
Polska bez wątpienia jest tygrysem Europy Środkowej. Przez lata nasz wzrost gospodarczy budził podziw u zachodnich analityków. Najbliższe lata jednak nie będą już tak różowe. Jesteśmy coraz bardziej przygnieceni dziurą w finansach publicznych, a wzrost PKB będzie „dojrzewał” i hamował. Co to oznacza? Tyle, że w politycznym klinczu każda dodatkowa obietnica bez jasnego wskazania jej finansowania może być iskrą demolującą nasz kraj. Biznes Enter od miesięcy opisuje ciężki stan kasy państwa. Teraz najnowszy budżet na 2027 r. jedynie potwierdza nasze obawy. – On już na papierze wygląda groźnie – przestrzega osoba, która od lat zajmuje się tworzeniem budżetów Polski. Co takiego kryje ten dokument?
- Teza. Polska gospodarka bezpowrotnie zakończyła erę łatwego wzrostu uwięziona między gigantycznymi, nietykalnymi wydatkami państwa opiekuńczego a brakiem stabilnego i trwałego systemu ich finansowania.
- Dowód. Koronnym dowodem tego klinczu jest projekt budżetu na 2027 r., który zakłada przerażający deficyt na poziomie 7,1 proc. PKB (282,6 mld zł), którego łatanie oparto na kruchych, optymistycznych założeniach podatkowych, narażonych w każdej chwili na załamanie poprzez ryzyko prezydenckiego weta.
- Efekt. W efekcie kraj zmuszony jest do natychmiastowej, bolesnej transformacji z modelu napędzanego państwową konsumpcją na model oparty o produktywność i prywatne inwestycje, inaczej grozi mu niszczycielski skok kosztów obsługi długu oraz długotrwałe tąpnięcie wzrostu PKB do zaledwie 2 proc.
Spis treści
Zacznijmy od fundamentów – od tego, co rząd Donalda Tuska zapisał w swoim najnowszym planie finansowym na 2027 r. Liczby te mogą rodzić głęboki niepokój każdego analityka przyzwyczajonego do fiskalnej grawitacji.
Budżet na 2027 r. – liczby, które wyglądają coraz groźniej
Projekt budżetu na 2027 rok zakłada wydatki na astronomiczną kwotę 977,6 miliarda złotych, podczas gdy dochody państwa mają wynieść zaledwie 695,0 miliardów złotych.
Różnica to deficyt, który kolejny rok z rzędu przekroczyć 7 proc. (dokładnie 7,1 proc.). Takie liczby Donald Tusk zna już doskonale. Siódemkę z przodu Polska notowała tuż po kryzysie finansowym i zadłużeniowym w Europie. Wtedy jednak Stary Kontynent podnosił się z kolan po szokach gospodarczych, teraz sytuacja jest zgoła odmienna – mamy całkiem niezłą koniunkturę.
Sprawdźmy, na co rząd zamierza przeznaczyć tak gigantyczne środki? W obliczu trwającej wojny za wschodnią granicą, Polska podjęła bezprecedensowy wysiłek zbrojeniowy – przekonuje rząd. Widać to w liczbach. Wydatki na obronę narodową pochłoną w 2027 roku aż 198,1 miliarda złotych. Oznacza to osiągnięcie poziomu 4,51 proc. przewidywanego PKB – jednego z najwyższych wskaźników w całym NATO. W tym samym czasie nakłady na ochronę zdrowia rosną w lawinowym tempie, osiągając pułap 274,1 mld zł.
Wydatki socjalne, czyli dajemy na potęgę każdemu
Prawdziwą pętlą na szyi polskich finansów publicznych jest jednak sztywność wydatków socjalnych, które po latach licytacji politycznej stały się nietykalne dla jakiejkolwiek ekipy rządzącej. Budżet na 2027 rok betonuje ogromne transfery:
- Program „Rodzina 800+” to koszt 60,8 mld zł.
- Program „Aktywny Rodzic” pochłonie 7 mld zł.
- Wsparcie dla osób z niepełnosprawnościami wyceniono na 12,6 mld zł.
- Politycznie lukrowane 13. i 14. emerytury to koszt rzędu 32,1 mld zł.
Co więcej, system zostanie dociążony strukturalnie przez wejście w życie wyższej renty wdowiej (której wymiar wzrasta od stycznia 2027 r. z 15 proc. do 25 proc. drugiego świadczenia) oraz przez stałą waloryzację rent i emerytur pochłaniającą około 19 mld zł. Dodatkowe 7,8 mld zł pójdzie na podwyżki dla sfery budżetowej i nauczycieli. Tego pęczniejącego balonu wydatków nie da się zrównoważyć drobnymi korektami. Nie są one skierowane do tych, którzy tych pieniędzy rzeczywiście potrzebują, a do każdego – nawet tych najbogatszych.
Co po stronie dochodów?
