Partnerzy merytoryczni
Pendolino

Jechałem Pendolino znad morza. Uderzyła we mnie „cicha katastrofa”, o której krzyczy już cała Europa

2 sierpnia 2026 r. Trasa z Juraty do Warszawy z przesiadką w Gdyni. Temperatura powietrza przekracza dwadzieścia kilka stopni Celsjusza w cieniu, ale nad nagrzanym tłuczniem torowiska słupek rtęci rośnie znacznie wyżej. Flagowy produkt polskich kolei – opływowe, nafaszerowane elektroniką Pendolino relacji Kołobrzeg-Zakopane – nie może ruszyć. Powód? Komunikat drużyny konduktorskiej jest lakoniczny – zanik napięcia w sieci trakcyjnej w Lęborku wywołany pogodą. Trzydzieści minut przymusowego postoju. Przeżyłem to ja, przeżyjecie na pewno i wy, bo przed nami jedne z najupalniejszych dni w tym roku. A to właśnie płynące do nas gorące powietrze coraz częściej doprowadza do wrzenia nie tylko polską kolej, ale całą mobilną Europę. Oto nad Wisłę nadciąga „cicha katastrofa”, o której krzyczą już ubezpieczyciele na Zachodzie.

  • Teza. Polska infrastruktura kolejowa, zaprojektowana dla umiarkowanego klimatu ubiegłego wieku, jest fizycznie i technologicznie nieprzystosowana do nowej rzeczywistości gwałtownie rosnącej liczby fal upałów, co prowadzi do jej systemowej zapaści.
  • Dowód. Bezwzględnym potwierdzeniem tego stanu jest zjawisko rozszerzalności cieplnej przestarzałych miedzianych sieci i stalowych torów, które w obliczu skoku z zaledwie kilku do ponad dwudziestu dni upalnych rocznie powoduje masowe zwarcia, wymuszając na zarządcy infrastruktury odwoływanie nawet 260 pociągów jednego dnia (jak miało to miejsce w czerwcu 2026 r.) i radykalne ograniczanie prędkości.
  • Efekt. Ten narastający paraliż infrastrukturalny uderza w fundamenty logistyki, brutalnie zrywając łańcuchy dostaw typu Just-In-Time i generując gigantyczne straty operacyjne, co wkrótce wymusi na gospodarce poniesienie dziesiątek miliardów złotych nakładów na adaptację, zanim kluczowe aktywa staną się całkowicie „nieubezpieczalne”.
Historia imperium Gołębiewskiego

Z punktu widzenia pasażera opisany przeze mnie 30-minutowy przestój pociągu to irytujący incydent i powód do narzekań na państwowego przewoźnika. Jednak z punktu widzenia makroekonomii jest on czymś znacznie poważniejszym. To mikrokosmos potężnego, strukturalnego kryzysu, który właśnie w tej dekadzie uderza w fundamenty europejskiej gospodarki. To namacalny dowód na to, że nasza infrastruktura krytyczna przegrywa starcie z prawami fizyki i zmieniającym się klimatem.

Aby zrozumieć, dlaczego jeden gorący dzień (jak na przykład ten w czerwcu tego roku) może sparaliżować krwiobieg transportowy 37-milionowego państwa i zdewastować gospodarki od norweskiego Oslo po hiszpańską Andaluzję, musimy połączyć kropki. Zejść na poziom atomów miedzi, przeanalizować twarde dane operacyjne przewoźników, a następnie spojrzeć na bilanse finansowe, w których straty i koszty adaptacji liczone są w miliardach euro.

Zderzenie z termodynamiką, czyli dlaczego pociąg nie pojechał

Zanik napięcia podczas upałów niemal nigdy nie jest wynikiem błędu ludzkiego czy nagłej awarii samej elektrowni systemowej. To proces fizyczny, wysoce przewidywalny, w którym współcześni inżynierowie stają się zakładnikami długu technologicznego zaciągniętego w ubiegłym stuleciu.

