Partnerzy merytoryczni
Ursula von der Leyen

Unia przestraszyła się gniewu ludu. Mamy klimatyczny reset ws. krytykowanego ETS-u

Europa zdejmuje nogę z gazu. Po latach zaciskania klimatycznego pasa, Komisja Europejska nieoczekiwanie luzuje gorset systemu handlu emisjami ETS, który jest powszechnie krytykowany w naszym kraju. To już nie jest tylko walka o klimat – to potężna batalia o ekonomiczne przetrwanie unijnego przemysłu, grubość portfeli milionów obywateli i odcięcie paliwa prawicowcom, który zaraz mogą przejąć stery, odsuwając od władzy dotychczasową brukselską elitę.

  • Teza. Komisja Europejska, pod presją rosnących kosztów, gniewu Europejczyków i groźby deindustrializacji, łagodzi dotychczasowy rygorystyczny kurs polityki klimatycznej, aby ratować konkurencyjność unijnego przemysłu.
  • Dowód. Na potwierdzenie tej zmiany Bruksela drastycznie zwalnia tempo wycofywania uprawnień do emisji (zmniejszając współczynnik redukcji do 1,7 proc. w latach 2036-2040) oraz tworzy Bank Dekarbonizacji Przemysłu z ogromnym budżetem 100 miliardów euro.
  • Efekt. Dzięki unijnym ustępstwom krajowy przemysł zyskuje bezcenny czas i szansę na europejskie środki na transformację, jednak nad Polską wciąż wisi widmo wprowadzenia systemu ETS2, który grozi przerzuceniem ogromnych kosztów dekarbonizacji bezpośrednio na budżety domowe obywateli.
Historia imperium Gołębiewskiego

Zależność od importowanych paliw kopalnych i drastyczne skoki cen energii na rynkach światowych brutalnie zweryfikowały tempo unijnej dekarbonizacji. Przez lata system handlu uprawnieniami do emisji (EU ETS) był świętością, niewzruszonym rynkowym fundamentem europejskiej polityki klimatycznej. Jednak obecnie w brukselskich kuluarach zapadły decyzje, które jeszcze niedawno wydawały się czystą polityczną herezją.

Komisja Europejska, przyparta do muru widmem masowej deindustrializacji, gniewu ludu, prawicowej fali i gwałtownej utraty konkurencyjności, przedstawiła zrewidowany plan działania na rzecz elektryfikacji oraz głęboką reformę ETS. Dokument ten to korekta dotychczasowego kursu, wynikająca bezpośrednio z czerwcowych konkluzji Rady Europejskiej i założeń nowo formowanego „Ładu dla czystego przemysłu”. Ta legislacyjna wolta, zdanie analityków, stanowi szansę dla polskiej gospodarki, która od lat dusiła się w ciasnym gorsecie rosnących opłat emisyjnych.

Kroplówka dla przemysłu. Zmiana rynkowej matematyki ws. ETS

Unijny system ETS, uruchomiony z wielkimi nadziejami w 2005 r., z założenia miał być ultraskutecznym motorem zielonej zmiany. Przez ponad dwie dekady wygenerował przeszło 270 miliardów euro, pomagając obniżyć emisje w objętych nim sektorach o imponujące 50 proc.

Zweryfikowane emisje według krajów. Źródło: Bruegel ETS Tracker

Z czasem jednak ten oparty na twardych zasadach rynkowych mechanizm zamienił się dla wielu europejskich firm w bezlitosną finansową gilotynę. Pula uprawnień dostępnych na aukcjach była cięta – w latach 2024–2027 o 4,3 proc. rocznie w stosunku do historycznego punktu odniesienia, co w praktyce oznaczało ubytek rzędu 84-85 mln uprawnień z systemu każdego roku. Od 2028 r. cięcia miały jeszcze przyspieszyć do poziomu 4,4 procent. Kontynuowanie tego tempa doprowadziłoby do całkowitego wyzerowania liczby uprawnień już w 2039 r.

Zrewidowany projekt Komisji łagodzi tę zabójczą dla biznesu trajektorię. Zaktualizowany współczynnik redukcji w latach 2031–2035 spadnie do 3,7 proc., a w newralgicznym okresie 2036–2040 wyniesie zaledwie 1,7 proc.. To jasny sygnał wysłany w stronę rynków – zwalniamy, by uratować krwiobieg gospodarki.

Co zmienia Bruksela?

