
Podatek liniowy miał w założeniu ożywić gospodarkę i zachęcić Polaków do przedsiębiorczości. I trzeba tu zatem jasno podkreślić, że to rozwiązanie spełniło swoje zadanie, choć raczej nie w sposób, na jaki liczyli jego twórcy. Polska nie stała się bowiem kolejną Krzemową Doliną. Natomiast ci, którzy w kraju nad Wisłą zarabiali najlepiej, mogli sobie jeszcze przy okazji zoptymalizować podatki. Sytuacji nie odkręciła korekta dokonana przez rządzących po pięciu latach.
- Teza. Podatek liniowy napędził w Polsce przedsiębiorczość, ale nie taką, na jaką liczyli jego twórcy. Zamiast innowacyjnych spółek i nowych miejsc pracy nasz kraj zapełnił się jednoosobowymi działalnościami gospodarczymi, które de facto były zamiennikami pracy na etacie.
- Dowód. Takie wnioski płyną z najnowszego artykułu polskich badaczy, którzy przeanalizowali wpływ reform podatkowych z 2004 i 2009 r. na polską przedsiębiorczość. Ich analiza wskazuje, że chociaż po wprowadzeniu podatku liniowego liczba przedsiębiorstw w Polsce wzrosła, to jednak w większości były to podmioty rejestrowane przez najlepiej zarabiających, którzy chcieli w ten sposób zoptymalizować swoje zobowiązania podatkowe.
- Efekt. Podatek liniowy z jednej strony stworzył warunki do swoistego „boomu przedsiębiorczości” w Polsce. Z drugiej jednak nie przełożył się w znaczący sposób na rozwój innowacyjności oraz zwiększenie miejsc pracy w naszym kraju.
Podatek liniowy stał się bramą do optymalizacji podatkowej. Spis treści
W Journal of Public Economics ukazało się badanie, które rzuca nowe światło na krajowy system podatkowy i samozatrudnienie. Justyna Klejdysz i Tom Zawisza, jego autorzy, w pracy „Taxation and business entry: Evidence from the Polish self-employment” (pol. „Opodatkowanie i rejestracja działalności gospodarczej: dane z polskiego samozatrudnienia”, tłumaczenie własne) przyjrzeli się wpływowi reform podatkowych z lat 2004 i 2009 na polską przedsiębiorczość.
Kluczową zmianą jest wprowadzony 19-proc. podatek liniowy. To on otworzył bramę do samozatrudnienia rzeszy Polaków. I, jak wskazują badacze, przyniósł on ze sobą szereg konsekwencji.
Podatek liniowy miał pobudzić gospodarkę i zachęcić do przedsiębiorczości
Podatek liniowy w 2004 r. wprowadził rząd Leszka Millera, ówczesnego lidera SLD (dzisiejszej Nowej Lewicy). To zresztą był trend w naszym regionie. Wspomniana Justyna Klejdysz w rozmowie z Oko.press wskazywała, że tego typu danina cieszyła się popularnością w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. W latach 2001-2009 wprowadziły go m.in. Rosja, Słowacja, Czechy, Bułgaria czy Węgry.
Podatki liniowe miały być sygnałem, że gospodarka jest zorientowana na rynek. Zwolennicy postulowali, że pobudzają przedsiębiorczość, upraszczają system podatkowy i zmniejszają szarą strefę.
Justyna Klejdysz, doktorantka Uniwersytetu Ludwika i Maksymiliana w Monachium oraz ifo Institute, w rozmowie z Oko.press w 2024 r.
We wspomnianym badaniu czytamy, że zwolennicy reformy podatkowej przekonywali, że obniżenie i ujednolicenie stawek podatkowych dla przedsiębiorców będzie stymulować rozwój gospodarki, a także zachęci do raportowania dochodów, co przyczyni się do ograniczenia szarej strefy. Ponadto podatek liniowy miał sprawić, że system będzie przejrzysty, co z kolei zachęci Polaków do przedsiębiorczości.
19-proc. podatek dla przedsiębiorców zresztą nie był jedyną opcją na stole. Rok 2003 naznaczyła gorąca debata publiczna nad Wisłą, podczas której rozważano inne warianty reformy. Jednym z nich była np. 50-proc. stawka podatku dochodowego w skali progresywnej, a więc obciążeni by nią byli najlepiej zarabiający. To istotne, ponieważ ostatecznie polskie państwo poszło w zupełnie przeciwnym kierunku.
Podatek liniowy napędził przedsiębiorców, jak i „przedsiębiorców”
Efekt tej reformy był taki, że „etatowcy” mieli trzy stawki podatku dochodowego (które rosły progresywnie), czyli 19, 30 i 40 proc., podczas gdy przedsiębiorcy – wyłącznie 19 proc. Jak nietrudno się domyślić, w następstwie tak zbudowanego systemu podatkowego w kraju nad Wisłą samozatrudnieni wyrastali jak grzyby po deszczu. Badacze szacują, że zwiększenie różnicy w opodatkowaniu o 1 punkt procentowy przełożyło się na wzrost udziału samozatrudnionych o 0,9 proc. w ciągu pięciu lat od reformy.
