Partnerzy merytoryczni
Kominy fabryki

Przeregulowani i spóźnieni. Dlaczego polski i europejski przemysł dusi się we własnym prawie?

Gdy amerykańscy i azjatyccy giganci uciekają do przodu, Europa tonie w biurokracji i drastycznie rosnących kosztach transformacji. Dlaczego rodzimy biznes, zamiast kreować trendy, zmuszony jest do ciągłego „gaszenia pożarów”? O zabójczych dla innowacji regulacjach, dramatycznym drenażu mózgów i cenie, jaką płacimy za brak stabilności prawnej, Biznes Enter rozmawia z Kamilem Moskwikiem, analitykiem gospodarczym, który przebadał trendy w przemyśle ostatnich lat.

  • Teza. Nadmierne przeregulowanie i brak przewidywalności otoczenia prawno-biznesowego dławią polski oraz europejski przemysł, pozbawiając go zdolności do innowacji i skutecznego konkurowania na rynkach globalnych.
  • Dowód. Skokowy wzrost kosztów wynikający z unijnych regulacji (np. system ETS w hutnictwie, gdzie opłaty wzrosły z 2-3 do 60-70 euro) oraz twarde dane z badania Boston Consulting Group, które pokazują, że aż 65 proc. firm w ogóle nie jest gotowych na proces transformacji.
  • Efekt. Postępująca marginalizacja gospodarcza Europy, ucieczka konsumentów do szarej strefy w wyniku nagłych wstrząsów podatkowych oraz dramatyczny drenaż umysłów – masowy wyjazd najzdolniejszych badaczy i studentów do Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu lepszych warunków do rozwoju.

Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter: Przemysł europejski upada, wszyscy mówią o podmywaniu konkurencyjności naszego kontynentu. Jak bardzo jest źle?

Kamil Moskwik, analityk gospodarczy: Obraz jest niestety dość jednoznaczny. Przemysł, zarówno ten silnie regulowany, jak i całkowicie rynkowy, musi wciąż dostosowywać się do zmieniających się okoliczności. A te w ostatnich latach nie sprzyjają rozwojowi. Wprost przeciwnie.

Klasycznym przykładem problemów Europy jest sektor motoryzacyjny. Przez równe sto lat technologia silnika spalinowego stanowiła potężną barierę wejścia na ten rynek. Wynikało to z faktu, że nowi gracze musieliby poświęcić dziesiątki lat na kosztowne badania, by dogonić gigantów. Rewolucja aut elektrycznych całkowicie obaliła ten porządek – bariera wejścia drastycznie spadła, pozwalając na przejmowanie rynku przez innowacyjne firmy, które nie posiadały potężnego know-how z zakresu silników spalinowych. Potentaci musieli dokonać bolesnej transformacji wyłącznie pod ogromną presją technologiczną nowej konkurencji.

Skutki takich globalnych wstrząsów odczuwa również przemysł ciężki?

Zdecydowanie. Spójrzmy na hutnictwo. W przeszłości tradycyjne piece stalowe stanowiły rozwiązanie nie tylko wysoce efektywne pod kątem produkcji, ale też racjonalne kosztowo. Ten model zburzyła presja regulacyjna Unii Europejskiej. Wprowadzenie i gwałtowne uszczelnienie systemu ETS sprawiło, że koszty, które dawniej wynosiły 2-3 euro, błyskawicznie wystrzeliły do 60-70 euro. Ten drastyczny skok sprawił, że rachunki stały się kluczowym obciążeniem dla hut, co zresztą od początku było celowym zamierzeniem ustawodawcy, by wymusić transformację. Efekt był taki, że przemysł musiał ewoluować i przejść na produkcję za pomocą nowoczesnych pieców elektrycznych.

Kamil Moskwik

Widzimy więc presję technologiczną i prawną. Z jakim jeszcze frontem walki spotykają się dziś firmy?

Niezwykle ciekawym poligonem doświadczalnym jest sektor tytoniowy, który musiał jednocześnie zmierzyć się z trzema siłami. Jedna to presja regulacyjna, czyli polityka podatkowa oparta o rosnącą akcyzę i VAT. Druga to presja konsumpcyjna, która skutkuje gwałtowną zmianą nastrojów społecznych i trendem promującym zdrowy styl życia. Ważnym aspektem jest także presja technologiczna. Firmy muszą wytworzyć produkt, który będzie nie tylko społecznie akceptowalny, ale też zgodny z twardym prawem, co wymusiło przeprowadzenie kosztownych badań klinicznych.

