
Od kilku tygodni przez Polskę przetacza się debata na temat zarobków lekarzy, patologii w szpitalach, problemach NFZ-u i niewydolności całego rodzimego systemu ochrony zdrowia. Biznes Enter rozmawiał przez ten czas z dziesiątkami osób bezpośrednio wmontowanymi w ten mechanizm – medykami, finansistami, menadżerami, analitykami, niezależnymi ekspertami. Przejrzeliśmy też kilkanaście branżowych raportów na ten temat. Obraz, który wyłania się zza medycznych parawanów, może porażać. Politycy przez dekady stworzyli lukratywną sieć finansowych powiązań, które są tak zrośnięte i od siebie zależne, że państwo polskie w obecnym układzie jest za słabe, żeby z tym lewiatanem walczyć. Nikomu zresztą, poza samymi pacjentami, ta walka nawet nie jest na rękę. Odsłaniamy kulisy najbardziej zdegenerowanej tkanki naszego kraju.
- Teza. Polski system ochrony zdrowia nie cierpi na przypadkową zapaść, lecz jest celowo podtrzymywanym, patologicznym mechanizmem optymalizacyjnym, w którym państwo świadomie rezygnuje z nadzoru, aby utrzymać polityczny spokój kosztem transferu miliardów złotych publicznych środków do wyspecjalizowanych instytucji finansowych i lekarzy na kontraktach B2B.
- Dowód. Mechanizmy te precyzyjnie obnażają oficjalne raporty Najwyższej Izby Kontroli, dokumentujące brak zintegrowanego systemu ewidencji czasu pracy, co pozwala na absurdalne, ponad 70-godzinne dyżury medyków, a także gigantyczne koszty rolowania długów szpitalnych (jak ponad 107 mln zł na samą obsługę zadłużenia w warszawskim UCK), omijanie prawa zamówień publicznych oraz powszechne konflikty interesów.
- Efekt. W rezultacie państwo polskie kapituluje i utrwala swoje instytucjonalne bankructwo wobec potężnych grup interesów, a obywatele-pacjenci zostają zredukowani do rynkowego „wsadu” generującego procedury finansowe, stając się ofiarami wyeksploatowanego systemu, który zagraża ich bezpośredniemu bezpieczeństwu zdrowotnemu.
Patologie w polskiej służbie zdrowia – od lekarzy po cały system. Spis treści
Na początku postawmy sprawę jasno. Gdyby Narodowy Fundusz Zdrowia był spółką notowaną na giełdzie, jego zarząd zostałby wyprowadzony w kajdankach za rażącą niegospodarność i działanie na szkodę akcjonariuszy. Problem w tym, że w tym systemie akcjonariuszami jesteśmy my wszyscy, a zarząd to politycy, dla których utrzymanie obecnego, patologicznego status quo jest jedynym sposobem na uniknięcie natychmiastowej zapaści naszego państwa.
Biznes Enter przez ostatnie dni rozmawiał z dziesiątkami osób, które żyją z tego systemu. Ba, niektórzy wprost przyznają, że na nim pasożytują. Przejrzeliśmy też kilkanaście raportów na temat stanu służby zdrowia i mechanizmów finansowych, które mówią o niej więcej, niż wszystkie skandale razem wzięte.
Co ciekawe, najwięcej analiz na temat szpitalnej patologii stworzyła sama Najwyższa Izba Kontroli, która rok w rok sporządzała w zasadzie akt oskarżenia wobec państwa polskiego sabotującego własnych obywateli-pacjentów. Politycy bowiem z własnej woli zdecydowali się w opiece szpitalnej na całkowitą ślepotę.
To też opowieść o systemie, w którym państwo nie widzi 3-dniowych dyżurów bez snu, strukturalny dług generuje gigantyczne zyski dla wąskiej grupy komercyjnych podmiotów, a lekarze, zamiast po prostu leczyć, zostali beneficjentami układu, co niektórzy wykorzystują do prymitywnych oszustw. To w końcu anatomia degeneracji, która nie jest błędem w kodzie – ona jest tym kodem.