Co więcej, Bruksela warunkowo dopuszcza wykorzystanie do 2 proc. wysokiej jakości kredytów międzynarodowych na finansowanie dekarbonizacji za granicą po 2036 r. Równocześnie włącza w ramy systemu raczkujące technologie trwałego usuwania dwutlenku węgla oraz zapowiada głęboką reformę rezerwy stabilności rynkowej, by skutecznie ograniczyć nadmierną zmienność i nieprzewidywalność cen. System ulega też mocnemu uszczelnieniu – rozszerzono go na kontrowersyjne spalanie odpadów oraz zaostrzono zasady dla transportu lotniczego i morskiego.

Za ulgami regulacyjnymi idą w parze gigantyczne pieniądze. Nowo powołany Bank Dekarbonizacji Przemysłu ma dysponować potężnym finansowaniem w wysokości 100 mld euro. Równolegle państwa członkowskie zostaną ustawowo zobligowane do przeznaczenia dokładnie 50 proc. swoich krajowych dochodów z ETS na zielone inwestycje, co wpompuje w europejską gospodarkę kolejne 100 mld euro jeszcze przed kluczowym 2030 r.

Komisja chce zwiększyć także pulę darmowych uprawnień dla wrażliwego przemysłu o 6 mld euro na najbliższe lata, a w sektorach objętych systemem wyrównywania cen na granicach (CBAM) proces wycofywania bezpłatnych certyfikatów zostanie mocno spowolniony i rozciągnięty aż do 2038 r. Bezpłatne alokacje przetrwają dekadę, o ile przemysł aktywnie zainwestuje w dekarbonizację – wkład finansowy firm ma po prostu rynkowo do nich wracać, stanowiąc bufor dla strategicznych technologii.

– Propozycje wymagają uzgodnienia i przyjęcia przez Parlament Europejski oraz Radę UE, porozumienie ma być osiągnięte na początku 2027. Rewizja ETS została uznana za korzystną dla wysokoemisyjnych branż i sukces m.in. Polski, choć część państw domaga się dalszego złagodzenia zasad ETS – komentują te zmiany ekonomiści PKO BP.

Motoryzacyjny papierek lakmusowy

Aby w pełni pojąć prawdziwe powody zmiany kursu brukselskich urzędników, wystarczy spojrzeć na europejską branżę motoryzacyjną. Z najnowszego, majowego raportu Keralla Research przygotowanego na zlecenie Bibby Financial Services wyłania się iście dramatyczny obraz sektora. Branża, która niegdyś z nieskrywaną dumą napędzała cały unijny eksport, dziś desperacko walczy o utrzymanie podstawowej płynności.

Aż 38 proc. firm operujących w automotive jako swoje największe codzienne wyzwanie wskazuje skokowy wzrost kosztów operacyjnych – uderzają w nie wysokie ceny energii, surowców, logistyki i rosnące presje płacowe. Dokładnie taki sam odsetek przedsiębiorców alarmuje o morderczej konkurencji cenowej ze strony agresywnych podmiotów spoza Unii, w tym przede wszystkim gigantów z Chin.

Jak punktuje Tomasz Bęben dla PAP, prezes Stowarzyszenia Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych, branża przestała mówić wyłącznie tradycyjnym językiem kosztów. Dziś firmy działają pod presją z trzech różnych stron – cenową, technologiczną i regulacyjną. Z uśrednionymi danymi trudno w jakikolwiek sposób dyskutować:

  • 30 proc. firm zmaga się z ciężarem przymusowej transformacji technologicznej,
  • 26 proc. odnotowuje ostre spadki lub dużą zmienność zamówień od zaniepokojonych kontrahentów,
  • 23 proc. tonie w gąszczu nowych, kosztownych wymogów regulacyjnych i raportowych,
  • a kolejne 22 proc. jest zgniatanych presją cenową narzucaną przez zniecierpliwionych odbiorców.

Efekt tych zjawisk jest łatwy do przewidzenia. Aż 93 proc. tej branży systematycznie doświadcza opóźnień w spływaniu należności, a mediana zamrożonych środków na nieopłaconych fakturach dobija do kwoty 110 tys. złotych. Płynność finansowa w dystrybucji dosłownie wyparowała, a długoterminowe, stabilne planowanie biznesowe to w dzisiejszych realiach mrzonka.

Polska gra o wszystko na unijnej szachownicy

Dla Warszawy najnowsza rewizja systemu ETS to w równej mierze kwestia obrony stabilności, co ratowania politycznej racji stanu.

