Partnerzy merytoryczni
Donald Tusk

W aferze z Patriotami nikt nie zadaje najważniejszego pytania. A to ono jest w tym momencie kluczowe

Rakiety, drony, okopy i zgliszcza. Od ponad czterech lat nasz wschodni horyzont spowija dym, a w polskiej debacie publicznej odmienia się przez wszystkie przypadki kwestie uzbrojenia, historycznych rozliczeń i moralnych obowiązków. Kiedy obecnie przez Polskę przetacza się burza o to, czy powinniśmy przekazać Ukrainie nasze zestawy rakietowe Patriot w wersji PAC-3, a w tle majaczą głosy żądające zastosowania cynicznej „taktyki Patrioty za Wołyń”, uciekł nam z oczu prawdziwy obraz sytuacji. Spalając się w doraźnych sporach, gubimy bowiem najważniejsze pytania – o bezpieczeństwo, ale nie militarne. Tylko żywnościowe.

  • Teza. Kluczowym, choć pomijanym pytaniem w powojennych relacjach polsko-ukraińskich nie są spory o sprzęt wojskowy czy historię, lecz brak polskiej strategii wobec potężnego rolnictwa Ukrainy, którego integracja z UE nieodwracalnie zmieni układ sił gospodarczych.
  • Dowód. Ukraina dysponuje ponad 41 milionami hektarów żyznych czarnoziemów, a tamtejszy rynek zdominowany jest przez gigantyczne agroholdingi zdolne do masowej, taniej produkcji, z którymi rozdrobnione polskie rolnictwo (średnio 11,4 ha na gospodarstwo) nie ma szans konkurować ceną ani wolumenem.
  • Efekt. Napływ taniego ukraińskiego ziarna zrujnuje tradycyjne polskie gospodarstwa surowcowe, ale paradoksalnie stworzy historyczną szansę dla naszego zaawansowanego sektora przetwórczego, który dzięki dostępowi do tanich komponentów ze Wschodu może stać się absolutnym, żywnościowym hegemonem w Europie.
Historia imperium Gołębiewskiego

W zgiełku dyplomatycznych utarczek najważniejsze, wręcz egzystencjalne, strategiczne pytanie wciąż nie padło – jakiej po wojnie właściwie Ukrainy chcemy? I co się stanie, gdy lufy czołgów ostatecznie ostygną, granice zostaną szeroko otwarte, a na horyzoncie pojawią się tysiące nowoczesnych kombajnów gotowych zebrać plony z najżyźniejszej ziemi kontynentu?

Patrioty dla Ukrainy. Płonący dom i dyplomacja gaśnicy

Kiedy u sąsiada przez płot wybucha potężny pożar, a płomienie zaczynają lizać dach jego domu, bierzesz do ręki gaśnicę i biegniesz ratować dobytek. Nie przystajesz w połowie drogi, by wynegocjować, czy sąsiad zacznie ci mówić „dzień dobry”, ani nie wypominasz mu, że do późna słuchał głośnej muzyki, przez co nie mogłeś spać. Były Szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, generał Rajmund Andrzejczak w Kanale Zero, niezwykle celnie zdiagnozował ten stan. Emocja jest fatalnym doradcą strategii.

Przekazanie sprzętu wojskowego, w tym systemu drogich rakiet Patriot, inwestycje w innowacyjność na polu walki, czy w końcu sama kroplówka finansowa – to wszystko działania stricte strażackie. Z punktu widzenia twardej strategii, ratujemy Kijów, bo to leży w naszym absolutnym, niemal darwinistycznym interesie bezpieczeństwa.

Jednak w cieniu tego wielkiego pożaru, w relacjach polsko-ukraińskich zgubiliśmy architekturę jutra. Nasi politycy, zabierając ordery, krzycząc o zdradzie, nawołując do natychmiastowego przerwania pomocy Ukrainie, uciekają tak naprawdę od odpowiedzi na fundamentalne pytanie o powojenny układ sił i model gospodarczy.