Polska służba zdrowia to w przeważającej większości malowany trup
Każdy student ekonomii na pierwszym roku poznaje teorię agencji (tzw. problem pana i sługi). Występuje on, gdy zleceniodawca deleguje zadania wykonawcy, ale nie dysponuje pełnymi informacjami o jego działaniach. W polskim systemie ochrony zdrowia ten model doprowadzono do absolutnej skrajności, co może tylko eskalować.
Narodowy Fundusz Zdrowia dysponuje gigantycznym budżetem (ponad 237 mld zł na 2027 r.), płaci za „wytworzony produkt” (zrealizowaną procedurę medyczną, ujętą w ryczałcie), ale celowo nie chce wiedzieć, jakimi zasobami i w jakich warunkach ten produkt został wytworzony. To tak, jakby globalny koncern motoryzacyjny kupował części od podwykonawcy, nie wiedząc, ile godzin pracowały maszyny, kto je obsługiwał i czy fabryka w ogóle spełnia elementarne normy bezpieczeństwa, akceptując na wiarę każdą wystawioną fakturę.
Najlepiej obrazuje to absolutny brak wiedzy państwa o czasie pracy personelu medycznego. Ministerstwo Zdrowia i NFZ od lat nie są w stanie wyliczyć podstawowego wskaźnika wydajności w zarządzaniu kapitałem ludzkim: liczby ekwiwalentów pełnego czasu pracy (FTE – Full-Time Equivalent). Polskie państwo liczy lekarzy „w głowach”, chwaląc się rosnącą liczbą wydanych praw wykonywania zawodu.
W rzeczywistości jednak system widzi tylko wirtualne numery PESEL. Nie wie, że ten sam lekarz rano operuje w klinice uniwersyteckiej, po południu przyjmuje w prywatnej poliklinice, a na noc jedzie na dyżur kontraktowy do szpitala powiatowego, by rano wrócić do kliniki.
Słodka niewiedza o systemie
Brak centralnego rejestru czasu pracy to nie jest wpadka informatyczna urzędników. To fundamentalna polisa ubezpieczeniowa tego układu. Najwyższa Izba Kontroli (NIK) od wielu lat (w tym najdobitniej w czerwcowym raporcie z 2026 r.) błaga o pilne wdrożenie centralnego mechanizmu rejestracji czasu pracy personelu, przypominając, że bez realnego nadzoru nad całkowitym obciążeniem lekarzy w warunkach „wieloetatowości”, bezpieczeństwo pacjentów to czysta fikcja. Państwo udaje głuchego, ponieważ usunięcie tej ślepoty doprowadziłoby do natychmiastowego ujawnienia, że polskie szpitale od dawna nie mają kim operować.
Dowodem na to są wnioski z analizy zarządzania jakością w placówkach klinicznych. Ustawa o jakości w opiece zdrowotnej nakazuje szpitalom wdrażanie rygorystycznych systemów kontroli. Jak to wygląda w zderzeniu z rynkiem?
Raport NIK bezlitośnie punktuje, że w wielkich ośrodkach, takich jak stołeczne Uniwersyteckie Centrum Kliniczne WUM czy szpital w Rzeszowie, systemy te miały charakter wyłącznie fasadowy. Były to opasłe, prawidłowo opieczętowane segregatory dokumentów leżące w szafach dyrekcji, podczas gdy na oddziałach o życiu pacjentów decydowali lekarze funkcjonujący poza wszelkimi normami zarządzania ryzykiem medycznym. Papier przyjął wszystko, algorytm rozliczył ryczałt, system udawał, że leczy nowocześnie.
– Widziałem rzeczy straszne. Naprawdę. Byli już łowcy skór, którzy handlowali ciałami, później mniejsze oszustwa jak wypisywanie fikcyjnych godzin, których się nie przepracowało, dermatolog, który udawał neurochirurga przed studentami, bo kolega zapił w niedzielę, błędy lekarskie tak częste, że jedyne co je ratuje, to bardzo niska świadomość prawna Polaków, życie ponad stan dyrektorów zadłużonych po uszy placówek. Ten temat się nie kończy i się nie skończy – mówi nam jeden z lokalnych dziennikarzy, który od lat opisuje problemy w szpitalnictwie w wojewódzkie łódzkim.
