zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw w dużym stopniu są tłumaczone przez efekty demograficzne. To się wszystko dzieje w warunkach relatywnie dynamicznego wzrostu zatrudnienia w sektorze publicznym. Dotyczy to głównie miejsc pracy okołowojskowych – w ciągu ostatnich dwóch lat to jest prawie 150 tysięcy osób więcej. W warunkach kurczącego się rynku pracy to naprawdę sporo.

Wojsko drenuje rynek?

Wojsko rozbudowuje wsparcie cywilne. W sensie lokalnych rynków pracy taki rozwój baz – głównie mówimy o pracownikach etatowych w wieku 40+ – taki wzrost popytu na pracę działa jak wielki magnes, utrudniający lokalnym pracodawcom pozyskiwanie pracowników.

Jak to się będzie więc przekładało na negocjacje płacowe?

No właśnie nie wiadomo. Bo jeszcze nigdy w takiej sytuacji nie byliśmy. Jak otworzysz stronę internetową dowolnego dużego retailera (firmy zajmującej się szeroko pojętym handlem detalicznym – red.) w Polsce, to oni mają stopy wakatów przekraczające 5 proc., co w przypadku niektórych oznacza po kilka tysięcy wakatów. A wynagrodzenia w retailu już bardzo dawno odkleiły się od ustawowego minimum i urosły znacząco. Duży retail radzi sobie w Polsce świetnie, więc prędzej czy później zapłaci więcej i pracownicy przyjdą. Ale ci pracownicy nie spadną jak manna z nieba, tylko po prostu odejdą skądinąd.

Czy RPP jako całość widzi te zagrożenia, o których mówisz?

Szczerze? Nie chciałabym odpowiadać na to pytanie.

Polityka fiskalna Polski

Przejdźmy do polityki fiskalnej. Wydatki na zbrojenia rosną. Z twojego punktu widzenia to jest impuls inflacyjny?

Nawet jeśli nowy sprzęt wojskowy jest w całości zaimportowany, to wydatki militarne tworzą miejsca pracy i presję w lokalnych sektorach gospodarki. Teraz strywializuję, żeby zilustrować mechanizm. Jak kupujesz czołg, to on musi mieć garaż. Ten garaż ktoś musi wybudować, ktoś musi ten czołg serwisować. To jest presja bardzo lokalna – tam, gdzie jest baza wojskowa, tam pojawiają się rosnące potrzeby na usługi budowlane, na usługi naprawcze. Jeśli wydatki na zbrojenia zaczynają sięgać 4-5 proc. PKB, to stopniowo coraz większa część tych wydatków to jest właśnie utrzymanie urządzeń, maszyn i ludzi, co zaczyna oddziaływać na lokalną gospodarkę. Nie ma z perspektywy prowadzenia polityki pieniężnej wydatków fiskalnych, które można zignorować.

A nie niepokoi cię struktura finansów Polski?

Co masz na myśli?

Wydatki w relacji do PKB mamy już na poziomie 50 proc. Za chwilę przegonimy pod tym względem Szwecję i Niemcy. A dochody budżetowe wynoszą 44 proc. PKB. Sławomir Dudek, przewodniczący Rady Fiskalnej, w wywiadzie dla Biznes Enter ostrzegał, że ten wskaźnik relacji wydatków do dochodów na dłuższą metę jest nie do utrzymania.

I nie bagatelizuję tych obliczeń, ale też naukowiec ma zawsze nieco szerszą perspektywę. Na przykład mamy w Polsce zwyczaj od samego początku transformacji, że wszystkie transfery społeczne ustalamy nominalnie (poza emeryturami, oczywiście).

Przeczytaj wywiad ze Sławomirem Dudkiem

Wpisujemy jakąś kwotę sztywną w przepis prawa, często nawet w odniesieniu do wynagrodzeń w sektorze publicznym. Mija jakiś czas i politycy oraz inni zainteresowani dostrzegają, że ta kwota się zdezaktualizowała i dość ad hoc ją „waloryzują”. To oczywiście nie jest żadna waloryzacja, tylko po prostu podniesienie do jakiejś nowej, ładnej, okrągłej liczby. Dotąd historycznie w jednym roku waloryzowaliśmy coś, w innym coś innego. W ostatnich dwóch latach zrobiło się super combo, swoista kumulacja podwyżek wynagrodzeń dla konkretnych grup zawodowych, wzrostu niektórych świadczeń. W relacji do PKB jest skok, ale jeśli to jednorazowa kumulacja to choć trudne dla deficytu i długu, to nie oznacza jeszcze trwałej zmiany w sytuacji i polityce fiskalnej.

Chcesz powiedzieć, że to raczej zdarzenie jednorazowe?

To nie ode mnie zależy, i nie ma takiej gwarancji. Ale czy pamiętasz tzw. becikowe? Ustalone nominalnie niemal dwadzieścia lat temu na 1000 zł.

Swoją drogą, kiedyś to politycy jakoś nie mieli rozmachu do polityki społecznej.

Nominalne kryteria dochodowe uczyniły z instrumentu względnie powszechnego, silnie skierowany do relatywnie uboższych rodzin. Specjaliści od polityki fiskalnej mają wielki kłopot, żeby na podstawie tak prowadzonej polityki płacowej państwa oraz społecznej zgadywać, jak będzie wyglądała przyszłość, bo wszystko jest bardzo silnie dyskrecjonalne, czyli zależy od bieżących decyzji polityków.

Sporo osób narzeka, że praca w naszym kraju jest zbyt wysoko opodatkowana. Rzeczywiście umowa o pracę przestała się już opłacać?

