
Zbliżamy się do końca i myślę, że jesteśmy już bardzo blisko porozumienia – powiedział w niedzielę późnym wieczorem Donald Trump, prezydent USA po spotkaniu z Wołodymyrem Zełenskim na Florydzie. Przywódcy podkreślili, że ok. 90 proc. spraw mają już ustalonych. Pokój jest więc coraz bliżej. Rosja jednak nie siada do tych rozmów z dobrej woli. Choć na froncie ma przewagę, budżet tego kraju z każdym miesiącem przypomina bardziej list pożegnalny hazardzisty. Dlaczego? Bo najgorszą wiadomością dla Putina na 2026 r. są raporty nafciarzy z Wall Street i zmiany w samych Chinach.
- Teza. Nadchodzące porozumienie pokojowe na linii Ukraina-Rosja jest wymuszone nie tyle wolą polityczną Kremla, co dramatyczną sytuacją fiskalną Rosji, wynikającą ze strukturalnego załamania się cen ropy naftowej i braku ratunkowego wsparcia gospodarczego ze strony Chin.
- Dowód. Analitycy Goldman Sachs i EIA prognozują spadek cen ropy Brent do poziomu 52-55 dolarów w 2026 roku, co przy rosyjskich założeniach budżetowych wymagających 59 dolarów za baryłkę (i realnej cenie rosyjskiej ropy Urals na poziomie ok. 40 dolarów) oznacza niemożliwą do sfinansowania lukę w państwowej kasie.
- Efekt. Wyczekiwany spadek geopolitycznej „premii za ryzyko” (war premium) spowoduje umocnienie złotego i obniżenie kosztu kapitału, co odblokuje wstrzymywane w latach 2024-2025 zagraniczne inwestycje bezpośrednie i zwiększy presję inwestycyjną w polskiej gospodarce.
Rosja Putina w 2026 r. zobaczy swoje prawdziwe gospodarcze oblicze
To może być jedna z najważniejszych wiadomości dla polskiego biznesu na 2026 r. Mowa o trwalszym, niż nam się wcześniej wydawało, spadku ryzyka biznesowego w regionie i wszystkim, co się z tym wiąże gospodarczo (wzroście inwestycji i presji na gospodarkę). Skąd taka zmiana?
Co ciekawe, ta pozytywna układanka może być nie tyle wynikiem samych pokojowych rozmów na linii Ukraina-Rosja-USA, ile perfekcyjnego sztormu, który będzie się nasilał w ministerstwie finansów Rosji z każdym kolejnym miesiącem. O co chodzi?
Putin siada do rozmów pokojowych przy implodującym budżecie
Putin znalazł się bowiem w swoistych kleszczach. Z jednej strony miażdżą go spadające ceny ropy, z drugiej – własna, nienasycona armia, która pożera już nie tylko nadwyżki, ale samą tkankę rosyjskiego państwa. To wszystko dzieje się w tle rozmów pokojowych, podczas których, jak dowiedzieliśmy się w niedzielę wieczorem, zostało ustalonych już ok. 90 proc. kwestii. Powodzenie Zełenskiego podczas rozmów z Trumpem, to jednak najmniejszy problem dla Kremla. Przejdźmy do twardych liczb.
Jak wylicza Ośrodek Studiów Wschodnich, Kreml zaplanował na 2026 r. wydatki na „obronę narodową” na poziomie 12,9 biliona rubli (ok. 138 mld dolarów). Jeśli dodamy do tego utajnione wydatki na „bezpieczeństwo wewnętrzne”, okazuje się, że machina wojenna i policyjna pożera blisko 40 proc. całego budżetu federalnego. To jest gospodarka czasu wojny w skali, jakiej Rosja nie widziała od czasów ZSRR. Ale Związek Radziecki miał autarkię, a Putin jest uzależniony od kroplówki z petrodolarów.