Rząd próbuje zatem gorączkowo łatać stronę dochodową. Planuje się osiągnięcie 695 mld zł wpływów, czyli o 68,4 mld zł więcej niż przewidywane wykonanie w 2026 r.. Oczekuje się, że wpływy z VAT wzrosną do 363,7 mld zł (m.in. dzięki rosnącej konsumpcji oraz wdrożeniu Krajowego Systemu e-Faktur KSeF), a wpływy z CIT wyniosą 94,6 mld zł. Znalazły się tutaj rozwiązania podatkowe, które opisywaliśmy w Biznes Enter, takie jak podniesienie stawki CIT dla największych firm (z 19 proc. do 22 proc.) oraz tymczasowe podwyższenie opodatkowania sektora bankowego (do 26 proc. w 2027 r.) i branży energetycznej.
Planowane są również zmiany stawek VAT na napoje, mające przynieść dodatkowe 1,3 mld zł, oraz aktualizacja akcyzy na alkohol i wyroby tytoniowe z dochodami wyliczonymi na 100,1 mld zł, która jest silnie wątpliwa, gdyż na potęgę rośnie w Polsce szara strefa, o czym z kolei alarmowaliśmy TUTAJ.
Jednocześnie rząd mruga okiem do klasy średniej – wpływy z PIT (szacowane dla budżetu centralnego na 33,4 mld zł) ulegną transformacji – próg podatkowy dla stawki 12 proc. wzrośnie do 130 tys. zł, po czym wprowadzona zostanie nowa stawka 24 proc., a pułap wejścia w najwyższą stawkę 32 proc. zostanie przesunięty do 150 tys. zł. Ograniczona ma być również możliwość ucieczki na ryczałt ewidencjonowany, którego limit przychodów zostanie brutalnie ścięty z 2 mln euro do zaledwie 250 tys. euro. Rząd próbuje rozdawać więcej niż zbiera z gospodarki, która drastycznie wytraca prędkość.
Do tego, jak ostrzega agencja Fitch, klincz polityczny, czyli możliwe zawetowanie ustaw wzmacniających stronę dochodową naszych finansów, może się fatalnie skończyć dla wiarygodności prowadzenia przez rząd polityki fiskalnej.
„Wygląda to bardzo groźnie”
Biznes Enter nieoficjalnie rozmawiał z ekonomistą, który przez lata tworzył budżety Polski. Jego zdaniem najnowszy dokument rządu na 2027 r. jest bardzo groźny już na samym papierze, a co dopiero w wykonaniu, kiedy kilka założeń się może z niego nie spełnić (jak np. weta prezydenta Karola Nawrockiego, który zapowiedział, że nie pozwoli na podnoszenie podatków dla Polaków).
Im bardziej wchodzę w liczby, tym gorzej wygląda te 7,1 proc. PKB. To już jest poziom przekraczający pewną psychologiczną granicę. Bardzo wysoki deficyt, który praktycznie nie spada, mimo dobrej koniunktury, a do tego jest oparty na częściowo dyskusyjnych założeniach dochodowych, obciążonych ryzykiem prezydenckiego weta.W planie średniookresowym deficyt na 2027 r. miał wynieść 3,7 proc. PKB. Teraz rząd pokazuje prawie dwa razy więcej. Jeżeli dodatkowo zmaterializują się ryzyka po stronie dochodów, faktyczny punkt wyjścia może być jeszcze gorszy i zbliżyć się do ponad dwukrotności wcześniejszego planu deficytu – przekonuje.
Innymi słowy, jak tłumaczy ekspert, 7,1 proc. deficytu naszego kraju jest punktem wyjścia, a nie pesymistycznym scenariuszem. Według niego właśnie ten fakt „jest najbardziej niepokojące”.
Ten budżet już „na papierze” wygląda bardzo groźnie. Nie ma w nim komfortowego marginesu bezpieczeństwa na kolejne obietnice, negatywne szoki czy polityczne blokady. Pojawią się prognozy 7,5 a przy skrajnych obietnicach może 8 z przodu. Liczba 7,1 zamyka usta koalicjantom na jakiekolwiek obietnice. Ale rząd nie ma wyjścia, musi wpisywać działania dochodowe. No bo co ma robić. Cokolwiek musi robić.
W opinii ekonomisty sam prezydent w całej tej układance musi również zrozumieć swoją odpowiedzialność za finanse publiczne. – Teraz już nie ma przyjemnych decyzji. Każda decyzja o wecie musi zwierać analizę wpływu na stabilność finansów. Każde jego weto to dodatkowe punkty bazowe na rentownościach i iskra, która może rozpętać nad Wisłą małe piekło – dodaje.
Wydatki państw opiekuńczych, podatki z Irlandii
Dlatego też prawdziwą pętlą na szyi polskich finansów publicznych jest jednak to, co analitycy i eksperci tacy jak Sławomir Dudek z Rady Fiskalnej na łamach Biznes Enter określili mianem „sytuacji nie do utrzymania”. Problemem Polski nie jest mityczne wyciekanie VAT-u (które na tle całej gospodarki jest dziś marginalne), lecz drastyczny, strukturalny absurd. Wydatki państwa urosły w ostatnich latach ponad trzy razy szybciej niż jego dochody.
