Partnerzy merytoryczni
Petrochemia w Płocku

Za płotem mają Orlen, a i tak muszą handlować z USA. Polska firma obnaża największy koszmar UE

Nad Cieśniną Ormuz, najważniejszą naftową tętnicą globu, ponownie krzyżują się rakiety i drony. Gdy rynki finansowe trawią informacje o wznowieniu bezpośrednich uderzeń militarnych między USA a Iranem, na giełdach w Londynie i Nowym Jorku ceny ropy znów szybują. Z pozoru to kolejny odcinek bliskowschodniego dramatu. W rzeczywistości to katalizator, który obnaża słabość Europy, koszmar brukselskich elit i uwidacznia postępującą dezindustrializację Starego Kontynentu. Najlepiej widać to z okien fabryki w centralnej Polsce niedaleko Płocka, którą odwiedził Biznes Enter.

  • Teza. Restrykcyjna polityka klimatyczna Unii Europejskiej, w zderzeniu z wysokimi kosztami nośników energii i geopolitycznymi wstrząsami, niszczy konkurencyjność rodzimego przemysłu, doprowadzając do strukturalnej dezindustrializacji Starego Kontynentu.
  • Dowód. Klasycznym przykładem tego zjawiska jest polska firma Fol-Mech, której bardziej opłaca się importować zza oceanu tani, zwolniony z opłat klimatycznych i produkowany z amerykańskiego gazu łupkowego granulat, niż kupować go od oddalonej o kilka kilometrów rafinerii Orlenu, obciążonej kosztami drogiej ropy naftowej oraz unijnym systemem ETS.
  • Efekt. Konsekwencją może być bezpowrotna ucieczka kapitału i miejsc pracy poza Europę oraz gwałtowny wzrost kosztów logistyki i życia obywateli, który osiągnie masową skalę w 2028 r. wraz z nałożeniem na transport drogowy i ogrzewanie budynków nowego podatku węglowego w ramach systemu ETS2.
Historia imperium Gołębiewskiego

Kiedy wyjdzie się przed zakład produkcyjny firmy Fol-Mech, producenta folii w centralnej Polsce, tuż obok Płocka, widać dymiące kominy potężnych, krajowych rafinerii Orlenu. Logika gospodarcza z ubiegłego stulecia podpowiadałaby, że bliskość takiego giganta to gwarancja taniego surowca, niskich kosztów logistycznych i stabilności dostaw. Jednak obecnie takie myślenie legło w gruzach. I to z hukiem pozostawiając Polaków, jak i całą Europę w wielkiej niepewności i strachu.

Fol-Mech idealnym przykładem na postępującą dezindustralizację Europy

Biznes Enter miał przyjemność uczestniczyć w misji studyjnej Polskiej Agencji Rozwoju Przemysłu „Jak Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki realnie zmieniają polskie firmy”. W jej ramach udaliśmy się do Juryszewa, tuż obok Płocka, gdzie swoją siedzibę ma Fol-Mech – lider produkcji folii w Polsce. Prezes przedsiębiorstwa Jakub Zgorzelski wyjaśniał w rozmowie z nami, jak jego firma zyskała dzięki środkom z UE oraz pokazywał nowoczesny zakład wybudowany od zera w szczerym polu. Rozmowa jednak zboczyła w pewnym momencie na nieintuicyjną codzienność prowadzenia takiego biznesu.

To, co jest najciekawsze, to fakt, że np. granulat do produkcji folii musimy sprowadzać z USA, bo tam jest to bardziej opłacalne, niż zza płotu od Orlenu, w którym zresztą sam pracowałem – przekonywał. Ceny są oczywiście objęte tajemnicą handlową, ale postanowiliśmy pójść tym tropem. Co takiego się stało, że polskiej firmie bardziej opłaca się sprowadzać towar z drugiego końca świata a nie od sąsiadującego giganta?

