
Unia Europejska nadal pokrywa większość swojego zapotrzebowania za pomocą importu energii. W 2024 r. 57 proc. całości jej zużycia zapewnili dostawcy zewnętrzni. Stan ten zmienić miały odnawialne źródła energii i oparta na nich elektryfikacja. Jednak Michał Sołowow uważa, że ten plan spali na panewce. Przekonuje, że europejska energetyka nadal będzie uzależniona – zmieni się jedynie to, od kogo.
- Teza. Bruksela mocno stawia na OZE. Do 2030 r. ich udział w końcowym zużyciu energii brutto ma wzrosnąć nawet do 45 proc. Michał Sołowow jest zdania, że ten kierunek nie musi jednak dać Europie niezależności energetycznej. Zamiast od ropy, gazu i węgla nasz kontynent będzie uzależniony od technologii od Chin.
- Dowód. Kluczowe technologie OZE powstają dziś głównie w Państwie Środka, które odpowiada za około 80 proc. światowej produkcji modułów fotowoltaicznych i baterii. W przypadku polikrzemu jego udział wzrasta do ok. 95 proc., a przy płytkach krzemowych – do niemal 100 proc. Chiny produkują też ponad 90 proc. materiałów anodowych do baterii. Jeśli więc chcemy opierać energetykę na OZE, to musimy kupować wyroby chińskie – uważa Sołowow.
- Efekt. Poprzez panele, baterie i magazyny energii nabywane tylko od Pekinu Europa buduje nową zależność technologiczną. Ryzykuje też utratę własnego przemysłu i know-how. Zamiast od importowanych paliw kopalnych staniemy się uzależnieni od chińskich technologii, komponentów i fabryk.
Michał Sołowow ostrzega energetykę przed uzależnieniem od Chin. Spis treści
Unia zaplanowała gigantyczne inwestycje i wydała już miliardy euro, aby zrealizować cele transformacji energetycznej. Postawiła jednak jeden warunek. Wymiana źródeł energii musi opierać się na europejskich mocach produkcyjnych i własnej technologii.
Ten plan mógł działać, ale tylko do czasu. Do momentu, w którym chiński smok nabrał apetytu na zielone technologie i zdominował znaczną część rynku.
Sołowow przestrzega przed uzależnieniem od Chin
– Powiem teraz coś przeciwko sobie, ale jako dystrybutor fotowoltaiki i producent magazynów energii znam każdy z aspektów rynku OZE. Jeżeli kupujemy fotowoltaikę, to 80 proc. jej komponentów zostało wyprodukowanych w Chinach – stwierdził Michał Sołowow podczas Kongresu Polskiej Gospodarki.
W jego ocenie na rynku nie ma dziś alternatywy dla tej produkcji. Chcesz budować OZE? Robisz zakupy w Jiangsu, Guangdong, Fujian czy innych prowincjach koncentrujących produkcję fotowoltaiki, turbin wiatrowych oraz magazynów energii.
Zgodnie z dyrektywą RED III udział OZE w końcowym zużyciu energii brutto ma do 2030 r. wzrosnąć do co najmniej 42,5 proc. Ściągany spoza kontynentu gaz, węgiel i ropę ma zastąpić lokalnie produkowana energia ze słońca i wiatru. Pytanie brzmi jednak, czy budowanie tej samowystarczalności na chińskich komponentach rzeczywiście prowadzi Europę do niezależności?
Chiny zdominowały sektor OZE
Słowa Michała Sołowowa o chińskiej dominacji potwierdzają dane. Pekin odpowiada dziś za około 80 proc. światowej produkcji modułów fotowoltaicznych i baterii. Ich przewaga nie kończy się jednak na panelach.
Państwo Środka kontroluje także ponad 70 proc. globalnej produkcji gondoli do turbin wiatrowych – wynika z raportu „Energy Technology Perspectives 2026” stworzonego przez Międzynarodową Agencję Energetyczną (MAE).
W niektórych obszarach chińska dominacja okazuje się jeszcze większa. Koncerny zlokalizowane w ChRL wytwarzają około 95 proc. globalnego polikrzemu i niemal 100 proc. płytek krzemowych używanych w fotowoltaice.
Podobnie wygląda sytuacja w łańcuchach dostaw dla baterii, które są kluczowym elementem systemu energetycznego opartego na OZE. Bez nich stabilizacja produkcji energii ze słońca, czy wiatru byłaby niemożliwa, więc zapotrzebowanie na nie rośnie z każdym kolejnym rokiem. A to cieszy komunistyczne władze.