Myślimy o naszym wschodnim sąsiedzie wyłącznie jako o militarnej zaporze przed rosyjskim imperializmem, ale wypieramy ze świadomości fakt, że ten kraj to przede wszystkim jeden z największych na świecie producentów żywności. Rozmawiamy z pasją o wyrzutniach, zapominając, że prawdziwym wyzwaniem dla suwerenności gospodarczej Polski nie jest dziś w przeważającej części to, co spadnie z nieba, lecz to, co w potężnych ilościach wyrośnie z ziemi.

Polskie rolnictwo to jakość sama w sobie

Aby zrozumieć wektor sił, z którym przyjdzie nam się zmierzyć, musimy definitywnie porzucić nasze romantyczne wizje sielskiej wsi. Polskie rolnictwo od czasów transformacji ustrojowej i upadku Państwowych Gospodarstw Rolnych (PGR-ów) ewoluowało w stronę rozdrobnionego modelu opartego w dużej mierze na rodzinnych, tradycyjnych biznesach.

Zjawiska znane z kart najnowszej historii, takie jak mozolna restrukturyzacja postsowieckich form własności, u nas wytworzyły system, w którym średnia wielkość polskiego gospodarstwa wynosi zaledwie 11,4 hektara. Szczycimy się naszą rzemieślniczą tradycją – Polska to dziś unijna potęga w produkcji dóbr wysokiej jakości. Nikogo nie trzeba przekonywać, że tradycyjnie wytwarzany chleb na zakwasie czy doskonale wędzona troć stanowią dziś perły polskiego przemysłu spożywczego.

Zbudowaliśmy potęgę na ciężkiej pracy, a nasz eksport rolno-spożywczy w 2025 r. przebił astronomiczną barierę 58,4 mld euro, czyli 248 mld zł i był wyższy aż o 8,6 proc. niż rok wcześniej. Niemniej nasza struktura agrarna jest – w zderzeniu z ukraińską – skazana na niemałe problemy.

Przebudzenie ukraińskiego lewiatana

Spójrzmy na liczby bezwzględne. Ukraina dysponuje aż 41,3 mln hektarów użytków rolnych, co stanowi bez mała 70 proc. powierzchni państwa. To dwa i pół razy więcej niż wynosi analogiczny obszar w Polsce i równocześnie 22 proc. wszystkich użytków rolnych w całej Unii Europejskiej. Ponad połowę terytorium tego państwa pokrywają najżyźniejsze na świecie czarnoziemy o grubości warstwy sięgającej nierzadko pełnego metra, stanowiące globalny skarb i zapewniające niezwykłą produktywność z hektara. W 2020 r. eksport ukraińskiego sektora rolno-spożywczego stanowił blisko 45 proc. wszystkich wpływów walutowych tego kraju (19,5 mld euro). Gospodarka rolnicza to kręgosłup Ukrainy – generuje 10,6 proc. PKB, podczas gdy w Polsce jest to raptem ok. 2 proc.

Ta potęga ma jednak zupełnie inne korzenie niż nasza. Po rozpadzie ZSRR na Ukrainie nie było miejsca na stopniową, ewolucyjną prywatyzację rolnictwa. Ziemię kołchozów podzielono na miliony niewielkich udziałów („pajów”), ale proces własnościowy na dekady utknął w bagnie politycznego moratorium na wolny handel gruntami.

