
Na wykresach warszawskiej giełdy Dino Polska wciąż wygląda na biznesowy cud. Linia wzrostu pnie się niemal pionowo, czyniąc z założyciela, Tomasza Biernackiego, jednego z najbogatszych ludzi w Europie Środkowej. Ale kiedy zejdziemy z parkietu rynków finansowych na posadzkę przeładowni towaru sklepów Dino, doskonałość ta zaczyna szybko pękać. Wojna między związkowcami a władzami spółki się zaostrza. I to nie przez słowa, ale przez czyny, a raczej ich brak. Zarząd firmy bowiem kolejny raz nie pojawił się na mediacjach z pracownikami, co jak w soczewce skupia wszystkie błędy polskiego rynku pracy.
- Teza. Model biznesowy Dino, który dotychczas pozwalał firmie rosnąć jak na drożdżach, dziś może okazać się jej kulą u nogi. Sukces ten bowiem opierał się m.in. na niskich marżach połączonych z wysoką wydajnością pracowników. Ci ostatni jednak chcą być w końcu traktowani jak partnerzy do rozmowy.
- Dowód. Rozjazd między działaniami władz Dino Polska a oczekiwaniami związkowców, się pogłębia. Wulkan nastrojów pracowniczych grozi erupcją w postaci strajku generalnego, co w dłużej perspektywie zaciąży także na wizerunku i – prawdopodobnie – notowaniach spółki.
- Efekt. Przykład idący z krotoszyńskiego giganta jak w soczewce skupia problem polskiej gospodarki. Choć nasz kraj chce uciec z pułapki średniego dochodu, to jednocześnie utknął w „pułapce średniego traktowania”. W dobie raportów ESG to może być na dłuższą metę dewastujące dla polskich gigantów.
Dino w ogniu krytyki. Spis treści
Podsumujmy. 27 kwietnia między OPZZ Konfederacja Pracy a zarządem Dino miało dojść do negocjacji. Jednak nic takiego się nie wydarzyło. Pracownicy zastali w sali puste krzesła. Zdecydowali się więc na podjęcie w sklepach strajku generalnego. Wszystko zaczęło się od ujmujących standardów pracy podczas tej zimy, kiedy przy kasie sprzedawcy musieli siedzieć w kurtkach, a temperatura nie przekraczała 5 stopni. Później pojawiło się więcej problemów z płacami, pracą ponad siły czy nadgodzinami. Wszystko opisywaliśmy już w Biznes Enter w lutym tego roku. Sytuacja jednak eskaluje z tygodnia na tydzień i nic dziwnego. Dlaczego?
Strategia „ghostingu” jako błąd systemowy
Kiedy bowiem zarząd miliardowej korporacji ignoruje zaplanowane spotkanie ze związkowcami w obliczu widma strajku generalnego, nie mamy do czynienia z błędem w kalendarzu. To manifestacja „folwarku 2.0” – patologii, która może stać się hamulcem bezpieczeństwa dla całej polskiej gospodarki. I nie jest to przesada.
W teorii gier nieobecność przy stole negocjacyjnym może być ruchem taktycznym. Jednak w ekonomii instytucjonalnej puste krzesło to komunikat o ekstremalnej asymetrii władzy. Dino, budując swoje imperium w „polskich pustyniach handlowych” – małych miasteczkach i wsiach – przez lata korzystało z pozycji lokalnego monopolisty na rynku pracy. Jednak dziś, w dobie rekordowo niskiego bezrobocia, ta strategia obraca się przeciwko firmie.
Unikanie dialogu to klasyczny przykład „ghostingu korporacyjnego”. Kiedy zarząd zastępuje empatię swoim milczeniem, pracownik przestaje być partnerem, a staje się kosztem operacyjnym. A koszty się optymalizuje, a nie się z nimi rozmawia. To właśnie tu rodzi się głębokie zniechęcenie Polaków do pracy: nie w wysokości przelewu, ale w upokorzeniu wynikającym z bycia niewidzialnym.
Paradoks Dino, czyli wydajność ponad godność
Model Dino jest genialny w swojej prostocie, co opisywaliśmy przy okazji porównania firmy z gigantem polskiego handlu, czyli Biedronką – Dino bazuje na agresywnej standaryzacji sklepów i logistycznej bezwzględności.
