Partnerzy merytoryczni
Dwa zbiorniki biogazu na polu

Przyszłość światowej energii wymaga odwagi. „Z tysiąca pomysłów zadziała z pięć”

Z tysiąca pomysłów wyglądających na szalone warto wyłuskać te pięć, które pozwolą nam zabezpieczyć przyszłość – pisze dla Biznes Enter Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. Ekspert wskazuje, że Polska wciąż mogłaby zrobić znacznie więcej w kwestii biogazu. Tłumaczy też, dlaczego dotychczas się to nie udało.

  • Teza. Dane są nieubłagane. Będziemy konsumować coraz więcej energii. A skoro tak, to potrzebujemy jej coraz więcej. Co gorsza, musi być ona nieemisyjna. I tu na scenę mógłby wkroczyć biogaz. Polska mogłaby z niego korzystać w znacznie większym stopniu niż dotychczas.
  • Dowód. Dotychczas decydenci i inwestorzy przychylniej patrzyli na niestabilne źródła OZE, takie jak wiatraki i panele fotowoltaiczne. Do tego w Polsce nie wykształciła się kultura budowania rozproszonej sieci producentów energii. Przez to biogaz nie miał dotychczas okazji rozwinąć skrzydeł w Polsce.
  • Efekt. Polsce zatem przydałby się Operator, który mógłby zawiadywać całym systemem na terenie kraju. Najlepiej taki, z którym liczyłyby się władze centralne. Mógłby nim być np. koncern multienergetyczny.

W ostatnich latach dostępność energii i jej cena to temat krytycznie istotny. Tak w gospodarce, bo w konkurencyjnym świecie musimy wciąż i wciąż zabiegać, by towary i usługi, które produkujemy, mogły mieć ceny akceptowalne dla nabywców, jak i w życiu prywatnym – gdzie wszystkim przekonującym nas, że zarabiamy coraz więcej – mamy ochotę odwarknąć „tak, ale głównie po to, by wydawać na energię”. 

Energia albo nieemisyjna, albo żadna

Żeby temat energii skompilować jeszcze bardziej, wypada dodać specyfikę ostatnich lat – to ma być energia nieemisyjna. W firmach wiemy, że już zaraz towary i usługi produkowane przy pomocy energii emisyjnej przestaną się sprzedawać, a biznesy prowadzone na bazie ich przestaną mieć finansowanie z banków. W życiu prywatnym oczywiście głównie myślimy o środowisku, ale i o wygórowanych dziś rachunkach, które odbierają nam szansę na lepsze ciuchy, samochody, wakacje czy spełnianie innych tam zachcianek.

I jeszcze jeden drobiazg. Większość dyskusji o potrzebach w zakresie nieemisyjnej energii jakoś tak zawęża nam się do zaledwie tematu nieemisyjnego prądu. A potrzebować będziemy jej znacznie więcej – bo energii jako całej zużywamy tak ze trzy razy więcej niż samego prądu (w tym do ogrzewania, do transportu do wyrafinowanych procesów technologicznych). To też będzie wszystko potrzebne w wersji nieemisyjnej.

Energii i to nieemisyjnej będzie potrzeba tak dużo, że nie ma możliwości zrobienia tego jednym strzałem (jedną technologią, pojedynczymi instalacjami). Raczej musimy nastawiać się na mozaikę bardzo różnych pomysłów, załatwiających nam choćby pojedyncze procenty potrzeb. To czasem będzie coś, co mamy dziś już przed oczami, ale działające trochę lepiej i na trochę większą skalę niż dziś. To może być coś, co mamy na wyciągnięcie ręki, ale tego nie widzimy. Czasem zaś to będzie zupełnie coś innego – o czym dotąd nikt nie myślał.