W efekcie, w miejsce drobnych rolników (którzy obecnie użytkują ledwie 27 proc. ziemi ), niczym grzyby po deszczu wyrosły olbrzymie agroholdingi z kapitałem nierzadko zagranicznym. To podmioty, dla których pojęcie „gospodarstwo” jest rażącym niedopowiedzeniem. Średniej wielkości firma rolnicza operuje tam na areale od 200 do 2 tys. hektarów, ale prawdziwi rynkowi giganci dzierżawią terytoria sięgające setek tysięcy hektarów. Choć stanowią oni statystycznie około 1 proc. wszystkich przedsiębiorstw, produkują ponad 20 proc. całego wolumenu zbóż i roślin oleistych Ukrainy. To już nie jest rolnictwo – to bezwzględny przemysł i zaawansowane modele biznesowe nastawione na masową produkcję surowca.

Nadciągający szok podażowy

Jeśli spojrzymy na wykresy analityczne opisujące rynki towarowe – wpatrując się w nie niczym w giełdowy techniczny wskaźnik MACD poszukujący momentu przecięcia linii trendu – to przecięcie dla polskiego rolnictwa nastąpi w dniu pełnego otwarcia rynków Unii Europejskiej na Ukrainę. To wyzwanie uderzy z potężną siłą w nasz układ gospodarczy. Dotychczasowy, często sztucznie eskalowany konflikt na granicy, wysypywanie ziarna z wagonów i histeryczne pikiety to był jedynie zwiastun, drżenie ziemi zapowiadające uderzenie właściwej fali sejsmicznej.

Raporty Ośrodka Studiów Wschodnich, WEI, czy Instytutu Spraw Publicznych, które przejrzał Biznes Enter, są w tej kwestii absolutnie bezlitosne – w starciu z ukraińską produkcją masową zmagamy się z asymetrią przewag. Gdzie leżą konkretne punkty zapalne?

Po pierwsze, mówi tutaj o miażdżącej presji cenowej. Agroholdingi ukraińskie korzystają z potężnych ekonomii skali, zintegrowanego łańcucha logistycznego i – z punktu widzenia zachodnich norm – stosunkowo niskich kosztów pracy oraz łagodniejszych rygorów środowiskowych na wczesnych etapach wejścia na rynek. Wytwarzają produkty takie jak pszenica, kukurydza, rzepak czy olej słonecznikowy po kosztach, które dla statystycznego polskiego producenta są nieosiągalne. Ukraiński producent może wyznaczać nowe, zaniżone progi rentowności na europejskich giełdach towarowych, wypychając z nich naszych dostawców.

Po drugie, poważnym problemem jest strukturalna marginalizacja polskich gospodarstw. Polscy rolnicy w dużej mierze skupili się na produkcji standardowych, nieprzetworzonych surowców. Z 11 hektarami ziemi nie da się rywalizować na wolumen z korporacją dysponującą armadą kombajnów sterowanych przez GPS na 10 tys. hektarów czarnoziemu. Konsekwencją otwarcia Europy na ukraińskie towary będzie błyskawiczne wyparcie naszych małych i średnich gospodarstw z rynku surowcowego. Ryzyko to dotyka dziesiątek tysięcy rodzin, dla których nagły spadek cen skupu oznacza natychmiastowe bankructwo.

Po trzecie i najważniejsze, zagrożenie wykracza daleko poza samo zboże, które już narobiło nad Wisłą niemałych kłopotów pod koniec rządów PiS. Ukraina to bowiem nie tylko „spichlerz”. Dynamicznie rozwija się tam produkcja drobiu i jaj. W latach poprzedzających wojnę ukraińskie holdingi drobiarskie udowodniły, że potrafią zalać rynek unijny tanim towarem, wymuszając na Komisji Europejskiej nerwowe interwencje. Włączenie tak silnych graczy na stałe do krwiobiegu wspólnego rynku to deklaracja bezwzględnej wojny cenowej z polskim przemysłem drobiarskim, który przecież od lat okupuje pozycję lidera w Europie.