Musimy pamiętać, że polska gospodarka, historycznie i technologicznie uzależniona od paliw kopalnych, od lat mierzy się ze strukturalnym niedoborem darmowych uprawnień do emisji CO2 — konsekwencją energetyki znacznie bardziej węglochłonnej niż unijna średnia. Sektor energetyczny praktycznie nie otrzymuje już bezpłatnej puli, więc musi pokrywać większość swojego zapotrzebowania zakupami na aukcjach i rynku wtórnym uprawnień, notowanych m.in. na giełdach EEX w Lipsku i ICE w Londynie.

W latach 2021–2025 koszt tych zakupów po stronie polskich firm przewyższył wpływy, jakie Polska uzyskała ze sprzedaży własnej puli, o około 27 mld zł. Obraz ten jest jednak niepełny bez drugiej strony bilansu. Od 2012 r. do Polski z systemu EU ETS wpłynęło łącznie ponad 200 mld zł, a kraj jest dziś największym beneficjentem unijnego Funduszu Modernizacyjnego oraz nowego Społecznego Funduszu Klimatycznego — obu zasilanych właśnie wpływami z handlu uprawnieniami. Prawdziwym problemem, wielokrotnie wskazywanym przez NIK, nie jest więc jednokierunkowy odpływ kapitału za granicę, lecz to, że środki zarobione przez Polskę na sprzedaży uprawnień w przytłaczającej większości trafiają do budżetu ogólnego i się w nim de facto rozpływają, zamiast finansować dekarbonizację, która realnie zmniejszyłaby przyszłe zapotrzebowanie na ich zakup.

O tym politycy jednak mówią niechętnie, a ustępstwa wynegocjowane teraz z Komisją Europejską przedstawiają jako strategiczne i długo wyczekiwane zwycięstwo.

Premier Donald Tusk z widoczną satysfakcją zaznaczył, że Polska nie zamierzała respektować pierwotnej, zabójczej wersji systemu i że rządowi po raz kolejny udało się przeforsować w Brukseli zapisy sprzyjające krajowej strukturze gospodarczej. Szef rządu otwarcie zapowiedział walkę o to, by nasz kraj, ze względu na swój głęboki deficyt uprawnień, stał się jednym z głównych beneficjentów uwalnianych z unijnej kasy funduszy osłonowych.

W podobnym tonie wypowiada się ministra klimatu Paulina Hennig-Kloska. Oceniając unijne propozycje jako krok milowy w kierunku łagodzenia polityki ETS, stwierdziła, że to długo wyczekiwane złagodzenie polityki klimatycznej da zmęczonym państwom członkowskim bezcenny oddech. Oddech, który jest konieczny do obrony rynkowej konkurencyjności Europy na arenie globalnej. Zapowiedziała, że nasz kraj będzie walczył o kolejne ustępstwa w tej sprawie.

Widmo systemu ETS2

Jednak te wszystkie działania to tak naprawdę nic w kontekście nadchodzącego ETS2, które prawica europejska wzięła w ostatnich miesiącach na sztandary jako zło wcielone. Ten zupełnie nowy, rygorystyczny mechanizm fiskalny ma zgodnie z odgórnym planem zacząć funkcjonować już od 2028 r. i docelowo objąć swoim zasięgiem cywilny transport drogowy oraz prywatne budownictwo. Jak podkreślają przeciwnicy tego systemu, w praktyce oznacza on gigantyczne, bezpośrednie przeniesienie twardych kosztów dekarbonizacji z ogromnych korporacji i przemysłu prosto na barki i domowe budżety zwykłych obywateli. Nowe prawo wymusi wnoszenie opłat emisyjnych przy korzystaniu z pieców na węgiel czy gaz, co lawinowo podbije rachunki za ogrzewanie domów oraz z pewnością wystrzeli w górę ceny detaliczne paliw na stacjach benzynowych.

Z punktu widzenia drastycznie rosnących kosztów codziennego życia, wejście w życie ETS2 to materiał wybuchowy o niewyobrażalnej sile rażenia. Minister Hennig-Kloska domaga się, aby dołączanie do tego mechanizmu stało się dla polskich uwarunkowań dobrowolne lub by ewentualne jego wdrożenie zostało odsunięte głęboko w czasie. Ewentualna porażka polskiej dyplomacji może doprowadzić do wzrostu inflacji podmycia budżetów setek tysięcy rodzin i wywołać gospodarczy wstrząs, co z pewnością przełożyłoby się na wyniki polityczne rządzących partii.