Reakcją branży na te trzy siły było wdrożenie z sukcesem podgrzewaczy tytoniu, które na etapie projektowania wymagały gigantycznych nakładów inwestycyjnych. Jakie to dało efekty? Dzięki sprawnemu złączeniu nowoczesnej technologii z rygorystycznymi regulacjami, w 2024 r. ten rynek był wyceniany na około 60 mld dol. Biorąc pod uwagę szacowany 5-letni wskaźnik CAGR na poziomie 60 proc., przewiduje się, że do 2030 r. osiągnie on wręcz astronomiczną wartość rzędu 900 mld dol.

Cena niestabilności. Jak gaszenie pożarów zabija marże

Poruszyłeś w tym miejscu kluczową kwestię, o której alarmuje sam NBP w raportach o barierach rozwojowych – chodzi o brak przewidywalności otoczenia prawno-biznesowego. Jak ten brak stabilności przekłada się na realne koszty i rozwój rynku?

To fundament ekonomii. Jeśli działamy na przewidywalnym rynku i posiadamy dobrze zaprojektowany, innowacyjny produkt, możemy na nim zarabiać i funkcjonować bez ponoszenia większych nakładów inwestycyjnych przez kolejnych 10-15 lat. Jednak na rynku niestabilnym nie wiemy, jak drastycznie zmieni się prawo, technologia czy zachowania konsumenckie, więc nasza dzisiejsza rynkowa przewaga może jutro pociągnąć cały biznes na dno.

Zresztą potwierdzają to twarde dane. Boston Consulting Group przebadało grupę 850 firm pod kątem ich gotowości na zmiany. Okazało się, że zaledwie 35 proc. z nich posiada wskaźniki transformacyjne na etapie dojrzałości pozwalającej na realne ich wdrożenie. W praktyce oznacza to alarmującą sytuację: niemal trzy czwarte firm w ogóle nie jest gotowych na proces transformacji.

Co gorsza, badania rynkowe McKinseya udowadniają, że firmy potrafiące wyprzedzać trendy i podejmujące decyzje strategiczne w oparciu o zaawansowaną analitykę danych, rosną nawet od 5 do 6 razy szybciej od reszty rynku. Bo to dostosowywanie się do niespodziewanych wstrząsów stanowi dziś największy koszt – antycypacja i wcześniejsze dostrojenie procesu produkcyjnego czy produktu do zmiany jest o wiele tańsze.

Skoro wspomnieliśmy o polityce państwa – rząd pilnie szuka środków finansowych, więc rygorystyczna polityka podatkowa staje się coraz mniej przewidywalna, a obiecane vacatio legis jest często zupełnie ignorowane. Jak przemysł reaguje na takie nagłe szoki kosztowe?

Jeśli przedsiębiorca z dnia na dzień otrzymuje informację o wyższej akcyzie, nie ma innej możliwości, jak zrewidować politykę cenową i przerzucić ten wyższy koszt na konsumenta końcowego. Tu pojawia się ogromne niebezpieczeństwo. Oczekując na akceptację wyższej ceny przez rynki, państwo otwiera potężne wrota do szarej strefy. Konsument, widząc na horyzoncie ten sam produkt tańszy o 40 proc., czy 50 proc. ze względu na obejście oficjalnych regulacji, czy np. przemyt, po prostu ulega pokusie.

Widać to było na przykładzie mojego dziadka, który walcząc z nałogiem palenia, przy każdej podwyżce cen po prostu zaczynał szukać na rynku tańszych alternatyw z nielegalnych źródeł, zamiast faktycznie rzucać. Polityka podatkowa rządu prowadzona bez długoterminowych map drogowych i w całkowicie zaskakujący sposób bywa po prostu w dłuższym terminie kontrproduktywna dla Skarbu Państwa.

Państwo to twórca innowacji czy hamulec rozwoju?

Jak w tym układzie odnajduje się kluczowy sektor dla bezpieczeństwa ekonomicznego, czyli energetyka?

Rozmawiając z inwestorami w branży energetycznej, słyszę głównie frustrację, gdyż nie potrafią oni jasno sprecyzować, w jakim kierunku zmierzać będzie ogólnokrajowa polityka. Aby wielki, globalny gracz zechciał wejść na polski rynek i zainwestować tu miliardy w innowacje technologiczne, musi posiadać czytelną perspektywę i gwarancję zysku przewidywalną na kolejne 5-10 lat. Brak owych stabilnych, państwowych „kamieni milowych”, niezbędnych w planowaniu korporacyjnym, często zniechęca do ryzyka.