Wiele w tej debacie zależy od postrzegania składek, a nie tylko podatków. Niemcy rozumieją składki od wynagrodzeń jako swoje pieniądze. Przeciętny Niemiec czy Niemka, kiedy odkłada na emeryturę albo na ubezpieczenie chorobowe, to uważa, że to są po prostu jej czy jego pieniądze. Polacy częściej rozumieją składki jako coś, co trzeba oddać jakiemuś państwu, które nie jest ich. Jak popatrzymy na stricte opodatkowanie pracy, czyli udział przychodów z PIT w relacji do PKB, to w Polsce jest jednym z najniższych w Europie i ta relacja raczej maleje co do trendu.

A co z udziałem płac w PKB? One w ostatnim czasie rosły. To dobry znak.

Pomiar labor share (udział płac w PKB – red.) jest turbo trudny dla wszystkich, wiele zależy od założeń; dyskusja akademicka jest, obawiam się, nie do strawienia dla twoich czytelników. Wydaje mi się, że do debaty znacznie bardziej przydatna jest inna miara, tzw. jednostkowy koszt pracy (ULC). Ten wskaźnik odnosi poziom lub wzrost wynagrodzeń do poziomu lub wzrostu produktywności pracy, więc w naturalny sposób pokazuje równowagę między nimi. W Polsce dynamika ULC w przemyśle zachowuje się z grubsza harmonijnie. Za to w niektórych usługach, np. w IT, koszt pracy niezbędny do wytworzenia jednej jednostki ekonomicznej wartości wzrósł w ostatnich latach powyżej poziomów obserwowanych w innych krajach Unii Europejskiej.

Chcesz powiedzieć, że mamy najdroższe IT w Europie?

Liczby są, jakie są. To może się brać z tego, że super wykształceni i dobrze opłacani ludzie wykonują niewystarczająco wysokiej prace o zbyt niskiej wartości dodanej. Częściowo, w przypadku eksportu tych usług, znaczenie może mieć umocnienie złotego. Ale być może firmy IT zatrudniające naszych specjalistów, cały czas jeszcze nie sięgnęły po zadania, których wartość dodana uzasadniałaby obecnie płacone stawki.

Europa i świat – wyzwania

Zostawmy Polskę i przejdźmy na poziom globalny. Według ciebie Europa przegrywa w klinczu chińsko-amerykańskim?

Jest bardzo wielu noblistów, którzy w ogóle nie uważają tego tematu za ciekawy (śmiech). Unia Europejska wynalazła patent na najważniejszy wynalazek ludzkości, jaki kiedykolwiek był – czyli, że można ze sobą rozmawiać, a nie do siebie strzelać. I bardzo chce się nim dzielić. Technologia rozmawiania pozwoliła na ten najdłuższy okres pokoju na naszym kontynencie. Prędkość poszczególnych firm do bramki opatentowania śrubek czy wymyślenia lepszego use-case’a to skutek a nie przyczyna.

A co jest przyczyną?

To, że europejskie elity na forum Unii siedzą i gadają tak długo, aż dogadają coś, na co się wszyscy zgadzają. Może to trwa długo, może wymyślają kompromis, w którym nikt się nie umie zakochać. Może niektóre obszary skorzystałyby na zaczęciu od zera, a nie poprawianiu istniejących rozwiązań. Ale te wagoniki posuwają się do przodu. Światowa Organizacja Handlu to jest dokładnie ta idea.

Ale Europa gospodarczo więdnie.

Jeśli masz problem, zrozum, na czym on polega, zaproponuj rozwiązanie, popraw to rozwiązanie. I tak w kółko, aż problem stanie się bez znaczenia. Tak działają biznesy, tak działają sprawne państwa. Prawdziwy problem wydaje mi się jest zupełnie gdzie indziej niż frustracja z tempem i kierunkiem europejskich wagoników rozmawiania.

Co masz na myśli?

W coraz większej liczbie branż identyfikujemy, że jest jakieś wąskie gardło, które uniemożliwia zwiększenie skali współmiernie do nowych wyzwań. Jak dopytuję specjalistów branżowych o szczegóły, to za każdym razem po pytaniach pogłębiających okazuje się, że brakuje wystarczającej liczby utalentowanych osób. Przy czym bardzo często mowa o technicznych zawodowych lub wręcz fizycznych umiejętnościach, ale za to takich, które się buduje przez lata a nie na 30-dniowym szkoleniu.

Innymi słowy, napotykamy na zasadniczy brak pracowników o jakimś konkretnym profilu umiejętności i to w skali świata, a nie kraju czy kontynentu. Europa, płacąc wyższe stawki, może się otworzyć na imigrację lub pogłębić FDI i handel specjalistyczny, ale łatwych rozwiązań na stole nie ma. Czy mowa o energetyce, automotive, przemyśle chemicznym czy IT – mechanizm jest ten sam. Prędzej czy później pojawią się nowsze technologie, uniezależniające poszczególne branże od jakichś konkretnych umiejętności ludzi, ale do czasu tego przełomu jesteśmy w poważnych kłopotach.

Rozmawiał Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter

Grafikę otwierającą stworzyła Sandra Zięba

Część odnośników to linki afiliacyjne lub linki do ofert naszych partnerów. Po kliknięciu możesz zapoznać się z ceną i dostępnością wybranego przez nas produktu – nie ponosisz żadnych kosztów, a jednocześnie wspierasz niezależność zespołu redakcyjnego.

Zdjęcie główne: Fot. Sandra Zięba / Biznes Enter

Motyw