
„Kolonia” – tak o polskiej gospodarce mówił w komentarzu dotyczącym afery z radą mediów przy Karolu Nawrockim Paweł Svinarski, prowadzący Dla Pieniędzy – największy biznesowy kanał na polskim YouTube. Niestety jego słowa, choć rezonują z najgłębszymi narodowymi kompleksami, nie mają wiele wspólnego ani z ekonomią, ani tym bardziej z biznesem. Biznes Enter wyjaśnia, dlaczego takie opinie są szkodliwym stereotypem, zamazującym prawdziwe wyzwania stojące przed naszym krajem.
- Teza. Polska nie jest gospodarczą kolonią eksploatowaną przez zagraniczny kapitał, jak sugeruje Paweł Svinarski, prowadzący program biznesowy Dla Pieniędzy, lecz krajem, który skutecznie wpisał się w globalne łańcuchy wartości (GVC) i dzięki temu rozwinął się gospodarczo.
- Dowód. Zagraniczne firmy odpowiadały za niemal 80 proc. wzrostu krajowego funduszu płac, a 60,5 proc. zagranicznego kapitału inwestycyjnego w 2023 r. stanowiły reinwestycje zysków wypracowanych w Polsce – co przeczy narracji o drenażu.
- Efekt. Polska musi teraz awansować w górę „krzywej uśmiechu” – od taniej produkcji montażowej ku innowacjom, własnemu brandingowi i R&D – bo grozi jej wypieranie przez tańszych konkurentów oraz automatyzację rutynowych miejsc pracy.
Paweł Svinarski i jego manipulacje. Spis treści
Paweł Svinarski w zeszłą środę został zaproszony do powstałej Rady Nowych Mediów działającej przy prezydencie Karolu Nawrockim. Media od razu zaczęły przypominać, że podawał on dalej fake newsy, jak ten o nalocie ukraińskich dronów nad Polskę we wrześniu zeszłego roku, wpisując się tym samym w rosyjską propagandę.
Ataki na Pawła Svinarskiego. Youtuber się tłumaczy
Zdaniem youtubera te „ataki” wynikają z „obcej agentury” w Polsce, której nie podoba się, że mówi to, co myśli. A co myśli Paweł Svinarski? W swoim komentarzu przedstawił on filozofię patrzenia na gospodarkę naszego kraju. Oddajmy mu głos:
Nie podoba mi się, że jesteśmy dziś w pewnym tego słowa znaczeniu kolonią. Że dużą część polskiego PKB wypracowują u nas zagraniczne firmy, a zyski wysyłają do siebie. Że Polak wiecznie musi pracować u kogoś i na kogoś i nie da się u nas nic zbudować, bo zaraz jest to sabotowane.
Chwytliwe, prawda? Problem w tym, że influencer pokazuje tą opinią, iż nie ma zielonego pojęcia, jak działa współczesna gospodarka. Takie myślenie opiera się bowiem na archaicznym, autarkicznym rozumieniu procesów ekonomicznych, ignorując fundamentalny mechanizm, który w ciągu ostatnich dekad wyciągnął Polskę z postsowieckiej zapaści i wprowadził do ligi państw rozwiniętych. Ten mechanizm nazywa się globalnymi łańcuchami wartości (Global Value Chains – GVC).
Analiza twardych danych makroekonomicznych, raportów NBP oraz analiz przytaczanych przez takie ośrodki badawcze jak GRAPE pozwala zburzyć mit „polskiej kolonii”, choć jednocześnie obnaża realne wyzwania technologiczne i społeczne, przed którymi stoi obecnie nasz rynek.
Koniec ery produktów „narodowych”
Aby zrozumieć błąd w rozumowaniu Svinarskiego, musimy na zawsze pożegnać XIX-wieczne wyobrażenie o handlu międzynarodowym, w którym państwa wymieniają się po prostu w całości gotowymi dobrami. Tradycyjne postrzeganie gospodarki zakładało, że kraj jest w stanie wytworzyć wszystko własnymi siłami. Dziś to absolutna utopia – żadna nowoczesna gospodarka nie jest w pełni samowystarczalna.