Jak jednak podkreśla, to wszystko tylko „wierzchołek góry lodowej”. Zacznijmy zatem od samego szczytu tej góry, czyli lekarzy.
El Dorado na B2B i praca na granicy śmierci
Kluczem do zrozumienia płacowych i wydajnościowych patologii w służbie zdrowia jest struktura zatrudnienia, w której prawo pracy zastąpiono prawem cywilnym. Blisko trzy czwarte lekarzy specjalistów w Polsce nie pracuje na umowach o pracę. Działają jako jednoosobowe działalności gospodarcze, świadcząc usługi na kontraktach B2B.
Z punktu widzenia wolnego rynku, przejście na samozatrudnienie to racjonalny krok optymalizacyjny. Jednak w systemie publicznym, gdzie podaż usług medycznych jest obiektywnie, strukturalnie niewystarczająca, a popyt nieskończony (napędzany starzejącym się społeczeństwem), model B2B stworzył potężną dźwignię negocjacyjną dla personelu, zamieniając polskie szpitale w fabryki skrajnej eksploatacji. Jak to działa? Dowiadujemy się tego od kilku osób pracujących w ten sposób, jak i ekspertów rynkowych.
Z jednej strony obserwujemy tzw. arbitraż kadrowy z drugiej zaś wolnoamerykankę płacową. Obie połówki jabłka się świetnie uzupełniają. Dyrektorzy zadłużonych szpitali, by utrzymać oddziały (co jest bezwzględnym warunkiem otrzymania ryczałtu z NFZ), muszą licytować się o specjalistów dostępnych na rynku, choć paradoksalnie średni wynik dla naszego kraju w tym zakresie stawia nas w połowie stawki wśród państw OECD (w 2023 r. w Polsce przypadało 3,9 praktykującego lekarza na 1 tys. mieszkańców, czyli tyle ile średnia z badania Health at a Glance 2025 OECD).
Wracając, co daje lekarzom kontrakt B2B? Dzięki niemu omijają ograniczenia siatki płac i widełek narzucanych przez resort. Medycy o kluczowych specjalizacjach (anestezjolodzy, neonatolodzy, chirurdzy naczyniowi) zmonopolizowali podaż swoich usług, dyktując stawki godzinowe wynoszące 300, 400, a w sytuacjach kryzysowych nawet 500 zł za godzinę dyżuru kontraktowego.
Faktury opiewające na 100 tys. zł miesięcznie za usługi lekarskie w mniejszych ośrodkach stały się cichym standardem, na który dyrektorzy godzą się z nożem na gardle. W elitarnych szpitalach klinicznych, zamiast zjawiska „kominów”, powszechny jest drenaż – lekarze spędzają minimum czasu na bazowym etacie, by resztę sił sprzedawać rynkowo na zewnątrz.
Praca przez trzy dni non stop bez godziny snu? „Nie chce im się”
Ale to nie wszystko, bo umowa o pracę w cywilizowanym świecie narzuca żelazne zasady takie jak maksymalny czas pracy, czy prawo do 11-godzinnego nieprzerwanego odpoczynku po dyżurze. Kodeks Pracy i dyrektywy unijne chronią pracownika, a przede wszystkim – pacjenta przed błędem zmęczonego operatora. Jednak firma (B2B) spać nie musi. Lekarz na działalności gospodarczej oficjalnie świadczy usługę jako przedsiębiorstwo.
Efekt obnażony przez NIK w 2026 r. mrozi krew w żyłach:
- W dziewięciu na dziesięć skontrolowanych, flagowych szpitali klinicznych w Polsce notorycznie łamano prawo do odpoczynku.
