Partnerzy merytoryczni
Andrzej Domański przemawia podczas spotkania z przedsiębiorcami. Po jego prawej siedzi wpatrzony w niego Donald Tusk.

Tego zjawiska obawia się każdy rząd w Polsce. Szara strefa nad Wisłą rośnie i ma się świetnie

Szara strefa w Polsce rośnie, a nasz kraj, jak i cała Europa są przygniecione nadregulacjami, które uderzają nie tylko w biznes, ale także w przychody podatkowe. Aby to zmienić, deregulacja musi być systemowa, a przewidywalność prawa najwyższą wartością dla rządzących – mówi Biznes Enter Agata Kotwica-Stefańska, prawniczka Mariański Group.

  • Teza. W Polsce rośnie szara strefa, do czego przyczynia się m.in. nadregulacja prawa unijnego, jak i nieefektywna deregulacja poszczególnych wycinków gospodarki.
  • Dowód. Widać to w przypadku branży tytoniowej. W 2025 r. szara strefa w niej osiągnęła 7,5 proc., co oznacza skokowy wzrost. Zdaniem mec. Agaty Kotwicy-Stefańskiej to efekt dokręcania śruby sektorowi w postaci wyższej akcyzy. Konsumenci w następstwie nie przestają palić czy używać innych wyrobów tytoniowych; oni po prostu szukają tańszej alternatywy.
  • Efekt. Na tej sytuacji tracą wszyscy. Państwo, ponieważ uszczuplają się jego wpływy z podatków. Konsumenci, gdyż spożywane przez nich towary nie są odpowiednio przetestowane i przebadane. Wreszcie sami przedsiębiorcy, którzy w razie kryzysu np. zdrowotnego mają problem z uzyskaniem pomocy, gdyż na co dzień nie odprowadzają składek.

Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter: Żyjemy na najlepszym kontynencie na świecie?

Agata Kotwica-Stefańska, prawniczka Mariański Group: Oczywiście, że tak. Choć ten kontynent ma jeden podstawowy problem.

Nadregulacja prawa europejskiego problemem Polski

Jaki?

Unia Europejska uchodzi za przeregulowaną praktycznie w każdym aspekcie, za który decyduje się zabrać. To powszechny problem, z którym zmagamy się na co dzień również w Polsce.

Bruksela wydaje rozporządzenia, wydaje dyrektywy, a Warszawa ma nowe prawo opracować i wprowadzić w życie. Gdzie rodzi się problem?

Odpowiedzią na to pytanie jest jedno słowo – nadregulacja.

Rozwiń, proszę, myśl.

Z bliżej niezrozumiałych mi powodów – być może z chęci bycia unijnym „prymusem” – wprowadzając prawo wspólnotowe do naszego porządku prawnego, niemal zawsze dodajemy od siebie własne, surowsze zasady. Sztandarowym przykładem jest tu RODO. Choć mechanizmy dyrektywy były powszechnie znane, ostatecznie okazało się, że polskie przepisy poszły o krok dalej i zostały mocno zaostrzone. Podobne obawy towarzyszą nam dzisiaj w oczekiwaniu na dyrektywę dotyczącą sztucznej inteligencji (AI), która w polskich warunkach prawdopodobnie znów okaże się znacznie bardziej rygorystyczna.

Ale przecież teraz jednym z głównych haseł rządu jest deregulacja.

To tak nie działa. Dziś państwo działa w sposób dwutorowy. Z jednej strony faktycznie widzi problemy i podejmuje próby deregulacji określonych wycinków gospodarki, ale z drugiej – niemal w tym samym czasie wprowadza nowe ustawy, które nakładają na firmy kolejne obciążenia. W ogólnym bilansie obciążenia te wciąż rosną, zamiast maleć. Sama deregulacja jest zjawiskiem niezwykle pożądanym, ale musi być procesem systemowym, niejako naturalnie wpisanym w tworzenie prawa, a nie doraźną akcją polityczną. Legislator podczas projektowania nowych przepisów zawsze powinien mieć z tyłu głowy podstawowe zasady: prawo musi być przejrzyste, planowane, przewidywalne, proporcjonalne i co najważniejsze – egzekwowalne.

Jeśli brakuje choćby jednego z tych filarów, przepisy stają się nieproporcjonalnie uciążliwe lub zwyczajnie martwe. Deregulacja fragmentaryczna po prostu się nie sprawdza, ponieważ wyrwane z kontekstu zmiany przestają pasować do całego spójnego systemu.

Rośnie szara strefa w Polsce

I do czego to prowadzi?

Tu dochodzimy do sedna sprawy. Przerost obciążeń uderza w przedsiębiorców od lat. Czym to skutkuje? Szarą strefą, która w Polsce rośnie w ogromnym tempie i mało kto na ten temat mówi. Weźmy na przykład branże takie jak alkohol, tytoń czy paliwa, które są u nas w szczególny sposób regulowane. Wiadomo, że z punktu widzenia polityki nikt nie boi się zwiększać na nie podatków, argumentując to na przykład kwestiami zdrowotnymi.