Polska sieć kolejowa – obejmująca blisko 19 tys. kilometrów linii kolejowych (dokładnie 18 806 km według danych PKP PLK na przełomie lat 2025/2026) – opiera się na historycznym standardzie zasilania prądem stałym (DC) o napięciu 3 kV (kilowoltów). Ten wybór, dokonany dekady temu, ma dziś katastrofalne konsekwencje w dobie globalnego ocieplenia. Aby przesłać pociągowi odpowiednią moc przy relatywnie niskim napięciu, potrzebne jest ogromne natężenie prądu. To z kolei wymusza stosowanie bardzo grubych, masywnych przewodów jezdnych i lin nośnych, wykonanych głównie z miedzi.

Miedź jest doskonałym przewodnikiem, ale ma również wysoką rozszerzalność cieplną. Kiedy temperatura powietrza wynosi 35°C, a w bezchmurny dzień słońce rozgrzewa ciemne, metalowe druty zawieszone kilka metrów nad ziemią. Ich temperatura błyskawicznie przekracza 60-70°C. Dodatkowo kable te nagrzewają się od wewnątrz wskutek przepływu potężnych prądów pobieranych przez przyspieszające, ciężkie składy.

W tym momencie do głosu dochodzi termodynamika. Półtorakilometrowy odcinek miedzianego drutu pod wpływem takiej temperatury wydłuża się. Stare systemy naprężania sieci, oparte w dużej mierze na grawitacyjnych systemach ciężarków, projektowane w latach 70. i 80. (kiedy dni z temperaturą powyżej 30°C w Polsce należały do rzadkości), nie nadążają z wybieraniem tego luzu lub blokują się na skutek rozszerzalności innych elementów. Sieć zaczyna niebezpiecznie zwisać.

Co nie działa podczas upałów?

Kiedy Pendolino wjeżdża z prędkością 160 km/h w taki sektor, jego pantograf (odbierak prądu na dachu) napotyka na wiotką, opuszczoną linę. Zamiast płynnie się po niej ślizgać, uderza w luźne elementy mechaniczne. W ułamku sekundy dochodzi do fizycznego splątania, połamania nakładek węglowych, rozerwania sieci i potężnego zwarcia. Systemy zabezpieczające na podstacjach trakcyjnych wykrywają anomalię i natychmiast odcinają zasilanie w całym sektorze. Pociąg staje w polu.

Ale zerwanie sieci to tylko pierwsza linia frontu. Drugą są same podstacje trakcyjne – budynki, w których transformatory i prostowniki zamieniają prąd z ogólnopolskiej sieci energetycznej na ten zasilający pociągi. Urządzenia te same w sobie generują ogromne ilości ciepła. Gdy na zewnątrz panuje 35°C, a systemy chłodzenia podstacji (często pamiętające czasy PRL) przestają wydalać ciepło do rozgrzanego otoczenia, elektronika przekracza krytyczną temperaturę pracy. Aby zapobiec pożarowi lub stopieniu transformatorów, automatyka po prostu je wyłącza. System odcina zasilanie celowo, by chronić sam siebie.

Trzecim elementem układanki są szyny. Dziś buduje się tzw. tory bezstykowe, spawane w długie, ciągłe pasma, by pociągi jeździły szybko i bez charakterystycznego stukotu. Gdy temperatura stali zbliża się do 50-60°C, powstają w niej gigantyczne naprężenia wzdłużne. Jeśli naprężenie to pokona opór tłucznia i mocowań, dochodzi do wyboczenia toru – szyny wyginają się w kształt litery „S”. Wjechanie na taki odcinek to gwarantowane wykolejenie, dlatego w upalne dni zarządca infrastruktury musi prewencyjnie obniżać prędkość pociągów lub wręcz wstrzymywać ruch ciężkich składów towarowych na całych magistralach.