- Kontrolerzy zidentyfikowali aż 75 lekarzy i pielęgniarek, którzy nieprzerwanie świadczyli pracę powyżej 24 godzin.
- Rekordzista – lekarz, pracował bez przerwy przez 70 godzin i 10 minut. To niemal trzy doby nieprzerwanego funkcjonowania na oddziale, podejmowania decyzji dot. zdrowia pacjentów, ordynowania leków i ratowania życia. W świetle fizjologii mózgu, człowiek po 48 godzinach bez snu funkcjonuje w stanie porównywalnym do ciężkiego upojenia alkoholowego. System powierza mu skalpel i życie pacjenta, a przepisy pozwalają na legalne wystawienie za ten maraton faktury. Co więcej, poza bezpośrednim wywiadem z osobami, które mu towarzyszyły, nie wiemy nawet, czy rzeczywiście na tym dyżurze był. A może jednocześnie wpisał się też na dyżur gdzieś indziej? Brak narzędzi weryfikacji, to zachęta do hodowania tego typu skandali.
Problemem również są procenty od procedury. Mówiąc językiem biznesu chodzi o tzw. Fee-for-Service, ale na sterydach. Rynkowy model zatrudnienia sprowadza medycynę do akordu. System mutuje w stronę umów, w których lekarz kontraktowy często nie otrzymuje tylko stałej stawki za „gotowość”, ale pobiera procent od wyceny punktowej NFZ za każdą zrealizowaną, dochodową procedurę. Lekarz zamienia się w podwykonawcę, którego racjonalnym, ekonomicznym celem staje się maksymalizacja przerobu, a nie żmudna optymalizacja holistycznej ścieżki leczenia pacjenta.
Leczyć, ale nie wyleczyć. Lekarze „mają to gdzieś”
Słowem, bardziej opłaca się leczyć, niż wyleczyć, co jest zresztą obiegową opinią wśród Polaków, którzy masowo odwracają się przez to od mainstreamowej medycy w kierunkach jak najdalszych od białego kitla. Poziom zaufania rodaków do systemy ryje po dnie – a lekarze z wielkim sercem i pasją do zawodu są przedstawiani jako wymierający gatunek i wyjątek potwierdzający regułę. Regułę wyzysku i gnuśności.
– Duża część lekarzy to niestety najszybciej głupiejąca i zużywająca się tkanka naszego społeczeństwa. Nie szkolą się, nie podnoszą swoich kwalifikacji. Jak są na kongresie, to żeby sobie pogadać, napić się, zjeść tapasy z krewetką i spędzić czas jak na wakacjach. Mają to gdzieś. Zarabiają tyle pieniędzy, że gnuśnieją, nie chce im się. Mówię to z wielką przykrością, ale taka jest prawda – mówi nam bardzo szanowana lekarka od medycyny estetycznej z okolic Warszawy.
Jako jedna z nielicznych pracuje na USG twarzy i prowadzi gabinet naprawiający szkody, którzy wykonali inni „lekarze-szamani”, jak ich nazywa. A tych nie brakuje, bo branża medycyny estetycznej rośnie w Polsce jak na drożdżach i przyciąga osoby, które chcą się szybko wzbogacić.
Musimy sobie więc teraz zadać fundamentalne pytanie, dlaczego ten stan wciąż trwa? Odpowiedź jest prosta. Gdyby państwo jednym ruchem długopisu nakazało stosowanie norm czasu pracy do wszystkich medyków w Polsce niezależnie od formy kontraktu (czego domaga się Rzecznik Praw Obywatelskich i NIK), blisko połowa szpitalnictwa zawaliłaby się z dnia na dzień.
Państwo polskie zawarło z systemem toksyczny, milczący pakt – wy, w zamian za nielimitowane rynkowo stawki na fakturach, zniszczycie własne zdrowie na 70-godzinnych dyżurach, a my, politycy, udamy, że wszystko funkcjonuje poprawnie i z uśmiechem przetniemy wstęgę na kolejnym zmodernizowanym oddziale.