Słowem, doszliśmy do ściany. Polska stworzyła system, w którym wydatki państwa wynoszą obecnie 51 proc. PKB. Jest to szósty najwyższy wynik w całej Unii Europejskiej – obciążenie odpowiadające bogatym państwom opiekuńczym, takim jak kraje skandynawskie. Problem polega na tym, że przy wydatkach na poziomie państw opiekuńczych, nasze podatki i dochody budżetowe wciąż idą w stronę modelu rodem z Irlandii. Tego gigantycznego rozjazdu nie da się sfinansować bezkarnie.
To właśnie ten dysonans wygenerował deficyt sięgający blisko 300 miliardów złotych (około 7 proc. PKB) i wywindował koszty obsługi polskiego długu do poziomu wyższego niż w potężnie zadłużonej Grecji czy na Węgrzech.
Zamiast ratować sytuację, kolejne rządy wpadły w polityczną spiralę populizmu, bezrefleksyjnie dolewając oliwy do ognia. System został zabetonowany potężnymi transferami społecznymi, takimi jak „Rodzina 800+” (60,8 mld zł), 13. i 14. emerytura (32,1 mld zł) czy nowa renta wdowia. W efekcie państwo, niczym ociężały tankowiec, płynie dziś we mgle geopolitycznej niepewności, całkowicie pozbawione przestrzeni fiskalnej na wypadek pojawienia się niespodziewanych kryzysów – tzw. „czarnych łabędzi”.
Koniec ery łatwego wzrostu
I to wszystko dzieje się w najtrudniejszym dla nas momencie. Jak pisał w weekend Bloomberg, polska gospodarka wchodzi bowiem w znacznie trudniejszą fazę rozwoju niż do tej pory. Po latach napędzania wzrostu przez konsumpcję, inwestycje, fundusze unijne i rosnące wydatki państwa przychodzi czas na zaciskanie pasa. Według prognoz tempo wzrostu może spaść do około 2 proc. w 2030 r. Nie będzie to jeszcze stagnacja ani recesja, ale wyraźny koniec okresu gospodarczego rozpędu.
Zdaniem portalu problemem są przede wszystkim opisywane przez nas finanse publiczne. Wysokie wydatki społeczne, ogromne nakłady na obronność i rosnące koszty obsługi długu sprawiają, że państwo ma coraz mniej przestrzeni do dalszego pobudzania gospodarki. Jednocześnie trudno będzie ciąć wydatki, które przez lata stały się polityczną normą.
Polsce kończy się też część dotychczasowych silników wzrostu. Fundusze UE nadal będą wspierać inwestycje, ale ich efekt nie będzie trwał wiecznie. Konsumpcja może osłabnąć, a starzenie się społeczeństwa ograniczy możliwości dalszego zwiększania zatrudnienia.
Dlatego kolejna dekada będzie wymagała zmiany modelu. Polska nie będzie mogła już tak łatwo rosnąć dzięki większym wydatkom państwa i większej liczbie pracujących. Będzie musiała rosnąć dzięki produktywności.
Albo najnowsze technologie, albo śmierć
To właśnie inwestycje prywatne, automatyzacja, sztuczna inteligencja, innowacje i efektywniejsza gospodarka zdecydują, czy spowolnienie pozostanie łagodne. Polska ma mocne karty – duży rynek, przemysł, położenie w centrum europejskich łańcuchów dostaw i dostęp do jednolitego rynku UE.
Stawką najbliższych lat będzie więc nie samo ograniczenie deficytu, ale znalezienie równowagi między fiskalnym zaciskaniem pasa a utrzymaniem inwestycji, które mają zapewnić wzrost w przyszłości. Jeśli państwo zdoła ograniczyć nieefektywne wydatki, nie dusząc inwestycji, 2-procentowy wzrost może być ceną zdrowienia finansów. Jeśli jednak cięcia uderzą w produktywność, Polska może wejść w znacznie trudniejszy okres.
Tak więc, jak pisze Bloomberg, era łatwego wzrostu się kończy. Teraz Polska będzie musiała udowodnić, że potrafi rosnąć nie dzięki temu, ile wydaje państwo, lecz dzięki temu, jak efektywnie pracuje cała gospodarka.
Ostatni dzwonek dla władz
Polska wchodzi w fazę krytyczną, a obecny budżet stawia decydentów pod ścianą. Kluczem do przetrwania będzie teraz nadzwyczajna dojrzałość i odpowiedzialność całej klasy politycznej.
Wchodzimy w okres, podczas którego przy obecnym poziomie wydatków, potężnym zadłużeniu i nadciągającym wyhamowaniu gospodarki do 2 proc., byle pretekst może podpalić fundamenty najpotężniejszego gospodarczego cudu Europy Środkowej. Najbliższe miesiące odpowiedzą na pytanie, czy polskie elity dorosły do zarządzania państwem, które właśnie pokonuje najostrzejszy zakręt w swojej współczesnej historii.
Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter
Zdjęcie główne: Kancelaria Premiera/Flickr