Biogaz Polakom nie do końca wyszedł

Aby stworzyć taką adekwatną mozaikę, trzeba rozwijać i doskonalić to, co już mamy, ale i być gotowym na spokojne, uważne, wnikliwe i cierpliwe przejrzenie tysiąca pomysłów wyglądających na szalone, z których być może z pięć (a może nieco więcej) pozwoli nam zabezpieczyć przyszłość. Potrzebujemy tego tysiąca szalonych pomysłów do cierpliwego przejrzenia, bo jesteśmy w naprawdę trudnej sytuacji.

By nie oberwać ripostą, że to jedynie kolejny apel w stylu „weźcie i zróbcie”, wypadałoby podać tu konkretną propozycję czegoś.

Hasłem na dziś (ale i na kilka przyszłych dekad) jest „biogaz”. Tylko trzeba by z nim działać inaczej niż do tej pory. Bo przy dość powszechnej znajomości tego hasła równie powszechne jest przekonanie, że niespecjalnie z nim nam dotąd poszło, a w dodatku nie ma świadomości, jak dużymi zasobami moglibyśmy tu dysponować (że aż warto się po nie schylić).

Jeśli porównamy liczbę instalacji czy poziom produkcji u nas, choćby z tym, co jest u naszego zachodniego sąsiada, to faktycznie dużo pracy jeszcze przed nami. Innymi słowy, poszło nam wciąż jedynie umiarkowanie. My wciąż biogazownie liczymy w setkach, a tuż obok – w tysiącach.

Gdy staramy się dowiedzieć, jakie mamy potencjalnie zasoby, zazwyczaj trafiamy na ciekawe opracowania, w których mówi się o potencjalnie kilku miliardach metrów sześciennych rocznie. To z jednej strony sporo dla publicystyki, bo to może nawet jedna czwarta tego, co potrzebujemy dziś w gazie ziemnym, a zarazem to zasób podobny w stosunku tego, ile sami wydobywamy gazu na terenie kraju. Jednak to wciąż za mało, żeby „zapaliły się nam w oczach dolarki” na myśl, że możemy jako Polska robić za niezły „Szejkanat”. Tymczasem możemy mieć go dużo – dużo więcej. Być może nawet na tyle, że starczyłoby go jeszcze na eksport.

Wypadałoby się więc zastanowić nad dwoma sprawami. Po pierwsze czemu dotąd nie poszło nam tak, jak byśmy chcieli. Bo drugie – co to są za zasoby, których dotąd nie brali pod uwagę specjaliści, a możemy po nie sięgnąć w miarę łatwo.

Oto powody, dlaczego biogaz w Polsce nie ruszył z kopyta

Nie poszło z kilku powodów.

Co do zasady lubimy o sprawach energetyki myśleć jako o temacie pojedynczych dużych instalacji załatwiających sprawę w skali kraju. Elektrowni systemowych powinniśmy mieć kilka (no może kilkanaście) a w każdej z nich kilka dużych bloków (no może czasem kilkanaście) i w całym kraju jest prąd. Jak liczymy miejsca do zasilania całego kraju gazem ziemnym czy ropą lub węglem to też nie jest ich specjalnie dużo.

Tu nie ma więc naturalnego myślenia o sieci kilku czy kilkudziesięciu tysięcy średnich i małych obiektów. Takie scentralizowanie, postulowane w innych fragmentach gospodarki kraju, byłoby wręcz śmieszne (popatrzmy na postulat zaledwie kilku dużych a wyspecjalizowanych punktów fryzjerskich w kraju, piekarni, hoteli, w których można wypocząć). Sama energetyka zna też przecież rozproszenie – mamy wiele stacji benzynowych, wiele ciepłowni, ale jakość tak wytwarzania prądu czy dostawy gazu to tylko hurtem (no może z wyjątkiem fotowoltaiki). Biogaz, jako surowiec rozproszony, jest więc niezasłużenie lekceważony.

