Partnerzy merytoryczni
Zdjęcie przedstawia polskiego stańczyka dumającego nad skutkami wejścia do strefy euro

Polska „stańczykuje”, podczas gdy Węgrzy „wracają do Europy”. Euro znowu w centrum politycznej debaty

Péter Magyar to rewolucjonista. Rewolucja zaś nie lubi marnować czasu – aby trwać, musi wciąż być nakręcana nowymi zmianami. Mechanizm ten doskonale rozumie nowy premier, który po decyzjach wewnętrznych wykonał pierwsze kroki w polityce zagranicznej. Lider partii TISZA potwierdził swoją obietnicę wyborczą odnośnie do zastąpienia węgierskiego forinta prez euro. Czy Polska powinna iść drogą wytyczaną właśnie przez Budapeszt?

  • Teza. Liczba państw z narodowymi walutami w Unii Europejskiej topnieje. Podczas gdy Polska wciąż nie podjęła jasnej decyzji co do swojej przyszłości we wspólnocie walutowej, coraz mniej państw wspólnoty jest w analogicznej sytuacji do naszej.
  • Dowód. Węgry po wielu latach wracają do koncepcji przyjęcia euro. Péter Magyar zapowiedział, że jego kraj wejdzie do strefy w ciągu trzech najbliższych lat. Realnie jednak, z racji na słabą kondycję węgierskich finansów publicznych, będzie to możliwe najwcześniej na początku kolejnej dekady.
  • Dowód. Tymczasem w Polsce NBP od 2008 r. nie przeprowadził nowej analizy pozytywnych i negatywnych skutków wejścia do strefy euro. Dr Jakub Borowski ze Szkoły Głównej Handlowej uważa, że dziś brakuje merytorycznej dyskusji na temat potencjalnej zmiany waluty.
  • Efekt. Mimo zmiany nastrojów wokół wspólnej waluty Polska wciąż tkwi w tym samym okopie, który wykopała ponad dekadę temu. Sojuszników broni jednak nam ubywa; coraz więcej państw przyjmuje euro albo chociaż wyraża taka gotowość. Nasz kraj potrzebuje nowych analiz, które pokazałyby, w jakim miejscu znajduje się obecnie gospodarka oraz jak przyjęcie euro wpłynęłoby na bezpieczeństwo naszego kraju.

Nad wszystkimi państwami członkowskimi Unii Europejskiej (z wyjątkiem Danii) wisi jeden obowiązek: przyjęcie jednej waluty – euro. Wraz z przystąpieniem do wspólnoty rząd każdego z państw zobowiązał się do tego kroku.

Rzecznik Komisji Europejskiej Balazs Ujvari co prawda wskazuje w publicznych wypowiedziach, że państwa członkowskie „same dostosowują swoją ścieżkę do euro” oraz że nie istnieje żaden harmonogram w tej kwestii. Zaraz jednak dodaje, że jest to obowiązek, który wcześniej czy później każdy kraj będzie musiał wypełnić.

Węgry chcą dołączyć do strefy euro

Zwolennicy jednej, wspólnej waluty na terenie całej wspólnoty właśnie pozyskują potężnego, przynajmniej medialnie, sojusznika – przyszłego węgierskiego premiera. W retoryce Pétera Magyara przyjęcie euro urasta do wagi symbolu „powrotu kraju do Europy”

Jednak sama wola polityczna to bowiem zbyt mało, by wejść do strefy. Na bazie Traktatu z Maastricht Unia wymaga, by ubiegające się o zmianę waluty państwa cechowały się:

  • stabilnością cen, czyli niską inflacją;
  • zdrowymi finansami publicznymi, przewidującymi deficyt na poziomie poniżej 3 proc. i dług publiczny poniżej 60 proc. PKB;
  • stabilnym kursem walutowym w ramach mechanizmu ERM II (to system kursów walutowych stabilizujący wahania walut krajów spoza strefy euro względem wspólnej waluty);
  • niskimi stopami procentowymi w ujęciu długoterminowym;
  • niezależnością banku centralnego.

Węgry nie spełniają obecnie żadnego z kluczowych kryteriów z Maastricht. Po 16 latach swoich rządów Viktor Orbán zostawił węgierską gospodarkę w trudnym położeniu. Dług publiczny Węgier przebił już 74 proc., a deficyt budżetowy kręci się w okolicach 4,7 proc. – podaje Hungary Today.

To właśnie fatalny stan finansów publicznych może być główną przeszkodą w realizacji planu rządu TISZY.