Paradoks przetwórcy. Złota szansa ukryta w cieniu

Obraz Ukrainy po wojnie i pytania dotyczące odbudowy tego kraju i otwarcia rynków zbytu to jednak obraz niejednorodny – tzn. nie tylko dla nas negatywny. Jak przekonują Wawrzyniec Czubak, Sławomir Kalinowski oraz Vitaliy Krupin z Fundacji Batorego, gdy na politycznych wiecach spieramy się o ukraińskie ziarno niszczące polską wieś, ignorujemy złoty bilet, który w tym samym czasie może zyskać polski sektor przetwórczy.

Polskie rolnictwo nie opiera się bowiem wyłącznie na sprzedaży pszenicy prosto z pola. Naszą prawdziwą potęgą, i źródłem astronomicznego dodatniego salda w handlu zagranicznym na poziomie ponad 33 mld euro rocznie, jest wysoce konkurencyjny, ultranowoczesny sektor przetwórczy. W 2022 r. wartość produkcji sprzedanej produktów spożywczych (w tym napojów i wyrobów tytoniowych) w Polsce wyniosła ponad 440 mld złotych. Analogiczna wartość w Ukrainie wyniosła trzykrotnie mniej – zaledwie 120 mld złotych w przeliczeniu. Zestawienie to uświadamia nam jedną, niepodważalną prawdę – Ukraina to ocean taniego surowca, ale my posiadamy potężne rafinerie, które mogą ten surowiec uszlachetnić.

Ukraiński przemysł spożywczy po dekadach postsowieckiego zarządzania, a następnie niszczącym wpływie toczącej się wojny i zniszczonej logistyki morskiej, wciąż kuleje. Eksport ukraiński cechuje się radykalnie niską wartością dodaną – jest to sprzedaż masowa tego, co da się załadować w wagony lub na statki. A to właśnie stwarza dla nas wielką, geostrategiczną okazję.

Mądra polityka może nam się opłacić

Jeśli spojrzymy na sytuację ze strategicznym wyrafinowaniem, napływ tańszych płodów rolnych ze Wschodu może stać się paliwem rakietowym dla naszych fabryk. Polski przemysł przetwórczy – produkujący pasze dla zwierząt, zaopatrujący całą Europę w soki owocowe, dżemy, wyroby mleczarskie i doskonałej jakości wyroby z wieprzowiny i wołowiny – może obniżyć swoje koszty produkcyjne, zasilając linie tanimi komponentami pochodzącymi z Ukrainy. Integracja nie musi oznaczać zapaści polskich firm, ale proces ten musi przebiegać sprawiedliwie dla Polaków.

Przy wypracowaniu mądrej polityki kooperacji, rodzime firmy mogłyby stać się niekwestionowanym europejskim hegemonem żywnościowym. Kupowalibyśmy miliony ton półproduktów i wypuszczali w świat drogie, ometkowane towary, lokując zyski z potężnej marży nad Wisłą.

Niestety, zamiast myśleć kategoriami globalnej fuzji i budowania gigantycznych łańcuchów wartości, pozwalamy, by strach przed konkurencją w wąskich grupach towarowych pchał nas w odmęty wyniszczającego protekcjonizmu – przestrzegają eksperci. Skupiamy się na blokowaniu granic, narażając się przy tym na bolesne retorsje. Ukraina nie jest dla nas wyłącznie dostawcą, jest potężnym chłonnym rynkiem, na którym polscy eksporterzy zarabiają od lat krocie – wysyłając chociażby produkty z branży mleczarskiej, karmy dla zwierząt domowych i zaawansowane wyroby gotowe. Wojna handlowa to gra o sumie ujemnej dla obu stron.

Wielkie zderzenie w Brukseli – koniec rolnictwa, jakie znamy

Finał tego dramatu rozegra się nie na ukraińskich stepach ani polskich blokadach, ale na korytarzach w Brukseli. Decyzja o włączeniu Kijowa w unijny ekosystem nie tylko zmieni układ rynkowy, ale wymusi całkowite, wręcz tektoniczne przeobrażenie Wspólnej Polityki Rolnej (WPR). Obecny mechanizm – wykreowany głównie po to, by stabilizować dochody rolników i utrzymywać opłacalność małych oraz średnich gospodarstw europejskich – w momencie implementacji na obszarze ponad 40 mln hektarów ukraińskiej ziemi uległby całkowitej fiskalnej zapaści.