Rzeczpospolita Zwrotnikowa. Przebudowa polskiego klimatu

Kiedy polscy inżynierowie kreślili plany elektryfikacji kluczowych węzłów, opierali się na danych meteorologicznych dla kraju, który pod względem klimatycznym po prostu przestał istnieć. Budowaliśmy państwo dla klimatu, w którym upał był anomalią, a nie systemowym zagrożeniem dla ciągłości biznesowej.

W meteorologii definicja „dnia upalnego” jest precyzyjna – to doba, w której temperatura w zacienionej klatce meteorologicznej na wysokości dwóch metrów przekracza 30°C. Pół wieku temu, w dekadach powojennej modernizacji, średnia roczna liczba takich dni nad Wisłą wynosiła od dwóch do maksymalnie czterech. Bywały lata, na przykład na północy kraju, gdzie słupek rtęci przez całe lato ani razu nie dotknął tej granicy.

Na przełomie tysiącleci system zaczął trzeszczeć. W pierwszej dekadzie XXI wieku liczba dni upalnych skoczyła do średnio dziesięciu rocznie. Dzisiaj, w połowie lat 20., operujemy w zupełnie innej rzeczywistości. Twarde dane Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej nie pozostawiają złudzeń. W rejonie Rzeszowa w latach 1952-2018 odnotowano łącznie 456 dni upalnych, z czego aż 312 przypadło na zaledwie 27 ostatnich lat tego okresu.

We Wrocławiu, w dekadzie 2015-2024, zanotowano 209 takich dni, co daje średnio 21 dni upalnych rocznie. Z operacyjnego punktu widzenia oznacza to, że spędzamy niemal miesiąc w roku w strefie klimatycznej przypominającej raczej Włochy niż dawną Europę Środkową. Najbliższe dni nas przetestują. W samej Warszawie w środę ma być ok. 40°C.

Jednak sama liczba dni upalnych to zaledwie połowa równania. Ukrytym zabójcą infrastruktury są bowiem tzw. noce tropikalne – zjawisko charakterystyczne dla obszarów zwrotnikowych występujące, gdy minimalna temperatura w nocy nie spada poniżej 20°C. Jeszcze w latach 80. noc tropikalna w Polsce była wydarzeniem wręcz egzotycznym. Obecnie, podczas letnich blokad wyżowych, mierzymy się z seriami takich nocy z rzędu. Ostatni przykład to ten z soboty 1.08., kiedy IMGW wydał najwyższy alert ostrzegający przed tropikalną nocą dla kilku regionów.

Dlaczego jest to tak istotne? Noc zawsze była dla infrastruktury czasem rekonwalescencji. Stalowe szyny i miedziane przewody trakcyjne oddawały nagromadzone za dnia ciepło do atmosfery, kurcząc się i powracając do bezpiecznych parametrów. Dziś, gdy temperatura o 3:00 nad ranem wynosi 22°C, materiały te nie mają szansy się wychłodzić. Kiedy o świcie słońce znów zaczyna prażyć, infrastruktura startuje z wyższego pułapu termicznego. Z każdym kolejnym dniem fali upałów naprężenia kumulują się, aż w końcu pod Lęborkiem fizyka mówi „dość”.

Podsumowując, z punktu widzenia inżynierii, sieć, po której poruszają się nasze pociągi, przestała pasować do strefy klimatycznej, w której została zbudowana.

Ekonomia bezruchu i mit punktualności

Kryzys uwidacznia się w pełni, gdy przeanalizujemy twarde dane przewozowe. Rok 2025 był dla grupy PKP Intercity rokiem historycznych rekordów – z usług przewoźnika skorzystało 89,2 mln pasażerów, a na tory wyjechało 178 881 pociągów (wobec 159 tys. w roku 2024). Praca eksploatacyjna dobiła do niemal 80 milionów pociągokilometrów.