Jakub Zgorzelski, CEO Fol-Mech. Zdjęcia: PARP

Okazuje się, że to żywy, namacalny dowód na to, jak unijna polityka klimatyczna w zderzeniu z globalną geopolityką niszczy rentowność rodzimego biznesu. Atlantyk stał się dziś paradoksalnie „węższy” i tańszy w obsłudze niż kilkadziesiąt kilometrów autostrady w Polsce. Taniej jest wyprodukować polietylen w Teksasie, załadować go na kontenerowiec w Zatoce Meksykańskiej, przepłynąć ocean, rozładować w Gdańsku i dowieźć TIR-em pod Płock, niż kupić ten sam surowiec u europejskiego giganta.

Wnioski z analizy Biznes Enter mogą wywołać dreszcze na plecach, bo ten przykład może odbić się czkawką każdemu z nas.

Wojna w Cieśninie Ormuz i europejska panika surowcowa

Aby zrozumieć skalę wyzwania, przed którym staje europejski biznes, musimy nałożyć lokalne problemy na siatkę globalnych wydarzeń z ostatnich miesięcy. W poniedziałek brytyjskie centrum bezpieczeństwa morskiego (UKMTO) poinformowało, że w południowym korytarzu żeglugowym Cieśniny Ormuz, w pobliżu wybrzeży Omanu, tankowiec został trafiony trzema niezidentyfikowanymi pociskami. Był to zaledwie wstęp do niewidzianej od tygodni eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie.

Amerykańskie siły zbrojne uderzyły w dwie irańskie wyrzutnie rakiet na wyspie Larak – niewielkim, ale strategicznym punkcie kontrolnym w Cieśninie Ormuz, z którego – jak twierdzi Waszyngton – Teheran zamierzał wystrzeliwać rakiety przenoszące miny morskie, by sparaliżować globalny handel ropą. W odpowiedzi, jeszcze tego samego dnia, Iran uderzył w dwie amerykańskie bazy w Jordanii.

Reakcja rynków była natychmiastowa. Ceny ropy poszybowały. Trwający od siedmiu miesięcy konflikt w regionie właśnie wszedł w nową, niebezpieczną fazę. Prezydent Donald Trump, przemawiając z Gabinetu Owalnego, zapowiedział surowe retorsje: „Uderzymy w nich mocno (…)”. Ostatnie wydarzenia z czwartku potwierdzają, że wojna nie gaśnie, a rozpala się na nowo. Iran poinformował o uderzeniu w bazy w Kuwejcie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Ropa Brent przebiła cenowy pułap 97 dolarów za baryłkę, a amerykańska WTI 92 dol. Piekło Zatoki Perskiej znów zaczyna przypiekać cały świat.

Eksperci, tacy jak Jason Brodsky z United Against Nuclear Iran, określają tę sytuację jako „konkurs wytrzymałości”. Problem polega na tym, że w tym konkursie Stany Zjednoczone mają potężny bufor bezpieczeństwa, a Europa krwawi przy każdym ruchu w górę na wykresach giełdowych.

Dlaczego to ma znaczenie dla firmy Fol-Mech pod Płockiem? Ponieważ europejska petrochemia historycznie opiera się na przetwarzaniu nafty (benzyny surowej), która jest frakcją ropy naftowej. Gdy przez Cieśninę Ormuz latają rakiety, a ceny Brent zbliżają się do 100 dolarów, koszty wsadu surowcowego dla płockich czy niemieckich rafinerii szybują w kosmos. Dodając do tego wysokie ceny gazy do ogrzewania pieców, otrzymujemy produkt nieporównywalnie droższy.

Tymczasem amerykański cud gospodarczy i tamtejszy przemysł tworzyw sztucznych opiera się na zupełnie innej podstawie – na rewolucji łupkowej. Produktem ubocznym gigantycznego wydobycia gazu łupkowego w USA jest etan (baza do produkcji etylenu i polietylenu). Etan jest w Stanach Zjednoczonych tak tani, a jego zasoby tak ogromne, że kryzys na Bliskim Wschodzie ledwie go muska. Amerykańska petrochemia ma najtańszy surowiec na świecie, podczas gdy Europa płaci gigantyczną „premię strachu” za importowaną ropę.