Budżet Unii po prostu nie udźwignąłby zasilania ukraińskich gigantów obszarowych na starych, zachodnich zasadach. Konflikty wokół renegocjacji budżetu byłyby mordercze. Kraje opierające się o WPR, takie jak Polska, w ciągu dwóch dekad swojej obecności w UE pozyskały niewyobrażalny zastrzyk ponad 67 mld euro. Teraz musiałyby bronić swoich pozycji, stając przed bolesną transformacją od rolnictwa opartego na dopłatach socjalnych i obszarowych, w kierunku rolnictwa opartego na ekstremalnej wydajności i zaawansowanych precyzyjnych technologiach.

Już teraz powinniśmy domagać się żelaznych mechanizmów adaptacyjnych, długich okresów przejściowych na te najbardziej newralgiczne surowce rolnicze oraz rygorystycznego wdrożenia europejskich standardów sanitarnych (SPS) i norm środowiskowych wobec towarów z Ukrainy. Jednak nikt o tych sprawach głośno nie mówi. Wspieramy Ukrainę, aby rosyjskie tanki nie stanęły nad Brześciem. jak mówią to niektórzy politycy, ale nie zadajemy najważniejszych pytań o to, co stanie się kiedy ten cel osiągniemy – kiedy Kijów przestanie walczyć i zaczną się rozmowy pokojowe.

Równanie szans nie polega na ograniczaniu handlu, lecz na stawianiu tym samym warunków startowych. Jeśli ukraińskie agroholdingi chcą wejść ma zachodnie rynki, muszą zacząć grać według europejskich reguł kosztowych – z uwzględnieniem dobrostanu zwierząt, Zielonego Ładu i dbałości o zrównoważony rozwój nawożenia. W przeciwnym razie, ten system pęknie.

Znikający punkt na radarze

Batalia o baterie Patriot, które miałyby zabezpieczyć ukraińskie niebo, jest absolutnie krytyczna z punktu widzenia twardego bezpieczeństwa narodowego. Rozmowa o woli naprawienia trudnych relacji historycznych, a zwłaszcza bolesnej lekcji, jaką był Wołyń, to konieczność, jeśli dwa państwa mają budować sojusz na zdrowych filarach prawdy. Lecz państwo polskie aspirujące do bycia liderem gospodarczym i politycznym regionu nie może dać się zwieść pokusie zastępowania zimnej, długofalowej makroekonomii nagłymi, impulsywnymi wybuchami emocji.

Niewybaczalnym błędem i wręcz podręcznikowym zaniechaniem rządu jest ucieczka od projektowania kompleksowej architektury relacji polsko-ukraińskich po zakończeniu działań wojennych. Zamiast tworzyć precyzyjne mapy drogowe oparte na wskaźnikach ekonomicznych i wymieniać ciosy na twarde raporty w sprawie integracji sektorów przetwórczych, staczamy się w objęcia jarmarcznego protekcjonizmu.

A przecież rakiety osłaniają niebo tylko wtedy, gdy gospodarka ma środki, by je na czas kupować. Gdy dym w końcu opadnie, naprzeciw nas nie stanie zrujnowany, wojenny skansen z rozdrobnionym rolnictwem. Wyłoni się potężny, bezwzględny gracz, który zrobi absolutnie wszystko, żeby zarobić jakiekolwiek pieniądze. Pytanie, co wtedy zrobi Polska? Odpowiedzi nie ma. A miliony hektarów po drugiej stronie naszej wschodniej granicy pracują bez chwili przerwy.

Damian Szymański, redaktor naczelny Biznes Enter

Motyw