Nieszczęśliwie potoczyła nam się dyskusja, skąd brać energię w wersji OZE. Dostępne są tysiące ciekawych opracowań i zachęt dotyczących niestabilnych źródeł (panele, wiatraki). Na tym tle opracowania zachęcające nas do tych stabilnych (np. biogaz czy spalanie gazu drzewnego) i mogących dodatkowo być łatwo regulowanym stabilizatorem sieci, są bardzo nieliczne. No można by tu sporo dyskutować czemu, ale najważniejsze jest, by to wprowadzające nas w kłopoty myślenie „odkręcić” i popatrzeć odpowiednio przychylnie na te stabilne i regulowalne w zakresie produkcji źródła OZE.

Mamy też w kraju dość powszechny kłopot w braku umiejętności kształtowania kontraktów w duchu „win-win”, gdy strony kontraktu nie są równorzędnie mocnymi partnerami. Gdy ktoś czuje się mocniejszy, zbyt często ma pokusę dociśnięcia swoich kontrahentów i zamiast rewelacyjnie marżowego biznesu nie ma żadnego biznesu. To zwłaszcza utrudnia rozwój dużych biogazowni, gdzie model biznesowy zakłada zakupy wkładu od licznych rozproszonych dostawców.

Zbyt mocne mamy też przywiązanie do modelu, w którym jeden podmiot ma biogazownię, a kto inny zapewnia do niej wkład. Wtedy biogazownia ma problem z pofermentem [to pozostałość organiczna – w postaci płynnej lub półpłynnej – która powstaje w procesie fermentacji metanowej – przyp. red.], gdyż nie ma się go jak pozbyć i czasem nawet za to płaci, ponosząc koszty. Z kolei dostawca produkuje wkład zbyt drogo, bo więcej niż potrzeba wydaje na nawozy, by produkcja była obfita.

Zupełnie inaczej by było, gdyby w naszym modelu producent wkładu i posiadacz instalacji to byłby ten sam podmiot. W takim wariancie pofement trafiałby na pola – kapitalnie redukując zapotrzebowanie na nawozy w obiegu zamkniętym.

Jak to jest z tym biogazem w Polsce?

Czy faktycznie mamy zasoby po które warto by się schylić? A jeśli tak to jakie?

Co do zasady specjaliści szacujący nasze potencjały zliczają to, co mamy dziś, a to głównie różnorodne odpady (z bieżącej produkcji rolnej, z przemysłu spożywczego, z oczyszczalni ścieków i ich emisji biometanu). Nie jest tu zupełnie wliczany potencjał w postaci nieużytkowanych dziś ziem rolniczych, które mamy. A jest tego sporo.

Porównanie statystyk z przełomu transformacji gospodarczej (89/90) z dzisiejszymi wskazuje, że z użytkowania wypadło nam około 4 mln hektarów. Głównie ziemi ornej (owszem, zazwyczaj tej słabej), ale i trochę pastwisk. Stało się tak, bo produkcja żywności na tych terenach okazała się zbyt mało konkurencyjna wobec produkcji na terenach pozostałych.

Co prawda niecały ten obszar jest dziś do uruchomienia rolniczo. Bo część tej ziemi zalesiono, część zaś wykorzystano na budownictwo i rozwój infrastruktury. Ale wciąż, gdyby dobrze poszukać, to ok. 3 mln hektarów jest do uruchomienia. A ich potencjał produkcyjny jest na tyle duży, że pozwoliłby już na produkcję biogazu będącą z grubsza ekwiwalentem całego naszego aktualnego zapotrzebowania na gaz ziemny.

W dodatku w najbliższym czasie czeka nas kolejne starcie konkurencyjne z dostawcami tanich płodów rolnych oraz zmianami przyzwyczajeń konsumentów, które z naszej krajowej produkcji mogą wytrącić kolejne miliony hektarów. Szkoda, by to wszystko leżało odłogiem. Szkoda, by ludzie dziś zajmujący się rolnictwem, stracili produktywne zajęcie i źródło utrzymania. Dobrze, by nieproduktywne dziś tereny stały się już niedługo bazą dla produktywnych działań osób, które na wsi chciałyby odnaleźć swoje nowe miejsce w życiu.