Tymczasem w tym samym budżecie wydatki socjalne spadają do zaledwie 24,3 proc. całości (z 37,5 proc. w 2021 r.). Co to oznacza? Że Putin w nadchodzącym roku staje przed wyborem, którego bał się przez ćwierć wieku: albo przestanie płacić żołnierzom i pracownikom fabryk zbrojeniowych (co grozi buntem armii), albo przestanie waloryzować emerytury i pensje budżetówki (co grozi buntem ulicy). Do tej pory zasypywał te dziury pieniędzmi z Funduszu Dobrobytu Narodowego. Ale ten fundusz coraz mniej pełni już taką rolę.
Zgodnie z ocenami rządu na koniec bieżącego roku w Funduszu pozostanie 3,8 bln rubli (ok. 49 mld dolarów według obecnego kursu) środków płynnych, lecz po uwzględnieniu zaplanowanych inwestycji w projekty infrastrukturalne – już tylko 2,9 bln rubli (37 mld dolarów). Rezerwy te nie gwarantują władzom komfortu w 2026 r. i mogą nie wystarczyć na pokrycie luki w dochodach z sektora naftowo-gazowego wynikłej z ewentualnego głębokiego spadku cen ropy naftowej – przekonuje Ilona Wiśniewska z OSW.
Baryłka po 55 dolarów, czyli wyrok śmierci
I tu dochodzimy do drugiego ramienia kleszczy, o którym piszą analitycy z City i Goldman Sachs. Kiedy Putin planował budżet na 2026 rok, jego technokraci, z ministrem finansów Antonem Siłuanowem na czele, wpisali do tabeli rubrykę „dochody” opartą na jednym, fundamentalnym kłamstwie. Rosyjski budżet na 2026 rok został „zapięty” przy założeniu, że baryłka ropy Urals będzie kosztować średnio 59 dolarów.
To te 59 dolarów jest magiczną granicą, która pozwala Kremlowi udawać, że bilans się domyka. Tymczasem rynki właśnie mówią: „sprawdzam”.
Prognozy na końcówkę 2026 roku są dla Moskwy brutalne. Goldman Sachs wieszczy zjazd ceny ropy Brent w okolice 52 dolarów. Jak pisaliśmy w Biznes Enter, analitycy EIA przewidują z kolei, że w pierwszym kwartale 2026 r. cena ta tąpnie do poziomu 55 dolarów za baryłkę i utrzyma się w tych okolicach przez resztę roku. JP Morgan jest niewiele bardziej litościwy, wskazując na 58 dolarów.
Zauważmy: mówimy tu o ropie Brent, tej „szlachetniejszej”. Dla rosyjskiego budżetu to katastrofa, bo ich ropa Urals, sprzedawana z dyskontem i obłożona sankcjami, przy cenie rynkowej Brent na poziomie 50-kilku dolarów, będzie musiała być upychana Indiom czy Chinom za 40-45 dolarów.
To oznacza dziurę rzędu 15-20 dolarów na każdej baryłce względem tego, co zapisał w ustawie Siłuanow. Przy takich cenach matematyka staje się bezlitosna: Putinowi brakuje bilionów rubli na domknięcie roku, a papierowe założenie o 59 dolarach staje się dowodem w sprawie o gospodarczą niepoczytalność.
Chiński smok nie przyjdzie z odsieczą
Wielu w Moskwie liczyło, że uratuje ich Wielki Brat ze Wschodu. Że Xi Jinping otworzy portfel i sfinansuje rosyjską awanturę. Nic bardziej mylnego. Ośrodek Studiów Wschodnich w swoim najnowszym raporcie „Zwieranie szeregów: rosyjsko-chińska współpraca energetyczna w obliczu narastającej konfrontacji z Zachodem” wylewa na te nadzieje kubeł lodowatej wody.
Słynny gazociąg „Siła Syberii 2”, który miał zastąpić Gazpromowi utracony rynek europejski, pozostaje w sferze, nazwijmy to delikatnie, „memorandów i uścisków dłoni”. Rura nie powstaje. Dlaczego? Bo Pekin jej nie potrzebuje na warunkach Moskwy. Chińska gospodarka w 2026 roku, choć według Goldman Sachs ma urosnąć o ok. 4,5-4,8 proc. dzięki eksportowi, strukturalnie zwalnia. Popyt wewnętrzny w Chinach jest słaby.