Skoro regulator posiada w rękach stery prawne, czy potrafi faworyzować wybrane podmioty?

To bardzo powszechne zjawisko. Zestawmy wielkiego monopolistę z małym, niezwykle innowacyjnym startupem. Duży podmiot bez mrugnięcia okiem wytrzyma 5-, 6-letnie okresy przestoju związane z załatwianiem certyfikacji i brnięciem przez uciążliwy proces legislacyjno-administracyjny. Mają po prostu zasoby, by budować bariery wejścia i wzmacniać kapitał.

Natomiast startup o niewielkim, precyzyjnie przeliczonym budżecie w tym samym czasie całkowicie wykrwawi się finansowo i upadnie, nawet pomimo faktu, że mógł rozwijać znacznie lepszą, wyprzedzającą epokę technologię. Regulator w ten sposób, często nie do końca świadomie, skutecznie cementuje pozycję liderów rynkowych, zaduszając mniejszą, obiecującą konkurencję.

Przebudzenie Europy i szukanie odpowiedzi

No dobrze. Zdefiniowaliśmy sobie barierę. To teraz najważniejsze – jak odwrócić to wszystko, o czym mówisz. Gdzie jest remedium?

Zmiana nie dokona się na poziomie pojedynczych działań administracyjnych. Istotne jest połączenie sił państwa i biznesu. Ważną kwestią jest decyzyjność, która powinna opierać się o big data. Środowisko biznesowe musi rozbudowywać działy R&D (badań i rozwoju), prognozować i opierać modele działania ściśle o sygnały analityczne, by z odpowiednim wyprzedzeniem unikać drastycznych kosztów dostosowawczych do rynku, który zaczął się już zmieniać.

Coś jeszcze?

Zdecydowanie. Konieczny jest też pełen obopólny dialog z administracją i przejrzystość w zakresie podatków w postaci jasnych map drogowych, aby organy decyzyjne przestały zaskakiwać firmy stanowionym prawem.

W końcu biznes nie może lekceważyć zaawansowanej personalizacji konsumentów oraz nastrojów lokalnych. Modele stosowane za granicą przy planowaniu chociażby fabryk świetnie włączają samorządy i lokalne organizacje do trójstronnego, pełnego zrozumienia dialogu, unikając narzucania własnej racji w agresywny sposób.

To wszystko to znakomite wzorce, ale brakuje nam spektakularnych sukcesów globalnych, wybitnych innowacji, które pociągnęłyby zachodnią widownię. Z czego to wynika?

Przede wszystkim polskim naukowcom nie brakuje genialnych pomysłów. Zauważam jednak błędną strategię w procesach komercjalizacyjnych i potężną presję na szybki sukces wywieraną przez inwestujące fundusze celowe. Fundusze oczekują gotowego, wdrożonego w moment produktu, nie potrafiąc założyć i zaakceptować strat na początkowym etapie rozwoju technologicznego. A przecież szwedzkie Spotify to efekt wizji jednego młodego, upartego człowieka z nieskomplikowanym pomysłem, który po prostu potrafił stawić czoła branży i dał pomysłowi odpowiedni czas dojrzewania aż po globalny triumf.

Chcesz powiedzieć, że raz po raz przegrywamy walkę o przetrwanie przez przeregulowanie prawne?

Bardzo dobrze zdefiniował to Mario Draghi w swoim raporcie. Nie potrafimy ścigać się pod kątem implementacji nowych rozwiązań rynkowych, przez co z ogromną prędkością odjeżdżają nam USA, Chiny czy Japonia. Dowodem są ostatnie sygnały płynące chociażby z prezydencji niemieckiej i francuskiej sugerujące poluzowanie niszczącej presji kosztowej systemu ETS. Spójrzmy prawdzie w oczy. Nawet pomimo naszej bezcennej spuścizny badawczej i akademickiej ikony potęgi europejskiej na miarę Sorbony czy Oksfordu, nasze europejskie innowacje kuleją. Amerykanie i Azjaci pokonują nas sprawnością, czego najlepszym dowodem jest przytłaczające zjawisko potężnego drenażu intelektualnego – rzesze naszych obiecujących studentów, poszukujących sukcesu, niemal od razu przenoszą się i wyjeżdżają realizować własne marzenia do Stanów Zjednoczonych. Na Starym Kontynencie zostaje ich dramatycznie z każdym rokiem po prostu coraz mniej.

Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter

Zdjęcie główne: Pexels/C0

Motyw