Fabryka procedur i zgniła infrastruktura elit
Lekarze i ślepy system to jedna gałąź degeneracji. Ale jest ich znacznie więcej. Przejdźmy teraz do systemu finansowania opartego niemal wyłącznie na Jednorodnych Grupach Pacjentów (JGP). Sprowadza on zarządzanie szpitalem do bezwzględnej inżynierii przepływów. Ponieważ wyceny świadczeń bywają oderwane od rynkowych realiów, szpitale zmuszone są dopasowywać pacjentów do cennika, a nie cennik do pacjentów.
Mamy tu do czynienia z klasycznym „upcodingiem” – sztucznym pompowaniem diagnoz chorobami współistniejącymi tylko po to, by przeskoczyć z gorzej płatnej kategorii do „grupy wysokiego ryzyka”, gwarantującej szpitalowi przelew większy o kilkaset procent.
Jednak ułuda wysokiego prestiżu kończy się tam, gdzie zaczyna się zderzenie z fizyczną infrastrukturą publicznych molochów. Branżowe raporty bezlitośnie demaskują potiomkinowskie wsie polskiej medycyny uniwersyteckiej, na które rokrocznie idą gigantyczne środki finansowe.
Podajmy kilka przykładów. Jednym z nich jest absolutna prowizorka operacyjna. Szpital Uniwersytecki w Rzeszowie od 2018 r. dysponował blokiem operacyjnym, który z uwagi na rażące wady techniczne dopuszczony był do działania przez Sanepid wyłącznie warunkowo. Przez lata, w centrum nowoczesnego, europejskiego miasta o strategicznym znaczeniu, zaawansowane zabiegi kliniczne prowadzono w obiekcie, który ledwo spełniał normy. Z kolei w warszawskim UCK pacjentów kładziono na oddziałach z uszkodzonymi elementami instalacji elektrycznej i posadzkami, których fizycznie nie dało się skutecznie umyć i zdezynfekować (brak atestowanych pokryć w zmywalnych standardach klinicznych).
Raczyskiem zżerającym pieniądze są też ustawione przetargi na sprzęt. Gdy już pieniądze na aparaturę się pojawiają, mechanizmy kontrolne przestają działać. Kontrole NIK pokazują dla przykładu patologię w wydawaniu publicznych środków na technologię w szpitalach w Lublinie i Szczecinie. Stwierdzono tam jaskrawe naruszenia Prawa Zamówień Publicznych – specyfikacje istotnych warunków zamówienia (SIWZ) pisano de facto pod dyktando konkretnych producentów, niszcząc konkurencję. Wyceny przygotowywano na podstawie oferty firmy, która później ten przetarg miała wygrać.
Dodatkowo, nawet jeśli sprzęt kupiono legalnie i ustawiono w sterylnym pokoju, polski system potrafi zmarnować jego potencjał. W Krakowie, Zabrzu i Rzeszowie NIK znalazł wysoce kosztowną aparaturę najnowszej generacji, która jest wykorzystywana w sposób skrajnie nieefektywny. Drogi sprzęt diagnostyczny i zabiegowy pracował rzadko z powodu braku personelu, zepsutej logistyki wewnętrznej albo natychmiastowo starzał się technologicznie, nie dając szpitalowi żadnej przewagi. Kupiono go, bo „był grant na innowacje”, nie zważając na to, czy szpital posiada zasoby do jego operacyjnego wykorzystania na trzy zmiany, jak ma to miejsce w prywatnych centrach diagnostycznych.
Długi, które rodzą złoto. Prywatny skarbiec na publicznym rolowaniu
Wszystko powyższe – marnotrawstwo infrastrukturalne, rozbuchane wydatki B2B, wadliwa wycena – kumuluje się w jednym wskaźniku – długu. Jeśli chcemy zrozumieć, gdzie uciekają dziesiątki miliardów złotych i jak sprywatyzowano zyski w ochronie zdrowia, musimy spojrzeć w stronę zaawansowanych wehikułów finansowych obracających wierzytelnościami.