90 proc. magazynów energii to Chiny. Jeśli dziś kupimy magazyny, które planujemy kupić, za 10 lat kupimy je ponownie. Bo nie będzie żadnych innych dostawców – mówił wprost Sołowow.
Przyczyny chińskiej dominacji nie zaskakują. Decydują o niej przede wszystkim:
- dostęp do materiałów,
- skala produkcji,
- niższe koszty pracy,
- subsydia państwowe.
Wszystkie te czynniki przekładają się z kolei na cenę.
Strategia Pekinu to niskie marże wypychające konkurencję
Europejskim producentom niezwykle trudno rywalizować z chińskimi dostawcami. Koszty produkcji modułów fotowoltaicznych w Państwie Środka bywają nawet o połowę niższe niż w gospodarkach rozwiniętych, takich jak np. UE. Jeszcze większą różnicę widać w energetyce wiatrowej.
„Produkcja gondoli turbiny wiatrowej w całości na terenie UE byłaby o około 75 proc. droższa niż w Chinach. Wynika to wyższych kosztów pracy, droższych materiałów i słabego zintegrowania europejskich łańcuchów dostaw” – wskazuje MAE we wspomnianym raporcie.
Tak silna przewaga produkcyjna przekłada się z kolei na możliwości eksportowe chińskich producentów. Część firm działa na granicy opłacalności, byle zdobywać kolejne rynki. Czasami akceptując nawet ujemne marże, żeby tylko wypierać zachodnią konkurencję. Ta strategia zwiększa globalny zasięg Pekinu, ale ma też swój koszt.
Dziesięciu największych chińskich producentów fotowoltaiki zanotowało w 2024 r. łączne straty operacyjne rzędu 4,5 mld dolarów”.
MAE w raporcie pt. „Energy Technology Perspectives 2026”
Sama strategia pozostaje jednak bez zmian i przynosi już pierwsze skutki. Europa coraz mocniej ugina się pod presją chińskich koncernów. Northvolt, największa europejska nadzieja na własną produkcję baterii, ogłosił w zeszłym roku bankructwo.
Problemy mają też tutejsi producenci paneli fotowoltaicznych. Meyer Burger nie wytrzymuje konkurencji z tanim sprzętem z Państwa Środka i zamyka zakłady w Europie oraz USA. Jednak Komisja Europejska widzi ten problem i zaczyna się bronić. Pytanie, czy nie jest już na to za późno?
Europę czekają trudne decyzje
W ostatnich miesiącach Bruksela wprowadziła szereg protekcjonistycznych rozwiązań, które miałyby chronić europejską produkcję. Pojawiły się cła na chińskie auta elektryczne oraz CBAM, czyli mechanizm opłat od importu bardziej emisyjnych towarów. Cło węglowe nie spotkało się jednak z ciepłym przyjęciem przez europejski przemysł, o czym pisaliśmy w Biznes Enter.
Unijna polityka celna nie sprawi też, że koszty produkcji europejskich firm nagle spadną do poziomu pozwalającego im ponownie konkurować na globalnym rynku. Jednak utrata własnego przemysłu i know-how w dziedzinie OZE byłaby dla Europy katastrofą. Podważyłaby też ekonomiczny sens transformacji energetycznej.
Dlatego tak ważne są mechanizmy wspierające miejscową produkcję, tzw. local content, które premiują europejskie firmy i dostawców przy dużych projektach energetycznych. Trudno sobie jednak wyobrazić, aby UE mogła sobie pozwolić na zupełną rezygnację z kontaktów handlowych z Pekinem.
Szczególnie że chińskie produkty, z racji na swoją dostępność i cenę, przyspieszają transformację energetyczną. Bez nich inwestycje w OZE byłyby po prostu droższe i mniej rentowne. Jednak jeśli Europa w pełni będzie polegać na chińskich dostawcach, to co prawda obniży emisje, ale nie zbuduje pełnej suwerenności energetycznej.
Innymi słowy: odetniemy się od ropy, gazu i węgla, które dziś musimy sprowadzać. Zamiast importu węglowodorów rozłożymy czerwony dywan przed chińskimi koncernami, zapraszając je do aneksji naszych systemów energetycznych.
Ignacy Zieliński, dziennikarz Biznes Enter
Zdjęcie główne: Materiały prasowe / Adam Tuchliński