Jednak prawda jest taka, że nieprzewidywalne, gwałtowne zmiany wymuszane na firmach w żaden sposób nie obniżają popytu na te produkty. Przykładowo, na stole leży teraz projekt nowelizacji, który między innymi drastycznie ograniczy rynek legalnych saszetek nikotynowych poprzez wymóg, aby posiadały one wyłącznie zapach i smak tytoniu. Jeżeli więc popyt na te produkty pozostanie na tym samym poziomie, a państwo sztucznie ograniczy podaż lub nałoży podatki windujące ceny, konsument nie przestanie ich używać – on po prostu zacznie szukać alternatywy w nielegalnych źródłach. Widzimy to w statystykach – w 2025 r. szara strefa w branży tytoniowej osiągnęła 7,5 proc., co oznacza skokowy wzrost. Z podobnym zjawiskiem zmagamy się w przypadku alkoholu oraz hazardu online, nad którym kontrola państwa bywa iluzoryczna.

Agata Kotwica-Stefańska w białej koszuli, uśmiechnięta.
Kancelaria Adwokacka Adwokat Agata Kotwica – Stefańska / Facebook

Jakie są konsekwencje takiego stanu rzeczy dla całej gospodarki? Kto ostatecznie wystawia za to rachunek?

Wszyscy. Ucieczka firm do szarej strefy to potężny cios dla skarbu państwa, z którego uciekają ogromne pieniądze pochodzące z nieujawnionych dochodów i nieodprowadzonych podatków. Konsumenci tracą, ponieważ korzystają z produktów, nad którymi nikt nie sprawuje kontroli jakości ani bezpieczeństwa. Tracą pracownicy, którzy wykonują obowiązki bez oficjalnych umów, nie mając zagwarantowanego ubezpieczenia ani stabilności zatrudnienia.

Jeśli coś im się stanie, stają się ciężarem dla państwowego systemu opieki, na który przecież nie odprowadzali składek. Państwo traci więc podwójnie. Warto przy tym odczarować pewien mit – dzisiejsza szara strefa to już nie są stragany na bazarze, jak miało to miejsce 20 lat temu. Obecnie mówimy o świetnie zorganizowanych grupach przestępczych, przypominających korporacje, które wykorzystują w swojej działalności internet, drony i profesjonalnych kurierów.

Polska jest nieprzyjaznym krajem inwestycjom

Jeśli spojrzymy z lotu ptaka na polską gospodarkę, stopa inwestycji wynosi zaledwie około 16-17 proc., co jest wyjątkowo słabym wynikiem w skali Unii Europejskiej. Czy ten inwestycyjny marazm jest bezpośrednią winą labilnego otoczenia biznesowego i nieustannych zmian prawa?

Zdecydowanie. Dla każdego przedsiębiorcy kluczowa jest możliwość długofalowego planowania. Nikt o zdrowych zmysłach nie zainwestuje miliardów złotych w środowisku, w którym nie wie, czy po zakończeniu inwestycji prawo wciąż pozwoli mu funkcjonować na pierwotnych zasadach. Duży inwestor z kapitałem, widząc tak wysoką niestabilność polskiego prawa, woli wybrać jurysdykcję, w której postawienie dużej hali zajmie mu rok, zamiast borykać się z latami oczekiwania na biurokratyczne pozwolenia, co nadal jest w Polsce normą pomimo pewnych uproszczeń. Kolejnym czynnikiem jest mordercze tempo zmian.

Na przykład nakładanie na firmy obowiązku nowych raportów czy podatków z zaledwie 30-dniowym terminem przygotowania zakrawa o absurd. Od lat bezskutecznie postulujemy wprowadzenie minimalnego, 6-miesięcznego okresu vacatio legis oraz wprowadzanie kluczowych przepisów wyłącznie od początku roku budżetowego. Gdy przedsiębiorca jest o zmianach informowany z odpowiednim wyprzedzeniem, może zracjonalizować wydatki we własnym budżecie i nie musi przerzucać całego 100-procentowego kosztu nowej ustawy na konsumenta.

Zdiagnozowaliśmy problem: brak stabilności, rozrost administracji uderzający w sektor MSP, nadregulacje. Gdzie w takim razie leży remedium? Co zrobić, aby odwrócić ten szkodliwy trend?

Przede wszystkim musimy zaprzestać natychmiast produkcji „pustego” prawa. Należy regulować to, co jest konieczne, ale w sposób przemyślany i poparty rzetelnymi konsultacjami rynkowymi. Politycy nie są specjalistami we wszystkich dziedzinach gospodarki, dlatego legislacja powinna powstawać we współpracy z ekspertami branżowymi, a nie w zaciszu politycznych gabinetów.

Ale to chyba za mało.

Oczywiście. Prawdziwą reformą powinna być prewencja i egzekwowanie prawa, a nie generowanie pustych kosztów. Świetnym tego przykładem są paliwa – udało się tam skutecznie ograniczyć nadużycia nie przez dodawanie firmom obciążeń, ale poprzez wprowadzenie sprytnych narzędzi kontrolnych, pokazując, że to nieuchronność kary działa najlepiej. Podsumowując, deregulujmy mądrze. Biznes potrzebuje stabilnego prawa przygotowanego na lata, a nie medialnych regulacji kreowanych na pokaz, które po kilku miesiącach wymagają kolejnych nowelizacji. Róbmy to po prostu systemowo.

Rozmawiał Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter

Zdjęcie główne: KPRM / Flickr

Motyw