Szpitale publiczne w Polsce to z ekonomicznego punktu widzenia przedsiębiorstwa z programowaną stratą. Prawo chroni je jednak w sposób pełny i ostateczny – SPZOZ (Samodzielny Publiczny Zakład Opieki Zdrowotnej) czy też państwowy szpital kliniczny nie posiadają zdolności upadłościowej. Wierzyciel komercyjny nie może ogłosić bankructwa warszawskiego UCK i przejąć jego aparatury. Ostatecznym gwarantem jest zawsze majątek Skarbu Państwa lub organu samorządowego.
Dla wyspecjalizowanych grup finansowych i zagranicznych funduszy bankowych zadłużony szpital publiczny w Polsce to aktywo idealne. To Święty Graal sektora Private Debt. Generuje on zyski z oprocentowania charakterystycznego dla ryzykownych instrumentów (high-yield), przy ryzyku niewypłacalności zbliżonym do zera.
Dramatyczną skalę tego mechanizmu obnaża najnowsze zestawienie z 10 szpitali klinicznych. Pomiędzy rokiem 2022 a 2024 suma wszystkich zobowiązań i rezerw tych elitarnych placówek wystrzeliła z 4,75 mld zł do 5,76 mld zł. Katastrofa ukryta jest jednak w strukturze tego zadłużenia – gwałtownie rosną zobowiązania krótkoterminowe (z 1,9 mld zł do 2,43 mld zł), czyli te natychmiast wymagalne – niezapłacone faktury za leki, prąd, gazety, sprzęt jednorazowy.
Cykl wysysania gotówki, czy nazwijmy to inaczej – rolowania długu przez szpital działa nad Wisłą jak precyzyjny silnik. Prześledźmy ten mechanizm punkt po punkcie:
- Najpierw szpital, łatając bieżące wypłaty pensji (które są horrendalne, szczególnie po reformie PiS sprzed kilku lat o waloryzacji pensji bazowych), przestaje płacić dostawcom (np. hurtowniom farmaceutycznym).
- Hurtownie nie mogą czekać miesiącami na przelewy od państwa, więc sprzedają lub cedują te długi na rzecz wyspecjalizowanych funduszy finansowych, często dokonując cesji praw ukrytej pod inżynierią subrogacji ustawowych.
- Instytucja finansowa wkracza na pole gry. Nalicza gigantyczne, odsetki handlowe za opóźnienia i grozi blokadą kont, co sparaliżowałoby szpital całkowicie.
- Dyrekcja pod ścianą podpisuje ugodę – „umowę restrukturyzacyjną”. Zobowiązania krótkoterminowe w hurtowniach stają się oprocentowaną pożyczką ratalną u finansistów. Państwowy system kupuje sobie spokój na kilka miesięcy za cenę drakońskich marż.
Najbardziej spektakularnym i przerażającym podręcznikowym przykładem jest sytuacja Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Szpital w 2024 r. wygenerował astronomiczne 2,14 miliarda złotych przychodów z NFZ. Osiągnął na działalności podstawowej 3,8 miliona złotych „papierowego” zysku.
Równocześnie jego całkowite zadłużenie sięgnęło 1,47 miliarda złotych (68,6 proc. rocznych przychodów). Koszt samej tylko obsługi tego długu – odsetek i prowizji płaconych w zdecydowanej większości bankom i firmom faktoringowym za utrzymywanie rolowanego systemu – wyniósł dwa la temu porażające 107,1 miliona złotych. Cały rok zakończył się dla UCK ostatecznie stratą netto w wysokości 17,9 mln zł.
To oznacza, że jeden, centralny szpital warszawski każdego dnia roboczego w roku przelewa sektorowi finansowemu prawie pół miliona złotych wyłącznie po to, by obsługiwać swoje zadłużenie. Pół miliona złotych dziennie pochodzących ze składek zdrowotnych pacjentów wypływa z systemu bezpowrotnie, zasilając bilanse prywatnych wehikułów finansowych! To nie jest błąd systemu. To jest gigantyczny biznes, zmontowany na plecach obywateli czekających miesiącami w kolejkach do specjalisty.