Jak zauważa w podcaście analitycznym ośrodka GRAPE prof. Aleksandra Parteka z Politechniki Gdańskiej, w obecnych realiach de facto wszyscy pracujemy już dla globalnych łańcuchów wartości. Zależy od nich niemal każdy zawód – od funkcjonariusza policji po nauczyciela i wykładowcę, ponieważ sprzęt, systemy i narzędzia, których używają na co dzień, są efektem ogólnoświatowej współpracy produkcyjnej.
Współczesny handel opiera się na skrajnej fragmentacji produkcji, czyli zjawisku, które wybitnie badał już w latach 80. polski ekonomista Henryk Kierzkowski. Rewolucja technologiczna i informatyczna pozwoliła poszatkować proces wytwarzania towarów na dziesiątki najdrobniejszych etapów rozsianych po całym świecie.
Kiedyś niemieckie samochody powstawały w Niemczech, a francuskie we Francji. Dzisiaj narodowość danej marki to w dużej mierze chwyt marketingowy. Koncerny lokują produkcję precyzyjnych komponentów w różnych państwach, optymalizując w ten sposób koszty i wydajność. W efekcie analizy pokazują, że ponad połowa realnej wartości uchodzącego za „niemiecki” samochodu z reguły nie pochodzi z terytorium Niemiec. Obecnie szacuje się, że około 70 proc. całkowitego globalnego handlu realizuje się właśnie w ramach tych zawiłych sieci GVC.
„Krzywa uśmiechu” – gdzie ulokowała się Polska?
Kluczowym narzędziem analitycznym pozwalającym ocenić rzeczywistą pozycję kraju w globalnej sieci jest tzw. krzywa uśmiechu (smile curve). Model ten pokazuje prawdę o tym, jak rozkłada się generowana wartość dodana. Największe marże i zyski kumulują się zawsze na krańcach całego łańcucha. Początek to innowacje, badania i rozwój (R&D) oraz unikalny design. Koniec to potężny marketing, siła marki, zaawansowana logistyka dystrybucji i obsługa posprzedażowa. Środkowy odcinek krzywej to po prostu sama fizyczna produkcja (montaż) – etap absolutnie niezbędny, ale najtańszy i wnoszący statystycznie najmniejszą wartość.
Wystarczy spojrzeć na zwykły t-shirt z sieciówki. Kwota, którą uiszczamy przy kasie, ma się nijak do minimalnych kosztów użytej bawełny czy pracy szwaczki. Konsument płaci przede wszystkim za fazę przedprodukcyjną, czyli projekt. Zyski z produktu zgarniają w przeważającej mierze te korporacje, które stworzyły wizerunek (brand) i potrafią wykreować pożądanie u klienta.
Gdzie na tym wykresie znajduje się nasza gospodarka? Polska zintegrowała się z modelem GVC wręcz wzorowo – dziś około 60 proc. krajowego handlu zagranicznego jest nierozerwalnie związane z owymi łańcuchami wartości. Plasujemy się głównie w środkowej, produkcyjnej sekcji tej krzywej. Staliśmy się hubem dla produkcji części samochodowych, sprzętu AGD i mebli, które obecnie mają swoje własne kłopoty. Co istotne, operujemy zwykle relatywnie daleko od końcowego popytu detalicznego (tzw. pozycja upstream), funkcjonując na styku logistyki (TSL) oraz dostarczania usług biznesowych (BPO).
Czy to dowód na kolonialne zniewolenie? W żadnym wypadku. To dowód na udaną specjalizację. Należy również zaznaczyć, że w sektorach takich jak chociażby potężnie rozwinięty transport, w którym Polska absolutnie dominuje na rynkach Unii Europejskiej, przodują i odnoszą wielkie sukcesy firmy operujące na podstawie stuprocentowo polskiego kapitału. Transport z definicji nie dotyka końcowego klienta, a jednak pozwala budować niesamowitą wręcz narodową przewagę komparatywną.