Dlaczego to ma znaczenie dla firmy Fol-Mech?

Jak to więc wpływa na biznes Jakuba Zgorzelskiego? Prezes polskiej firmy produkującej folie nie kupuje ideologii – on kupuje tony surowca. Kiedy patrzy w arkusze kalkulacyjne, widzi jedynie matematykę.

Mimo że ma za płotem potężną rafinerię Orlenu, europejski granulat jest obciążony kosztami wojny w Zatoce Perskiej (droga ropa), wojny na Ukrainie (drogi gaz LNG do zasilania pieców) oraz kosztami klimatycznymi Brukseli (drogi system ETS).

Amerykański granulat powstaje z niemal darmowego etanu, przy użyciu taniej energii z gazu łupkowego i bez obciążeń środowiskowych. Ta gigantyczna różnica w kosztach produkcji na samym początku łańcucha chemicznego sprawia, że Amerykanie mogą nadal zaoferować Fol-Mechowi cenę niższą, niż zażąda za niego lokalna, europejska rafineria.

Jakie to daje oszczędności? Nawet po odliczeniu kosztów transportu przez ocean i pół Europy, amerykański granulat ląduje na placu polskiego zakładu w cenie o 100 do 200 dol. niższej na każdej tonie w porównaniu do surowca z Płocka czy niemieckich rafinerii. W przeliczeniu to około 400–800 złotych oszczędności na tonie.

W przemyśle opakowaniowym i produkcji folii marże są mikroskopijne, a biznes opiera się na efekcie skali. Średniej wielkości fabryka przetwarza setki, a czasem tysiące ton granulatu miesięcznie.

Jeśli firma zużywa np. 500 ton granulatu w miesiącu, oszczędność rzędu 600 zł na tonie daje 300 tys. złotych czystego zysku miesięcznie (ponad 3,5 miliona złotych rocznie) z samego faktu ominięcia europejskich producentów. To pieniądze, które decydują o tym, czy firma ma środki na inwestycje w nowe maszyny i podwyżki dla pracowników, czy też balansuje na granicy bankructwa. Dlatego dla prezesów firm takich jak Fol-Mech import z USA nie jest fanaberią, lecz warunkiem przetrwania na rynku. Pokazuje to też, jak wielki obecnie problem ma nasz kontynent.

Podatek od oddychania, czyli co takiego się dzieje, że przemysł się zwija?

Na tę potężną przepaść surowcową – wykopaną przez amerykańskie łupki i bliskowschodnie wojny – Europa nakłada system, który jest szeroko obecnie krytykowany, choć przynosi pozytywne skutki środowiskowe – chodzi oczywiście o EU ETS (European Union Emissions Trading System).

W systemie tym zakłady przemysłowe, petrochemie i elektrownie w Unii muszą kupować uprawnienia do emisji każdej tony dwutlenku węgla. Kiedy w Teksasie fabryka plastiku emituje CO2 za darmo, bazując na śmiesznie tanim gazie, fabryka w Płocku, Lyonie czy Antwerpii płaci na giełdzie klimatycznej potężny podatek (ceny uprawnień regularnie oscylują wokół 70–90 euro za tonę). W efekcie, nawet doliczając koszty frachtu morskiego kontenerowca z Zatoki Meksykańskiej nad Bałtyk, amerykański produkt deklasuje europejski pod względem ceny.

To zjawisko, nazywane w żargonie ekonomicznym carbon leakage (ucieczką emisji), jest bezpośrednim dowodem na postępującą deindustrializację. Badanie CEPR/VoxEU z użyciem metody potrójnego różnicowania wykazało, że w przeciwieństwie do wcześniejszych opracowań, które nie znajdowały istotnych dowodów ucieczki emisji, działalność wysokoemisyjna wzrosła poza UE dokładnie w tych sektorach, w których emisje wewnątrz UE spadały.