Instytucjonalizacja i zabetonowanie patologii
Mogłoby się wydawać, że państwo, dysponując tak miażdżącymi danymi NIK oraz wyrokami Sądu Najwyższego (który wcześniej wielokrotnie piętnował mechanizmy skupu wierzytelności w postaci „cichej” subrogacji uderzające w art. 54 ustawy o działalności leczniczej), wypowie temu procederowi wojnę. Stało się jednak dokładnie odwrotnie. Patologia uległa pełnej instytucjonalizacji.
W 2026 r. wielkie firmy obracające wierzytelnościami szpitalnymi nie muszą już działać w szarej strefie inżynierii prawnej. Nastąpiła bezwarunkowa kapitulacja właścicieli. Zarówno uniwersytety medyczne, jak i samorządy powiatowe oraz wojewódzkie wydają dziś oficjalne zgody na cesje długów swoich jednostek, bezradnie podnosząc ręce. Wiedzą, że NFZ (mimo potężnych zastrzyków z Funduszu Medycznego z ostatnich lat) nie sfinansuje zaległych faktur, ponieważ lwią część wzrostu ryczałtów natychmiast pożera ustawowa indeksacja płac minimalnych i nowe żądania na rynkach kontraktów medycznych.
Włoscy, hiszpańscy czy polscy inwestorzy lokujący kapitał w portfele funduszy przejmujących zadłużenie publicznych molochów mają gwarancję, że ich zwrot z inwestycji pokryje polski podatnik. Grupy faktoringowe zmieniły wizerunek – występują dziś na forach ekonomicznych i kongresach kardiologicznych jako „strategiczni partnerzy instytucjonalni pomagający utrzymać płynność ochrony zdrowia”. Triumf tego biznesu polega na tym, że państwo polskie samo uznało go za swój respirator finansowy, bez którego musiałoby się przyznać do bankructwa architektury publicznej.
Z drugiej strony mamy skrajne rozwarstwienie. Podczas gdy Lublin, Bydgoszcz, Łódź czy wspomniana Warszawa toną w długach generując straty, placówki kliniczne w Gdańsku (UCK) i Zabrzu udowadniają, że sprawna struktura kosztów, świetny menedżment i bezwzględne trzymanie płynności pozwalają operować bez zadłużenia i wychodzić na plus.
Udowadnia to fundamentalną prawdę ekonomii instytucjonalnej – to nie system jako abstrakcyjny monolit tworzy dług, lecz skrajny paraliż decyzyjny i niegospodarność konkretnych struktur zarządzających na poziomie operacyjnym. A gdy kontroli nad majątkiem nie ma (jak w Warszawie, gdzie NIK wskazał bezpodstawne obniżanie czynszów i niepobieranie prowizji na kwotę 2,2 miliona złotych ze stratą dla publicznego budżetu), patologie kwitną w najlepsze.
Mechanika kolesi, czyli rączka rączkę myję i zawsze wybroni
Dlaczego zatem „nikt z tym nic nie robi”? Dlaczego kolejne ekipy rządowe, czytając na biurkach dokładnie te same raporty o 70-godzinnych dyżurach i miliardowych odsetkach, nie decydują się na rewolucję i chirurgiczne cięcie tej martwicy? Odpowiedź kryje się w mapie władzy, strefach wpływów i konflikcie interesów, który stał się fundamentem organizacyjnym państwa.
Oprócz doskonale nam znanej ucieczki samorządowców przed zamykaniem pustych porodówek w miasteczkach („zamknięty oddział = przegrane wybory na starostę”), system akademicki dołożył swój potężny ciężar. Szpitale kliniczne, stanowiące apogeum medycznego łańcucha pokarmowego, to skomplikowane politycznie byty. Należą do uczelni (władza akademicka), leczą pacjentów z ryczałtu państwowego (NFZ, władza centralna), a kadra składa się w dużej mierze z ordynatorów będących „udziałowcami” tej skomplikowanej siatki.