Xi Jinping trzyma Putina w „przyjaznym uścisku” dusiciela. Chiny kupują rosyjską ropę i gaz, owszem, ale wymuszają przy tym tak gigantyczne rabaty, że zyski Gazpromu i Rosnieftu są w 2025 roku cieniem dawnej potęgi. Pekin doskonale widzi, że Moskwa nie ma alternatywy. To nie jest sojusz. To jest wasalizacja, w której wasal (Rosja) musi wyprzedawać rodowe srebra, by kupić sobie jeszcze rok przetrwania.
Masowa elektryfikacja chińskiej floty samochodowej. W 2025 roku ponad 45 proc. nowych samochodów sprzedawanych w Chinach to pojazdy NEV (New Energy Vehicles). To wymazało z rynku popyt na setki tysięcy baryłek ropy dziennie w porównaniu do prognoz z początku dekady.
Dla światowych rynków oznacza to jedno: chroniczną nadpodaż ropy, jeśli kartel OPEC+ nie dokona drastycznych cięć. Słabnący popyt z Chin działa jak potężna siła deflacyjna na ceny surowców energetycznych.
Polski biznes i premia za strach
Co to wszystko oznacza dla nas, tu nad Wisłą? Po pierwsze, dzisiejsze rozmowy pokojowe to bezpośredni skutek opisanych wyżej procesów. Putin nie stał się nagle pacyfistą. Po prostu jego księgowa, Elwira Nabiullina, pokazała mu Excela, z którego wynika, że w 2026 roku pieniądze się kończą.
Dla polskiego biznesu to moment kluczowy. Przez ostatnie lata żyliśmy z tzw. premią za ryzyko (war premium). Jeśli te kleszcze gospodarcze skutecznie unieruchomią rosyjską machinę wojenną, premia za ryzyko zacznie spadać. Złoty może być silny, koszt kapitału spaść, a inwestycje zagraniczne – te, które wstrzymywano w 2024 i 2025 roku – mogą ruszyć z kopyta.
Jest jednak i druga strona medalu, o której musimy pamiętać jak w dobrym kryminale, gdzie zwrot akcji czai się na ostatniej stronie. Gospodarcze problemy Rosji i próby nękania naszego kraju w 2026 r. mogą wciąż przybierać na sile. A Kreml wciąż może kąsać, przygotowując się do kolejnego skoku.
Finał w oparach absurdu
Patrząc na rok 2026, widzimy Putina jako zakładnika. Nie jest już on graczem rozdającym karty przy geopolitycznym stole. Jest dłużnikiem, który zastawił wszystko u chińskiego lichwiarza, a teraz patrzy z przerażeniem, jak na giełdzie towarowej spada wartość jedynego aktywa, które mu zostało – ropy.
Czy dzisiejsze rozmowy pokojowe przyniosą trwały spokój? Wątpię. Celem imperialnej Rosji jest trwała zmiana systemu bezpieczeństwa na świecie. Czytaj: zniszczenie Zachodu, Unii Europejskiej i NATO. Ale przyniosą coś innego – czas. Czas, w którym Rosja będzie musiała zmierzyć się z prawdą, że nie stać jej na bycie imperium. Dla Polski to dobra wiadomość, pod warunkiem że nie damy się uśpić. Bo jak uczy historia, ranne zwierzę bywa najgroźniejsze tuż przed tym, jak opadnie z sił.
Na razie jednak, wchodząc w rok 2026, możemy zaryzykować tezę: największym sojusznikiem polskiego bezpieczeństwa nie są w tej chwili ani HIMARS-y, ani nawet F-35, ale maklerzy z Nowego Jorku i inżynierowie zielonej rewolucji, którzy sprawiają, że świat potrzebuje coraz mniej tego czarnego złota, na którym Putin zbudował swój tron.
Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter
Zdjęcie otwierające: World Economic Forum / materiały prasowe
Część odnośników to linki afiliacyjne lub linki do ofert naszych partnerów. Po kliknięciu możesz zapoznać się z ceną i dostępnością wybranego przez nas produktu – nie ponosisz żadnych kosztów, a jednocześnie wspierasz niezależność zespołu redakcyjnego.
Zdjęcie główne: World Economic Forum / materiały prasowe