Wydawałoby się, że system działa wyśmienicie. Według oficjalnych danych UTK za rok 2025, punktualność pociągów na przybyciu wyniosła 76,3 proc., a punktualność przy uruchomieniu blisko 90 proc. Najczęstszą przyczyną opóźnień (kod 50-41, niemal 15 proc. przypadków) było „lokowanie podróżnych” – sukces komercyjny stał się obciążeniem operacyjnym, bo do pociągów wsiadało tak wielu ludzi, że czasy postojów okazywały się niewystarczające.

Jednak ten wyśrubowany do granic możliwości system, operujący przy 39 milionach zatrzymań na stacjach w skali roku, nie ma już absolutnie żadnego marginesu błędu. Jest jak napięta do granic możliwości struna. Prezes Urzędu Transportu Kolejowego, dr hab. inż. Ignacy Góra, w swoim podsumowaniu roku 2025 ostrzegał jasno:

Rekordowa liczba uruchomionych pociągów musi współgrać z najwyższą możliwą jakością dla pasażerów. Bezpieczeństwo jest kluczowym elementem prowadzenia przewozów

Upał dobija polską kolej

I wtedy, na ten rozpędzony, działający na 110 proc. normy system, spada 35-stopniowy upał. Skutki są destrukcyjne. Doświadczyliśmy tego pod koniec czerwca 2026 r. Tylko w poniedziałek, 29 czerwca, do godziny 19:30 PKP PLK zmuszone było odwołać 258 pociągów z powodu usterek infrastruktury wywołanych skrajnymi temperaturami. Statystyki punktualności, które w chłodnych miesiącach wyglądają przyzwoicie, w upale załamały się drastycznie. Tego krytycznego dnia o godzinie 12:30 punktualność pociągów wciąż będących w trasie zanurkowała do 70 proc., a tych, które dotarły do celu – do 81 proc.

To, co pasażer odczuwa jako godzinę spóźnienia, dla makroekonomii jest katastrofą łańcuchów dostaw. Nowoczesna gospodarka jest zbudowana na modelu Just-In-Time (dokładnie na czas). Gdy pociągi towarowe stają w słońcu pod Poznaniem, by chronić gnące się tory, łańcuchy dostaw dla śląskiego czy bawarskiego przemysłu pękają. Przedłużające się postoje na bocznicach pochłaniają ogromne ilości diesla w agregatach chłodni i generują koszty nadgodzin dla maszynistów, których w Europie dramatycznie brakuje. Opóźniony pociąg z węglem lub intermodalny blokuje terminal przeładunkowy w Gdańsku, tworząc zatory statków na redzie. Zjawisko to, nazywane efektem byczego bicza (bullwhip effect), rozlewa się po całej gospodarce.

Szacunki dotyczące kompleksowej modernizacji polskiej sieci kolejowej pod kątem nowych warunków klimatycznych są porażające. Wymiana systemów naciągu, przebudowa i klimatyzacja podstacji trakcyjnych to wydatek (CapEx) rzędu dziesiątek miliardów złotych. Rząd i państwowe spółki stoją przed niemałym dylematem – zaakceptować rosnące z roku na rok gigantyczne straty operacyjne (OpEx) wynikające z paraliżu i odszkodowań, czy zaciągnąć potężny dług na całkowitą przebudowę krwiobiegu transportowego.

Europa krzyczy o pomoc

Lena Fuldauer z Allianz Risk Consulting, stwierdziła w CNBC, że ​​dla przedsiębiorstw wyzwanie związane z ekstremalnymi upałami stanowi „cichą katastrofę”. Ten głos rozlewa się po całej Europie.

Huragany i powodzie są głośne, widowiskowe, przyciągają kamery telewizyjne i natychmiastowe pakiety pomocowe od rządów. Ekstremalny upał jest niewidzialny. Zabija po cichu, systematycznie dusząc wydajność operacyjną transportu, energetyki i rolnictwa.

Mój opóźniony pociąg PKP Intercity, na który czekałem w Gdyni, jest ułamkiem kontynentalnej zapaści. Stary Kontynent – co potwierdzają najnowsze dane Copernicus Climate Change Service – ociepla się dwukrotnie szybciej niż wynosi średnia globalna dla reszty świata.