Brak procedur w tym molochu to nie przypadek, to intencjonalny błąd w systemie. Gdy w pięciu wielkich szpitalach klinicznych wykryto całkowity brak jednolitych procedur dotyczących powierzania świadczeń na zewnątrz (lekarzom i prywatnym przychodniom w ramach podwykonawstwa), obnażono serce całej kolesiowskiej mechaniki.
W Krakowie i Rzeszowie NIK wykryła to ujęte w chłodnym, urzędniczym żargonie, jednak dewastujące prawnie zjawisko: „okoliczności wskazujące na wzajemne zależności stwarzające konflikt interesów” między zamawiającym usługi a je wykonującym. Innymi słowy – ci sami ludzie, często w różnych kapeluszach akademicko-prywatnych, zlecają lukratywne procedury podmiotom zależnym, omijając rzetelne konkursy ofert i minimalizując dokumentację, a państwo przymyka na to oko, dopóki procedury w ogóle się odbywają, a dydaktyka dla studentów „działa prawidłowo”.
Wszyscy aktorzy tej ponurej sztuki – resort, NFZ, rektorzy, dyrektorzy, samorządowcy, ordynatorzy i dyrektorzy banków – znają swoje role do perfekcji. Próba centralizacji kontraktów, wprowadzenia sztywnych limitów odpoczynku z twardą weryfikacją cyfrową (PESEL) i zablokowania pożyczek komercyjnych skończyłaby się buntem samorządu lekarskiego i całkowitym wyłączeniem sieci placówek, których funkcjonowanie obecnie jest podtrzymywane wyłącznie przez fizyczną eksploatację zmęczonych ponad miarę lekarzy pracujących na oparach ludzkich sił.
Pacjent jako koszt uboczny algorytmu
W tym ponad 200-miliardowym ekosystemie transferu bogactwa narodowego z państwa do sektora prywatnego, gubi się jeden i teoretycznie najważniejszy element całego równania – pacjent.
Dla Narodowego Funduszu Zdrowia to on tworzy liczbę uprawniającą do wygenerowania przelewu. Dla dyrektora obciążonego miliardowym długiem – to wsad, dający „roboczogodzinę”, potrzebną do spłacania rat w banku komercyjnym. Dla wycieńczonego, kontraktowego lekarza na swojej 69. godzinie dyżuru – to kolejny przypadek medyczny do „odhaczenia” i wystawienia ułamkowej części faktury za procedurę, zanim własny system nerwowy odmówi mu absolutnego posłuszeństwa.
W Polsce powszechnie powtarza się, że system ochrony zdrowia „zmierza ku zapaści”, że „czeka nas paraliż”. Prawda ekonomiczna jest znacznie bardziej bolesna i przerażająca – system nie zmierza do żadnej zapaści. On już osiągnął swoje ewolucyjne optimum. Mechanizm obrony interesów korporacyjnych, zysków wehikułów finansowych, braku kontroli czasu pracy kadry lekarskiej i politycznego świętego spokoju po prostu się domknął.
Nie istnieje tu żadna pomyłka w sztuce decyzyjnej. Trwanie tego patologicznego układu nie wynika z braku wiedzy z dziedziny zarządzania – przecież wszystkie raporty NIK od dekady diagnozują tę śmiertelną chorobę co do komórki. Zjawisko to trwa, ponieważ jest jedynym wyjściem, które nie zmusza państwa do stanięcia w prawdzie o własnym bankructwie intelektualnym i zarządczym.
Rozbrojenie tej 200-miliardowej bomby wymagałoby odpowiedzialności kapitałowej ze strony polityków i dekonstrukcji potężnych, lukratywnych układów finansowych. A do starcia z tym polipem zżerającym publiczne środki polskie państwo – mimo rzekomego postępu i nowoczesności – od dawna pozostaje po prostu zbyt słabe.
Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter
Zdjęcie główne: PxHere/CC0 Domena publiczna