Teza, że wszystko, co rdzennie polskie jest natychmiast „sabotowane”, nie wytrzymuje starcia z rzeczywistością, w której setki polskich firm logistycznych trzęsą rynkiem całej Wspólnoty, a polski kapitał zaczyna podbijać zagraniczne rynki.
Prawdziwy silnik konwergencji
Opowieść o zagranicznych korporacjach wyłącznie wysysających soki z Polski kompletnie wymazuje z pamięci fenomen cudu gospodarczego (tzw. procesu catching-up) krajów Europy Środkowo-Wschodniej (CEEC). Włączenie naszych przedsiębiorstw do GVC było najsilniejszym motorem niwelowania różnic względem bogatszych państw UE-15. W kluczowym okresie 1995-2014 r. to właśnie eksport ciągnął polskie PKB w górę, a tempo wzrostu gospodarczego z nim związane było dwukrotnie wyższe niż to generowane przez rynek wewnętrzny.
Choć bezpośrednie inwestycje zagraniczne (FDI) odgrywały znaczącą rolę, badania jasno wskazują, że sam fakt zintegrowania się z globalnymi łańcuchami miał dla rozkręcenia eksportu potężniejsze znaczenie niż goły strumień pieniędzy z zewnątrz.
W latach 1995-2015 udział Polski, Czech i Węgier w eksporcie zaawansowanych dóbr pośrednich zwiększył się aż czterokrotnie. Dołączenie do globalnego obiegu obrodziło powstaniem tysięcy nowych stanowisk i ucywilizowało naszą gospodarkę. Globalizacja ściągnęła tu gigantów przemysłu.
Wraz z włączeniem do łańcuchów GVC otrzymaliśmy błyskawiczny transfer innowacyjnych zachodnich technologii oraz wymuszono na lokalnym rynku przyspieszoną akumulację kapitału. Nie zostaliśmy sabotowani. Zostaliśmy wpięci do najnowocześniejszego globalnego silnika wzrostu.
Prawda o płacach. Kto wyzyskiwał pracowników?
Svinarski sugeruje również, że musimy niewolniczo „pracować na kogoś”. Dane NBP (do 2015 r.) obalają tę populistyczną wizję, rzucając ciekawe światło na to, jak rzekomi „najeźdźcy” wpłynęli na portfele Polaków. Wynika z nich jednoznacznie, że firmy z udziałem kapitału zagranicznego stanowiły jedynie ok. 10 proc. podmiotów (zatrudniających 49+ pracowników), zapewniały posadę 20 proc. pracowników, lecz co absolutnie przełomowe – odpowiadały one za wykreowanie niemal 80 proc. całego wzrostu krajowego funduszu płac.
Skąd tak gigantyczna dysproporcja? Tajemnica tkwi w kulturze zarządzania. Międzynarodowe korporacje przyniosły na Wisłę systematyczne, stabilne polityki podwyżkowe.
Tymczasem w wielu firmach polskiego kapitału podwyżki wciąż miały charakter uznaniowy, ad hoc – albo zależały od nastroju właściciela, postawienia go pod ścianą, albo w ogóle ich nie było. Badania pokazują, że przeciętnie przedsiębiorstwa obcego kapitału wypłacają swojemu personelowi wyższe i pewniejsze uposażenia, aniżeli firmy rodzime.
„Złe” korporacje wywierały tak potężną presję na lokalny rynek, że ostatecznie rodzimi pracodawcy zostali zmuszeni do poprawy warunków zatrudnienia. Międzynarodowy kapitał, choć operujący tu dla racjonalnego obniżenia kosztów, stał się w Polsce windą poprawiającą byt tysięcy ludzi.
Gdzie wędrują zyski z zagranicznych firm?
Ale to nie wszystko. Bo youtuber sugeruje także łupienie naszego kraju przez zagraniczne koncerny. I w tym przypadku jego opinia nie znajduje uzasadnienia w faktach.