Sytuacja jest na tyle poważna, że wymusza całkowitą rewizję wieloletnich strategii inwestycyjnych. Eurostar, operator superszybkich pociągów łączących Londyn, Paryż i Brukselę, ogłosił niedawno bezprecedensową decyzję. Początkowo planował zakup nowej floty przystosowanej do pracy w 45 stopniach Celsjusza. Jednak lekcje z ostatnich lat sprawiły, że zarząd nakazał zmianę specyfikacji u producenta. Nowe pociągi Celestia (produkowane przez koncern Alstom), które wejdą do służby w 2031 roku, muszą być zaprojektowane tak, aby wytrzymać temperaturę… 55°C. Takie warunki kojarzą się z saudyjską pustynią, a nie z pejzażami Flandrii czy Kentu.

Równie dramatycznie wygląda sytuacja na północy. W Norwegii, państwie kojarzonym z chłodem, infrastruktura dosłownie topi się pod naporem upałów. W lipcu 2026 r., podczas fali ekstremalnych temperatur, zarządca lotniska Oslo-Gardermoen musiał wezwać na pomoc straż pożarną. Wylano łącznie około 9 tysięcy litrów wody, aby schłodzić krytyczne odcinki pasa startowego i płyt postojowych. Gdyby tego nie zrobiono, asfalt nagrzałby się do temperatury zagrażającej strukturalnej integralności nawierzchni, a ważące setki ton samoloty pasażerskie mogłyby się w nim zapaść.

Skala zjawiska będzie rosła w zastraszającym tempie. James Brennan, dyrektor ds. modelowania ryzyka klimatycznego w brytyjskiej firmie analitycznej Climate X, przywołuje statystyki bazujące na scenariuszach wysokich emisji (IPCC). Do 2050 roku liczba dni z ekstremalnymi upałami w Europie Środkowej ulegnie podwojeniu lub potrojeniu – z 5-10 dni rocznie do poziomu 20-30 dni.

A to i tak scenariusz optymistyczny w porównaniu z południem Europy.

Regiony takie jak Półwysep Iberyjski, południowe Włochy i Grecja mogą spodziewać się nawet 40 do 55 dni skrajnych upałów rocznie – mówił w CNBC Brennan.

To blisko dwa miesiące permanentnego, niszczącego żaru w każdym roku, który uderzy w gospodarkę w ciągu jednego pokolenia.

Lekcja przetrwania z Południa

Jak to więc możliwe, że gdy w Polsce przy 35 stopniach system przechodzi w tryb awaryjny, w słonecznej Hiszpanii pociągi AVE czy włoskie Frecciarossa mkną przy 40 stopniach w cieniu z prędkością 300 km/h?

Odpowiedź kryje się w inwestycjach. Dla hiszpańskiego Adif czy włoskiego RFI upał nie jest anomalią, lecz stałym parametrem uwzględnianym na etapie projektowania. Europa Środkowa powinna w trybie natychmiastowym skopiować te rozwiązania.

1. Wyższe napięcie, mniejsze ciepło

Większość kluczowych magistral na południu Europy została zbudowana (lub przebudowana) w standardzie zasilania prądem przemiennym (AC) o wysokim napięciu 25 kV. Wyższe napięcie pozwala na zastosowanie znacznie mniejszego natężenia prądu do przekazania ogromnej mocy. Przewody jezdne są cieńsze, lżejsze i posiadają mniejszą masę termiczną – nagrzewają się znacznie wolniej. Dodatkowo system 25 kV AC pozwala na rozstawienie podstacji trakcyjnych co 50-60 kilometrów. Zamiast budować wiele małych punktów, można zainwestować w potężne, scentralizowane podstacje wyposażone w duże przemysłowe systemy klimatyzacji (HVAC), odporne na fale żaru.