Węgierskie finanse publiczne są w opłakanym stanie

O Węgrzech można powiedzieć, że są krajem wielkich ambicji i ograniczonych możliwości. To zderzenie aspiracji politycznych z realnymi warunkami finansowymi państwa stanowi istotę węgierskich problemów fiskalnych. Madziarowie dysponują mniejszą bazą dochodową niż przeciętne państwo Unii Europejskiej. Ich wpływy do budżetu z tytułu podatków są, według danych Eurostatu z 2024 r., o ok. 5 p.p. niższe od średniej unijnej wynoszącej ok. 40 proc.

Relatywnie ograniczone dochody sprawiły, że każde zwiększenie wydatków pogłębiało deficyt. Tych zaś nie brakowało. Od 2024 r. Węgry objęte są procedurą nadmiernego deficytu przez Komisję Europejską. Budapeszt powinien zadbać o to, aby nominalna stopa wzrostu wydatków netto nie przekroczyła 4,0 proc. w 2026 r. Realizacja tego celu nie będzie jednak prostym zadaniem.

Ewentualne cięcia inwestycji publicznych mogą negatywnie wpłynąć na wzrost gospodarczy, który jest niezbędny do stabilizacji długu. Z kolei ograniczanie wydatków społecznych, w tym w obszarze edukacji czy ochrony zdrowia, byłoby politycznie trudne do uzasadnienia. Dodatkowo skarb państwa obciążyły liczne wydatki przedwyborcze, którymi Orbán starał się bezskutecznie „kupić” wyborców przed głosowaniem.

Przed przyszłym ministrem finansów w rządzie Magyara stoi więc wymagające zadanie, a czas ucieka.

Euro na Węgrzech już w 2030 r.?

W kampanii wyborczej lider TISZY deklarował, że zmiana waluty ma nastąpić już w 2030 r. Zaraz jednak po wygraniu wyborów przesunął o rok deklaratywną datę wejścia do strefy euro. Zapał w jego głosie również lekko przygasł, a w tonie pojawiła się ostrożność. Przedwyborcza ekscytacja spotkała się z węgierską rzeczywistością.

Przyjmijmy jednak scenariusz, w którym nowemu rządowi udaje się sprawnie uporządkować finanse publiczne oraz zrealizować pozostałe kryteria z Maastricht. Kiedy więc najwcześniej Węgrzy będą płacić nową walutą?

Szybkie wypełnienie kryteriów z Maastricht oznaczałoby przyjęcie euro ok. 2029-2030 r. Byłby to jednak plan ambitny, dlatego prawdopodobniejsze wydaje się, że dołączenie Węgier do strefy euro nastąpi na początku lat 30. XXI wieku.

Vörös Benjámin, analityk Bankmonitor.hu

Węgry wykonały pierwszy krok. Na starcie z własnymi walutami w UE pozostały: Czechy, Dania, Rumunia, Szwecja oraz Polska. Czy Warszawa, tak jak Budapeszt, powinna ruszyć w kierunku zjednoczonej fiskalnie Europy?

Polski stańczyk patrzy na Węgry

Dyskusja o przyjęciu euro nad Wisłą jest równie stara co wprowadzające nas traktaty do wspólnoty. Jednak każde kolejne przyjęcie wspólnej waluty w naszym regionie ponownie uruchamia debatę na temat potencjonalnego bilansu korzyści i strat płynących z tego kroku. Polscy ekonomiści „stańczykują” – dumają. Pod czapką z dzwonkami zastanawiają się, czy Polska w swoim uporze jest błaznem, czy mędrcem Europy.

Dylemat związany z przyjęciem euro sprowadza się do jednego zagadnienia – kiedy będzie do tego najlepszy ekonomiczny moment? Część komentatorów wprost mówi, że „nigdy”. „Jak najszybciej” – odpowiadają inni. Mało kto jednak się odważy wskazać konkretny termin.

Krytyczny wobec zmiany waluty jest zwłaszcza aktualny prezes Narodowego Banku Polskiego (NBP) Adam Glapiński.

Teoretyczne rozważania dotyczące optymalnych obszarów walutowych, jak również dotychczasowe funkcjonowanie strefy euro jasno wskazują, że strefa euro nie stanowi optymalnego obszaru walutowego. Przede wszystkim mobilność czynników produkcji (zwłaszcza pracy) oraz elastyczność cen i płac są w tym obszarze walutowym ograniczone.

Adam Glapiński w swoim artykule dla czasopisma Bank i Kredyt, 2025 r.

Zupełnie inną perspektywę na to zagadnienia ma dr Jakub Borowski, wykładowca w Szkole Głównej Handlowej (SGH). Występując jako gość podcastu Ośrodka badawczego GRAPE „Tłoczone z danych” (całości możecie odsłuchać poniżej), ocenił, że dalsze zwlekanie z przyjęciem wspólnej waluty nie ma uzasadnienia, a odkładanie tej decyzji generuje więcej ryzyk niż korzyści.