Po pierwsze, jest to naturalne, że każda firma, która decyduje się na ekspansję rynkową, chce na tym zarobić, dlatego część zysków jest transferowana do spółki matki. To naturalne zjawisko, na którym korzystają także Polacy, którzy z powodzeniem podbijają zagraniczne rynki. Warto wspomnieć tutaj chociażby bydgoską PESĘ, która przejęła firmę z Lipska, czy Morliny przejmujące niemieckiego producenta kiełbas. Zyski z tych podmiotów będą zasilały konta polskiej centrali.
Po drugie, NBP co roku liczy, ile dywidendy z polskiej gospodarki ucieka do zagranicznych podmiotów. To najlepsze dane, jakimi dysponujemy w kontekście mówienia o Polsce per „kolonia”, którą obcy kapitał drenuje do granic możliwości. Słowa Svinarskiego można jednak włożyć między bajki.
Jak wynika z analiz polskiego banku centralnego, spośród całkowitych 119,9 mld zł inwestycji zagranicznych w 2023 r., aż 72,6 mld zł to właśnie reinwestycje. Oznacza to, że 60,5 proc. kapitału inwestycyjnego nie było nowymi przelewami z zagranicy, lecz pieniędzmi, które zagraniczne firmy zarobiły w Polsce i w niej zatrzymały.
Jeszcze inną kwestią są podatki zagranicznych firm, o których mówił ostatnio m.in. Rafał Brzoska, prezes InPostu, krytykując DHL, który nie płaci nad Wisłą żadnej daniny.
Ciemna strona globalizacji. Zamiast użalać się na mity, spójrzmy na realne zagrożenia
Żadna profesjonalna diagnoza gospodarcza nie może być wyłącznie lukrowana. Globalizacja nie rozdziela profitów sprawiedliwie i równo. Jak przekonuje prof. Aleksandra Parteka z Politechniki Gdańskiej, wpływ otwarcia na rynki zewnętrzne na konkretnego pracownika potrafi być skrajnie różny. I tutaj leżą autentyczne wyzwania na nadchodzące dekady.
Po pierwsze, proces transformacji miał swoje ludzkie ofiary. Często implementacja wschodnich i zachodnich linii montażowych (np. w sektorze telewizorów i RTV) generowała na polskim gruncie gwałtowny szok kulturowy. Ostre normy wydajnościowe, ścisły reżim, drobiazgowość czy obcy model komunikacji korporacyjnej bywały przez polską załogę odbierane jako skrajnie obciążające.
Mimo że pensje często przewyższały płacę minimalną i lokalną średnią, psychologiczne i społeczne koszty takich miejsc pracy potrafiły być niebagatelne i wysoce niekomfortowe.
Polskę może zastąpić jeszcze tańszy pracownik
Po drugie, kraj uwięziony na dolnym odcinku montażowym w GVC staje przed ryzykiem substytucji. Masowy import bardzo tanich komponentów produkcyjnych (tzw. backward participation) potrafi niszczyć i wypychać z rynku lokalne firmy podwykonawcze, zagrażając zwłaszcza posadom najgorzej opłacanych i najsłabiej wykształconych pracowników. Obserwuje się nieustanną presję zagranicznej konkurencji na płace w sektorach prostego, manualnego montażu.
Najnowsza analiza ekonomistów PKO BP wskazuje, że najsilniejszą ekspansję Chin na rynku polskim obserwujemy w elektronice i sprzęcie elektrycznym, dobrach konsumpcyjnych oraz w sektorach powiązanych z transformacją energetyczną i elektromobilnością. W wielu segmentach rośnie znaczenie Chin jako dostawcy maszyn i półproduktów przemysłowych. Jednocześnie w części tradycyjnej elektroniki udział Chin nie zwiększa się już tak wyraźnie, jak wcześniej, co może wynikać z dywersyfikacji łańcuchów dostaw.
Pozytywem jest to, że według ekspertów największego polskiego banku nasze przewagi komparatywne (RCA) powodują, iż polska gospodarka pozostaje relatywnie odporna na „chiński szok”.
Polska ma jedną z najbardziej zdywersyfikowanych struktur eksportu w UE, a ponad połowa jej przewag występuje w sektorach, w których nie konkuruje bezpośrednio z Chinami.