2. Dynamiczna kompensacja

Sieci na liniach dużych prędkości korzystają z zaawansowanych, często sprężynowych układów kompensacji. Kiedy miedziana lina wydłuża się w palącym słońcu, mechanizm z precyzją co do milimetra wybiera luz. Pantograf pociągu zawsze ślizga się po idealnie poziomej linii. Automatyka eliminuje ryzyko zerwań i incydentów.

3. Pasywna obrona – białe szyny i wszechobecna telemetria

Jednym z najciekawszych i zaskakująco skutecznych rozwiązań problemu wyboczenia torów jest malowanie szyn na biało. To rozwiązanie testuje włoskie RFI, ale liderami w jego wdrażaniu są Brytyjczycy z Network Rail, a technologia trafia też na tory w Niemczech, Szwajcarii czy nawet w brazylijskim Sao Paulo.

Biała farba drastycznie zwiększa albedo (współczynnik odbicia promieniowania słonecznego). Pomiary przeprowadzone m.in. przez brytyjskich inżynierów dowodzą, że pomalowana na biało szyna może obniżyć swoją temperaturę od kilku do nawet 10 stopni Celsjusza w stosunku do szyny w naturalnym, ciemnym kolorze. To wystarczy, aby zniwelować śmiertelnie niebezpieczne naprężenia w stali i zapobiec wykrzywieniu toru.

Południe i Zachód Europy nie zamykają też tras w ciemno. Opierają się na telemetrii i systemach SCADA. Tysiące czujników rozmieszczonych na szlaku raportują do centrali temperaturę szyn. Ograniczenia prędkości dla pociągów wprowadzane są z precyzją chirurga – tylko tam, gdzie stal faktycznie zbliża się do granicy plastyczności.

Świat bez polis ubezpieczeniowych

Ten technologiczny podział na przygotowaną (i posiadającą kapitał) część Europy oraz tę opóźnioną w adaptacji, rzuca długi cień na przyszłość finansów.

Lena Fuldauer, szefowa działu resilience w Allianz Risk Consulting wskazuje na najgorszy możliwy scenariusz – rynek ubezpieczeń powoli zacznie wycofywać się z pokrywania ryzyka wynikającego z ekstremalnych zjawisk termicznych. Branża finansowa sama nie udźwignie miliardowych strat generowanych przez zniszczoną infrastrukturę i przerwane łańcuchy dostaw. Wkraczamy w erę, w której kluczowe aktywa staną się „nieubezpieczalne”. Wówczas cały ciężar odbudowy spadnie bezpośrednio na budżety państw i na nas – podatników.

Doskonale ujmuje to prof. Jan Rosenow z Uniwersytetu Oksfordzkiego, ekspert ds. polityki energetycznej i klimatycznej. Odnosząc się do powtarzających się katastrof wywołanych upałami i pożarami, przypomina, że naukowcy ostrzegali przed tym od dekad, a świat odpowiadał spalaniem rekordowych ilości paliw kopalnych.

– Sama adaptacja nie jest już strategią opłacalną – konstatuje Rosenow. Oznacza to, że możemy inwestować miliardy w białe szyny, kompensatory i pociągi wytrzymujące 55°C, ale jeśli nie zredukujemy radykalnie emisji niszczących klimat, żaden budżet inwestycyjny nie wytrzyma tempa degradacji naszego środowiska.

Z każdą kolejną falą upałów te półgodzinne przestoje będą ewoluować, wyłączając krajowe gospodarki z globalnego wyścigu. Termodynamika nie zna kompromisów. Nie uchyli jej żadna ustawa, nie złagodzi żadna dotacja. Pytanie nie brzmi już, czy Europa i Polska zapłacą rachunek za zaniechania minionych dekad. Pytanie brzmi, czy zrobimy to poprzez kontrolowaną, inżynieryjno-finansową transformację, czy zapłacimy cenę najwyższą, obserwując, jak nasza nowoczesność bezpowrotnie topi się w ponad trzydziestostopniowym słońcu.

Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter

Zdjęcie główne: PKP Intercity

Motyw