Trudny moment Europy – stal, nawozy, petrochemia

Innymi słowy, Europa wcale nie przestaje konsumować plastiku, nawozów czy stali. Europa po prostu przestaje je produkować. Wyciszamy nasze kominy, gasimy piece, szczycąc się spadkiem emisji na Starym Kontynencie. W zamian importujemy dokładnie te same towary z krajów, w których kominy dymią bez żadnych ograniczeń klimatycznych.

Spójrzmy na liczby:

  1. Produkcja stali spadła z 160 mln ton w 2017 r. do 126 mln ton w 2023 r., a udział UE w globalnej produkcji stali skurczył się do 7-8 proc., przy czym w 2025 r. produkcja osiągnęła historyczne minimum ok. 125,8 mln ton, a import zdobył rekordowy udział 29 proc. unijnego rynku w III kw. 2025 r. ThyssenKrupp, jeden z największych europejskich producentów, planuje zwolnić 11 tys. pracowników, czyli 40 proc. swojej załogi.
  2. Przyspieszył spadek unijnej produkcji amoniaku— od 2023 r. trwale zamknięto zakłady odpowiadające za 9 proc. unijnych mocy produkcyjnych, głównie dlatego, że gaz ziemny odpowiada za 70-80 proc. kosztów produkcji nawozów azotowych. Branżowe szacunki mówią, że Europa straciła około połowy mocy produkcyjnych amoniaku i 33 proc. operacji związanych z nawozami azotowymi.
  3. Udział Europy w globalnej produkcji tworzyw sztucznych spadł z 22 proc. w 2006 r. do zaledwie 12 proc. w 2024 r., a obroty branży skurczyły się z 457 mld euro w 2022 r. do 398 mld euro w 2024 r. (-13 proc.), przy czym inwestycje w nowe moce chemiczne spadły o ponad 80 proc. w 2025 r.

Oczywiście nie odpowiada za ten stan rzeczy sama polityka klimatyczna UE. To jeden z elementów. Poza nią Europa otrzymała kilka innych solennych uderzeń w podbrzusze – wysokie ceny gazu po wojnie w Ukrainie, czy dumping cenowy i nadprodukcja ze strony Chin i Indii.

I choć system działa (dane Eurostatu pokazują, że w latach 2013–2023 emisje produkcyjne UE spadły o 18,6 proc.), to krytyków przybywa. Ostrzegał przed tym niedawno Mario Draghi – były prezes Europejskiego Banku Centralnego – w swoim przełomowym raporcie o konkurencyjności UE. Dokument ten jasno stwierdza, że bez natychmiastowych działań radykalnie obniżających koszty energii, europejski przemysł energochłonny zostanie zepchnięty na margines globalnego rynku.

Zjawisko, o którym Draghi pisał w makroekonomicznych, brukselskich abstrakcjach, polski biznes realizuje codziennie w Excelu. Decyzja Fol-Mechu nie jest więc przypadkiem – to wyrok na europejski model produkcji.

ETS2, czyli szok 2028 r. nałożony na wojnę z Iranem

O ile wielki przemysł ciężki boryka się z systemem ETS od blisko dwóch dekad i zdążył wypracować pewne (często niewystarczające) mechanizmy optymalizacji, o tyle to, co czeka nas za nieco ponad rok, będzie prawdziwym wstrząsem tektonicznym dla całej gospodarki i każdego gospodarstwa domowego w Polsce.

W ramach unijnego pakietu klimatycznego wchodzi w życie dyrektywa rozszerzająca system handlu emisjami. Nowy system, znany jako ETS2, z pełną siłą uderzy w rynek w 2028 roku. Obejmie on sektory, które dotąd były bezpieczne przed podatkiem węglowym, czyli transport drogowym oraz ogrzewanie budynków.