Elektryczny sen Europy a portfele konsumentów

Ale to nie wszystko, bo Unia chce wdrożyć także Plan Działania w zakresie Elektryfikacji. Fundamentalny cel nakreślony kilka dni temu przez Ursulę von der Leyen jest dość ambitny – Europa ma nieuchronnie zmierzać do miana pierwszego na świecie kontynentu napędzanego w pełni elektryką, całkowicie zrywając z uzależnieniem od obcych dostawców surowców. Komisja chce do 2040 r. niemal podwoić wskaźnik ogólnej elektryfikacji, podnosząc go z poziomu 23 proc. do 46 proc.

Unijne rachunki za nieustanny import paliw kopalnych mogłyby z roku na rok spadać, by przynieść docelowo aż 260 mld euro rocznych oszczędności do 2040 r. Sami zelektryfikowani konsumenci – jak obiecują twórcy zmian – zaoszczędziliby nawet do 78 proc. na kosztach utrzymania pojazdów elektrycznych w zestawieniu z autami spalinowymi i obniżyliby rachunki za domowe ogrzewanie pompami ciepła o blisko 60 proc. Tyle mówią estymacje.

Jak zaznaczył komisarz do spraw energii Dan Jørgensen, przyszedł najwyższy czas, by konsumenci wreszcie świadomie wybrali zielone, domowe, w pełni ekologiczne elektrony zamiast dotować z własnej kieszeni czarne, importowane i niesłychanie drogie cząsteczki gazu. Z kolei komisarz do spraw klimatu Wopke Hoekstra podsumował sens obecnego zwrotu jako racjonalne i oparte na zdrowym rozsądku połączenie trzech kluczowych idei – niezbędnego działania na rzecz ochrony klimatu, ochrony biznesowej konkurencyjności oraz absolutnej niezależności.

Mimo tych doniosłych słów, między brukselską wizją a gospodarczą rzeczywistością zieje obecnie technologiczna i finansowa przepaść. Dziś zielona energia elektryczna w Europie wciąż kosztuje ostatecznego odbiorcę nierzadko trzykrotnie więcej niż konwencjonalny gaz. Innowacyjne, startupowe wdrożenia nie mają szansy na błyskawiczne osiągnięcie pełnej, komercyjnej skali rynkowej, a uzyskanie przez inwestorów pozwoleń na przyłączenie do chronicznie niedoinwestowanych i przestarzałych sieci elektroenergetycznych to w wielu regionach proces liczony w latach.

Unijny plan próbuje zasypać te luki mechanizmami pomostowymi, pozwalając na interwencyjne obniżenie nakładanych opłat sieciowych czy zablokowanie nieproporcjonalnego opodatkowania czystego prądu, w czym kluczową rolę ma odegrać kapitał ze Społecznego Funduszu Klimatycznego. Choć wyzwań są setki, wiceprzewodnicząca wykonawcza Teresa Ribera stawia sprawę jasno – innowacje w czystą energię to jedyny racjonalny fundament przyszłej europejskiej potęgi.

Unia idzie w zmiany, ale to wciąż słowa

Doniosłe decyzje ogłoszone w środku lata 2026 r. przez Komisję Europejską to bezsprzeczny dowód na ugięcie się regulacyjnych dogmatów pod naporem surowych praw twardej ekonomii. Radykalna i bezkompromisowa dotąd ścieżka dekarbonizacji domagała się pilnej rewizji, by w ogóle zapobiec powolnemu zamieraniu rodzimego przemysłu, ucieczce strategicznego kapitału oraz niezadowoleniu ludu, który odwróciłby się od brukselskich elit, zmierzając w radykalne populistyczne nawoływania o powrocie do tego co było.

Poluzowanie śrub w systemie ETS oraz wyłożenie na stół setek miliardów euro tworzy tym samym istotny bufor inwestycyjny dla najbardziej zagrożonych sektorów, takich jak chociażby potężny europejski przemysł motoryzacyjny.

Z perspektywy naszego kraju, wolta Unii w sprawie certyfikatów daje realną nadzieję na wyrwanie miliardów euro potrzebnych do bezpiecznego przeprowadzenia transformacji energetycznej – i to bez doprowadzania rodzimych przedsiębiorców do bankructwa. Nie można jednak zapominać, że nad nami wisi wciąż siekiera w postaci ETS2, którą politycy będą wykorzystywać do wspólnego uderzania się po głowie. To właśnie finał tej skomplikowanej polityczno-gospodarczej potyczki zadecyduje o ekonomicznym przetrwaniu milionów konsumentów i firm w nadchodzącej nowej, zelektryfikowanej epoce bezwzględnej globalnej hiper-konkurencyjności.

Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter

Zdjęcie główne: https://x.com/vonderleyen

Motyw