Ale jest też ostrzeżenie. „Jednocześnie rosnące podobieństwo struktury eksportu Polski i Chin sugeruje, że presja konkurencyjna na rynku europejskim będzie stopniowo narastać” – tłumaczą.
Podobną dyskusję o zastępowaniu polskiego pracownika tańszym toczyliśmy także podczas zwolnień w Grupie Electrolux. Przypomnijmy, że firma kilka tygodni temu poinformowała o transformacji swoich globalnych usług finansowych w celu „zwiększenia efektywności i dostosowania się do potrzeb rynku”. W praktyce oznacza to, że wybrane procesy z globalnego centrum usług finansowych w Krakowie są przenoszone do nowego partnera outsourcingowego w Indiach.
Wtedy pisaliśmy, że decyzja ta to „ostateczny dowód, że dotychczasowy model polskiego wzrostu właśnie uderzył w ścianę”. Globalizacja, która zbudowała klasę średnią w naszym kraju, teraz wystawia nam wszystkim rachunek. Przykładów takich historii będzie przybywać. Dlatego musimy iść dalej w myśl schumpeterowskiego rozwoju, powoli grzebiąc to, na czym wyrośliśmy.
AI i robotyzacja
W końcu realnym zagrożeniem jest także widmo sztucznej inteligencji, automatyzacji i robotyzacji. Zgodnie z prawidłami ekonomii, problemem dla rynku nie jest sam „obcy kapitał”, ale charakter wykonywanych u nas zadań.
Osoby wykonujące w ramach korporacji pracę stricte rutynową, w pełni powtarzalną, której kroki można rozpisać w kodzie i skodyfikować (np. prosta księgowość, montaż taśmowy, prosty controlling), drżą w posadach. Ponieważ ich praca jest skodyfikowana, międzynarodowa firma bez żadnych skrupułów może przenieść ten proces do tańszych rejonów świata, bądź wdrożyć na ich miejsce nową technologię czy algorytmy cyfrowe.
Wygrani są tylko i wyłącznie tacy specjaliści, którzy wykonują pracę intelektualnie niepowtarzalną, cenną, wymagającą abstrakcyjnego myślenia i elastyczności.
Nasze zadanie – wspiąć się w górę łańcucha
Polska nie jest zatem żadną gospodarczą kolonią ograbianą przez światowych oligarchów. Jesteśmy dumnym państwem, które świetnie zagrało w grę pod tytułem „globalizacja” i znakomicie wykorzystało wejście na międzynarodową scenę gospodarczą.
Niestety, użalanie się nad losem „wyzyskiwanych przez system” i snucie teorii spiskowych promuje zjawisko gospodarczego defetyzmu. System globalnych powiązań jest nienaruszalny niczym system naczyń połączonych i rezygnacja z niego byłaby czystym samobójstwem.
Naszym wyzwaniem strukturalnym jest dzisiaj opuszczenie strefy taniego wytwórcy. Aby skutecznie uciec przed groźbą pułapki średniego dochodu oraz falą automatyzacji, Polska musi mozolnie zacząć wędrować w górę po słynnej krzywej uśmiechu.
Potrzebujemy innowatorów umiejących projektować i patentować technologie (R&D). Potrzebujemy odważnych przedsiębiorców operujących na końcach łańcucha, którzy będą sprzedawać globalnie nasz własny branding, design i usługi dodane – co zresztą polskiej branży kosmetycznej czy sektorowi gier wideo udaje się z niesamowitym skutkiem.
Nadrzędnym celem państwa powinno być inwestowanie w edukację oraz promowanie niepowtarzalnych kompetencji technologicznych, a nie szukanie wyimaginowanych zachodnich sabotażystów tam, gdzie leży autentyczna recepta na zamożność i rozwój. Wzięliśmy z tej międzynarodowej fali niezwykle dużo dla siebie – teraz czas by jeszcze sprawniej zacząć na niej serfować.
Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter
Zdjęcie główne: Kanał Dla Pieniędzy / YouTube