Czekać czy działać?

Dyskusja o przyjęciu euro sprowadza się tak naprawdę do określenia, w jakim miejscu znajduje się aktualnie polska gospodarka. Czy już zrównaliśmy się ekonomicznie z mitycznym zachodem, czy wciąż musimy nadrabiać gospodarcze zaległości? Prezes NBP uważa, że Polska wciąż jest na etapie „gonienia”.

Polska gospodarka rośnie szybciej niż te zachodnie i potrzebuje innych narzędzi polityki pieniężnej, w tym wyższych stóp procentowych. Przyjęcie euro już teraz byłoby zaś „decyzją zdecydowanie przedwczesną”, a jej bilans „jednoznacznie negatywny”. Wejdziemy, jak będziemy gotowi – zdaje się mówić Glapiński.

Borowski wysuwa na te tezy swoje kontrargumenty. Jego zdaniem „premia z tytułu czekania” jest znikoma. Dawanie gospodarce więcej czasu na „doganianie Zachodu” nie przekłada się w istotny sposób na jej lepsze przygotowanie do przyjęcia euro.

Z badań zespołu Borowskiego wynika, że nawet jeśli Polska w ciągu najbliższej dekady wyraźnie się wzbogaci, to nie zacznie reagować na wahania gospodarcze tak samo, jak dojrzałe kraje strefy euro. Synchronizacja cyklu koniunkturalnego, czyli zbieżność wahań gospodarczych między Polską a strefą euro, poprawiłaby się jedynie symbolicznie – o 0,1 p.p.

A zatem czekanie przez kolejne lata na wzrost PKB na mieszkańca do 90 proc. średniej unijnej (obecnie jest to 80 proc.) nie przynosi niemal żadnych wymiernych korzyści, które mogłyby w przyszłości ułatwić integrację ze strefą euro. Przynajmniej z makroekonomicznego punktu widzenia. Ważniejsza od tego jest głęboka integracja polskiej gospodarki z europejskim łańcuchem dostaw.

Jeżeli wejdziemy do strefy euro, to ta polityka pieniężna w strefie euro będzie w miarę dobrze dopasowana do tych naszych potrzeb – tłumaczy ekonomista.

Bezpieczniej z euro czy bez?

Oddanie kontroli nad własną walutą dotyka jednego z najbardziej wrażliwych obszarów funkcjonowania państwa. Jego suwerenności. Bicie własnej monety od zarania dziejów było oznaką niepodległości i źródłem władzy. Kontrola nad mennicami – to kontrola nad państwem.

Jako historykowi gospodarki podejście to jest niezwykle bliskie prezesowi Glapińskiemu. W jego wizji polityki pieniężnej państwa własna waluta jest podstawą stabilności i odporności krajowej gospodarki. Dzięki możliwości płynnego wpływania na kurs złotego NBP może łagodzić skutki kryzysów bądź wstrząsów zewnętrznych.

„Pozostając poza strefą euro, Narodowy Bank Polski może szybko i elastycznie dostosowywać politykę pieniężną do zmieniających się uwarunkowań w polskiej gospodarce”– podkreśla w swoim artykule Glapiński.

Jego zdaniem pozbycie się tej przewagi i wejście do unii walutowej osłabiałoby możliwości Polski w zarządzaniu kryzysem. Ekonomista również ostrzega, że „przyjęcie euro istotnie zwiększałoby ryzyko destabilizacji makroekonomicznej” i zwiększyło „zmienność wzrostu gospodarczego i bezrobocia”

Argumenty prezesa NBP nie przekonują jednak dra Borowskiego. W jego ocenie złoty coraz częściej, zamiast pełnić funkcję stabilizatora gospodarki, staje się dla niej źródłem dodatkowych problemów.

Założenie tych, którzy tak kochają płynny kurs, jest takie, że kurs ten zawsze idzie w takim kierunku, jak trzeba. Czyli że zawsze nam pomaga – tymczasem on może być źródłem wstrząsów […]. Kurs nie zawsze jest sojusznikiem banku centralnego. Czasami idzie w przeciwnym kierunku i jest źródłem szoków, a nie narzędziem do tego, żeby łagodzić wpływ tych szoków na gospodarkę.

dr. Jakub Borowski, SGH, w „Tłoczone z danych”

Jako przykład opisywanej przez siebie sytuacji Borowski wskazał zachowanie złotego chwilę po 24 lutego 2022 r. Wraz z pierwszymi bombami spadającymi na Ukrainę polska waluta stała się „ślepa i głucha na informacje z naszej gospodarki”. Kurs wymknął się NBP spod kontroli i zaczął żyć w rytmie działań wojennych, co pokrzyżowało plany banku centralnego i odcisnęło się na krajowej gospodarce.