Co to oznacza w praktyce? Koniec tankowania i ogrzewania domów po stawkach, do jakich przywykliśmy. W systemie ETS2 nie przewidziano żadnych darmowych uprawnień. Koncerny paliwowe i importerzy węgla czy gazu będą musieli kupić na aukcjach certyfikaty za każdą tonę CO2, która powstanie po spaleniu sprzedanego przez nich paliwa przez konsumenta końcowego. Koszt tych uprawnień zostanie w ułamku sekundy przerzucony na stacje benzynowe i faktury za ogrzewanie.

Wyobraźmy sobie teraz najgorszy możliwy scenariusz, który właśnie materializuje się na naszych oczach.

Analizy think tanków, takich jak Centrum Analiz Klimatyczno-Energetycznych (CAKE/KOBiZE), zakładały, że wprowadzenie ETS2 (przy cenie ok. 50 euro za tonę CO2) podniesie w Polsce cenę litra diesla o ok. 75 groszy netto, a benzyny o 65 groszy netto. Kiedy doliczymy do tego podatek VAT, szok przy dystrybutorze miał wynieść niemal jednego złotego. Problem polega na tym, że te modele zakładały względny spokój na rynku ropy.

Tymczasem czwartkowe wydarzenia w Zatoce Perskiej udowadniają, że rynek paliw jest beczką prochu. Jeśli w 2028 r. będziemy mieć do czynienia z drogą ropą z powodu przedłużającego się „konkursu wytrzymałości” na Bliskim Wschodzie (bazowa cena rzędu 7-8 złotych za litr), a do tego Unia Europejska doliczy opłatę klimatyczną ETS2 powiększoną o podatek VAT, ceny paliw w Polsce mogą z łatwością przebić barierę 9, a nawet 10 złotych za litr.

Będzie to podatek nałożony na każdy aspekt naszego życia, ponieważ w nowoczesnej gospodarce niemal wszystko dociera do nas na kołach.

Polska jako główna ofiara logistycznego tsunami

Nigdzie indziej uderzenie nadchodzących regulacji klimatycznych połączonych z drogą ropą nie będzie tak niszczycielskie jak nad Wisłą. Polska gospodarka w ciągu ostatnich 20 lat zbudowała swoją potęgę w dużej mierze na branży TSL (Transport, Spedycja, Logistyka). Polscy przewoźnicy, dysponujący największą flotą ciężarową w Europie (ponad 300 tysięcy pojazdów obsługujących ruch międzynarodowy), kontrolują niemal jedną piątą unijnego rynku przewozów drogowych.

To branża trudna, operująca na marżach rzędu 3-4 proc. Koszty paliwa stanowią w niej do 40 proc. całkowitych kosztów działalności operacyjnej. Wprowadzenie opłat za emisje z transportu to dla tysięcy polskich firm rodzinnych zagłada dotychczasowego modelu biznesowego.

Spójrzmy na twarde liczby. Typowy ciągnik siodłowy w ruchu dalekobieżnym pokonuje rocznie około 120 tys. kilometrów. Przy średnim spalaniu 30 litrów na 100 kilometrów, pojazd zużywa 36 tys. litrów diesla rocznie. Jeśli wejście ETS2 nałoży na ten litr dodatkowego złotego brutto, oznacza to nagły, dodatkowy koszt w wysokości 36 tys. złotych rocznie na każdym pojeździe.

Dla polskiej firmy dysponującej flotą zaledwie stu pojazdów to 3,6 miliona złotych nowej, nieprzewidzianej w kontraktach unijnej opłaty. W warunkach gwałtownie drożejącej samej ropy naftowej wskutek wojny irańskiej, ta presja kosztowa może stać się niemożliwa do udźwignięcia.

Branża transportowa nie weźmie tego uderzenia na swoje barki, bo po prostu nie ma z czego. Nastąpi masowe i bezwzględne uruchomienie klauzul waloryzacyjnych. Koszty zostaną natychmiast przeniesione na producentów, hurtownie, dyskonty spożywcze, a ostatecznie – na cenę chleba, masła, materiałów budowlanych i ubrań. Ekstrapolacja tych zjawisk pozwala analitykom szacować, że uderzenie ETS2 doprowadzi do nagłego odbicia inflacji. Koszty życia wzrosną.