Dotyczyło to szczególnie osób o najwyższych dochodach, czyli tych, które na etacie musiały uiszczać najwyższy podatek dochodowy. Widać to było w szczególności w takich sektorów jak finanse, IT, nieruchomości czy usługi medyczne. W górnych 2 proc. najlepiej zarabiających udział samozatrudnionych wzrósł o 1,8 pp. (czyli o 3,6 proc.) w ciągu pięciu lat, ale już w grupie 1 proc. osób z najwyższą pensją udział JDG skoczył z 50 proc. w 2003 r. do 74 proc. w 2008 r.
Czy to oznacza, że Polacy nagle odkryli w sobie „żyłkę przedsiębiorczości”? W niektórych przypadkach zapewne tak – korzystniejsza forma opodatkowania prawdopodobnie skłoniła część osób wahających się do zaryzykowania i postawienia na własny biznes. Autorzy badania jednak wskazują, że to takie przypadki należą do mniejszości. Przeważnie JDG służyło podatnikom do tzw. reklasyfikacji dochodów, czyli do optymalizacji podatkowej.
Optymalizacja podatkowa na JDG
Badacze przywołują kilka argumentów za taką tezą. Jednym z nich jest fakt, że ok. 60 proc. osób, które po wejściu w życie reformy przeszły na samozatrudnienie, po siedmiu latach nadal funkcjonowało jako „solo samozatrudnieni”. To oznacza, że nie zatrudniali pracowników ani nie tworzyli żadnych nowych spółek.
Tylko ok. jedna piąta tuż po reformie świeżo upieczonych przedsiębiorców z czasem stała się pracodawcami lub wspólnikami w kolejnych podmiotach. Pozostałe 20 proc. zaś zrezygnowało z samozatrudnienia przed upływem siedmiu lat.
Reforma podatkowa z 2004 r. zatem z jednej strony zachęciła wysokiej klasy specjalistów – szczególnie tych najlepiej zarabiających – do zakładania własnej działalności, co w pewnym sensie nakręciło w Polsce swoisty „boom na przedsiębiorczość”. Z drugiej strony przedsiębiorczość ta w większości przypadków ograniczyła się do zmiany formy prawnej świadczonej pracy, a nie do tworzenia nowych miejsc pracy czy do zakładania innowacyjnych firm.
Skutki tak rozumianej polityki gospodarczej odczuł też budżet państwa. Autorzy badania wskazują, że znacząca była tzw. zbędna strata społeczna (deadweight loss), co trzeba rozumieć jako skłanianie podatników przez system podatkowy do zmiany swojej formy rozliczenia bez idącej wraz z tym realnej zmiany ich produktywności. Jednocześnie spadek dochodów budżetowych wynikający z przechodzenia pracowników etatowych na samozatrudnienie wyłącznie dla celów podatkowych badacze szacują na poziomie 5,5 proc.
Trend wyhamowała reforma z 2009 r.
Rządzący zauważyli odpływ podatników w kierunku atrakcyjniejszej formy rozliczania się z fiskusem i postanowili mu przeciwdziałać poprzez spłaszczenie progresywnej skali podatkowej w 2009 r. Innymi słowy, pracownicy na etacie nie mieli już trzech, a dwie stawki podatku – 19 i 32 proc. Granicznym limitem przychodów, po którym podatnik „wskakiwał” w drugi próg, była kwota 85 528 zł.
Ta reforma miała ograniczyć atrakcyjność przechodzenia na samozatrudnienie. I jej efekt widać w statystykach. Badacze wskazują, że ta zmiana doprowadziła do wyhamowania o ok. 87 proc. wzrostu netto przejść na samozatrudnienie w porównaniu z okresem 2004-2008.
To nie oznacza jednak „powrotów” z JDG na etat. Powyższe dane oznaczają raczej, że ci, którzy nie załapali się na eldorado pod nazwą „podatek liniowy”, po 2009 r. machnęli na to ręką. Spóźnialscy uznali, że wolą pod koniec roku zapłacić wyższy PIT, niż użerać się z biurokracją związaną z zakładaniem własnej firmy i potem załatwiać takie formalności, jak np. księgowość.
Badacze podkreślają, że ci, którzy wcześniej przeszli na samozatrudnienie, rzadko kiedy powracali na etat po 2009 r. Naukowcy doszli zatem do wniosku, że gdy podatnik raz podejmie decyzję o przedsiębiorczości, jest już w niej wytrwały i nie zniechęca go nawet zmniejszenie zachęt podatkowych. A zatem reforma z 2009 r. nie cofnęła zmian strukturalnych na rynku pracy, które zaszły po 2004 r. Ona jedynie wyhamowała trend przechodzenia kolejnych pracowników na JDG.
Krystian Rosiński, dziennikarz i wydawca Biznes Enter
Zdjęcie główne: Adrian Grycuk / Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0 PL