Tąpnięcie kursu złotego na początku wojny wbiło klin w dążenia NBP, który w tamtym momencie starał się umocnić walutę. Rynek zadecydował jednak inaczej. Aby ratować kurs, bank musiał dokonać dużych interwencji walutowych, które były w stanie jedynie przyczynić się do wytracenia impetu osłabiania się złotego. Umocnienie nadeszło dopiero wtedy, gdy wojska rosyjskie wycofały się spod Kijowa, a inwestorzy ochłonęli.

Borowski argumentuje, że gdyby Polska już dawno temu dołączyła do strefy euro, to nie byłaby tak podatna na tego typu szoki geopolityczne, które stały się plagą naszych czasów. Badacz zadaje również jedno pytanie: czy wejście do strefy euro poprawi nasze bezpieczeństwo narodowe?

Znalezienie na nie odpowiedzi może być jednym z głównych argumentów za lub przeciw zmianie waluty. Do tego jednak potrzebne są dane i badania, a tych – zdaniem Borowskiego – po prostu brakuje.

Euro politycznym kijem prawicy

Od samego początku dyskusja na temat przyjęcia przez Polskę euro miała bardziej charakter polityczny niż ekonomiczny. Opowiedzenie się za zmianą waluty funkcjonuje dziś w przestrzeni publicznej jako deklaracja wartości, a nie jako wkład w debatę nad dalszym kierunkiem rozwoju kraju.

Zresztą temat euro pojawia się sporadycznie i tylko przy okazji kolejnych wyborów w Polsce. Waluta służy za polityczny kij do okładania jednego wrogiego obozu przez drugi. Polska prawica regularnie sugeruje, że strona liberalno-lewicowa skrycie dąży do włączenia naszego kraju do strefy euro. Przykład? Poniżej.

„Dlatego przyszłoroczne wybory w Polsce są tak niesłychanie ważne – albo wygra opcja brukselsko-niemiecka z Tuskiem na czele i u nas też »wszystko będzie łatwiejsze«, albo zmobilizujemy się i staniemy po stronie polskiej suwerenności. Nie dla euro, nie dla likwidacji prawa weta, nie dla unijnego dyktatu!” – podsumowuje na X swój post o Węgrzech europosłanka Ewa Zajączkowska-Hernik, internetowa gwiazda prawicy, (wciąż) związana z Konfederacją.

Tymczasem obecny obóz władzy nie tyle nie spieszy się, ile nawet nie planuje przyjęcia euro. Jego przedstawiciele regularnie to podkreślają w mediach. W styczniu Andrzej Domański w rozmowie z Financial Times przekonywał, że taka decyzja byłaby dla Polski niekorzystna gospodarczo. – Nasza gospodarka radzi sobie obecnie wyraźnie lepiej, niż w przypadku większości krajów strefy euro – stwierdził szef rządu.

Euro wymaga danych, nie emocji

Dla większości Polaków kwestia zmiany waluty wydaje się w praktyce przesądzona. Według tegorocznego sondażu Instytutu Badań Pollster dla Super Expressu 70 proc. respondentów sprzeciwia się przyjęciu euro. Jak wskazuje Borowski, niechęć ta wynika w dużej mierze z utrwalonego przekonania, że wspólna waluta oznacza wzrost cen i „ogólną drożyznę”.

W takiej sytuacji jakikolwiek ruch w stronę przyjęcia euro przez którąkolwiek z partii natychmiast wystawiałby ją na ostrą krytykę opinii publicznej. Trudno więc dziś wyobrazić sobie stworzenie stabilnej większości parlamentarnej zdolnej przeprowadzić taką reformę. Zwłaszcza że przyjęcie wspólnej waluty wymaga zmian w konstytucji.

Mimo to taka wewnętrzna analiza skutków przystąpienia do strefy euro powinna trwać. Tymczasem można odnieść wrażenie, że merytoryczna dyskusja na ten temat zamarła. Ostatni kompleksowy przegląd kosztów i korzyści przyjęcia euro przez Polskę NBP przygotował lata temu, bo w 2008 r. Minęło już dostatecznie dużo czasu, by na nowo zająć się tym tematem.

Być może niechęć do ponownego spojrzenia na ten temat wynika stąd, że rzetelna analiza skutkowałoby odkryciem niewygodnej prawdy, iż Polska dojrzała już gospodarczo do euro.

Ignacy Zieliński, dziennikarz Biznes Enter

Zdjęcie główne: Grafika autorstwa Sylwestra Kluszczyńskiego

Motyw