Iluzja osłon i nadchodząca polityczna burza

Architekci Europejskiego Zielonego Ładu w Brukseli nie są ślepi. Doskonale zdają sobie sprawę, że nałożenie drastycznych, nowych podatków węglowych na ogrzewanie domów i transport najuboższych grup społecznych to przepis na natychmiastową, gwałtowną katastrofę polityczną. Dlatego dyrektywie ETS2 towarzyszy mechanizm osłonowy – Społeczny Fundusz Klimatyczny (SCF – Social Climate Fund).

Jego celem jest łagodzenie skutków transformacji i zapobieganie zjawisku ubóstwa energetycznego oraz transportowego. Budżet funduszu na lata 2026–2032 ustalono na poziomie 86,7 miliarda euro. Polska, historycznie najbardziej uzależniona od węgla i paliw kopalnych, ma być jego największym beneficjentem (otrzyma około 11,4 mld euro, czyli 17 proc. całości).

Na papierze i na slajdach w Parlamencie Europejskim brzmi to jak wspaniały, potężny parasol ochronny. Przeciwnicy jednak nie ustają w krytyce.

Przekonują, że pieniądze są jak kroplówka dla umierającego. Choć 86 mld euro wydaje się kwotą astronomiczną, po podzieleniu przez 7 lat trwania programu i 27 państw członkowskich okazuje się ułamkiem realnych potrzeb. Polskie 11,4 mld euro to średnio nieco ponad 1,6 mld euro rocznie (ok. 7 mld złotych). Dla porównania – łączny koszt mrożenia cen energii elektrycznej, gazu i ciepła w Polsce w latach 2022–2025 wyniósł 83,3 mld zł. SCF zrekompensuje zaledwie drobną część pieniędzy, które system handlu emisjami wydrenuje z kieszeni Polaków i firm logistycznych. Ale to nie wszystko.

Fundusz zakłada również, że rządy krajowe zbudują systemy dystrybucji tych środków, by dotrzeć do najuboższych z bezpośrednimi transferami lub bonami na wymianę pieców (termomodernizację). Doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że celowane programy pomocowe w wielu krajach Unii giną w gąszczu biurokracji. Administracje mogą nie zdążyć stworzyć sprawnych mechanizmów osłonowych przed nadejściem fali podwyżek. Zanim urzędnik rozpatrzy wniosek o dopłatę, obywatel zdąży zbankrutować.

System proponuje też leczenie czysto objawowe. Urzędnicy unijni będą wyciągać pieniądze z portfeli obywateli na stacjach benzynowych, przesyłać je do centralnego kotła, a następnie rządy (po pobraniu potężnej marży operacyjnej na obsługę urzędniczą) będą oddawać część tych środków w formie zasiłków, by ratować budżety domowe. To błędne koło, które uzależni dziesiątki milionów Europejczyków od państwowej kroplówki, zamiast strukturalnie obniżać ceny energii.

Widmo Żółtych Kamizelek 2.0 i prezent dla skrajnej prawicy

Jest wiele analiz sugerujących, że skutki społeczne nakreślonego wyżej scenariusza stanowią dziś największe zagrożenie dla stabilności projektu europejskiego od czasu jego powstania. Jeżeli w 2028 r., wyczerpani przedłużającą się inflacją, stłumieni wysokimi stopami procentowymi i wstrząsami wywołanymi wojną na Bliskim Wschodzie kierowcy w Paryżu, Berlinie czy Warszawie usłyszą, że za dojazd do pracy muszą zapłacić dodatkowy, unijny podatek węglowy, będziemy świadkami eksplozji.

Bruksela wciąż ma traumę po protestach ruchu „Żółtych Kamizelek” we Francji (2018 rok), które wybuchły dokładnie z tego samego powodu – w odpowiedzi na niewielką, krajową podwyżkę akcyzy ekologicznej na paliwa. Tamten kryzys miał charakter narodowy. ETS2 ma potencjał wygenerowania buntu o zasięgu całego kontynentu.