Ale ten sukces ma swoją ciemną stronę. Polski rynek pracy od 50 lat przechodzi bolesną ewolucję. Od komunistycznego „czy się stoi, czy się leży”, przez brutalny darwinizm lat 90., aż po dzisiejszy rozjazd aspiracji. Polacy są dziś jednymi z najciężej pracujących narodów OECD, ale przypadek Dino pokazuje, że ta pracowitość jest zakładnikiem niskich marż.
Pracownicy handlu detalicznego sygnalizują dziś coś więcej niż tylko chęć podwyżek. Sygnalizują „brak sprawczości”. W nowoczesnej gospodarce brak wpływu na grafik, tempo pracy czy obsadę zmian przy jednoczesnym braku kanału komunikacji z „górą”, prowadzi do zjawiska „alienacji produkcyjnej”.
Jeśli twoja praca nie daje ci głosu, przestajesz czuć za nią odpowiedzialność. Rezultat? Spadek jakości, rotacja i wreszcie – strajk.
Kapitał nie lubi milczenia
Co najważniejsze, z perspektywy inwestorów, sytuacja w Dino przestaje być wewnętrznym problemem kadrowym. Dość powiedzieć, że od początku roku kurs akcji spółki spadł o ponad 22 proc. Co więcej, w dobie raportowania ESG (Environmental, Social, Governance), litera „S” – odpowiedzialność społeczna – może odgrywać coraz bardziej znaczącą rolę.
Brak dialogu społecznego to urasta w tym kontekście do rangi swoistego „ryzyka operacyjnego”. Strajk generalny w sieci posiadającej ponad 3 tys. sklepów to nie jest lokalny pożar – to ryzyko paraliżu dostaw i potężnych strat wizerunkowych.
Ignorując związki zawodowe, zarząd Dino ryzykuje, że fundusze inwestycyjne zaczną postrzegać spółkę nie jako „maszynę do zarabiania pieniędzy”, ale jako „ryzykowne aktywo o niskiej kulturze korporacyjnej”.
Dlaczego zachowanie zarządu może zniechęcać Polaków?
To, co dzieje się w Krotoszynie, jest soczewką polskiego paradoksu. Polska gospodarka ucieka z pułapki średniego dochodu, ale utknęła w „pułapce średniego traktowania”. Jak widać po perełce polskiego handlu, to wciąż spore wyzwanie – szanować własnych pracowników i traktować ich po partnersku, a nie jak tani zasób wyrobników do pracy rodem z lat 90.
Polacy widzą, że ciężka praca na dole drabiny finansuje astronomiczne wzrosty na szczycie, podczas gdy „góra” nie raczy nawet zejść na spotkanie. To zabija wiarę w merytokrację.
Co więcej, Dino to sukces polskiego kapitału, ale sukces ten nie „ścieka” w dół w formie szacunku. To rodzi przekonanie, że praca to jedynie transakcja handlowa, w której pracownik jest towarem o najniższym priorytecie.
I w końcu ekonomia uczy nas, że tam, gdzie nie ma dialogu, rosną koszty. Strajk jest najdroższą formą komunikacji. Brak obecności zarządu na spotkaniu to de facto wystawienie faktury za przyszłe straty, które poniesie firma i jej akcjonariusze.
Polska potrzebuje „lepszej pracy”
Przypadek Dino pokazuje, że model wzrostu oparty na cichym, posłusznym i tanim pracowniku właśnie się wyczerpał. Jeśli zarząd Dino nie zrozumie, że puste krzesło przy stole negocjacyjnym to w rzeczywistości zaproszenie do chaosu, może stać się symbolem zmierzchu pewnej epoki.
Epoki, w której polski sukces budowano na plecach ludzi, którym odmawiano głosu. W dobie globalnej konkurencji o talent, milczenie zarządu Dino jest najkosztowniejszym błędem, jaki można popełnić. Bo ostatecznie, gospodarkę buduje się na zaufaniu – a zaufanie wymaga choć odrobiny empatii i poszanowania drugiej strony. To elementarz, czy to w życiu prywatnym, czy zawodowym.
Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter
Zdjęcie główne: Patryk2710 / Wikimedia Commons, CC BY 4.0