Oto jak uwolnić potencjał biogazu. Potrzeba multienergetycznego Operatora

Oczywiście możemy w najbliższych latach liczyć na stopniowy postęp i wzrost w biogazie. Ale zdecydowanie potrzebujemy szybkiego przełomu. Czy możne taki zrealizować? Zdecydowanie tak.

Wyobraźmy sobie Operatora, który zajmie się zaopatrzeniem i koordynacją rynku. Będzie on dostawcą sprzętu i wiedzy jak dobrać sprzęt odpowiednio do istniejących zasobów rolników, ale również w części przypadków będzie także dostawcą (pośrednikiem) finansowania. Sprzęt lub pieniądze dostarczane przez Organizatora będą w lepszej cenie, niż gdyby było kupowane indywidualnie, bo gdzieś w ramach mądrego win-win będzie można podzielić się różnicą w marży tak, by było wielu chętnych na takie instalacje.

Organizator zapewni sobie odbiór energii elektrycznej czy biogazu ze wspartych przez siebie instalacji (a często w sprzyjających warunkach również energii cieplnej). Będzie miał też wpływ na standaryzację produkcji biogazu, jak i prawo do wydawania poleceń producentom, w którym momencie mają zasilać sieć energią, lub dostarczyć mu biogaz. A ten drugi może być wykorzystany różnorodnie – gdzie indziej przetworzony na energię elektryczną, energię cieplną lub zamiennik gazu ziemnego czy paliwa dla transportu spalinowego.

Dobrze by było, gdyby Operator był na tyle ważny w systemie gospodarczym kraju, żeby administracja chciała z nim dyskutować stosowne modyfikacje przepisów, jeśli takie byłby niezbędne dla dynamicznego rozwoju rynku. Wypadałoby, by takim Organizatorem był koncern multipaliwowy, odpowiednio zasobny i doceniający elastyczność takiego systemu (tu ukłony i wyrazy sympatii dla P. Prezesa Fąfary od autora tekstu, którego praca była przez P. Prezesa niegdyś nadzorowana). Owszem, na zbudowanie całej takiej sieci dostawców (energii, biogazu, ciepła), liczącej kilkadziesiąt tysięcy producentów, potrzeba by może prawie dekady, ale to i tak będzie pięć lat wcześniej niż pierwszy prąd, jaki dostaniemy z dużego atomu (i wyjdzie pewnie przynajmniej o połowę taniej niż instalacja do wytwarzania prądu z dużego atomu).

To nie byłby tylko zwykły biznes dla Operatora i jego kontrahentów. To byłaby głęboka zmiana w wynikach naszego handlu zagranicznego na poziomie całego kraju, gdyż moglibyśmy znacznie mniej importować surowców energetycznych. A wypracowana nadwyżka w wymianie handlowej to często ważna podstawa do ekspansji kapitałowej.

Jednocześnie miałoby miejsce zmniejszenie wahań cen zaopatrzenia w energię całej gospodarki. To byłoby też przyspieszenie zazielenienia energetyki. Powstałby w ten sposób też system rozproszony, tak ważny w niebezpiecznych czasach dla cywilów, ale i dla wojska. Dający równocześnie duże oszczędności na zmniejszeniu odległości, na jakie trzeba przesłać energię od miejsca wytwarzania do odbiorcy. To byłaby też sieć stabilizatorów innych wytwórców OZE – tych niestabilnych, a także dostęp do licznych rozproszonych źródeł ciepła redukujący zapotrzebowania na opał, więc i zmniejszający zapylenie. Lista potencjalnych pożytków jest tu bardzo długa.

Na stole więc jest pierwszy z tysiąca szalonych pomysłów. Jako prowokacja do tworzenia kolejnych, ale i materiał do przejrzenia dla tych, którzy mogliby to zrealizować.

Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej
Tytuł, lead, bullet pointy, śródtytuły i pogrubienia zostały dodane przez redakcję.

Zdjęcie główne: Ari Shojaei / Unsplash

Motyw