Dla osób mieszkających poza metropoliami, na prowincji i przedmieściach – tam, gdzie nie dociera luksusowe metro czy punktualne koleje aglomeracyjne – samochód spalinowy to nie fanaberia luksusu. To narzędzie przetrwania. To sposób, by dojechać do fabryki na drugą zmianę, by zawieźć dziecko do lekarza. ETS2 to w swojej architekturze typowy podatek regresywny. Uderza rykoszetem najbardziej w tych, którzy zarabiają najmniej, jeżdżą starszymi, bardziej paliwożernymi autami i mieszkają w nieocieplonych domach jednorodzinnych na wsi. Ci ludzie nie pójdą nagle do salonu i nie kupią elektryka za 200 tysięcy złotych, ponieważ ledwo spinają domowy budżet od pierwszego do pierwszego.

Jest jeszcze jeden aspekt, o którym warto tutaj wspomnieć. Skrajna prawica, eurosceptycy i narodowi populiści na całym kontynencie otrzymują do rąk narzędzie mobilizacyjne, o jakim mogli do tej pory tylko marzyć. Narracja o „oderwanych od rzeczywistości elitach, zmuszających robotników do płacenia za ratowanie planety, podczas gdy amerykański kapitał ucieka w kosmos, a rakiety na Bliskim Wschodzie dyktują ceny” jest gotowym skryptem wyborczym. Nie będzie już abstrakcyjnym sloganem. Będzie poparta twardym dowodem w postaci paragonu ze stacji benzynowej w zderzeniu z informacją o zamykanej tuż za rogiem, lokalnej hucie szkła czy fabryce plastiku.

Koniec efektu wyparcia. Trzeba działać

Historia gospodarcza uczy, że zyski z wielkich rewolucji rzadko są dzielone sprawiedliwie, a rachunek zawsze płacą ci na samym końcu łańcucha pokarmowego.

Unia Europejska, transformując się na zieloną stronę mocy, zaryzykowała byt swojego przemysłu i zasobność portfeli obywateli. Założenie, że drakońskie kary finansowe wymuszą na biznesie natychmiastowe inwestycje w zielone technologie, zignorowało brutalną asymetrię geopolityczną. Podczas gdy Europa podnosi sama sobie podatki węglowe, Stany Zjednoczone chronią swój rynek, rozwijają tanie łupki i sankcjonują rywali, a Chiny wciąż budują bloki węglowe, będące wsparciem dla jeszcze większych inwestycji w fotowoltaikę. Wszystko po to, by zalewać świat tanimi komponentami fotowoltaicznymi, uzależniać nas od siebie i mieć tanią energię.

Gdy rakiety uderzają w instalacje w Cieśninie Ormuz podbijając ceny ropy, Europa jest nagle naga. Uzależniona od importu drogich nośników energii i duszona własnymi regulacjami, po prostu przegrywa z globalną matematyką. Prezes polskiego Fol-Mechu podpisując kontrakt na granulki zza oceanu nie jest przeciwnikiem ekologii. Jest biznesmenem ratującym firmę, który podliczył koszty i wpisał je w biznesplan. Politycy tego nie zrobili.

Brak głębokiej, merytorycznej debaty o skali uderzenia, jakie zgotuje system ETS2 polskim firmom transportowym, budowlanym i obywatelom u progu 2028 r., to ignorancja granicząca z gospodarczym samobójstwem. Jeśli transformacja z wzniosłego celu zamieni się w bezlitosny eksperyment fiskalny w dobie globalnych szoków wojennych, polityczny fundament zjednoczonej Europy może nie wytrzymać tego ciężaru. Ekstremiści czekają na bieg wydarzeń, zacierając ręce. Zdesperowani ludzie mogą im zaufać. Będzie to początek końca Unii, jaką znamy.

Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter

Zdjęcie główne: Orlen

Motyw